wtorek, 1 listopada 2011

Recenzja: "Czerwień rubinu" - Kerstin Gier

Wydawnictwo Egmont

Opis wydawcy:

Trylogia Czasu jest tak wciągająca, że w zasadzie należałoby powiedzieć: „wsysa”; jest dowcipna, a zarazem totalnie romantyczna. Pewnego dnia piętnastoletnia Gwen odkrywa, że jest posiadaczką genu podróży w czasie – niespodziewanie przemieszcza się o sto lat wstecz. Okazuje się, że nie jest jedynym podróżnikiem - istnieje całe tajne bractwo, zajmujące się kontrolą dwunastu podróżników w czasie – Gwen jest ostatnim z nich. Szybko odkrywa, że jedenastym jest bardzo atrakcyjny dziewiętnastolatek: Gideon. Ale zakochiwanie się nie jest takie proste gdy się skacze tam i z powrotem w czasie i gdy trzeba wypełnić niebezpieczną misję w XVIII. wieku.


Pewnego październikowego dnia na świat przychodzą dwie dziewczynki.  Charlotta i Gwendolyn to dorastające razem kuzynki. Charlotta od zawsze przygotowywana jest do tego, z czym będzie musiała się zmierzyć w przyszłości. Uczy się języków obcych, historii, tańca, fechtunku. Między szesnastym, a siedemnastym rokiem życia odbędzie swoją pierwszą podróż w czasie. Gwen wychowywana jest jak tradycyjnym sposobem, jej matce zależy na tym, aby miała spokojne dzieciństwo i młodość. Jednak wbrew wszystkim przypuszczeniom to właśnie niespodziewająca się niczego Gwendolyn wyrusza w swoją pierwszą podróż w przeszłość. To ona – wbrew obliczeniom i wiedzy, jaką posiadali członkowie jej rodziny – obdarzona została genem podróży w czasie. Dzięki temu poznaje przystojnego Gideona, a także zdobywa dostęp do wielu mrocznych tajemnic, które do tej pory skrywali strażnicy.

Naprawdę lubię tematykę podróży w czasie! Zagadnienie to jest dla mnie na tyle abstrakcyjne, że każda jego próba uporządkowania, wytłumaczenia, czy opisania wydaje mi się fascynująca. Na dodatek w książce Kerstin Gier wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku – każdy problem ma swoje rozwiązanie. Autorka bardzo starannie dopracowała szczegóły swojej koncepcji, dzięki czemu jest ona zrozumiała dla czytelnika.

Czytanie „Czerwieni rubinu” było prawdziwą przyjemnością. Dawno nie zdarzyło mi się tak dobrze bawić przy lekturze. Fabuła była ciekawa, a bohaterowie wyraziście odmalowani. Na dodatek pierwszoosobowa narracja Gwendolyn bardzo przypominała mi sposób mówienia Sophie Mercer z książek o Hex Hall – ten sam typ humoru, ciętych ripost, szalonych i czasami niezbyt mądrych (ale za to jakże zabawnych) spostrzeżeń na świat. To właśnie dzięki Gwen „Czerwień rubinu” jest tak wyjątkowa.

Podoba mi się, że powieść obfituje w różne niewyjaśnione fakty. Pierwszy tom trylogii dostarcza wielu nierozwiązanych zagadnień; zarówno mroczna przeszłość, jak i teraźniejszość pełne są wydarzeń, o których dowiadujemy się stopniowo, a każda nowa tajemnica wzmaga naszą ciekawość, aby dowiedzieć się, co będzie potem. Wiele z nich nie zostaje wyjaśnionych do samego końca, co zapewnia nam niezapomniane wrażenia także w kolejnych tomach, które z pewnością będą kontynuowały rozpoczętą historię. Wielość rozpoczętych wątków sprawia, że niełatwo domyślić się ciągu dalszego. Nieźle są także odmalowane realia historyczne. Z niecierpliwością czeka się na kolejne podróże do przeszłości, aby wraz z bohaterką postawić stopę na londyńskiej ulicy sprzed kilkuset lat.
Od książki nie sposób się oderwać, należy ona do tego typu powieści, przy których czytaniu obiecujemy sobie „jeszcze tylko jeden rozdział” i ani się obejrzymy, a nie zostanie nam ani jedna kartka. Wtedy warto mieś pod ręką drugi tom trylogii – „Błękit szafiru”. :)  

Jedna rzecz tylko nie daje mi spokoju. Dlaczego Gwendolyn nie mogła przenieść się do przyszłości? Odpowiedź na to trudne pytanie brzmi: „bo przyszłość się jeszcze nie wydarzyła”. Ale czy na pewno? Skąd wiadomo, że właśnie tu i teraz narratorki jest teraźniejszością? A co z poprzednimi podróżnikami w czasie? Gwendolyn i Gideon przybywają do wcześniejszych epok jako przybysze z przyszłości właśnie. Jak to możliwe? Czyżby przyszłość była pojęciem względnym? To jedno niewytłumaczone zagadnienie kładzie się cieniem na dobrze skonstruowanej teorii. Liczę na jego wyjaśnienie w kolejnych tomach. Fakt jednak, że powieść młodzieżowa zmusiła mnie do dosyć poważnej filozoficznej refleksji poczytuję za zaletę.

Z całego serca polecam „Czerwień rubinu”. Spodoba się ona przede wszystkim osobom spragnionym nowości, którym zbrzydły wszystkie schematyczne powieści młodzieżowe wydawane w ostatnich latach. To książka lekka, pochłaniająca całą uwagę i dająca to, co w literaturze najważniejsze – radość czytania. 

 Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Egmont!

niedziela, 30 października 2011

Recenzja: "Miasto poza czasem" - Enrique Moriel (audiobook)

Wydawnictwo Świat Książki

Opis wydawcy:

Thriller historyczny, rozgrywający się w Barcelonie od średniowiecza po czasy współczesne. Tajemniczy narrator - nieśmiertelny człowiek-wampir o wiecznie młodej twarzy - prowadzi nas przez stulecia, snując opowieść o swym niezwykłym życiu w zmieniającym się, fascynującym mieście. Na jego trop przypadkowo wpadają adwokat Solana i jego asystentka Marta Vives, zajmujący się dziwną śmiercią pewnego multimilionera... Wartka akcja i misterna intryga na pełnym anegdot tle dziejów Barcelony, a zarazem uniwersalny, całkiem poważny traktat o walce Dobra ze Złem. 



Znacie to uczucie, kiedy czytając książkę cały czas czekacie aż coś się wreszcie zacznie dziać? Dokładnie to czułam czytając „Miasto poza czasem”. Czekałam i czekałam. Niestety… nie wydarzyło się nic.

