niedziela, 24 kwietnia 2011

Recenzja: "Z ciemnością jej do twarzy" - Kelly Keaton

Opis wydawcy:

Mroczna i zmysłowa opowieść o potomkini Meduzy, pierwsza część cyklu Bogowie i potwory.
Ari zawsze czuła się inna. Ma długie srebrzyste włosy, których nie da się ściąć ani zafarbować. Zielone nienaturalnie przyciągające oczy. Niejasną przeszłość związaną z szaleństwem i samobójstwem matki. Jest wściekła, zbuntowana i za wszelką cenę chce dotrzeć do prawdy.
Próbując odkryć tajemnicę swojego pochodzenia, trafia do odmienionego, magicznego Nowego Orleanu, który po huraganie wykupiony został przez tajemnicze rodziny o potężnych wpływach. Miasto pełne jest dziwnych istot, wampirów, czarodziejów, hybryd... Na ich tle Ari wydaje się być zwykłą dziewczyną, a jednak to właśnie ona wzbudza największy lęk...
Prześladują ją zabójcy, wspiera przystojny i odważny pół-wampir Sebastian, a gdzieś na obrzeżach miasta i tajemnicy czai się złowroga bogini Atena, która zrobi wszystko, by ją dopaść.
Z ciemnością jej do twarzy łączy popularne wątki paranormalne z grecką mitologią, opowieścią o walce z przeznaczeniem. Niebezpieczeństwa, niezwykły klimat zrujnowanego miasta i porywająca historia miłosna sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem.


Na początku powiem jedno – ta książka jest genialna. Co czułam podczas jej czytania? Powiew świeżości i niesamowitą fantazję autorki.

„Z ciemnością jej do twarzy” to opowieść o 17-letniej Ari, która wychowywała się bez rodziców. Ojca nigdy nie poznała, matka natomiast oddała ją do adopcji we wczesnym dzieciństwie, a sama zgłosiła się do zakładu psychiatrycznego, gdzie popełniła samobójstwo. Dziewczyna wyrusza na kilkudniową wycieczkę do ośrodka, w którym zginęła, jednak niespodziewane tropy i wskazówki każą jej wyruszyć dalej. Decyduje się na podróż „poza obręcz”, czyli do zniszczonego kilkanaście lat temu przez huragany Nowego Orleanu, nazywanego teraz Nowym 2.

Bardzo spodobała mi się postapokaliptyczna wizja Nowego Orleanu. Miasto to zostało niemal doszczętnie zniszczone, uciekła z niego większość mieszkańców; pozostało jedynie dziewięć głównych rodzin, które wykupiły zdewastowane tereny od Stanów Zjednoczonych i zaczęły sprawować nad nimi suwerenną władzę. Pozostały też dzieci – porzucone, oraz te, których rodzice zginęli w czasie kataklizmu.

Nowe 2 jest naprawdę dziwne, ale dziwność ta ma jak najbardziej pozytywne znaczenie. Przez cały czas towarzyszy nam delikatna atmosfera szaleństwa – nie wiadomo do końca co się dzieje z Ari, nie wiadomo dlaczego jej matka postanowiła zakończyć swoje życie. Wiemy natomiast, że już od samego początku jest ścigana przez jakiegoś dziwnego typa, który próbuje ją zabić. Jak się później okazuje nie tylko on jeden jest zainteresowany schwytaniem bohaterki.
W Nowym 2 roi się od dziwnych, niewytłumaczonych rzeczy – ludzie nie są do końca ludźmi, nie działają telefony, zwierzęta zachowują się dziwnie. Wspomnianą inność można odczuć na własnej skórze. Warsztat pisarski autorki nie ma sobie nic do zarzucenia. „Coś takiego musiała czuć Alicja, kiedy wpadła do króliczej nory” – opisuje swoje uczucia Ari. Ja czułam się podobnie.
Ciekawie ukazany jest sposób mieszkania dzieci, które łączą się w grupy i zajmują jakiś opuszczony dom, w którym pełno jest antyków i starodawnych przedmiotów – sporo opisów bardzo pobudza wyobraźnię. Nowe 2 mogę z całą pewnością nazwać trochę mniej szaloną wersją Portero (z „Krwawego fioletu”), co zaliczam zdecydowanie na plus. Nad wieloma rozwiązaniami autorki mogłam się pośmiać, wiele jednak z nich wywołało moje wzruszenie.

Akcja powieści dzieje się w niedalekiej przyszłości. W trakcie dowiadujemy się, że bohaterka urodziła się w 2009 roku, opisane wydarzenia stanowią więc ciekawą, alternatywną wersję historii.

Oryginalne jest tutaj odwołanie się do realiów mitologicznych. Jak się okazuje greccy bogowie istnieli naprawdę i niektórzy ich przedstawiciele istnieją nadal. Cieszę się, że w książce nie było żadnych modnych obecnie schematów o normalnej mieścinie, o normalnych ludziach, o normalnej nastolatce i super przystojniaku, który się okazuje wilkołakiem zombie. ;) Historie mitologiczne przeplatały się tutaj ze współczesnością tworząc cudowny, rzekłabym nawet, że baśniowy klimat.
Jedynym elementem, który mnie zawiódł była postać Ateny. Autorka zapomniała chyba o jednej bardzo ważnej rzeczy w stosunku do tej uwielbianej przeze mnie bogini. Atena to przecież nie tylko bogini wojny, ale również mądrości. I to właśnie tej drugiej cechy jej brakowało, co zaliczam jako drobne niedopatrzenie.

