czwartek, 7 kwietnia 2011

Recenzja: "Ostatnie piosenka" - Nicholas Sparks + film na podstawie powieści

Opis wydawcy:

Najnowsza książka mistrza romantycznej powieści, Nicholasa Sparksa, autora takich przeniesionych na ekran bestsellerów, jak “Noce w Rodanthe”, czy „Pamiętnik”. „Ostatnia piosenka” to ponadczasowa opowieść o miłości w jej najróżniejszych aspektach, nadziei, gniewie i wybaczeniu. Książka powstała początkowo jako scenariusz filmowy (ekranizacja w 2010 roku), a sama powieść zadebiutowała na #1 list bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”. Życie siedemnastoletniej Ronnie Miller wywróciło się do góry nogami, gdy jej ojciec postanowił porzucić karierę i wyjechać do niewielkiego miasteczka w Północnej Karolinie. Jego ucieczka oznaczała koniec małżeństwa Millerów. Trzy lata później Ronnie dalej nie chce mieć nic wspólnego z ojcem i nie utrzymuje z nim kontaktu. Nieoczekiwanie matka wysyła dziewczynę i jej młodszego brata, Jonaha, by spędzili wakacje w Wilmington. Dla Ronnie to ciężka próba – przyzwyczajona do Nowego Jorku, zakochana w jego nocnym życiu i modnych klubach, musi zmierzyć się nie tylko z niechęcią do wiodącego spokojne życie pianisty i zaangażowanego w budowę miejscowego kościoła ojca, ale również z senną atmosferą nadmorskiej mieściny. Wszystko wskazuje na to, że to będzie najgorsze lato w jej życiu… 


„Ostatnia piosenka” to pierwsza książka Sparksa, jaką miałam okazję przeczytać. Sporo obiecywałam sobie po jego twórczości – w końcu ma on grono zagorzałych fanów, którzy prześcigają się w wychwalaniu zalet jego powieści.

Nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała, ale niestety nie mogę też powiedzieć, aby wywarła na mnie większe wrażenie. Akcja dobrze skrojona, fabuła wciągała i miło wracało mi się do lektury, jednak ogrom (tak, ogrom!) elementów, które mnie wręcz mierziły odpowiedzialny jest za niezbyt pochlebne wrażenie po skończeniu całości.

Co jest najgorsze? To czego nienawidzę w książkach, filmach i w życiu codziennym – religijność. W „Ostatniej piosence” było jej tyle, że niemal czułam jak Matka Boska wlepia mi się we włosy, a Pan Jezus spływa po nogach gęstymi strumieniami. Wszyscy bohaterowie byli tak obrzydliwie święci! Jeszcze trochę a pobiliby Oleńkę Billewiczównę. W centrum wydarzeń stoi kościół, a zaraz za nim jego wierny kustosz – pastor Harris, który jest tak dobry, nieskazitelny i pokrzywdzony przez los, że miałam ochotę go zabić. I na to wszystko ojciec Ronnie, który codziennie czyta Biblię i jest głęboko zaangażowany w działalność parafialną, robiąc dla kościoła witraż. Jego rozmowy z Pastorem o poszukiwaniu Boga, ich modlitwy wywoływały we mnie niekontrolowane mdłości. No i co najgorsze – z czasem sama Ronnie zaczyna się modlić i poszukiwać boskich odpowiedzi. No dlaczego? Postać dziewczyny jest naprawdę dobrze skonstruowana; charakterna, żywiołowa, mądra; dlaczego na jej świetnej postaci pojawiła się tak rażąca skaza jak modlitwa?
Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem okropnie nietolerancyjna; nienawidzę księży, kościołów, chrześcijaństwa w ogóle z zasady i nigdy nie będę pochwalać rozbudowanych wątków religijnych w literaturze popularnej, jednak tutaj to już naprawdę była przesada, książka wygląda jakby była pisana na zamówienie podwórkowego kółka różańcowego.

Kolejna sprawa. Nabrałam chęci na „Ostatnią piosenkę”, bo liczyłam na wyciskacz łez. Po wielu recenzjach, w których przyznawałyście się do morza wylanych łez liczyłam na podobne reakcje zwłaszcza, że w moim przypadku niewiele potrzeba do osiągnięcia histerycznych spazmów. Co dostałam? Tandetną, amerykańską historię o tematyce miłosno-rodzinnej, która nie potrafiła ze mnie wycisnąć ani jednej łezki. Szczególnie chciałabym zaakcentować słowa „tandetny” oraz „amerykański”, ponieważ uważam, że właśnie te dwa przymiotniki w najtrafniejszy sposób charakteryzują powieść pana Sparksa. Historia Steve’a miała chwytać za serce, ale mnie nie chwyciła. Uważam, że była przesłodzona, do bólu przerysowana i kompletnie nieprawdopodobna.
Co do amerykańskości to powiem tylko tyle, że typ literatury, z jaką się tutaj spotkałam, to sztandarowy przykład tzw. „literatury dla kucharek”, czyli prosta, romantyczna historia, silne granie na emocjach czytelnika oraz kilka wzruszających tekstów. No i religijność – wszak przyznanie się do ateizmu w Stanach Zjednoczonych to wyrok śmierci społecznej.