„Miasto poza czasem” to w zasadzie dwie odrębne historie. Jedną z nich stanowi osobista, a nawet intymna relacja kilkusetletniego mieszkańca Barcelony. Drugą jest historia Marcosa Solany i Marty Vives – dwojga współczesnych prawników, którzy w pewien bardzo mętny i niezbyt oczywisty sposób odkrywają tajemnicę życia Barcelończyka. Historie te są teoretycznie połączone, praktycznie jednak każda dotyczy czegoś innego i z pełnym powodzeniem mogłaby istnieć oddzielnie. Na dodatek autor stosuje najbardziej irytujący zabieg, jaki tylko można wybrać – dwie tak różne od siebie historie zostały poprzeplatane i rozdziały dotyczące dwóch kompletnie różnych rzeczy następują po sobie z pedantyczną regularnością. Zabieg ten całkowicie psuje (i tak szczątkowe już) napięcie i wpędza czytelnika w monotonny, niezaskakujący niczym rytm.

„Miasto poza czasem” wpisuje się w modne obecnie nurty. Jednym z nich jest wątek wampiryczny (narrator i przy okazji główny bohater jest wykreowaną na potrzeby książki odmianą wampira – urodził się i dorósł, jednak żyje wiecznie i pije krew). Drugi stanowi niesłabnąco rozchwytywany nurt książek o Barcelonie. Miasto to pełni istotny element całości (nazwy barcelońskich ulic i dzielnic często pojawiają się w treści), mogłoby jednak zostać zastąpione jakimkolwiek innym starym miastem bez najmniejszej szkody dla fabuły.

Powieść jest nieznośnie nudna. Nie potrafię nawet powiedzieć o czym dokładnie opowiada, ponieważ (dosłownie i w przenośni) nie mówi o niczym. Nie stanowi jednej, spójnej kompozycji; poznajemy konkretnych ludzi, jednostki, ich małe historie, które nie są ani interesujące, ani – jak prawdopodobnie zakładał autor – poruszające. Pod koniec powieści zlewają się za to w jedną, mało wyrazistą masę. Autor z lubością opisuje też barcelońskie domy publiczne na przestrzeni wieków. Niestety, nawet temat tak interesujący Moriel czyni nieciekawym i niewyobrażalnie ciężkim. Zdarzają się też niedociągnięcia kompozycyjne. Kompletnie niepotrzebna okazała się postać Tego Drugiego, który przedstawiony zostaje jako postać groźna, tajemnicza i – mogłoby się wydawać – kluczowa w całej historii, nagle jednak, w połowie książki słuch o nim ginie.

Jak to zwykle ma miejsce w przypadku literatury o niczym – aspiruje ona do miana filozoficznej. Tak jest i tu. „Miasto poza czasem” pełne jest okropnie długich wywodów na temat czasu, wieczności i natury zła. Problem jednak polega na tym, że nie są one w żadnym stopniu oryginalne. Nie wniosły do powieści nic, co by mnie zainteresowało, zaszokowało, czy przynajmniej zmusiło do refleksji.

Wielkim osobistym rozczarowaniem było dla mnie to, że lektura nie dostarczyła mi żadnej wiedzy historycznej. Od książek, których akcja dzieje się na przestrzeni kilku wieków wymagam, aby ta w nienachalny i przystępny sposób, niby mimochodem, przelała mi do głowy przynajmniej odrobinę historycznej mądrości. Narrator często napomyka jak dobrze znane mu są historyczne wydarzenia, jednak wiedzy tej nie przekazuje. Po wysłuchaniu całej powieści wiem jedynie, że przewinęła się tam jakaś rewolucja i jakaś wojna. Być może historyk, osoba obeznana wcześniej z historią Barcelony z łatwością wyłapałaby te drobiazgi, ja nie potrafię nawet powiedzieć w jakiej mniej więcej epoce działy się wspomniane wyżej wydarzenia.

Na koniec wielki minus za delikatnie antyfeministyczny oddźwięk powieści (nie ma rozdziału, w którym nie zostałoby podkreślone, że – owszem – bardzo mądra i utalentowana Marta ma przy okazji piękne i zgrabne nogi), a także za nazywanie homoseksualisty „pedałem”, bez względu na epokę, w której była wypowiadana owa „opinia”.

To wszystko jednak nie byłoby może aż tak uporczywe, gdyby nie sposób prezentacji treści. Metoda czytania Krzysztofa Wakulińskiego jest dla mnie nie do przyjęcia. W czym tkwi problem? Przede wszystkim lektor za bardzo prezentuje swoje zdolności aktorskie, przez co bardziej niż na treść, zwraca uwagę na swój głos. Rzecz niedopuszczalna w przypadku audiobooków, która nie pozwala samemu zmierzyć się treścią książki, a narzuca lektorską interpretację. Największym problemem Wakulińskiego jest jednak dynamika. Bardzo często zdarza się, że zaczyna on czytać frazę głośno, aby wraz z końcem zdania zamienić głośność swojego głosu w szept tak cichy, że niemal niesłyszalny. Zwiększenie słyszalności używanego do odsłuchania książki urządzenia nie ma przy okazji najmniejszego sensu, ponieważ początek kolejnego zdania znowu przeczytany będzie bardzo głośno. Zdarza się, że lektor (chcąc zapewne wprowadzić nastrój przepełniony grozą i tajemnicą) zaczyna zdanie chrapliwym i syczącym, a przez to niewyraźnym i bardzo nieprzyjemnym dla ucha szeptem. Wówczas mierna jest słyszalność całego fragmentu.

„Miasto poza czasem” mi się nie podobało. Wydaje mi się, że autor chciał upchnąć w niej wszystko „to, co najlepsze”, czyli Barcelonę, wampiry, odrobinę seksu (jakże żenującego w jego wykonaniu) i garść filozoficznej prawdy życiowej. Nie wyszło mu nic godnego uwagi. Mimo sporych oczekiwań dwa główne wątki nie połączyły się w żaden fascynujący i niespodziewany sposób, a mnie pozostał niesmak i poczucie kompletnie zmarnowanego czasu. Ani to thriller ani historyczny. Nie polecam.

środa, 26 października 2011

Recenzja: "Istoty Światła i Ciemności" - Simon R. Green

Recenzja tomu pierwszego: Coś z Nightside
 
Wydawnictwo Fabryka Słów


Opis wydawcy:


Watykan ma plan – zachować status quo. Boski plan nie zezwala jednak, by olbrzymia moc pozostawała w rękach śmiertelników. Ci z Dołu jak zwykle próbują udaremnić plany Góry. Jest jeszcze Kolekcjoner pragnący zdobyć unikatowy eksponat oraz rzesze innych, którzy mają własne plany. Każdy z nich pożąda Graala... Nieświętego Graala – kielicha Judasza z Ostatniej Wieczerzy, źródła ostatecznej potęgi i nieskończonego zepsucia. Tylko John Taylor nie ma planu. Nie ma też wyboru – musi odnaleźć Kielich, by powstrzymać Armagedon. Nightside, gdzie można się sztachnąć Elvisem i spędzić noc z Marylin Monroe, gdzie martwa zakonnica pokaże stygmaty - wszystko za odpowiednią opłatą. Wynaturzone magiczne serce Londynu, gdzie grzech jest cnotą, a cnota występkiem, będzie areną walki o kielich, walki w której stawką są losy świata.