Do pozostałych bohaterów nie mam jednak żadnych zastrzeżeń.
Zacznijmy od Ari – to wspaniała, godna uwagi bohaterka. Silna, zdecydowana, pewna siebie – właśnie takie bohaterki lubię i życzę sobie takich jak najwięcej. Pełna życia i żywiołowa, a do tego wrażliwa i mądra.
Wspaniały jest również bohater męski – Sebastian, będący – no nie ukrywajmy – zbiorem wszelkich cnót i ideałów, ale w bardzo miły i nie natrętny sposób.
No i wreszcie mała Violet wraz ze swoim aligatorem Pascalem, która stała się jedną z moich ulubionych bohaterek książkowych.

Fabuła powieści jest znakomicie skonstruowana – nie dość, że wciągająca, to jeszcze zaskakująca.
No i groteskowo zabawna, a właśnie taki typ humoru (odrobinę zabarwionego czernią) uwielbiam.

Jedyną rzeczą, która mi się nie spodobała, było to, że Ari nadużywała wulgaryzmów. Z czasem było ich coraz mniej (a może to ja się po prostu do nich przyzwyczaiłam?), jednak na początku potrafiły okaleczyć nawet moje, wcale nie nadwrażliwe ucho.

Podsumowując mogę tylko zachęcić do sięgnięcia po „Z ciemnością jej do twarzy”. Oryginalny pomysł, świetne wykonanie i wyraziści bohaterowie, to tylko niektóre z zalet tej książki. Ja natomiast z ogromną cierpliwością czekam na kolejny tom, w którym zanosi się na jeszcze więcej przygód i – mam nadzieję – nie mniej dzikiej fantazji. 


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję.


czwartek, 21 kwietnia 2011

Recenzja: "Las Zębów i Rąk" - Carrie Ryan

Opis wydawcy:

„Inteligentna, mroczna i czarująca. Las Zębów i Rąk łączy w sobie horror i piękno.”
Cassandra Clare, autorka cyklu Dary Anioła
Las Zębów i Rąk to jeden z największych bestsellerów gatunku literatury Young Adult ostatnich lat, porównywany popularnością do cyklu Zmierzch Stephenie Meyer, Dary Anioła Cassandry Clare czy Igrzyska Śmierci Suzanne Collins.
Las Zębów i Rąk przedstawia bardzo mroczną, a jednocześnie niezwykle wciągającą wizję świata po zagładzie, w którym młoda dziewczyna musi dokonać trudnych wyborów między tym w co wierzy, a tym w co każą jej wierzyć, między światem swoich marzeń, który zna tylko z opowieści matki, a krwawym ale znanym światem, który ją otacza. Musi też wybrać między tym, który ofiarowuje jej swoją miłość, a tym, któremu ona chce ją ofiarować.
W świecie, w którym nie ma nadziei, każdy wybór musi zostać okupiony dużą ofiarą. Tylko czy droga do spełnienia własnych marzeń okaże się warta poniesionych ofiar...?


„Las Zębów i Rąk” to książka niesamowita. Trzymająca w napięciu, niebezpieczna, zapierająca dech w piersiach. Każda strona zaskakuje i przynosi śmiertelne dawki silnych emocji.
Pytanie każdego brzmi: czy książka dorówna genialnym „Igrzyskom śmierci”? Nie mam wątpliwości – „Las Zębów i Rąk” pobije je na głowę wprowadzając zupełnie nową jakość na grunt literatury młodzieżowej.

Jesteśmy w przyszłości. Nie wiadomo dokładnie ile czasu minęło. Kilka pokoleń temu coś się wydarzyło, a tym strasznym wydarzeniem był Powrót. Co się wówczas stało nie wie nikt – legenda Powrotu została zapomniana, nikt nie chce pamiętać o strasznych wydarzeniach z przeszłości. Wiadomo jednak, że od tego czasu świat stał się miejscem niebezpiecznym.
„A po Powrocie nikt nie żyje bez strachu, strachu przed śmiercią, która bez przerwy czyha na ciebie. Zawsze jest obok.”
Na Ziemi pojawili się Nieuświęceni – potwory, które nigdy nie śpią i trudno je zabić; dręczone przez wieczny głód cały czas próbują pożywić się ludzkim mięsem. Są groźne – jedno ich ukąszenie sprawia, że zdrowy, żywy człowiek stanie się jednym z Nieuświęconych zapominając całe swoje wcześniejsze życie, pozbawiony jakichkolwiek uczuć i zrozumienia.
„Las Zębów i Rąk” to opowieść Mary, która żyje w wiosce otoczonej siatką, za którą rozciąga się tytułowy Las. Przy ogrodzeniu natomiast kłębią się tłumy Nieuświęconych czekających tylko na okazję, aż ktoś znajdzie się w zasięgu ich rąk.
Mary, podobnie jak kilka wcześniejszych pokoleń, wychowała się w zamkniętej wiosce. Społeczność rządzona przez Siostrzeństwo (połączenie władzy administracyjnej i kapłańskiej) żyje w przekonaniu, że są oni jedynymi ludźmi na świecie ocalałymi z Powrotu, że na świecie nie ma niczego poza ich wioską i lasem. Mary jednak ciągle żyje nadzieją. Pamięta opowieści swojej matki, przekazywane z pokolenia na pokolenie o domach sięgających chmur i o ludziach chodzących po księżycu. Pamięta zdjęcie swojej prababki nad oceanem i głęboko wierzy w to, że kiedyś uda jej się dotrzeć do tego niezwykłego miejsca i zanurzyć stopy w chłodnej wodzie, poczuć jej słony smak.

