poniedziałek, 30 maja 2011

Recenzja: "Deklaracja" - Gemma Malley

Opis wydawcy:

A gdybyście wy byli nadmiarami w świecie legalnych ludzi?
Gdybyście nie mieli prawa żyć.
Gdybyście byli zamknięci w zakładzie dla nadmiarów i nie znali świata za murami.
Gdybyście uwierzyli, że nie macie żadnych praw i możecie tylko służyć innym.
A gdyby wtedy zjawił się ktoś, kto opowiedziałby wam o prawdziwym życiu.
Gdyby przekonał was, że Ziemia jest dla wszystkich ludzi, a wy nie jesteście nadmiarami, skoro ktoś was kocha i potrzebuje?
Czy tak będzie wyglądać świat w przyszłości?

Antyutopie podbijają świat.

Przez literaturę młodzieżową w ciągu kilku ostatnich lat przetoczyła się burza, a nastolatki w bardzo krótkim czasie zarzucone zostały powieściami o istotach paranormalnych. Konwencja ta, choć oryginalna i świeża, w bardzo krótkim czasie została wyczerpana. Młodzi czytelnicy potrzebowali czegoś więcej. Czy antyutopie wyczerpią się tak samo szybko jak paranormal romance? Nie wiem. Na razie sięgają szczytów popularności, a my możemy się cieszyć oryginalnymi opowieściami najwyższej jakości.

„Deklaracja” to dzieło znamienne. Mimo że w Polsce swoją popularność zdobywa dopiero teraz, na fali sukcesu innych antyutopijnych pozycji, to w rzeczywistości jest to powieść przełomowa. Wydana została w roku 2008, na cztery miesiące przed słynnymi „Igrzyskami śmierci”.

Wielka Brytania, rok 2140. Rzecz przerażająca, bo rok 2140 nie jest przyszłością odległą. My go nie doczekamy, ale zmiany o których mowa nabrały rozmachu już w roku 2030, a to czasy, które nadejdą całkiem niedługo. Naukowcy wynaleźli Regenerację, a stąd niedaleka droga do leku na Długowieczność. Ludzie przestali się starzeć, chorować, a w związku tym nie umierali. W bardzo krótkim czasie na Ziemi nastąpiło przeludnienie. W 2065 roku wprowadzono więc Deklarację, którą znowelizowano w 2080 – ludziom zabroniono posiadania potomstwa. W rezultacie na świecie pozostali tylko legalni ludzie, ci którzy żyli przed rokiem 2080 i którzy żyć będą już wiecznie.

To naprawdę straszna wizja; wizja starego, niezmiennego społeczeństwa. W „Deklaracji” świat stanął w miejscu – nie ma dzieci, nikt nie umiera. Po ulicach chodzą ludzie, którzy wygrali z chorobami, ale nie potrafią jeszcze przezwyciężyć zewnętrznych oznak starzenia. Noszą drucianą bieliznę, która podtrzymuje ich obwisłą skórę. Istnieją jednak buntownicy, którzy nie zamierzają się bezwolnie poddać; oni nadal pragną mieć dzieci, pragną walczyć z systemem. System jest jednak od nich silniejszy. Wytropienie nadmiarów – bo tak nazywane są nielegalnie narodzone dzieci – to tylko kwestia czasu. W niektórych krajach nadmiary są usypiane natychmiast po urodzeniu, ale Wielka Brytania to kraj humanitarny, władze wierzą, że nadmiary swoją ciężką pracą i podporządkowaniem są w stanie odkupić Grzech rodziców.

Nadmiar Anna to wartościowy zasób. Zna Swoje Miejsce, wie, że nie ma prawa istnieć, wie, że ludzie, którzy dali jej życie to przestępcy. Odkąd pamięta przebywa w ośrodku dla nadmiarów, gdzie uczy się prac takich jak gotowanie i sprzątanie, aby w wieku piętnastu lat móc służyć u legalnych ludzi. Za każde, nawet najdrobniejsze niedbalstwo czeka ją chłosta, wtrącenie do izolatki lub pozbawienie posiłku. Na Annę i inne nadmiary nałożone są liczne ograniczenia, nie może ona używać ciepłej wody, bo to byłoby poważnym naruszeniem, niepotrzebnym zużyciem cennych zasobów Matki Natury, z których korzystać mogą tylko legalni. Annie to jednak nie przeszkadza; czuje się winna swojego istnienia, nienawidzi rodziców. Wie, że jej istnienie to tylko strata energii, powietrza i pożywienia, które mogłyby się przysłużyć legalnym ludziom.

„Deklaracja” to przerażająca wizja niedalekiej przyszłości. Przyszłości, która ma ogromne szanse na to, żeby się ziścić. Postęp nauki jest niewiarygodny, dziś spełniają się rzeczy, które jeszcze kilka lat temu były niemożliwe. Na ile możemy być pewni tego, że za kilka lat naukowcy nie odnajdą sposobu na regenerację komórek potrzebnych do walki z chorobami i starością?