Z tomami drugimi bywa różnie, zwłaszcza w fantastyce. Zdarzają się bowiem kontynuacje pisane na siłę, bez większego pomysłu na ich rozwój. „Istoty Światła i Ciemności” do nich nie należą. To doskonały sequel, który zachwyci każdego miłośnika fantastyki i dobrego humoru. 

Znowu trafiłam do Nightside. Całe szczęście! Niewiele czasu potrzeba, aby zatęsknić za tym miejscem. Teraz, zaznajomiona już z tajnikami krainy, kroczyłam ulicami Nightside jak stały bywalec. Wstąpiłam do Obcych Znajomków i spotkałam starych znajomych – Wystrzałową Suzie i Ostrego Eddie’go. Nie było jednak miło. Czy w Nightside może w ogóle być miło? Niebo pociemniało i zasnuło się ruchomymi kształtami. To anioły – bezwzględne i okrutne istoty, które poświęcą miasto i jego mieszkańców, aby zdobyć upragniony cel, a jest nim Nieświęty Graal – kielich, z którego w czasie ostatniej wieczerzy pił sam Judasz. John Taylor znów ma ręce pełne roboty; Watykan zlecił mu znalezienie Graala. Podobne plany ma jednak wielu. 

Autor miał przed sobą trudne zadanie. W poprzedniej powieści to sytuacja rządziła akcją – dużo bardziej interesował mnie sposób kreowania przestrzeni niż to, co się za chwilę wydarzy. Teraz było jednak inaczej. Nie wszystko było dla mnie nowością, nie wszystko przykuwało moją uwagę; potrzebowałam akcji, zawiłej intrygi, która mnie zaskoczy, pochłonie i sprawi, że ze zdenerwowania zacznę obgryzać paznokcie. Autor mnie nie zawiódł. Dostarczył wielkich emocji nie zaniedbując przy tym swojego genialnego świata. Poznajemy jeszcze mroczniejsze zakamarki Nightside. 

„Istoty Światła i Ciemności” mimo, że osadzone w tej samej rzeczywistości i nawiązujące do części poprzedniej, stanowią zupełnie nową opowieść, wprowadzają nowe wątki i galerię niezwykłych postaci (poznajemy między innymi legendarnego Merlina). Świeżość opowiedzianej historii zaskakuje i sprawia, że mamy ochotę na więcej. Pojawiają się niewykorzystane dotąd wątki religijne i klerykalne. Green pozwala sobie na drobną kpinę z religijnych wierzeń. Zarówno wysłannicy nieba, jak i piekła to niedbające o losy ludzi monstra, których trzeba się pozbyć najszybciej jak to możliwe. „Nie było na czym oka zawiesić ani nic do roboty, a nie zamierzałem marnować czasu na modły” - Opisuje swoje wrażenia z pobytu w kościele Taylor. Autor daje nam też ciekawe spojrzenie na Judasza ukazując go w nowym, typowym dla siebie, groteskowym świetle. Wszystko to okraszone humorem. 

Warto jednak pamiętać, że powieść Green’a to nie tylko zbiór zabawnych i absurdalnych sytuacji. To także do bólu trafne spostrzeżenia dotyczące świata i człowieka. Tak banalne, że się przy nich nie zatrzymujemy, a uderzają w nas dopiero po chwili, kiedy zdajemy sobie sprawę, że błyskotliwa uwaga odnosić się może nie tylko do dziwnej kreatury, o której czytamy, ale także do nas samych. 

Simon R. Green pokazał, że ma niewyczerpane pokłady szalonej wyobraźni. W tomie drugim nadal potrafi zaskoczyć. Co więcej! Nie mam najmniejszych wątpliwości, że także kolejne części tej serii będą równie udane. Green udowodnił, że pomysłów mu nie brakuje, a Nightside ma w sobie jeszcze wiele tajemnic. 


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl

wtorek, 25 października 2011

Recenzja: "Coś z Nightside" - Simon R. Green

Wydawnictwo Fabryka Słów

Opis wydawcy:

Wszystkie drogi prowadzą do Nightside… John Taylor, specjalista od spraw beznadziejnych, od pięciu lat skutecznie unika kłopotów. Błogi spokój kończy się wraz z chwilą, gdy próg jego biura przekracza obrzydliwie bogata Joanna Barrett. Za cenę odnalezienia jej córki, enigmatyczny detektyw łamie daną sobie przysięgę i wyrusza tam, gdzie nie można polegać nawet na ciągłości czasu. 
Konie, które boją się dentysty, gazeta z przyszłego tygodnia, przeboje Dylana grane od tyłu przez ulicznego grajka i krzywizny czasoprzestrzeni… Żeby to przetrwać, wstąp na szklaneczkę czegoś mocniejszego do Obcych Znajomków. Uważaj! Twoją moralność oceni sam Merlin… Nightside. Miejsce, gdzie spełniają się marzenia i ożywają koszmary. Gdzie można kupić wszystko, często za cenę duszy. 



Coś pojawiło się w Nightside. Coś naprawdę złego. Ale czy w świecie, w którym ożywają koszmary istnieje coś, co potrafi nas przerazić?

Początek powieści sprawia złudne wrażenie normalnego. Poznajemy Johna Taylora – cieszącego się złą sławą detektywa, który stara się związać koniec z końcem. To on opowiada nam o wszystkich wydarzeniach, a narracja ta przypomina zasłyszane w starych filmach opowieści dzielnych policjantów. A w zasadzie ich parodie, bo John swoje zdania przyozdabia żartami i anegdotkami. Zabawne, ale boków nie urwało. Do biura detektywa przychodzi klientka. Wynajmuje Taylora i jego nadprzyrodzony dar (potrafi on bowiem znajdować ludzi i przedmioty), aby ten pomógł jej odnaleźć zagubioną córkę. Wtedy trafiamy do Nightside. I wtedy właśnie wszelkie pozory tego, że do czynienia będziemy mieć z poważną i statyczną powieścią detektywistyczną, znikają całkowicie.

Green wykreował niesamowity świat, zadbał o każdy szczegół, a tych jest wiele. Nightside to świat pełen sprzeczności i absurdu. Tu nic nie jest takie, jakim się wydaje – kategorie piękna i brzydoty, moralności i grzechu, sacrum i profanum nie istnieją. Tradycje wierzeniowe i demonologiczne stapiają się w jedno i zostają umieszczone właśnie tutaj. Wyobraźnia autora nie zna granic i sięga znacznie dalej niż fantazja niejednego czytelnika, dla którego zatopienie się w Nightside nie będzie biernym odbiorem, a psychodeliczną podróżą w głąb własnych, nieuświadomionych nawet pragnień i marzeń. Bo takie jest Nightside – przerażające, groźne i niebezpieczne, ale warte zaprzedania swej duszy.