Ciągłe napięcie – to właśnie czułam podczas lektury, napięcie graniczące z szaleństwem. Jak już zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać. Jeszcze nigdy nie czytałam książki, której tak bardzo nie potrafiłabym sobie odmówić. „Jeszcze rozdział, jeszcze jeden” – mówiłam sobie i ponownie zanurzałam się w niezwykłym świecie wykreowanym przez autorkę, dosłownie pochłaniając strony.
Z niecierpliwością czekałam na to, co się wydarzy. Od razu wiadomo, że coś się w końcu stanie, że coś musi być nie tak, w powietrzu aż wisi zapowiedź czegoś wielkiego, jakiejś ogromnej tajemnicy. Problem w tym, że kiedy jedna zostaje już rozwiązana, pojawia się następna.
„Las Zębów i Rąk” to w pewnym sensie literatura drogi, zwłaszcza jeśli chodzi o sposób konstruowania fabuły. Ciągle pojawiają się nowe elementy, które są zaskoczeniem zarówno dla bohaterów, jak i dla czytelnika, dosłownie cały czas jesteśmy zaskakiwani czymś nowym. Czytając książkę nie znajdziemy ani chwili wytchnienia, fabuła goni nas niczym Nieuświęceni swoje ofiary.

Poza tym książka jest kompletnie nieprzewidywalna. Aż do samego końca nie wiedziałam jak jest naprawdę, komu należy wierzyć.
„A co, jeśli zostaliśmy jedynymi, którzy przeżyli?”
Ciągle nie wiem wszystkiego, bo chociaż pewien etap tej niezwykłej przygody się zakończył, to jeszcze nie koniec. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych tomów tej niezwykłej trylogii.

Emocjami, które targały mną podczas czytania powieści mogłabym obdarować jeszcze kilka osób. To, co przeżyłam, jest nie do opisania. Czułam autentyczny strach i napięcie, czułam ból złamanej nogi jednego z bohaterów i ostre pazury Nieuświęconych w swoich włosach, płakałam, kiedy ktoś zginął. Język autorki pozwalał nam wkroczyć do świata Lasu razem z nią. Czułam nawet uczucia bohaterów – żal, złość, zrezygnowanie i miłość.
Bo „Las Zębów i Rąk” to także opowieść o miłości, dodam, że jedna z najpiękniejszych, jakie zdarzyło mi się poznać. Miłość, trudne wybory, zaufanie, obowiązek, nadzieja, siła marzeń – to kwestie, z którymi musimy się zmierzyć.
Warto jeszcze wspomnieć o głównej bohaterce, bo ona przede wszystkim zasługuje na uwagę. Mary w bardzo krótkim czasie dołączyła do grona „tych najlepszych”. Jest silna, odważna, skłonna do poświęceń. Ma swoje marzenia, których się trzyma.

Carrie Ryan stworzyła niesamowity świat i za sprawą wielkiego talentu pozwoliła nam do niego wkroczyć. To świat okrutny i niebezpieczny, nie ma w nim nic pewnego i trwałego.
„Zastanawiam się, czy istnieje świat okrutniejszy niż ten, w którym każe się nam zabijać ludzi, których kochamy.”
Ja myślę, że nie.
Polecam wszystkim tę powieść, jestem pewna, że nikt się na niej nie zawiedzie.



Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Papierowy Księżyc, za co serdecznie dziękuję.

sobota, 16 kwietnia 2011

Recenzja: "Dobrani" - Ally Condie + "Nowy wspaniały świat" Huxley

Opis wydawcy:

Urzekający romans rozgrywający się w świecie, gdzie każdy wybór jest z góry przewidziany, gdzie nawet miłość jest pod kontrolą.
Pierwszy tom nowej serii dla fanów „Zmierzchu” i „Igrzysk śmierci”.
Cassia zawsze była przekonana, że Społeczeństwo wybiera dla niej to, co najlepsze: co powinna czytać, co oglądać, w co wierzyć. Kiedy więc podczas uroczystości Doboru na ekranie pojawia się twarz Xandera, Cassia nie ma żadnych wątpliwości, że to właśnie jest jej idealny partner… do chwili gdy następnego dnia w miejsce Xandera na ekranie wyświetla się przez moment twarz Ky’a Markhama.Społeczeństwo mówi jej, że to drobna usterka, odosobniony przypadek, i że powinna się skupić na szczęśliwym życiu, które przyjdzie jej wieść z Xanderem. Lecz Cassia nie może przestać myśleć o Ky’u, a gdy oboje powoli zakochują się w sobie, zaczyna powątpiewać w nieomylność Społeczeństwa i staje przed trudną decyzją: musi wybrać pomiędzy Xanderem i Ky’em, pomiędzy życiem, jakie do tej pory znała, a drogą, którą nikt dotąd nie ośmielił się pójść.


„Dobrani” to nie jest zła książka. Napisana jest pięknym językiem, świat stworzony przez autorkę skonstruowany jest poprawnie, sylwetki psychologiczne bohaterów są interesujące.