Anna przebywa w zakładzie zamkniętym. Umiejscowienie akcji to bardzo ciekawy zabieg autorki. W okrutnym świecie, w którym narodziny dziecka to zło, pojawia się motyw szkoły z internatem. Uwielbiam powieści z tym wątkiem i uważam, że połączenie dwóch tak sprzecznych idei jest naprawdę fascynujące. Z jednej strony mamy internat, sypialnię dziewcząt, wspólne posiłki, a z drugiej prawdziwy koszmar – codzienny strach, znęcanie się fizyczne i psychiczne nad dziećmi, wmawianie im jak wielkim są ciężarem.

Jak można się spodziewać nieświadomość Anny nie trwa wiecznie, wkrótce do Grange Hall przybywa Peter, który twierdzi, że zna rodziców Anny, przekonuje dziewczynę, że rodzice ją kochają. W głowie Anny pojawiają się wątpliwości, których nie miała nigdy wcześniej. Jak można być nadmiarem, jeżeli jest się kochanym?

Druga część powieści podobała mi się jeszcze bardziej. Poznajemy w niej świat na zewnątrz, życie codzienne legalnych ludzi. Doświadczamy ich postrzegania świata, sposobu myślenia. Wreszcie poznajemy problemy społeczne i gospodarcze, które gnębią ludzkość. Świat zmaga się z problemem energetycznym, zasoby naturalne się kończą, prąd jest reglamentowany.

Świat opisany w „Deklaracji” jest straszny, ale i fascynujący. Przeczytałam sporo antyutopii, od klasyków Orwella i Huxleya, aż po niedawne wydawnictwa i choć każda wizja przyszłości była przerażająca, to czytałam je z pełną świadomością, że nie ma ona prawa zaistnieć. Tutaj każde zdanie chłonęłam jako zapowiedź mojej własnej przyszłości, nadal się boję, że wszystko to, co zostało opisane okaże się prawdą.

Podobało mi się, że autorka nie starała się złagodzić treści książki. Powieść obfituje w brutalne fragmenty i nie jest to tylko brutalność cielesna, chociaż tej nie brakuje. Brutalność przynależy przede wszystkim do sfery umysłu. Szczególnie utkwił mi w pamięci fragment, w którym nadmiary - dziewczęta podczas miesiączki musiały spać na zimnej, wilgotnej podłodze tak, aby swą „plugawością” nie zanieczyścić pościeli. Znęcanie się nad dziećmi, traktowanie ich z pogardą, a także ich własne myślenie o sobie w ten sposób wywołuje bardzo silne uczucia.

„Deklarację” polecam każdemu. Ta barwna, bogata w szczegóły, pesymistyczna wizja przyszłości zmieni Wasz sposób patrzenia na rzeczywistość, w szczególności na niektóre kwestie związane z rozwojem cywilizacji. Jestem pewna, że opisane problemy, a nawet strach przed nimi długo jeszcze zaprzątać będą moje myśli.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Wilga, za co serdecznie dziękuję.

środa, 25 maja 2011

Krytycznym okiem: Erotyki wśród dziecięcych bajek?



W dniu wczorajszym oficjalnie rozpoczęłam współpracę z portalem ParanormalBooks.
Możecie się tam natknąć na nowy dział nazwany Krytycznym okiem. W dziale tym będziecie mogli poczytać felietony mojego autorstwa.

Na dobry początek tekst zatytułowany "Erotyki wśród dziecięcych bajek?", który możecie przeczytać pod poniższym linkiem. 

Liczę na to, że poznam Wasze zdanie na ten temat, zapraszam więc do żywiołowej dyskusji na blogu lub na portalu. :)
Może macie swoje własne przemyślenia? A może z czymś się nie zgadzacie? (Ja Wam dam się nie zgodzić! :P ) Może jest jakiś temat, o którym chcielibyście przeczytać w przyszłości w "Krytycznym oku"?
Czekam na wszelkie opinie, uwagi i sugestie. Mam nadzieję, że felietony przypadną Wam do gustu. :)

P.S. Od wczoraj, odkąd zobaczyłam swój tekst na stronie, dobry humor mnie nie opuszcza. Zamiast chodzić - skaczę, a zamiast mówić - śpiewam (ale to akurat zdarza się często).



niedziela, 22 maja 2011

Recenzja: "Ognista" - Sophie Jordan

Opis wydawcy:

Jacinda tęskni za wolnością i buntuje się przeciw oczekiwaniom innych. Gdy łamie najświętszą regułę swojej wspólnoty, o mało nie kończy się to tragicznie. Piękny nieznajomy daruje jej życie, mimo że poluje na takich jak ona. Jacinda jest bowiem dragonką – potomkinią smoków, mającą zdolność do przybierania ludzkiej postaci. Zmuszona wraz z rodziną do ucieczki i zaszycia się w świecie ludzi, Jacinda usiłuje dostosować się do nowego otoczenia. Marzy o Willu, zachwycającym i jednocześnie trudno osiągalnym chłopaku. Will i jego krewni są myśliwymi, których za wszelką cenę powinna unikać. Smocza natura Jacindy powoli usycha, a jeżeli umrze, pozostanie jej tylko życie w ludzkim wcieleniu. Dragonka stara się zrobić wszystko, by temu zapobiec. Nawet jeżeli oznacza to zbliżenie się do najgroźniejszego wroga. 
Autorki prześcigają się w pomysłach w tworzeniu coraz to nowych postaci w literaturze młodzieżowej. Wampiry, wilkołaki i anioły miały już swoje pięć minut i powoli zatapiają się w odmętach literackiego niebytu. Teraz, aby zaciekawić młodego czytelnika potrzeba czegoś więcej. Odbiorca musi zostać zadziwiony, zaskoczony, a nawet powalony na kolana. Tego udało się dokonać Sophie Jordan.