Powieść skrzy się humorem. Dzikie wybuchy śmiechu pojawiające się w czasie czytania potrafią doprowadzić do utraty tchu, a nawet wtedy, gdy akurat nie zwijamy się w ekstatycznych chichotach, dobry humor nas nie opuszcza. Kiepskie anegdotki Taylora z początkowych stronic zastąpione zostają błyskotliwym opisem pełnym absurdalnego humoru. Jeśli wśród czytelników znajdzie się miłośnik tego właśnie typu żartu – z pewnością się nie rozczaruje. Zabawny jest nie tylko sposób opisywania świata użyty przez Taylora, ale też to, co opisuje. Autor zestawia ze sobą przedmioty i sytuacje, których wyobraźnia szarego człowieka nie umieściłaby na jednej linii, zyskując tym samym doskonały efekt.

Poznajemy też grono groteskowych postaci, a wśród nich Ostrego Eddie’go – Ulicznego Boga Brzytwy, Kolekcjonera (kolekcjonującego dosłownie wszystko) i – moją faworytkę – Wystrzałową Suzie, która dumnie prezentuje opaskę ze skóry człowieka, którego zabiła w wieku 12 lat. Odwiedzamy niezwykłe miejsca, takie jak Wiatr Sokoła – bar w którym nie płynie czas. Trafić możemy na Piaski Czasu, które przeniosą nas do przyszłości. Przede wszystkim zaś przyjrzeć możemy się najróżniejszym istotom nadprzyrodzonym, które zalewają karty powieści. Wampiry, zjawy i inne stworzenia, które spotkać możemy w bajkach, to w Nightside nic niezwykłego. Miasto przyciąga do siebie znacznie groźniejsze monstra. Autor zgrabnie lawiruje w demonicznym świecie, kreując postacie spotykane jedynie w snach – hybrydalne, bez określonego pochodzenia etnicznego. Nightside to zbiór cudownie dziwacznych i przerysowanych postaci, z których każda mogłaby być sztandarem dla walczącego o prawa mniejszości stowarzyszenia.

No i wreszcie coś, co lubię najbardziej – zabawy z czasem. Czasoprzestrzeń, nie jest w stanie ograniczyć twórczego rozmachu autora. Każde nowe zagięcie przestrzeni i każdy skok w czasie to dla niego zabawa, w której czytelnicy aktywnie uczestniczą. Ponadto wszystko dopracowane jest do perfekcji i ma swój logiczny ciąg, co w przypadku tego typu zabiegów jest rzeczą bardzo istotną.

„Coś z Nightside” to połączenie kilku konwencji. Nazwać go kryminałem, bądź fantastyką, to za mało. Powieść łączy w sobie cechy klasycznego kryminału noir, barwnej powieści fantasy, a także wiele różnych tradycji kulturowych. Ta mieszanina dziwnych zjawisk, kolorowy tłum postaci o różnym statusie ontologicznym i różnym stanie skupienia tworzy prawdziwe postmodernistyczne arcydzieło. „Coś z Nightside” nie zachwyca swoją intrygą, czy rozwojem fabuły (choć nie mam im nic do zarzucenia), ale tą eklektyczną papką kulturową, która jest jedyna w swoim rodzaju.

Na koniec należy też wspomnieć o przepięknej szacie graficznej książki. Ilustracje, których autorem jest Dominik Broniek utrzymane są w stylu retro i odwołują się do klasycznej strony dzieła. Detektyw w prochowcu uchwycony został z najważniejszymi postaciami i momentami w powieści. Ilustracje świetnie dopełniają całości, nie zniekształcając przy tym naszego osobistego odbioru.

Obrazy wykreowane przez Green’a nie są ładne. Nie sposób tez ich analizować, bo świat w nich przedstawiony nie daje się sklasyfikować i zrozumieć. To żywioł, rozwiewający włosy szalony pęd, któremu czytelnik musi się poddać. Zamknij oczy, wyłącz zmysły, poczuj Nightside. 


 Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl


środa, 19 października 2011

Recenzja: "Dotyk ciemności" - Karen Chance

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

Opis wydawcy:

Dotyk Ciemności to pierwszy tom bestsellerowej serii o przygodach Cassandry (Cassie) Palmer, która posiada zdolności jasnowidzenia i komunikowania się ze światem zmarłych.
Błyskotliwa i wciągająca seria autorstwa Karen Chance to jeden z najpopularniejszych na świecie cykli paranormal/urban fantasy. Jest publikowany w kilkunastu językach i na całym świecie cieszy się równą popularnością co serie Patricii Briggs, Ilony Andrews czy Charlaine Harris.


„Ni to ziębi, ni to grzeje” - głosi ludowe przysłowie, którym z pewnością określić można powieść Karen Chance. „Dotyk ciemności” bowiem, to powieść niejednolita, budząca wiele skrajnych emocji. 

Dość szybko tocząca się akcja rozpoczyna się już na pierwszej stronie. Barwna narracja Cassie pozwala nam wczuć się w opowiadane przez nią wydarzenia, a dzięki jej zdolnościom wizjonerskim mamy dostęp do wszystkich potrzebnych informacji.
Świetna jest też bogata w szczegóły miejsko-fantastyczna rzeczywistość. Niezwykle ciekawa jest duża ilość występujących w powieści istot nadnaturalnych; od wampirów, poprzez magów, aż po duchy. 

Bohaterką opowiedzianej historii jest Cassie – sławna wizjonerka, która stara się prowadzić normalne życie. O to jednak trudno, jeśli zobaczyć można swój własny nekrolog. Cassie jednak nie zamierza się poddać i ucieczką próbuje ratować swoje życie. Niestety bohaterka nie wzbudziła mojej większej sympatii. Czemu? Nie wiem. To potrafiąca radzić sobie w trudnych sytuacjach kobieta, potrafi walczyć i się bronić. To jednak, czego broni najbardziej to własne dziewictwo. Cecha ta sprawia, że powieść – celowo, czy nie – nabiera dziwnego zabarwienia moralno-wychowawczego. A wszelkie elementy erotyczne w niej występujące, tylko to wrażenie potęgują. Postawa Cassie irytuje i prezentuje główną bohaterkę jako słabą, nieco głupiutką istotkę. A bieganie z pistoletami i walka wręcz zobowiązuje, prawda? 

Kolejną kwestią są podróże w czasie. Tematyka ta, niezwykle przez mnie lubiana, pojawia się także tutaj. Czytając powieść trzeba cały czas pozostawać w czujności, aby nie pogubić się w chaotycznych, skomplikowanych opisach wydarzeń zwłaszcza, że dzieją się one na różnych płaszczyznach czasowych. 