To, co mi się spodobało, to wątek znajomości Ronnie i Willa. W zasadzie nic nadzwyczajnego, ale czytało się miło, poza tym strasznie lubię czytać o wakacyjnych miłościach. Warto też wspomnieć o samych bohaterach, którzy wzbudzili moją sympatię; zarówno Ronnie, jak i Will.
Oczywiście i tutaj musiał się pojawić wątek „amerykański”, który w idiotyczny sposób scharakteryzował „oryginalność” głównej bohaterki. „Kto by spędził całą noc na dworze, żeby chronić gniazdo żółwi? Kto przerwałby bójkę, żeby pomóc dzieciakowi? Kto czytałby Tołstoja w wolnym czasie?” Kto? Ja na przykład. A oprócz mnie bardzo wielu innych ludzi. Najwidoczniej jednak czytać Tołstoja w wolnym czasie to dla Amerykanina coś całkiem niewyobrażalnego.

A jak już jesteśmy przy Ronnie, to dodam jeszcze coś, co było dla mnie też strasznie głupie.
Jakie to idiotyczne, że Ronnie nie grała na fortepianie przez 3 lata, a później w ciągu kilku zaledwie dni cudownie sobie wszystko przypomniała! Ach! Jakie to okropne, lekceważące traktowanie muzyka! Sama grałam na fortepianie i wiem, że wystarczy zrobić sobie dwumiesięczną, wakacyjną przerwę w ćwiczeniach, żeby dużo stracić. I ogromny talent nie ma tu nic do rzeczy.

Sięgnę jeszcze kiedyś po inna powieść Sparksa chociażby dlatego, że jak idiotka kupiłam już wcześniej kilka jego książek „w ciemno”. Mam nadzieję, że będą lepsze niż „Ostatnia piosenka”, choć obawiam się, że główne cechy stylu Sparksa już poznałam i, że pozostaną one niezmienne w całej jego twórczości.

Co innego film Julie Anne Robinson...


Po niezbyt miłej przygodzie z książką pana Sparksa sięgnęłam po film. Słyszałam wiele głosów przeciwnych tej ekranizacji, z powodu oddania głównej roli Miley Cyrus. U mnie było inaczej. Uwielbiam pannę Cyrus i jej osoba była głównym czynnikiem, która popchnęła mnie do obejrzenia ekranizacji raczej kiepskiej książki. No i wreszcie dostałam to, czego nie potrafiła zapewnić mi powieść – hektolitry wylanych łez, uśmiech i po prostu miło spędzony czas. Z filmu zostało usunięte to, czego nie mogłam zdzierżyć w książce, czyli cała otoczka kościelno-religijno-duchowa i wiele tandetnej, patetycznej wzniosłości.
Zaczęłam płakać w momencie, kiedy małe żółwiki szły do morza. Boże, jakie to było wzruszające! I od tego momentu płakałam już do samego końca, moje łzy nie przestały kapać ani na chwilkę. A lubię, oj bardzo lubię wyciskacze łez.
Co do gry aktorskiej to ojciec zdecydowanie najlepszy. Bardzo go polubiłam, co dla mnie samej było niemałą niespodzianką, bo w książce działał mi na nerwy i za grosz nie wzbudził mojej sympatii. Ale tu to co innego – nie czytał Biblii, był zabawny; jednym słowem: cud, miód i orzeszki.
O Miley złego słowa nie powiem, bo ją lubię, a moje uwielbienie zasłania wszelkie wady i niedociągnięcia. Natomiast Liam.... Kurde, na jego miejscu mogliby postawić szmacianą kukłę, a ona zagrałaby lepiej od niego. Jaki on sztywny, jaki sztuczny, jaki zachowawczy. Wyć się chce.
Nie nazwę „Ostatniej piosenki” wielkim kinem, ale na pewno jest to film przy którym bardzo miło spędziłam czas. Cieszę się, że dostrzegalna też była magia Disneya w postaci przepięknej ścieżki dźwiękowej i jeszcze piękniejszej scenerii.
Mój główny wyznacznik dobrego filmu został zachowany – nie zwracałam uwagi na upływający czas, nie sprawdzałam ile jeszcze zostało do końca. Mogłabym tak siedzieć i płakać jeszcze kilka godzin z tą samą, niezmąconą przyjemnością.




3 komentarze :

  1. Eh, tyle ludzi mnie przekonuje do tej książki, a teraz mam wątpliwości... W sumie to nie lubię, gdy w książkach występuje dużo religijności ;/ Sama już nie wiem czy kupować czy nie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Polecam, kup, naprawdę warto. Tylko ubezpiecz się w chusteczki;) Zapraszam do odwiedzin; www.ruchomagrafika.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku ta książka jest wspaniała....nie mogłam się oderwać od niej, jest dużo lepsza od filmu (choć film jest fantastyczny) czytałam ja i nie mogłam się doczekać kolejnej strony....wiele razy się wzruszyłam....polecam bardzo....to moja ulubiona książka..*-*

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...