Jacinda jest dragonką. O tak, tego jeszcze nie było! Dragoni to potomkowie mitycznych smoków; mają ciała ludzi, ale w chwilach grożącego im niebezpieczeństwa ich skóra przyobleka się łuską, rysy twarzy wyostrzają się, a z pleców wyrastają skrzydła. Te mechanizmy obrony pozwoliły przetrwać dragonom przez wiele stuleci. Ochrony potrzebuje też Jacinda, kiedy podczas swojego beztroskiego, nie do końca dozwolonego lotu napotyka łowców próbujących ją zabić. Dziewczyna ostatkiem sił znajduje schronienie, ale po piętach depcze jej najmłodszy z łowców – Will, który znajduje uciekinierkę wciśniętą w ścianę groty i… postanawia ją ocalić.
Za swe nieodpowiedzialne zachowanie Jacinda ma zostać ukarana. Jej życie w stadzie zresztą nigdy nie było łatwe, Jacinda bowiem posiada dar, którego nie doświadczył żaden dragon od wielu już lat – potrafi ziać ogniem. Przywódcy stada wybrali więc dla niej przyszłość; przeznaczyli partnera, zaplanowali jej życie. W nocy, po niefortunnym spotkaniu z łowcami, rodzina Jacindy postanawia uciec od stada. Los jednak chce, że na nowej drodze dziewczyny staje najmniej oczekiwana osoba – Will.

„Ognista” to niezwykła książka, która niczym rozwścieczone płomienie zagarnia czytelnika. Fabuła jest rozkosznie skomplikowana i sprawia, że trudno oderwać się od czytania. Relacja między dwojgiem głównych bohaterów oparta jest na zależności łowca-ofiara. Will jest myśliwym, jego rodzina od pokoleń poluje na dragony, Jacinda musi ukrywać swój sekret, ponieważ jego wyście na jaw kosztowałoby życie nie tylko ją, ale także cały jej gatunek. Relacja ta jest nie tylko intrygująca, ale przede wszystkim niebezpieczna, a każdy jej element sprawia, że ma się ochotę na więcej.

Sposób przedstawienia uczuć Jacindy i Willa jest niesamowity. Jeszcze nigdy czytając książkę nie wczułam się tak bardzo w osobowość bohaterki. Czułam ją, byłam nią! Każdą jej namiętność odczuwałam jak swoją własną, każde jej pragnienie odczuwałam na własnej skórze. I nawet jej przemianę, dym w gardle odczuwałam niemal materialnie. Wielkie brawa dla autorki za stworzenie tak rzeczywistych uczuć i emocji na kartach swojej powieści.

Początkowo planowałam przyczepić się do języka; zdania bowiem, składające się na treść są krótkie, niejednokrotnie kropka występuje już po jednym wyrazie, ale później zrozumiałam dlaczego konstrukcja zdań jest taka, a nie inna. Wszystkie te pojedyncze wyrazy, urywane zdania jeszcze bardziej przyspieszają akcję i zapewniają nam niezapomniane emocje.

W „Ognistej” podobało mi się wszystko; oryginalność wykreowanych postaci i świata, lekkość pióra autorki dzięki której książkę czytałam jednym tchem oraz spektakularne zakończenie pozostawiające po sobie pustkę, którą wypełnić może jedynie oczekiwanie na kolejny tom serii. 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Bukowy Las, za co serdecznie dziękuję. 

piątek, 20 maja 2011

Recenzja: "Córki księżyca. Bogini nocy" - Lynne Ewing

Opis wydawcy: (według mnie mocno spoilerowaty)

Cztery dziewczyny, cztery charaktery – jedno przeznaczenie. Vanessa, Catty, Serena i Jimena, pozornie przeciętne mieszkanki słonecznej Kalifornii dzielą wspólny sekret. Każda z nich została obdarowana specjalną mocą. Każda z nich ma zadanie do wypełnienia. Każda z nich jest boginią... Vanessa potrafi stać się niewidzialna, Catty podróżuje w czasie, Serena umie czytać w myślach, Jimena zaś ma zdolność przewidywania przyszłości. Tylko razem mogą stawić – Atroxowi, stworzeniu, które karmi się ludzką nadzieją i poluje na niewinnych ludzi w najmodniejszych nocnych klubach Wybrzeża. Choć pradawny i zły do szczętu, Atrox znakomicie radzi sobie we współczesnym świecie – jego śladem podąża liczna grupa zaprzysięgłych wyznawców (a właściwie ofiar, ale na jedno wychodzi). Niestety – wiek lat nastu nie predestynuje nikogo do bycia boginią i dziewczyny, choć każda potężna na swój sposób, muszą radzić sobie nie tylko ze śmiertelnym zagrożeniem, ale również z codziennością, która bywa gorsza od najbardziej przerażającego koszmaru.