Bohaterowie dzielą się na dwie grupy – pierwszą, wykreowaną przez Karen Chance i drugą… bandę historycznych postaci, mieszaninę różnych epok i narodowości. Zabieg ten wyszedł nie tylko nieciekawie, ale wręcz żenująco i według mnie jest najsłabszym elementem całej powieści. Przyłapałam się na tym, że czytając o Kleopatrze, Rasputinie i całej gromadzie innych historycznych osobistości zasłaniałam twarz dłonią – wstydziłam się, było mi głupio, że czytam coś tak – mówiąc kolokwialnie, ale dosadnie – idiotycznego. Wszystkie zresztą zabiegi ze zmianą czasu nie wyszły autorce najlepiej. Choć ciekawie zaprezentowane – nie trzymały się podstawowych zasad logiki. Bohaterowie gmerają w przeszłych odmętach, zmieniają bieg wydarzeń, a ich teraźniejszość pozostaje taka sama.

Zastanawiam się w czym tkwi problem. Nie w całokształcie, bo ten w ostatecznych rozrachunku wypada na plus. Diabeł tkwi w szczegółach, które są tutaj niedopracowane, nieprzemyślane i co najważniejsze – bardzo irytujące. Książkę przeczytać można, ale na pewno nie ma co liczyć na niezapomnianą lekturę.


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl



czwartek, 15 września 2011

Recenzja: "Łowcy Mitów" - Christopher Golden

Wydawnictwo Amber

Opis wydawcy:

Alternatywny świat za Zasłoną, oddzielający królestwo legendarnych istot od naszej współczesności
Autor porównywany do Neila Gaimana, wydawany w 14 krajach
Zimowa noc w małym miasteczku w Maine. Bezsenna dla Olivera Bascombe’a, młodego prawnika, który jutro ma wziąć ślub wbrew swojej woli. Marzy, żeby ten dzień nigdy nie nadszedł, chciałby uciec gdzieś daleko. I nagle do jego domu wdziera się śnieżna zamieć, a wraz z nią człowiek z lodu. Pradawna istota szuka u Olivera pomocy w ucieczce przed krwiożerczymi prześladowcami. Oliver wyrusza z nią do magicznego świata mitów i niebezpieczeństwa. Lecz człowiek, który przekroczy Zasłonę, nie może już stamtąd powrócić…


„Łowcy Mitów” to pełna uroku i przywołująca najwspanialsze wspomnienia opowieść o dwóch równoległych światach i poznawaniu alternatywnej rzeczywistości. Dość znany temat nie wprowadza niczego nowego, ale fanom gatunku przypomina, jak bardzo zachwycały ich takie opowieści w przeszłości.

Oliver Bascombe to twardo stąpający po ziemi młody prawnik, który nazajutrz ożenić ma się z niezbyt przez siebie pożądaną, ale za to lubianą przez ojca kobietą. Prowadzi uporządkowane i raczej nudne życie. Wszystko zmienia się, gdy podczas śnieżnej zamieci w jego salonie ląduje nie kto inny, jak sam legendarny Dziadek Mróz. Ścigany przez niebezpiecznego Łowcę Mitów prosi Olivera o pomoc, a młody mężczyzna ratując życie swoje i starca przechodzi na drugą stronę Zasłony. Znajduje się w równoległym świecie zamieszkałym przez Mity, czyli najróżniejsze istoty i kreatury, które w ludzkim świecie pojawiają się jedynie w bajkach.

„Łowcy mitów” przywodzą na myśl takie dzieła jak „Czarnoksiężnik z Krainy Oz”, „Niekończąca się historia”, czy „Opowieści z Narni”. Świat jest tutaj tak samo magiczny i baśniowy, jedyną innowacją jest dorosły bohater i nieco bardziej mroczny charakter. Pomimo tego wędrówka ścieżkami równoległego świata i poznawanie jego tajemnic była wielką przyjemnością, a dodatkowo przywoływała naprawdę miłe i ciepłe wspomnienia z dzieciństwa. Kreując świat mitycznych istot zamieszkujących równoległy świat, autor spisał się na medal. Stworzył ciekawe połączenie tradycyjnego folkloru i całkiem nowych, zainspirowanych własną wyobraźnią wizji.

Równolegle do tej magicznej wędrówki akcja toczy się w świecie rzeczywistym. Zaginięcie Olivera w dniu ślubu nie pozostaje bez echa. Na dodatek wkrótce sprawy się komplikują, pojawiają się ofiary śmiertelne. Detektyw Ted Halliwell prowadzi dochodzenie i stara się połączyć tajemnicze zniknięcie mężczyzny ze wszystkimi jego skutkami.

Ta część powieści nie zachwyca, a nawet irytuje. Skoki pomiędzy światem rzeczywistym i fantastycznym pojawiają się zbyt często, a my, biedni czytelnicy, co kilka stron przenosić się musimy z miejsca na miejsce. Powoduje to, że akcja jest niespójna i w rezultacie mało interesująca. Zbyt często zmuszeni jesteśmy opuszczać miejsce ciekawych wydarzeń i trudno wciągnąć się w którykolwiek z wątków. W momencie, kiedy zaczynamy wczuwać się w atmosferę otaczającego nas świata – przenosimy się do świata równoległego. Na dodatek skoki te są zupełnie niepotrzebne. Śledztwo detektywa Halliwella nie fascynuje, ponieważ doskonale wiemy, co wydarzyło się „naprawdę”, więc działania organów ścigania nie robią na nas większego wrażenia. Dwa współegzystujące światy nie wpływają też na siebie, dlatego ich częste pokazywanie nie ma większego sensu.

Szkoda, że autor postanowił ciągnąć dwie sroki za ogon i nie skupił się na jednym tylko aspekcie historii. Mimo wszystko warto wybrać się w tą pełną przygód, niebezpieczeństw i odkrywanych na każdym kroku nowych, zaskakujących tajemnic obcego świata.


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl


środa, 14 września 2011

Recenzja: "Shirley" - Charlotte Brontë

Wydawnictwo MG

Opis wydawcy: 

Nigdy dotąd nie wydawana w Polsce powieść Charlotte Brontë, autorki „Dziwnych losów Jane Eyre”.Borykający się z przeciwnościami losu młody przedsiębiorca, Robert Moore, sprowadza do swej fabryki nowoczesne maszyny, czym naraża się lokalnej ludności do tego stopnia, że doczekuje się zamachu na swoje życie. By ratować podupadający interes, Moore rozważa poślubienie zamożnej i dumnej Shirley Keeldar, mimo że jego serce należy do nieśmiałej Caroline, żyjącej w całkowitej zależności od swego stryja. Tymczasem Shirley zakochana jest w ubogim Louisie, który zajmuje posadę guwernera w rodzinie jej wuja. Choć Louis odwzajemnia jej uczucie, ambicja i świadomość przepaści majątkowej, która ich dzieli nie pozwalają mu się do tego przyznać.„Shirey”, napisana przez Charlotte Brontë zaraz po „Dziwnych losach Jane Eyre”, to pełna pasji opowieść o konflikcie klas, płci i pokoleń, toczącym się wśród wrzosowisk północnej Anglii i na tle niespokojnej epoki wojen napoleońskich.