Ale chciałabym, żeby wszystkie osoby, które poznały już historię opowiedzianą w „Dobranych” posłuchały tego:
Jest taka książka „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxley’a. Opisane w niej Społeczeństwo to społeczeństwo idealne, które osiągnęło najwyższy z możliwych etap rozwoju.
W Społeczeństwie tym wszystko jest z góry zaplanowane, nie ma tam miejsca na wolny wybór, nie ma miejsca na postępowanie inne niż to, które zostało już ustalone. Ludzie się nie rodzą – tworzeni są w butlach, a każdy embrion, od pierwszych chwil swojego istnienia poddawany jest warunkowaniu – to właśnie wtedy ważą się jego losy i cała przyszłość. Przede wszystkim trzeba ustalić do jakiej kasty będzie należało dziecko. Kast jest pięć – alfy, bety, gammy, delty i epsilony, a każda kolejna jest głupsza od poprzedniej. Dlaczego? Bo zadbano o to już w ich życiu embrionalnym – deltom do surogatu krwi dodawano alkohol, epsilony poddawane zostawały elektrowstrząsom, za każdym razem kiedy już po narodzinach zainteresowały się książką – dzięki temu nigdy nie nauczyły się czytać. Każdy embrion już w swojej butli warunkowany jest do pracy, którą będzie wykonywał w przyszłości. Embriony niektórych szczepione są na choroby tropikalne – ci będą pracować w ciepłym klimacie, inne poddawane są ruchowi obrotowemu – to przyszli pracownicy techniczni na wysokościach – potrzebują zmysłu równowagi.
Kiedy dzieci są już „narodzone” i śpią w swoich łóżeczkach, każdej nocy słyszą głos, który setki tysięcy razy powtarza im życiowe prawdy, informacje, które zakorzenią się w ich głowach na tyle mocno, że już do końca życia uważać je będą za własne. Bety na przykład słyszą: „Dzieci alfy noszą odzież szarą. Pracują ciężej niż my, bo są tak strasznie, strasznie mądre. Naprawdę ogromnie się cieszę, że jestem betą, bo nie musze tak ciężko pracować. A poza tym jesteśmy o wiele lepsze niż gammy i delty. Gammy są głupie. One wszystkie noszą odzież zieloną, dzieci delty zaś noszą odzież khaki. Och nie, z dziećmi deltami nie chciałbym się bawić. A epsilony są jeszcze głupsze. Są tak głupie, że nawet nie umieją czytać ani pisać. Ponadto ubierają się na czarno, a to taki wstrętny kolor. Ach, jak się cieszę, że jestem betą!”.
Dzieci, a potem dorośli ludzie są szczęśliwi. Nie znają innego życia, poprzez warunkowanie klasowe cieszą się tym kim są. Nawet epsilony. „Każdy jest obecnie szczęśliwy”.
Społeczeństwo poskromiło kulturę, która jest niepotrzebna. Wybrany został zbiór dzieł fachowych, który każdy zna, pozostała reszta została zniszczona – nikt nie wie kim był Szekspir.
W Społeczeństwie czas każdego jest w pełni zagospodarowany, każdy ma swoje wyznaczone zajęcia, jednak nie samą pracą człowiek żyje. W harmonogramie dnia przewidziane są rekreacje, a mieszkańcy mogą wybierać co akurat chcą robić – uczestniczyć w grach, obejrzeć czuciofilm, czy posłuchać muzyki.
Mimo, że każdy jest szczęśliwy, to zupełnie normalne mieć gorszy dzień. Ale to również zostało przewidziane i jest na to rada. Każdy nosi ze sobą pudełeczko z tabletkami somy, czyli specyfiku, który poprawia nastrój, który sprawia, że wszystkie ponure myśli znikają. „Gram o właściwej porze najlepiej dopomoże”, „Jeden sześcienny centymetr i znika ponury sentyment” albo „Lepsza mikstura niż awantura” – słyszą kilkaset razy dziennie niemowlęta.
W Społeczeństwie nie ma miejsca na przypadek, wszystko jest zaplanowane, nawet śmierć człowieka. Ludzie tutaj nie chorują, a po osiągnięciu pewnego wieku po prostu umierają. „Każde dziecko spędza dwa poranki tygodniowo w szpitalu umierających. Są tam najlepsze zabawki, a w dniach zejścia podaje się dzieciom krem czekoladowy. Uczą się uznawać śmierć za rzecz zwykłą.”
Nawet po śmierci ciała się nie marnują – odzyskiwany jest fosfor, który wytwarza się podczas kremacji.
Znamienna jest także postać głównego bohatera, która w trakcie powieści zyskuje świadomość świata, w którym żyje.

***

Chyba już teraz wiecie co nie spodobało mi się w „Dobranych”. Ogromna część konstrukcji Społeczeństwa skopiowana jest z dzieła Huxley’a. Wszystko z góry zaplanowane, pewność jak postąpi dana jednostka, sposób umierania, brak wolności wyboru w stosunku do wykonywanej pracy, tabletki noszone przy sobie, rekreacje, różne kolory strojów w zależności od pozycji społecznej, niszczenie dzieł kultury; wreszcie – brak możliwości wyboru i zdobywanie samoświadomości przez głównego bohatera. Można by tak wymieniać długo.
Jest jedna, ale zasadnicza różnica: w „Nowym wspaniałym świecie” słowa takie jak „matka”, czy „ojciec” budzą zgorszenie, zażenowanie, wywołują rumieniec na twarzy. Tutaj „każdy jest dla każdego”. Za niestosowne uważa się, jeśli ktoś zbyt często nie zmienia swoich partnerów seksualnych, do seksu zachęca się już dzieci. W „Dobranych” jest inaczej. Wartości rodzinne są w nich wyeksponowane do granic możliwości. To rodzina jest tą jednostką, na której zawsze można polegać.
Czy działa to na korzyść powieści? Zdecydowanie nie.

„Dobrani” to taka ugrzeczniona, wyblakła kopia Huxley’a. Dostosowana do wieku potencjalnych odbiorców. „Nowy wspaniały świat” jest poruszający, szokujący, okrutny. A „Dobrani”? Ot miłosna historyjka aspirująca do bycia antyutopią.

Ponad wszystko w książkach cenię sobie oryginalność, a odkrywanie kolejnych zakamarków świata „Dobranych” było dla mnie jak walenie obuchem w łeb. Każdy z wymienionych przeze mnie wyżej elementów przypominał mi rzeczy znane z wcześniejszej lektury.