„Córki księżyca” to trzynastotomowy cykl o młodych dziewczynach będących potomkiniami bogini księżyca. Początkowo ilość zapowiadanych tomów mnie przeraziła, bałam się, że tak długa historia będzie opierała się na snuciu nudnej, bezbarwnej fabuły. Teraz, po przeczytaniu pierwszego tomu wiem, że z niecierpliwością oczekiwać będę na kolejne części tej niezwykłej historii.

„Bogini nocy” to opowieść o Vanessie, która posiada niezwykły dar – potrafi stać się niewidzialna. Jeśli zajdzie taka potrzeba, jej molekuły rozdzielają się, a Vanessa – w postaci „sproszkowanej” przenosi się w dowolnie wybrane miejsce. Vanessa ma przyjaciółkę – Catty, która manipuluje czasem; potrafi przenosić się w przeszłość oraz w przyszłość. Dziewczyny zaprzyjaźniły się w młodości, kiedy zauważyły na swych szyjach identyczne amulety przedstawiające księżyc – od tego czasu zastanawiają się, skąd wzięły się ich niezwykłe zdolności oraz czy mają ze sobą coś wspólnego.
My – czytelnicy jesteśmy w lepszym położeniu niż bohaterki, ponieważ zanim je poznamy, czytamy prolog, a w nim ciekawy mit o bogini Selene prowadzącej księżyc po niebie, która zakochawszy się w śmiertelniku wydała na świat córki. Nietrudno się domyślić, że córkami tymi są właśnie Vanessa oraz Catty.

„Bogini nocy” nie jest pozycją wybitną – nie wstrząśnie Wami, ani nie zmieni Waszego stosunku do świata. Jedyne co Wam zapewni to naprawdę przyjemnie i miło spędzony czas. Podczas czytania miałam wrażenie, że oglądam dobry film – o szkolnych przyjaciółkach, ich problemach i tajemnicach. Wszystko opisane jest obrazowo i co najważniejsze – ciekawie. Akcja powieści od samego początku jest tajemnicza i pełna niedomówień, wciąga i nie daje się od siebie oderwać. Zabrawszy się za książkę – nie mogłam przestać czytać, chłonęłam kolejne strony zastanawiając się jak rozwinie się zaskakująca mnie nieustannie fabuła.

Po „Córkach nocy” nie spodziewałam się niczego oryginalnego, dlatego zostałam mile zaskoczona. Na naszym rynku panuje przesyt romansów paranormalnych skierowanych do młodzieży, a każdy kolejny powiela utarte schematy poprzedniego. Tutaj było inaczej; nie potrafię jednym zdaniem określić co było inne, ale od samego początku odczuwało się powiew świeżości w opowiadanej historii, a to zdecydowanie ogromny atut tego typu historii.

Przede wszystkim narracja trzecioosobowa, która w „paranormalach” pojawia się rzadko, a szkoda; dzięki niej nie jesteśmy narażeni na „wysłuchiwanie” ciągłych narzekań, zachwytów na chłopakiem i idiotycznych przemyśleń bohaterki. Tutaj zresztą one by się nie pojawiły, ponieważ bohaterki „Córek nocy” diametralnie różnią się od znanych nam dotychczas ofiar losu, które albo bez przerwy się przewracają, albo użalają się nad swym losem, albo są słabe i bezbronne, a ich największą życiową aspiracją jest zostać ugryzioną przez wampira. Vanessa to silna i rozsądna dziewczyna, która od urodzenia mieszka w Los Angeles. Jest pewna siebie i nie jest szkolną ofiarą.
Oczywiście zakochuje się w chłopaku, ale i tu czeka nas niespodzianka – nie pojawia się żaden konkurent, żaden trójkąt miłosny. Dla mnie to zdecydowany plus. Dodam jeszcze, że wątek miłosny opisany jest naprawdę smakowicie; romantycznie i namiętnie zarazem.

Do innych zalet zaliczyłabym z pewnością opisy codziennego życia amerykańskich nastolatek, a także szczegółowe opisy spożywanych przez nie potraw. Te wszystkie cuda, takie jak chociażby frytki z serem sprawiały, że nieustannie była głodna. Ostatnio z tak szczegółowym opisem posiłków spotkałam się w „Harrym Potterze”.
Kolejnym plusem jest bardzo szczegółowa i barwna mitologia opisana w powieści. Lubię, kiedy autorka dokładnie zna wykreowany przez siebie świat, lubię też nawiązania do starożytności i obie te rzeczy zapewniła mi Lynne Ewing.
No i wreszcie fakt, że w książce pojawił się jeden z moich ulubionych ostatnio tematów, czyli podróże w czasie. Skoki w czasoprzestrzeni zawsze mnie fascynowały i każda nowa teoria, nawet jeśli nie podparta żadnym naukowym wywodem, wzbudza moją ciekawość. W „Bogini nocy” mamy wytłumaczone między innymi to, dlaczego czasami wydaje nam się, że niektóre dni ciągną się w nieskończoność, albo dlaczego czasami udaje nam się załatwić dużo spraw w ciągu dnia.