 
Czytelniku, czy znasz siostry Brontë? Jeśli tak – wiesz co robić i żadne słowa nie zmienią faktu, że prędzej, czy później „Shirley” zagości na Twojej półce. Co słyszę? Nie znasz? Przed Tobą stoi możliwość wzbogacenia nie tylko swojego czytelniczego doświadczenia, ale całego życia.

Nie potrafię być bezstronna, nie potrafię wyzbyć się w pełni subiektywnych odczuć, które żywię do Charlotte Brontë. Jej „Dziwne losy Jane Eyre” to dla mnie niedościgniony ideał. Z niecierpliwością otworzyłam „Shirley” i poczułam to samo. Styl i klasa. Nic więcej się nie liczy. „Shirley” to literacka uczta, po której inne książki wydawać się będą niegodne tak znakomitej poprzedniczki.

Czy „Shirley” jest lepsza od „Jane Eyre” – to pytanie zadaje sobie niejeden ciekawski Czytelnik. Odpowiem szczerze – nie. Całość fabuły nie jest tak doskonale dopracowana, zdarzają się pewne niedociągnięcia. Ale to się nie liczy. Są bowiem w powieści fragmenty, które nawet wyrwane z kontekstu, tworzą maleńkie arcydzieła. Nie wierzysz? Przeczytaj pierwszy rozdział. Mistrzowsko dozowana satyra, groteskowe postaci, których nie powstydziłby się sam Dickens i humor – inteligentny i błyskotliwy.

Akcja powieści toczy się z należytą powolnością. Czytelnik zyskuje pełen obraz hrabstwa York i jego mieszkańców, a także ich zwyczajów. Nie będę opisywała fabuły powieści, polski wydawca uczynił to w sposób dostateczny, a może nawet zbyt mocny. Powiem tylko, że w książce spotkamy się ze wspaniałymi bohaterami; żywymi i pełnowymiarowymi.

I najważniejsze – przez całą powieść znakomita Autorka, wspaniała Charlotte zwraca się do mnie. Nie wysyła swej opowieści w nieokreśloną próżnię, nie stara się zadowolić wszystkich na raz. Zwraca się wprost do Czytelnika, nie stroni od własnych opinii i kąśliwych uwag, a czyni to w tak niezwykły sposób, iż mam wrażenie, że powieść została napisana specjalnie dla mnie, że nie czytam książki, a list od dobrej przyjaciółki. Czuję się, jakbym uczestniczyła we wszystkich wydarzeniach; czasem podpatruję bohaterów zza węgła – wówczas Charlotte szepcze mi do ucha ciekawostki, czasem jednak siedzę wygodnie rozpostarta w fotelu i uczestniczę w rozmowie dwóch eleganckich panów. To jest właśnie magia słowa pisanego! Doświadczyć jej może każdy.

„Jeżeli ten wstęp wzbudził w Tobie, Czytelniku, nadzieję na romantyczne wrażenia, czeka Cię zawód. Czy liczysz na sentymentalizm, poezję, rozmarzenie? Czy spodziewasz się płomiennych uczuć, ekscytacji i melodramatu? Ucisz swoje oczekiwania, sprowadź je na ziemię. Leży przed Tobą coś autentycznego, prozaicznego i namacalnego.”* - Ostrzega nas na pierwszej stronie Autorka. Droga Charlotte, ładnie to tak zakpić z czytelnika i odebrać mu nadzieję na to, co w Twej prozie najlepsze? Romantyczne uczucia wypływają z każdej strony Twojej historii. Wywołujesz nie tylko silne emocje, pokazujesz także cierpienie z powodu niemożności ich zrealizowania. Zgodzę się jednak, że „Shirley” obfituje w realizm. Konflikty płci i wieku, a także dobrze opisane zaplecze polityczne i społeczne przebijają się przez każde, nawet najbardziej romantyczne zdarzenie. To dobrze. Lektura zaspokoiła nie tylko moje serce, ale także umysł.

Czytanie „Shirley” to czysta przyjemność. Brontë reprezentuje sobą wszystko to, co w literaturze XIX-wiecznej najlepsze – idealny styl, język i bogactwo tematów. Ostrzegam jednak, że zanurzenie się w prozie tak wysokiej jakości spowodować może niechęć do wszystkiego (z samego założenia gorszego), z czym przyjdzie nam się zmierzyć w następnej kolejności.

Czytelniku, czy muszę zachęcać Cię do przeczytania „Shirley”? Jeśli znasz perypetie Jane Eyre albo śledziłeś zmagania Lucy Snow z Villette – również spotkanie z niepokorną Shirley Cię nie zawiedzie. Jeśli natomiast zaczynasz dopiero swoją przygodę z genialną Charlotte Brontë – w powieści odnajdziesz to, co złączy Cię z Nią na zawsze. 


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.pl



***
Znów mnie nie było. Tym razem wyjechałam. Do Paryża. Powiem Wam, że liczyłam na to, że wakacje będą okresem w ciągu którego nadrobię wszelkie czytelniczo-recenzyjne zaległości. Oczywiście nie wyszło. Nie dość, że mam kilkanaście niedodanych recenzji, to na dodatek kwestia stosików kuleje. Nic tam! Nadrobię, nie? 
Ciekawa jestem, czy ktoś tu jeszcze zagląda. Mam nadzieję, że tak. Niedługo i ja Was odwiedzę. ;) mam nadzieję, że do końca tygodnia uda mi się przeczytać wszystkie zaległe recenzje.