Na zakończenie wypadałoby napisać kilka słów o samych „Dobranych”, bo – jeżeli ktoś zapomniał – to do tej książki odnosi się moja recenzja.
Zacznijmy od tego, że zrobiłam sobie rzecz, której nie znoszę – nastawiłam się na coś kompletnie innego. Na co? Na to, co zostało zapowiedziane na okładce – drugich „Igrzysk śmierci”. Liczyłam na te same emocje, na akcję pędzącą tak szybko, że nie zdążę nawet złapać tchu między odwracaniem kartek. Tego nie ma, akcja dzieje się bardzo niespiesznie.
Muszę jednak przyznać, że pomimo tego – nie nudzi. Podobała mi się przemiana głównej bohaterki z grzecznej, przykładnej obywatelki w świadomą buntowniczkę. Polubiłam także pozostałych bohaterów, czyli Xandera i Ky’a i naprawdę trudno mi powiedzieć którego z nich bym wybrała. Ky jest postacią smutną, tajemniczą i melancholijną, takim trochę romantycznym kochankiem. Jego listy poruszyły mnie do głębi. Xander natomiast to typ zdecydowanie bardziej zbliżony do mojego ideału. Poza tym jego poświęcenie dla Cassii było naprawdę imponujące – myślę, że ja nigdy nie zdobyłabym się na taki gest.
Wzruszyło mnie również zakończenie, które wróży wspaniałą drugą część, mam nadzieję, że lepszą niż pierwsza.

Zastanawiam się jaki byłby mój odbiór „Dobranych”, gdybym nie znała „Nowego wspaniałego świata” i myślę, że mógłby się on równać z entuzjazmem. Dla mnie była to po prostu ciekawa historia, opowieść o przełamywaniu nie tylko narzuconych, ale także własnych granic.
Ciężko mi też jednoznacznie powiedzieć, czy polecam tę powieść. Jest ciekawa i jest dobra, ale… jako materiał porównawczy. Szkoda by było, żeby nawet najlepsza współczesna powieść młodzieżowa miała nam zastąpić genialne, klasyczne dzieła. 
*****

Z całego serca natomiast polecam wszystkim książkę Adolusa Huxley'a "Nowy wspaniały świat"!

Opis wydawcy:
Aldous Huxley (1894-1963) – prozaik i eseista angielski, autor głośnych powieści Kontrapunkt i Niewidomy w Ghazie oraz jednej z najsłynniejszych antyutopii w literaturze XX wieku Nowy wspaniały świat.

Przedstawiona w niej wizja przyszłego społeczeństwa, które osiągnęło stan całkowitego zorganizowania i zrealizowało ideał powszechnej szczęśliwości, jest wizją przerażającą. W roku 2541 (czyli w 632 roku nowej „ery Forda”) obywatele Republiki Świata powstają w rezultacie sztucznego zapłodnienia i klonowania. Od niemowlęctwa poddawani są wszechstronnemu psychologicznemu i biologicznemu warunkowaniu – po to, by w wieku dojrzałym stać się cząstkami kastowej społeczności, złożonej z ludzkich automatów pozbawionych wyższych uczuć. Czy ten „nowy wspaniały świat”, w którym dominują seks, prymitywne rozrywki, narkotyk soma, jest tylko zrodzoną w wyobraźni pisarza fantasmagorią?

czwartek, 7 kwietnia 2011

Recenzja: "(Nie)Umarli. Księga I - Jonas" - Eden Maguire

Opis wydawcy:

Nie żyją, ale też nie umarli. Istnieją zawieszeni między życiem a śmiercią. Nie(Umarli).Coś dziwnego i groźnego dzieje się w szkole w Ellerton. W ciągu jednego roku zginęło tragicznie czworo uczniów: Jonas, Arizona, Summer i Phoenix. Jonas Jonson był pierwszy, zginął w wypadku motocyklowym, którego przyczyny wciąż wywołują wiele wątpliwości. Inni ponieśli śmierć w równie zagadkowych okolicznościach. Darina nie potrafi uporać się z cierpieniem po stracie swojego chłopaka Phoeniksa ani uciec od wizji, w których pojawia się on i troje pozostałych. Przez cały czas w jej uszach rozlega się trzepot skrzydeł… Czy to tylko wizje, czy rzeczywistość? Czy (Nie)Umarli istnieją naprawdę, czy też są wytworem wyobraźni zrozpaczonej dziewczyny?


Dawno nie zmęczyłam się tak bardzo czytając książkę. Czytałam ją pełna samozaparcia, żeby skończyć jak najszybciej. Każde zdanie, każde źle dobrane słowo wywoływało we mnie wręcz fizyczny ból. Takiego popisu grafomanii, braku umiejętności w konstruowaniu ciekawych postaci i wydarzeń, nie spotkałam dawno.

(Nie)Umarli to seria opowiadająca o dziewczynie – Darinie, której kilka dni przed rozpoczęciem akcji zginął chłopak w tragicznej bójce. Darina i Phoeniks (bo takie jest imię tego młodzieńca) byli ze sobą w związku całe 2 miesiące! Jak wiadomo, para z tak „długim” stażem znajomości świata poza sobą nie widzi. Darina boleśnie przeżyła śmierć ukochanego, w którym oczywiście była zakochana po uszy; jej dwumiesięczny związek sprawił, że siła miłości przekroczyła wszelkie granice – myślała o nim, kochała go, gotowa byłaby oddać za niego życie. Po dwóch miesiącach (które podkreślę jeszcze kilkukrotnie) związku i kilkunastu latach życia, była oczywiście pewna, że jest to jedyna miłość, jaka przydarzy się w jej życiu. A miłość ta silniejsza była niż skała.
W czasie samotnej, smętnej wędrówki, Darina trafia na starą, zapomnianą farmę, na której ku swemu ogromnemu zdumieniu dostrzega Phoeniksa! A wraz z nim Jonasa, Summer i Arizonę – młodych ludzi z jej szkoły, którzy zginęli w ciągu ubiegłego roku. Jak się bardzo prędko okazuje – wszystko jest w porządku. Po prostu pewien tajemniczy, stary Łowczy wskrzesił zmarłe dzieciaki tworząc swoją własną grupę zombi, których suwerenem stał się. Wskrzeszone dzieciaki muszą poznać okoliczności swojej śmierci, aby w ten sposób osiągnąć spokój. Darina, owładnięta paniką, aby za szybko nie stracić dopiero co odzyskanego ukochanego – oferuje swoją pomoc w rozwikłaniu zagadek. Łowczy – mimo, że wszechmocny, potężny i wszystkowiedzący – oczywiście przyjmuje pomoc młodej, żywej dziewczyny, która w pierwszym tomie tej pasjonującej serii, zajmuje się sprawą zmarłego najwcześniej Jonasa.