Mogłoby się wydawać, że pierwszy tom cyklu o Córkach księżyca jest bez wad i chyba tak jest. Czytając go spędziłam niesamowite chwile wypełnione radością i niepokojem. Szczerze polecam zapoznanie się z tą pasjonującą historią i wrażeń podobnych do moich. 


Książkę zrecenzowałam dla Wydawnictwa Jaguar

sobota, 7 maja 2011

Recenzja: "Przyrzeczeni" - Beth Fantaskey

Opis wydawcy:

Wampiry potrafią nieźle namieszać w życiu nastolatki…
Świat Jessiki staje na głowie, gdy w szkole pojawia się osobliwy uczeń z wymiany międzynarodowej, Lucjusz Vladescu. Jest arogancki, natrętny i, no cóż, nieziemsko przystojny. Na domiar złego twierdzi, że Jessica to rumuńska wampirza księżniczka i że na mocy paktu między ich rodami są zaręczeni! Dziewczyna nie chce wierzyć w te rewelacje, jednak kiedy zaczyna wertować Przewodnik dla nastoletnich wampirów po miłości, zdrowiu i emocjach, nachodzą ją wątpliwości…
Czy przeciętna nastolatka to dobry materiał na czarującą wampirzą księżniczkę?
Wampiry to temat całkowicie wyeksploatowany w literaturze młodzieżowej. Przez kilka ostatnich lat spotykaliśmy się z wampirami dobrymi i złymi, ładnymi i brzydkimi, a nawet świecącymi. Jeszcze kilka dni temu wierzyłam, że nic nie jest w stanie przełamać rutyny. Jakże się myliłam!

Jessika to zwyczajna nastolatka żyjąca w świecie, którego granice wyznaczają dom i szkoła. Jest miłośniczką matematyki, podkochuje się w szkolnym przystojniaku, rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej. Sielskie życie się jednak kończy – oto bowiem, czekając na autobus Jessika spostrzega, że jest obserwowana. Co gorsza, prześladowca okazuje się być nowym uczniem w klasie, a jej matka, zaprasza tajemniczego natręta na kolację. Lucjusz – bo takie jest imię władczego, pewnego siebie młodzieńca – przybywa z wiadomościami, które dla stąpającej twardo po ziemi Jessiki są bałamutnym kłamstwem i wymysłem chorej wyobraźni chłopaka. Lucjusz twierdzi, że jest wampirem, Jessika natomiast (a właściwie Anastazja, bo takie jest prawdziwe imię adoptowanej dziewczyny pochodzenia rumuńskiego), na mocy paktu zawartego po jej narodzinach, ma zostać żoną Lucjusza i – jako jedyna spadkobierczyni królewskiej linii Dragomirów – zostać wampirzą księżniczką.

Co zrobiłybyście, gdyby ktoś Wam oznajmił, że jest wampirem? Czy – tak jak większość bohaterek – rzuciłybyście się w ramiona nieznajomemu wystawiając swoje soczyste, wypełnione świeżą krwią tętnice? Zachowanie Jess jest na wskroś naturalne i realistyczne; jej reakcja to strach i zaprzeczenie, analityczny umysł nie przyjmuje do wiadomości istnienia stworów rodem z bajek.

„Przyrzeczeni” to miła, urocza, ciepła i zabawna opowieść. Poza ścisłą końcówką nie ma tu szalonych zwrotów akcji, ale pomimo tego dłonie drżały mi ze zniecierpliwienia przy każdej odwracanej kartce. To niezwykła historia przesycona romansem, namiętnością i humorem.

Lucjusz to bez wątpienia wizytówka tej powieści. To tradycyjny ideał mężczyzny; zawsze nienagannie ubrany, szarmancki, potrafiący stanąć w obronie kobiety, prawiący komplementy, oczytany i elokwentny, a także przystojny. Czy powieść bez Lucjusza byłaby równie dobra? Na pewno nie. Młody wampir wnosi do niej to, co najważniejsze w paranormal romance, czyli świeżość; bohatera takiego jak on jeszcze nie było. Myślę, że tym samym rozpocznie nową erę i chłopcy jemu podobni zaczną się pojawiać w powieściach jak grzyby po deszczu.

W „Przyrzeczonych” zachwycił mnie język. Całość pisana jest lekko i z polotem, narracja prowadzona jest zaskakująco dobrze. Ciekawym zabiegiem jest wplatanie w treść powieści listów Lucjusza do wuja. Listy te, to prawdziwy majstersztyk i istny popis talentu autorki. Skrzą się humorem, wypełnione są nie tylko opisem zabawnych wydarzeń, ale też niezmiernie trafnymi uwagami Lucjusza na temat otaczającego go świata.