środa, 17 sierpnia 2011

Recenzja: "Imperium wampirów" - Griffith Clay, Griffith Susan

Wydawnictwo Amber

Opis wydawcy:

Zakazana miłość w samym środku wielkiej wojny ludzi i wampirów.
Brawurowa akcja w podzielonym pomiędzy śmiertelników i nieumarłych futurystycznym świecie dwojga młodych bohaterów połączonych uczuciem, walką i tajemnicą.
Wyłącznie pozytywne oceny na Goodreads i Amazonie, zwłaszcza czytelniczek zachwyconych piękną miłością.
Wielka Rzeź skończyła się sto pięćdziesiąt lat temu – śmiercią milionów ludzi i zwycięstwem wampirów. W ich ręce wpadł cały świat. Kwitnące metropolie zmieniły się w zrujnowane, cuchnące rozkładem miasta epoki pary i stali, a śmiertelnicy – w niewolników nieśmiertelnych barbarzyńców.
Mrok nowego imperium nie ogarnął tylko Cesarstwa Ekwatorii i Republiki Amerykańskiej. Teraz, w roku 2020, te dwa państwa zjednoczą się przeciwko wspólnemu wrogowi, kiedy księżniczka Ekwatorii poślubi władcę Republiki.
Adele nie kocha mężczyzny, który ma zostać jej mężem, lecz jest zdecydowana się poświęcić. Ale nieprzyjaciel krzyżuje te plany, porywając księżniczkę. W samym sercu imperium żądnych krwi potworów Adele odkrywa, że nie jest zupełnie sama. Lecz czy jej tajemniczy obrońca to przyjaciel czy wróg? Człowiek czy wampir? Jej zguba czy miłość na wieki…


Jestem pewna, że znajdzie się niejeden czytelnik, któremu na wzmiankę „wampiry” cierpnie skóra. Nieprzyjemne uczucie bynajmniej nie jest spowodowane strachem przed krwiożerczymi kreaturami, ale niemiłym uczuciem, które pojawia się wśród miłośników literatury podczas przeglądania nowości wydawniczych – wampirów mamy na pęczki. Niech jednak Ci, którzy zwątpili, że wciąż można stworzyć oryginalną opowieść opartą na mitach dotyczących krwiopijców, nadstawią uszu! Oto doczekaliśmy się prawdziwej perełki!

„Imperium wampirów” to powieść, której konwencja sięga do słynnych, często wykorzystywanych w komiksach, bohaterów walczących o dobro innych ludzi. Greyfriar to zamaskowany, odziany w pelerynę, prowadzący podwójne życie mężczyzna, który zabija wampiry. Jest wyszkolony w walce, szybki, silny i co najważniejsze – dobry. Greyfriar to mityczny bohater, w którego istnienie nie wierzy podróżująca na kresy swojego królestwa księżniczka Adele. Na własnej skórze ma się jednak przekonać o jego istnieniu, gdy jej statek zostaje zaatakowany przez nieprzyjazne oddziały wampirów – Greyfriar ratuje ją z opresji, a następnie pomaga w ucieczce. Rozpoczyna się barwna, pełna przygód i niebezpieczeństw podróż po okupowanej przez wampiry i zniszczonej wieloletnimi ich rządami Europie północnej.

Czym jest „Imperium wampirów”? Nie da się tego określić jednym słowem. Niesłusznym i krzywdzącym byłoby zakwalifikowanie jej do popularnej konwencji paranormal romance, ponieważ to zbagatelizowałoby znaczenie powieści i sprawiłoby, że stałaby się tylko jedną z wielu podobnych. Tak nie jest. Powieść bez wątpienia czerpie garściami z modnego gatunku, jakim zasypuje nas rynek wydawniczy, jednak romans nie pełni tu kluczowej roli. Pojawiają się za to nowatorskie elementy, które nie tylko urozmaicają fabułę, ale także sprawiają, że książka otwiera się na nowe, szersze niż dotychczas grono odbiorców. Pojawia się militaryzm, który w znaczący sposób wpływa na rozwój fabuły. Krwawe bitwy przewijają się praktycznie przez cały czas trwania utworu, a określenie „krwawe” jest tu jak najbardziej na miejscu. Narracja pozbawiona jest eufemizmów i nie zważa na słabe nerwy czytelnika. To właśnie elementy militarne niszczą schemat „literatury kobiecej”, z którą to najczęściej mamy do czynienia w przypadku opowieści o miłości i wampirach.

W „Imperium wampirów” spotkać możemy także inne ciekawe i popularne ostatnio nurty. Fani steampunku i literatury postapokaliptycznej będą w swoim żywiole. Akcja powieści dzieje się 150 lat po wielkim powstaniu wampirów w XIX wieku, jednak na skutek tych wydarzeń rozwój cywilizacyjny został spowolniony, w związku z czym ludzie nadal korzystają z dobrodziejstw pary wodnej. Przedstawiona w alternatywny sposób historia ludzkości oraz jej szczegóły są wspaniale dopracowane.

Ciekawy jest także sposób przedstawienia samych wampirów. Na próżno szukać tu przystojnych młodzieńców, którzy bez niczyich podejrzeń podszywać się mogą pod ludzi. To krwiożercze bestie bez uczuć, zasad moralnych i kultury. Istniejący od wieków krwiopijcy postanowili ujawnić swoje istnienie. W 1870 roku wskrzesili Rewolucję i zapanowali nad większą częścią świata, z ludzi czyniąc swych poddanych.

Powieść nie stroni od nawiązań do znanego nam świata; to satyra na współczesną Amerykę i jej popkulturowy wizerunek. W okupowanym przez wampiry świecie ostoję ludzkości stanowią dwa mocarstwa – Cesarstwo Ekwatorii oraz Republika Amerykańska. W celu połączenia sił militarnych planowany jest ślub księżniczki Ekwatorii z senatorem Clarkiem – słynnym amerykańskim pogromcą wampirów. Poprzez zestawienie ze sobą dwóch różnych kultur autorzy zdają się mówić, że bez względu na rozwój świata – ich mieszkańcy zawsze pozostaną tacy sami. Oto bowiem zjawia się senator Clark, jednak jego przybycie pozbawione jest podstawowych zasad dyplomatycznych, na które liczą Ekwatorianie. Clark stawia na widowiskowość i tanie efekciarstwo; swe przybycie oznajmia barwnymi dymami, a konwencjonalne zejście z pokładu statku zastępuje akrobatycznymi ewolucjami na spuszczonej w kierunku ziemi linie. „Tacy są Amerykanie” – zdaje się przemawiać do nas zaplecze ideowe tego fragmentu. Nie sposób nie zgodzić się z tymi zabawnymi spostrzeżeniami.

„Imperium wampirów” to powieść zaskakująca, trzymająca w napięciu i wymykająca się konwencji. Serdecznie polecam ją nie tylko miłośnikom romansu osadzonego w paranormalnym świecie, ale każdemu miłośnikowi dobrej fantastyki. 


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl


sobota, 6 sierpnia 2011

Recenzja: "Córka kata" - Oliver Pötzsch

Wydawnictwo Esprit

Opis wydawcy:

Krótko po zakończeniu wojny trzydziestoletniej w bawarskim Schongau dochodzi do serii brutalnych morderstw na dzieciach.  Na ciałach ofiar wytatuowane są czarnoksięskie symbole – mieszkańcy miasta widzą w nich dzieło Szatana.  Rozpoczyna się polowanie na czarownice. Akuszerka, Marta zostaje oskarżona o konszachty z diabłem i uznana za morderczynię, jednak kat, który ma za pomocą tortur wymóc na niej zaznania, nie wierzy w winę kobiety. Razem z córką Magdaleną i miejskim medykiem Simonem prowadzi śledztwo na własną rękę. Trop prowadzi bohaterów przez ponury labirynt dzielnic biedoty, wygodne salony miejscowej elity i tajemnicze lochy z czasów ostatniej wojny. Czy Jakub Kuisl będzie zmuszony w majestacie prawa zamordować niewinną kobietę? Ile jeszcze dzieci będzie musiało zginąć, żeby przerażająca prawda wyszła na jaw?