Akcja powieści nuży się i wlecze w nieskończoność. Nie dzieje się kompletnie nic! Darina miota się pomiędzy rodzinnym miasteczkiem, a starą farmą, dosłownie w każdym rozdziale wszystkie sytuacje się powtarzają. Najgorsze jest to, że może się znów widywać z Phoeniksem (cóż za strata jednak, że chłopak jest zimnym trupem, pozbawionym bicia serca!), a my, biedni czytelnicy, przy każdym ich spotkaniu wsłuchiwać się musimy w jej zachwyty nad urodą, muskulaturą i bladością ukochanego. To jednak jeszcze bym zniosła, wiadomo, nastoletnia dziewczyna na prawo się tym zachwycać. Nie mogłam jednak ścierpieć tego, że ich miłość była tak głęboka i dojrzała!

Bohaterowie kompletnie nie wzbudzili mojej sympatii. Darina była postacią wyjątkowo irytującą, która miała do spełnienia wielką rolę, ale tak naprawdę, to jej obecność była w tym wszystkim kompletnie niepotrzebna. O Phoeniksie w ogóle szkoda gadać, bo jest tak beznadziejny, że aż mi się płakać chcę, jak o nim myślę.
Na zainteresowanie zasługują jedynie postaci drugoplanowe, takie jak Zoey – dziewczyna Jonasa, czy Logan – przyjaciel głównej bohaterki.
Oprócz tego wkurzały mnie strasznie imiona naszej paczki zombiaków, przywodzące mi na myśl nazwy klimatyczno-geograficzne: Arizona, Phoeniks, Summer… Co to w ogóle za pomysł?

Język w powieści również kuleje, przede wszystkim dialogi, które są kompletnym dnem! Ich całkowita nienaturalność aż mroziła. Duży wkład ma też tłumaczenie. Cała nazwa serii, to w oryginale Beautiful Dead. To dosyć istotne, ponieważ członkowie grupy (Nie)Umarłych mówią o sobie używając właśnie tego określenia. W rozmowach pojawiają się zdania: „Należymy do (Nie)Umarłych”, „Poszłam do (Nie)Umarłych”, co w pisowni może tak nie razi, ale próbując wyobrazić sobie coś takiego w mowie doznawałam poważnego zgrzytu. No bo jaką intonacją wyrazić ten nieszczęsny nawias wokół „nie”? Jak dla mnie pomysł z tłumaczeniem tego ważnego wyrażenia jest kompletnie nietrafiony.

Jednak nie tylko to męczyło mnie podczas czytania książki. Ważne były też środowisko, w którym rozgrywała się akcja. A dzieje się to wszystko w okropnych, niższych sferach społeczeństwa amerykańskiego. Chyba nie było podane dokładne położenie geograficzne miasteczka, ale nie jest ono ważne. To maleńka mieścina, ale nie urocza, tak jak na przykład w „Pięknych istotach”, czy chociażby w „Dziedzictwie mroku”. To bardzo nieciekawa prowincja, większość bohaterów pochodzi z najniższych warstw społecznych – mamy byłego więźnia, sam Phoeniks zginął ugodzony nożem w starciu z gangiem. Nie znaczy to, że lubię czytać książki, których akcja dzieje się w nowojorskich elitach! Wręcz przeciwnie; uwielbiam powieści, których akcja osadzona jest w takich podejrzanych środowiskach, o ile oczywiście tkwi w tym jakiś cel. Ale tutaj to wszystko jest normalne, bohaterowie idealnie oddają obraz amerykańskich, małomiasteczkowych, niezbyt elokwentnych ludzi. I to naprawdę męczy. Ta szara, pozbawiona perspektyw rzeczywistość przebija z powieści zalewając nudą i rezygnacją.

Wreszcie nie można pominąć gatunku istot nadnaturalnych, z którymi mamy tu do czynienia. Pojawienie się zombi – pomysł trzeba przyznać dosyć oryginalny, ale dla mnie to już był po prostu gwóźdź do trumny. Jak daleko jeszcze można się posunąć?! Co spotkamy w książkach za pół roku, kiedy wszystkim znudzą się wampiry i anioły? Motomyszy z Marsa?
Nie mogę oddać pomysłowi wprowadzenia zombi ani szacunku za oryginalny pomysł, ani respektu należnego tym strasznym istotom. Dla mnie to było śmieszne. Romantyczne, wzniosłe wyznania, kończone stwierdzeniem w stylu „ale ja jestem zombi” były naprawdę zabawne i gdybym nie wiedziała, że mają być poważne, dałabym punkt autorce za wprowadzenie sporej dawki humoru.

Jeszcze to wszystko można by przeboleć, gdyby nie całkowity brak logiki i sensu we wszystkim, co zostało napisane w powieści. Konstrukcja świata przedstawionego jest zupełnie niedopracowana, nic nie trzyma się kupy. Pomysł na zakończenie był jednym z najgłupszych pomysłów, z jakimi udało mi się zetknąć w książkach – nieziemsko naciągany.

Przejdźmy do plusów:
Książka jest krótka. 288 stron i ogromna czcionka zasługują na pochwałę.

No i jeszcze maleńki plusik za sam pomysł konstrukcji serii – mamy czterech zmarłych bohaterów i cztery tomy serii, w każdym będzie rozwiązywana zagadka każdego z nich. Ostatni tom – „Phoeniks” stanowi pokusę nawet dla mnie. Trzeba przyznać, że książka jest nieschematyczna.