O dreszcze przyprawiają także relacje między dwojgiem głównych bohaterów. Ich potyczki słowne bawią do łez, ich zmartwienia wzruszają, a ich uczucie ściska za serce. Namiętność można wyczuć zmysłami. Autorka w idealny sposób opisuje rodząca się pomiędzy nimi więź, a w końcu także miłość. Możemy śledzić powolną przemianę bohaterki z amerykańskiej nastolatki – Jessiki, w odważną, odpowiedzialną i majestatyczną księżniczkę Anastazję.

Czas na zarzuty. Nie lubię ingerencji w tradycyjny wizerunek wampira. Dla mnie powinna to być istota żywiąca się jedynie krwią, spalająca się w słońcu, a przede wszystkim – stworzona przez ugryzienie. Wampiry Beth Fantaskey – nie przeczę, że ciekawe, były jednak zaprzeczeniem wszystkiego, co stworzone zostało w tradycji ludowej. W „Przyrzeczonych” mi to za bardzo nie przeszkadzało, ale - ponieważ ingerencje takie irytują mnie z zasady – wypadało wspomnieć.

Książka skłoniła mnie też do przemyśleń nad mentalnością narodu amerykańskiego, dla którego państwa takie jak Rumunia, czy Rosja, to po prostu „Europa wschodnia”. Zaprezentowany w powieści obraz Rumunii nie zaszkodzi nam - Polakom; potrafimy spojrzeć na niego z przymrużeniem oka i potraktować jako jedną z hiperboli użytych przez autorkę. Ale Amerykanie? Czy na zawsze utrwalą w swej wyobraźni Rumunię jako kraj nieokrzesanych dzikusów rodem ze średniowiecza? Czy już zawsze pamiętać będą ludzi gotowych zabić za nieposłuszeństwo? Wszak autorka wielokrotnie podkreślała wyższość Stanów Zjednoczonych ze względu na ich demokratyczny charakter. Czemu nie pamięta o tym, że Rumuni również mają parlament, że ich kraj od czterech lat należy do Unii Europejskiej? Pomimo, że był on zabawny, żałuję, że autorka posłużyła się tak stereotypowym wizerunkiem tego wspaniałego państwa.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o „Przyrzeczonych” byłam pewna, że żadna siła nie zmusi mnie do ich przeczytania. Opis na okładce, z całą mocą eksponujący wszystkie schematy, z którymi mieliśmy do czynienia wcześniej („nowy uczeń”, „szkoła”, „arogancki i przystojny nieznajomy”, „wampirza księżniczka”) – zdecydowanie nie zachęca do lektury.
Tym razem warto jednak dać ponieść się emocjom i zagłębić w tę pasjonującą i oddziałującą na uczucia lekturę. Poznajcie dwoje wyjątkowych bohaterów i niezwykłą historię ich miłości. 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Nasza Księgarnia, za co serdecznie dziękuję.


piątek, 6 maja 2011

Stosik kwietniowy

Kwiecień dobiegł końca, a ja - zainspirowana stosikowymi szaleństwami na innych blogach - postanowiłam zaprezentować Wam moje własne kwietniowe zdobycze.
Zawsze kupuję dużo książek, ale kwiecień jest miesiącem wyjątkowym, ponieważ to właśnie wtedy przypada Światowy Dzień Książki, a co za tym idzie - bardzo korzystne promocje  w wielu księgarniach, które skwapliwie wykorzystuję nadrabiając wszelkie zaległości. No to zaczynamy!


Od góry: 

1. Błękitna miłość - C. S. Ransom
2. Pocałunek Demona - L. Raven
3. Anioł - L. A. Weatherly
4. Otchłań. W potrzasku - Smith
5. Żelazny król - J. Kagawa
6. Lewiatan - S. Westerfeld
7. Przepowiednia - P. C. Cast



8. Pocałunki wampira - E. Schreiber
9. Czarownica. Księga wszystkich dusz - D. Harkness
10. Bezduszna - G. Carriger
11. Jutro - J. Marsden
12. Gone. Faza IV - M. Grant
13. Świetliste cienie - M. Marr
14. Wampiry z Morganville. Księga V - Miasto widmo - R. Caine
15. Pamiętniki wampirów. Księga IV - Północ - L. J. Smith


16. Tehanu - U. K. Le Guin (jedyna część Ziemiomorza, której mi brakowało - cudownie, że jest wznowienie!)
17. Klucz odwagi - N. Roberts (brakująca część Trylogii Kluczy)
18. Piękna ZŁAlizja - R. James
19. Gwiezdny pył - N. Gaiman (zafascynowana ekranizacją)
20. Skradzione dziecko - K. Donohue
21. Aniołowie zniszczenia - K. Donohue (nie czytałam jeszcze żadnej książki tego autora, ale coś mnie do nich ciągnie)
22. Niebezpieczna fortuna - K. Follett