Kryminał historyczny to trudny gatunek; do jego wykonania niezbędny jest nie tylko znakomity warsztat, ale też ogromna wiedza. Autorowi „Córki kata” nie brakuje ani jednego ani drugiego, dzięki czemu przymiotnik „historyczny” został spełniony. Oliver Pötzsch stworzył wspaniałą powieść obyczajową i zaprezentował panoramę ludzkich charakterów. Do zagospodarowania pozostał jeszcze „kryminał”; tutaj niestety sprawa nie wygląda tak dobrze.

Wbrew pozorom katowska córka – Magdalena nie jest główną bohaterką powieści. Najważniejszą rolę pełni sam kat – wspaniale zarysowana, intrygująca postać Jakuba Kuisla. Fabuła zaczyna się dość tragicznie; z rzeki wyłowiony zostaje umierający chłopiec na którego ciele widnieje nie dający się zmyć ciemny znak czarownic. Oskarżona o zabójstwo zostaje natychmiast miejscowa akuszerka, która – jak powszechnie wiadomo – od lat zajmowała się czarami i nieczystymi sprawkami, a co więcej – młody Peter często u niej bywał. Dziki, żądny zemsty lud udaje się do akuszerki Marty, aby samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość. Za kobietą wstawia się jednak Jakub, zapewniając jej prawo do procesu. Wkrótce jednak okazuje się, że Peter nie jest jedyną ofiarą tajemniczego sprawcy, a Jakub, wraz z młodym medykiem – Simonem, postanawiają samodzielnie odnaleźć zabójcę i ocalić Martę.

„Córka kata” to niezwykła podróż w głąb XVII-wiecznego, handlowego miasteczka w Bawarii. Realia historyczne zostały szczegółowo zakreślone – pojawiają się odwołania do panującej ówcześnie sytuacji politycznej oraz trwającej wojny. Czytelnik otrzymuje nawet przecudnej urody przedruk autentycznego miedziorytu przedstawiającego Schongau, aby nie zagubił się gdzieś w dzielnicy garbarzy podczas swych wędrówek z bohaterami. Interesująco opisane zostały szczegóły związane z działalnością XVII-wiecznego sądownictwa; jako czytelnicy możemy zajrzeć do szafy z aktami pisarza sądowego, popatrzeć na paradnie ubranego przedstawiciela księcia elektora, a także zajrzeć do przerażającej i pachnącej strachem sali tortur. Podobał mi się prolog powieści. Podczas jego czytania bierzemy udział w krwawej egzekucji. Problemy z nie do końca obciętą głową, panika skazanej – tego typu szczegółów nie szczędzi nam autor. To właśnie tych okrutnych, a nawet przerażających fragmentów, tak bardzo przecież związanych z profesją kata, zabrakło mi na późniejszych stronach powieści.

Dzięki lekturze zajrzeć mogłam w głąb psychiki XVII-wiecznego mieszczanina. Więcej nawet! Poznałam różne typy osobowości. Cieszę się, że autor nie użył jednego schematu dla wszystkich typów ludzkich, a ukazał różnice pomiędzy nimi wynikające z wieku, wykształcenia, pozycji społecznej i wykonywanego zawodu. Rzemieślnik różni się od handlarza, a woźny sądowy od przekupki. Jedni są przesądni, boją się, że mogliby stać się ofiarą czarów, dla innych schwytanie czarownicy to tylko pretekst do znalezienia kozła ofiarnego dla swoich niepowodzeń – ci z premedytacją wykorzystują własną pozycję.
Poznajemy także dwa typy leczenia i postrzegania medycyny. Starą szkołę uosabia Bonifaz Fronwieser, dla którego niezbędnym lekarstwem na wszystkie schorzenia jest upust krwi. Nową szkołę reprezentuje jego syn – Simon.

„Córka kata” to także wgląd w fascynujące zaplecze polowań na czarownice. Poznajemy oskarżoną kobietę i dowiadujemy się, że fakt oskarżenia jest niemal równoznaczny z wyrokiem skazującym. Poznajemy sposób jej więzienia, próby zmuszenia niewinnej osoby, aby przyznała się do winy. Doświadczamy też najgorszego – wzajemnych oskarżeń i spekulacji, których ofiarami padają nawet dzieci.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Zaczyna się kryminał… Przede wszystkim cała zagadka oraz jej rozwiązanie okazują się być niespójne. W dobrym kryminale wszystkie drobne, często zupełnie niepozorne fakty, słowa i czynności okazują się mieć znaczenie i pod koniec składają się w zaskakujące rozwiązanie. Tutaj sytuacja została odwrócona. Pojawia się kilka istotnych faktów, które powinny się ze sobą łączyć, rozwiązanie natomiast okazuje się kompletnie niezaskakujące, a wszystkie te elementy, na których połączenie czekałam okazały się być niepowiązanymi ze sobą i nie wpływającymi na siebie zbiegami okoliczności. Rozwiązanie zagadki wywołało we mnie pustkę i ogromne rozczarowanie. Sam przebieg wydarzeń związanych z wątkiem kryminalnym też nie zachwyca. Akcja jest mało zaskakująca i co najważniejsze – nie trzyma w napięciu, co w przypadku kryminału jest dla mnie czynnikiem niezbędnym. Na domiar złego mój główny podejrzany okazał się być sprawcą przestępstw, co jeszcze bardziej pogrążyło mnie w smutku.

Powieść podobała mi się, jednak nie wywołała u mnie dreszczy. Ba! Nie wywołała nawet rumieńców na policzkach. Nie potrafię ocenić tej książki jednym słowem. Dla mnie to genialna historia obyczajowa i bardzo marny kryminał.  


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl




******* 
Przez pewien czas mnie nie było. Mama wyjechała na wakacje i przez dwa tygodnie kursowałam pomiędzy domem jej, a moim własnym. Dostęp do Internetu miałam marny, zaledwie godzinkę, dwie w ciągu dnia, co nie starczyło na wiele. Mama wraca jutro, w związku z czym i ja postaram się nadrobić zaległości nie tylko na własnym blogu, ale też wśród Waszych recenzji (trochę tego będzie). ;) 
Co robiłam przez dwa tygodnie? Nie wiem. Nie za wiele przeczytałam, nie nadrobiłam zaległych recenzji, nawet nie obejrzałam zbyt wielu seriali. Spałam, jadłam popcorn z masłem i pizzę z mrożonki. Potrzebowałam tego. W swoim rozleniwieniu sięgnęłam dna i powracam pełna nowych sił i zapału do pracy. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...