Pomimo tego nie sięgnę po kolejne tomy. Nie chodzi nawet o to, że martwią mnie wydane pieniądze. Nie przeczytałabym tego nawet, jeśli dostałabym kolejne części w prezencie. Po „Jonasie” czuję się jakby mój mózg został przepuszczony przez sokowirówkę, czuję się głupsza.
Cieszę się, że to koszmarne przeżycie czytelnicze pozostawiam za sobą. Podobnych doświadczeń nie życzę nikomu.
 

Recenzja: "Krwawy fiolet" - Dia Reeves

Opis wydawcy:

Szaleństwo nigdy nie było tak pociągające. W Portero, niewielkiej, z pozoru sennej mieścinie dzieje się coś niepokojącego... A Hanna liczyła, że właśnie tu znajdzie bezpieczny dom... Tymczasem odkryje mroczne sekrety, które każdego normalnego człowieka śmiertelnie by przeraziły. Jej jednak na szczęście daleko do normalności. Jeśli szalona dziewczyna trafia do jeszcze bardziej szalonego miejsca tylko dwie rzeczy są pewne: wszystko się może zdarzyć, a bezpieczeństwo jest złudne.
Nieziemska!
Książka ta jest kompletnie odmienna od wszystkiego, co czytałam dotychczas. Wszystko, każdy element jest w niej oryginalny i niepowtarzalny.

Jeżeli szukacie czegoś świeżego, odmiennego od tego, co znacie, pomysłowego i po prostu nowego, to właśnie trafiliście na powieść dla Was. „Krwawy fiolet” to mieszanka baśni, romansu, horroru doprawiona oryginalnymi pomysłami i dużą dawką czarnego humoru w stylu Neila Gaimana i Terry’ego Pratchetta. Absurd miesza się z rzeczywistością, a psychiczne majaki bohaterki z jej prawdziwymi przeżyciami.

Jeśli ktoś się obawia kolejnych wampirów, wilkołaków, czy aniołów, to może usiąść spokojnie, ponieważ tutaj ich nie uraczy. Spotka się natomiast ze stworzeniami, których nie widział wcześniej nawet w swoich snach. Autorka zadbała o to, żeby każde napotkane stworzenie było dla czytelnika nowym, niespodziewanym wyzwaniem.
Nie tylko jednak dla czytelnika, ale także dla Hanny – głównej bohaterki.

Kogoś takiego jak Hanna jeszcze nie było; to dziewczyna chora na dwubiegunowe zaburzenie maniakalno-depresyjne, która po nieudanej próbie morderstwa wałkiem własnej ciotki przyjechała do niewidzianej od czasów niemowlęcych matki. Czy tak jak w tradycyjnych książkach młodzieżowych wita ją kochający członek rodziny? Oczywiście, że nie! Rosalee, czyli matka Hanny, nienawidzi swojej córki, całkowicie ją ignoruje i próbuje się jej pozbyć ze swego domu.
Hanna jest dziwna. Ma halucynacje, rozmawia ze swoim zmarłym ojcem. Jednak kiedy trafia do Portero, jej problemy wydają się kroplą w morzu absurdów.
Bohaterka udaje się do szkoły, ale i tam czeka ją moc niezbyt normalnych rzeczy. Wszyscy noszą zatyczki w uszach, ubierają się na czarno, a w dziwnych miejscach stoją szklane posągi, które – zdaje się – jeszcze nie tak dawno temu były ludźmi. Jest i szkolny przystojniak – Wyatt, ale nawet tu nie spotkamy się z żadnym schematem.
Co mi się bardzo podobało, a co również było odmienne w stosunku do innych młodzieżówek, to bardzo swobodne podejście do seksualności. Hanna nie jest kolejną „cnotką-niewydymką” czekającą na swojego wyśnionego wampira z bajki; ma duże doświadczenie seksualne i jest świadoma swojej urody.

Groteska – to podstawowa kategoria estetyczna cechująca tę powieść. Wszystko jest tutaj z pozoru straszne: ataki, śmierć, potwory, mnóstwo krwi, ale ta naprawdę to wszystko wywołuje uśmiech. Do tego dochodzą elementy, które same przez się, nawet wyrwane z kontekstu, są genialne: ożywione lalki, sok z mrocznych brzoskwiń, jedzenie płatków niezapominajki, aby o kimś nie zapomnieć.
„Krwawy fiolet” rozbudził moją wyobraźnię do granic możliwości.

Nie potrafię napisać dobrej recenzji dla tej wspaniałej książki, bo jej treść jest na tyle niekonwencjonalna, że nie daje się ujmować w pojęcia.
Z niecierpliwością czekam na kolejne książki tej autorki, bo kobieta ma naprawdę talent i nie czerpie z gotowych schematów. Co mnie dodatkowo cieszy – nie tworzy niekończących się serii z jednego dobrego pomysłu. Niedawno napisała swoją drugą powieść – z opisu wynika, że stanowi całkiem odrębną historię.
Na koniec powiem tylko, że książka jest naprawdę genialna. Myślę, że w moim prywatnym rankingu pobiła nawet „Percy Parker”, chociaż to dwie kompletnie różne książki.
Gorąco polecam i liczę na to, że w najbliższym czasie więcej osób przeczyta tę powieść, bo wydaje mi się, że można poznać setki opinii na jej temat, ale bez poznania treści, nie jest się w stanie pojąć jej wyjątkowości.