23. Studium w szkarłacie - A. C. Doyle
24. Znak czterech - A. C. Doyle
25. Dolina trwogi - A. C. Doyle (wszystkie trzy kupiłam za bezcen, bo za mniej więcej 11 zł za sztukę, a nigdy przecież nie wiadomo, kiedy najdzie mnie ochota na genialnego Sherlocka - zawsze warto mieć kilka powieści z jego udziałem pod ręką! ;) )
26. E. M. Forster - Powrót do Howards End (czyli coś, co zawsze chciałam mieć, ale nigdy nie miałam)
27. Zapomniany ogród - Kate Morton
28. Dom w Riverton - Kate Morton (sytuacja podobna jak w przypadku książek K. Donohue)
29. Dzwony - R. Harvell
30. Krzyk w niebiosa - A. Rice (dwie ostatnie pozycje, dzięki moje zamiłowaniu do tematyki "kastralnej")


A tutaj mamy trzy potężne tomiszcza, a wszystkie są kontynuacjami wielotomowych serii, których jeszcze nie przeczytałam, ale coś mi mówi, że będę je lubiła. :P

31. Potomek Kusziela - J. Carey
32. Tchnienie śniegu i popiołu - D. Gabaldon
33. Ognisty krzyż - D. Gabaldon


Na powyższym zdjęciu książki, których nie kupiłam, ale dostałam w związku z podjętymi współpracami, a także jedna książka, którą udało mi się wygrać. :)

34. Córka Burzy - R. Mead (z konkursu)
35. Lament - M. Stiefvater (od Wydawnictwa Illuminatio)
36. Z ciemnością jej do twarzy - K. Keaton (od Wydawnictwa Znak)
37. Las Zębów i Rąk - C. Ryan (najlepsza!) (od Wydawnictwa Papierowy Księżyc)
38. Deklaracja - G. Malley (od Wydawnictwa Wilga)
39. Przyrzeczeni - B. Fantaskey (od Wydawnictwa Nasza Księgarnia)
40. Hotel na rozdrożu - D. Macomber
41. Światła portu - S. Woods
42. Dotknąć prawdy - A. van Heugten (wszystkie trzy od Wydawnictwa Harlequin-Mira)
43. Więzień - J. S. Adalid
44. Zatajony Katyń - T. A. Kisielewski (obydwie od Księgarni Matras)
45. Afgański Zeus - K. T. Lewandowski
46. Intruz - S. Meyer (obydwie od Grupy Wydawniczej Publicat)

Książki z boku, to bonusy dołączane do każdej przesyłki Wydawnictwa Harlequin. Pewnie nigdy w życiu ich nie przeczytam, ale to naprawdę strasznie miłe ze strony Wydawnictwa, że zawsze dorzucają do koperty coś dodatkowego. :) 


Na sam koniec książki, o których kompletnie zapomniałam, a przecież nie można zapomnieć o niczym. ;)
47. Postępowanie sądowoadministracyjne - M. Jaśkowska, M. Masternak, E, Ochendowski (przewspaniały podręcznik napisany przez pracowników mojego Wydziału ;) )
48. Leonardo da Vinci - Ch. Nicholl
49. Kochanki i królowe - B. Craveri
50. Balzac - S. Zweig (czyli kolejne trzy tomy "Wielkich biografii" z Wydawnictwa PWN)

***

No i proszę! Uzbierała się się równa pięćdziesiątka (plus pięć romansów w wersji pocket!) :)
Za miesiąc kolejna odsłona cyklu "Z życia Anonimowego Książkoholika".
Tymczasem ja zbieram w sobie siły, aby poukładać ładnie moje wszystkie książkowe zbiory na regałach, dlatego mam nadzieję, że w niedługim czasie, będę mogła je Wam zaprezentować.

Życzę miłego wieczoru!

środa, 4 maja 2011

Recenzja: "Lament. Intryga Królowej Elfów" - Maggie Stiefvater

Opis wydawcy:

Utalentowaną szesnastoletnią harfistkę, Deirdre Monghan, która regularnie grywa na konkursach i różnych imprezach, dręczy niepokojący rodzaj tremy przed publicznymi występami. Ataki strachu paraliżują ją do tego stopnia, że czas tuż przed występem spędza najczęściej w toalecie. Prawda, że to kiepski sposób na rozpoczęcie romansu? A jednak…
Kiedy Deirdre przed jednym z festiwali ponownie nie może opanować swego lęku,  z pomocą przychodzi jej tajemniczy chłopak Luke Dillon. Niespodziewanie Luke proponuje jej występ na scenie w duecie razem z nim. Od tego momentu w życiu Deirdre zaczyna pojawiać się czterolistna koniczyna, a ona sama rozwija niezwykłe zdolności, o których wcześniej nie miała pojęcia. Spotyka też dziwacznych ludzi, którzy wydają się pochodzić s z innego świata.
Jej najlepszy przyjaciel James, jej ukochana babcia oraz mama są się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ponieważ Deirdre znalazła się na celowniku królowej pewnej magicznej krainy. Okazuje się, że Luke został przez nią wynajęty, aby zabić Deirdre, ale zamiast tego zakochał się w niej bez pamięci.
A Deidre? Ta nieśmiała dziewczyna odkrywa w końcu, że jako jedna z niewielu ma dar widzenia mieszkańców tajemniczej krainy.
Ta piękna i niebanalna opowieść, będąca debiutem pisarskim autorki, oddaje wiernie obraz celtyckiej baśni, którą przedstawiono w uwspółcześnionej wersji.