Recenzja: "Piękne istoty" - Kami Garcia & Margaret Stohl

Opis wydawcy:

Piękne istoty to fascynująca współczesna opowieść o sile miłości i ludziach naznaczonych klątwą. Ethan marzy o wyjeździe z Gatlin w Karolinie Południowej, gdzie ostatnim wielkim wydarzeniem była wojna secesyjna. Chłopak od miesięcy śni o dziewczynie, której nigdy wcześniej nie widział. Kiedy po wakacjach spotyka ją na szkolnym korytarzu, z miejsca się w niej zakochuje. Lena ukrywa jednak mroczną tajemnicę i klątwę, która od pokoleń ciąży na jej rodzinie. Czy Ethan zdoła zmienić przeznaczenie i uratuje Lenę przed nią samą? W mieście bez przyszłości, jedna tajemnica zmieniła wszystko... Piękne istoty osadzone w mrocznym klimacie południa Ameryki mają szansę powtórzyć sukces Harry’ego Pottera i Zmierzchu, łącząc w sobie opowieść o miłości, atmosferę grozy, tajemnicę i nieoczekiwane zwroty akcji.

Przeczytałam! Co mogę powiedzieć na początku, opisując ogólnie swoje wrażenia? Boska!

Dla mnie, wielkim plusem, który zwrócił moją uwagę już na samym początku, jest to, że narratorem książki jest osobnik płci męskiej. Koniec z zakompleksionymi, wzdychającymi do swych idealnych bożyszczy nastolatkami! Koniec zresztą ze wszystkimi modnymi ostatnio ustalonymi schematami o zwykłej nastolatce i niezwykłym chłopcu; co więcej - w książce nie ma co szukać wampirów, czy wilkołaków.
"Piękne istoty" to opowieść zupełnie inna. Bazująca na tradycyjnych legendach, czerpiąca swoje motywy z powieści gotyckiej - jest nawet stare zamczysko i mieszkający w nim tajemniczy mężczyzna, podziemne tunele, samo otwierające się drzwi, wirujące stoliki, gasnące świece, czy duchy wyłaniające się ze swoich krypt. Te wszystkie elementy budują niesamowicie zagadkowy i tajemniczy nastrój. Tajemnica jest tu kluczowym elementem. Od samego początku wiadomo, że wiele spraw jest niewyjaśnionych i w trakcie czytania rozwiązują się one stopniowo zaskakując aż do samego końca.
Oczywiście pojawia się też dziewczyna, ale tym razem, to ona jest ta "niezwykłą". Podobało mi się, że romans bohaterów nie jest wyeksponowany na pierwszym planie. Tutaj rozwój akcji jest ważniejszy, nie ma sztucznych i nadętych scen w stylu romantycznych pocałunków w chwili zagrożenia życia. To książka przede wszystkim o przeznaczeniu, o klasycznej walce dobra ze złem, o możliwości dokonywania wyborów.
Warto też wspomnieć o niezwykłym miejscu akcji. Jest nim niewielkie miasteczko Gatlin położone na południu Stanów Zjednoczonych w piękny sposób opisane przez autorki. Według mnie miasteczko to jest jednym z bohaterów książki. Opisane są różne zwyczaje, styl życia jego mieszkańców, również niektórzy ludzie w nim mieszkający, co tworzy naprawdę solidną podstawę do budowania na niej reszty świata, a także sylwetki głównych bohaterów. Miasteczko często opisane jest w sposób zabawny, prześmiewczy, dodaje książce wiele uroku.
To jedna z największych zalet tej książki - narracyjność. Książka jest gruba, i dobrze. Jest w niej miejsce nie tylko na pędzące wydarzenia, ale także na szersze ujęcie całej problematyki. "Piękne istoty" napisane są ładnym stylem, któremu zupełnie nic nie można zarzucić.
Kolejnym wielkim atutem jest to, co bardzo lubię także w innych książkach, czyli przeplatanie się teraźniejszości z historią. Tutaj mamy zestawienie dwóch sfer czasowych: teraźniejszości oraz wojny secesyjnej.

Książka ta nie jest jednak idealna. Znajduje się w niej kilka niedociągnięć, przede wszystkim jeśli chodzi nadbudowę świata fantastycznego na realnym. W moim mniemaniu autorki powinny się zająć raczej pisaniem powieści realistyczno-społecznych, może historycznych, bo to wychodzi im idealnie. Oczywiście książka ta nie mogłaby istnieć bez wątku fantastycznego, bo jak już wcześniej wspomniałam, jest on tutaj najważniejszy i kluczowy, bez niego nie byłoby całej historii. Nie mówię też, że jest on beznadziejny, wręcz przeciwnie - ciekawy i wciągający, ale niestety, w wielu momentach niespójny, nielogiczny, czy mocno naciągany. Niedociągnięcia te wyraźnie widoczne są w zakończeniu (około 50 ostatnich stron), które jest nie tyle złe, co nie tak świetne i genialne jak poprzednie 480. Książka trzymała dystans i styl, a w zakończeniu autorki zbliżyły się do zbytniego patetyzmu.
Mi osobiście wymyślone rozwiązanie akcji się nie spodobało. Wyglądało to trochę tak, jakby autorki pisały całą książkę osnuwając akcję wokół jakiejś wielkiej tajemnicy, tworząc wspaniały nastrój, ale jakby same nie do końca wiedziały, co chcą z tym później zrobić.
Również całkiem ostatnie zdania książki, sygnalizujące czego mniej więcej możemy się spodziewać w następnym tomie według mnie nie wróży niczego nadzwyczajnego. (Ale to już takie tylko moje insynuacje).

Pomimo drobnych wad, szczerze polecam tę powieść. Mogę zapewnić, że wady przeze mnie wymienione nie wpływają na odbiór całej książki, którą czyta się z wypiekami na twarzy do późnych godzin nocnych. (Poza tym, jak widzicie wady te są bardzo subiektywne i na pewno znajdą się osoby, które odbiorą te elementy zupełnie inaczej niż ja.)
Naprawdę świetna robota!

P.S. Przed lekturą radzę sobie przypomnieć podstawowe informacje na temat wojny secesyjnej. Dużym atutem dla czytelnika będzie też znajomość powieści "Zabić drozda", ponieważ są do niej liczne odwołania. (Bez jej znajomości kilka smaczków może umknąć.)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...