Pamiętacie te piękne opowieści z dzieciństwa o elfach i wróżkach, o zaklętych księżniczkach i miłości silniejszej niż śmierć? Pamiętacie te czasy, kiedy nie było rzeczy niemożliwych? Zwykły patyk zmieniał się wówczas w czarodziejską różdżkę, a kilka połączonych ze sobą liści w koronę. Jeśli chcecie przeżyć wielką, magiczną i romantyczną przygodę, to dobrze trafiliście.

„Lament” to w zasadzie typowy przedstawiciel paranormal romance, nie sposób nie zauważyć tu kilku klasycznych już schematów pojawiających się wcześniej, takich jak tajemniczy chłopak, czy trójkąt miłosny. Jednak pomimo tego, co nieuniknione, na każdym kroku jesteśmy zaskakiwani rozwiązaniami całkowicie nowymi i oryginalnymi.

Zacznijmy od głównej bohaterki; to szesnastoletnia dziewczyna o oryginalnym imieniu Deirdre. Czy jest typową przedstawicielką swojej grupy społecznej, czyli przeciętną uczennicą amerykańskiego liceum? Otóż nie. To utalentowana harfistka odnoszącą spore sukcesy w dziedzinie muzyki. Na jednym z konkursów poznaje Luke’a - tajemniczego chłopaka o mrocznej przeszłości. Dlaczego wzbudził moją aprobatę? Ponieważ nie jest kolejnym ponurym i obrażonym na cały świat zbuntowanym nastolatkiem, a wesołym, pełnym życia młodzieńcem, który od samego początku stara się zaimponować Dee. No i gra na flecie. Chłopak motywuje Deirdre do odważniejszej, bardziej wirtuozowskiej gry, chwilę później postanawiają wykonać duet.
Od tego czasu zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a wszystkie zdają się mieć związek z magicznymi stworzeniami rodem z mitologii – fejami.

O wróżkach napisano już wiele. W literaturze młodzieżowej istoty te stały się niemal tak popularne jak wampiry, czy anioły. Przyjęło się różne tłumaczenie ich oryginalnej nazwy – faeries. Oprócz tej najczęściej spotykanej – wróżek spotykamy się z elfami, piksami, czy wreszcie nomenklaturą przyjętą w polskim tłumaczeniu „Lamentu” – fejami.
Książka pani Stiefvater wyróżnia się spośród innych utworów o podobnej tematyce swoim niezwykłym, oryginalnym i fascynującym światem przedstawionym. Cechy magicznych istot, obrzędy, rytuały i zwyczaje zaczerpnięte są wprost z celtyckiego oraz germańskiego folkloru dając nam wrażenie autentyzmu wszelkich nadprzyrodzonych elementów, z którymi mamy do czynienia w trakcie czytania.

Co mnie szczególnie urzekło w „Lamencie”, to fakt, że świat fejów nie jest jedynie dodatkiem do opisu zwykłego, codziennego życia nastolatki. Gdzie tam! Magia wypływa z każdej strony powieści, zalewa nas cudownym wrażeniem baśniowości, wciąga wewnątrz wykreowanego świata i hipnotyzuje wyartykułowaną za pomocą liter muzyką. Cała fabuła, mimo, że osadzona w świecie dobrze nam znanej rzeczywistości, jest podporządkowana jakiemuś wyższemu porządkowi. Wszystkie elementy z dwóch różnych światów łączą się w jedną, harmonijną całość, a czytelnik wkrótce zdaje sobie sprawę z tego, że zamiast podążać dobrze sobie znaną ścieżką, wpadł w zasadzkę elfiej muzyki i pochłonięty dzikim tańcem zapomniał się w tym niezwykłym świecie.
Sami fejowie budzą skrajne emocje; od strachu i niechęci, poprzez ciekawość, aż po szczerą sympatię. Wielkie gratulacje za stworzenie tak bogatego i ciekawego przekroju przez całą Faerię.

Autorka bardzo umiejętnie buduje napięcie w powieści, dzięki czemu trudno się oderwać od lektury. Wszystko zaczyna się niewinnie, ale z czasem każdy aspekt opisywanej przygody robi się coraz bardziej mroczny, niebezpieczny. Razem z bohaterką wnikamy w świat fejów, odczuwamy strach z domieszką zauroczenia. Wszystko to prowadzi do naprawdę spektakularnego, gorzko-słodkiego finału, który tylko zaostrzył mój apetyt na poznanie dalszych losów wykreowanego świata.

„Jeśli spośród muzyki elfów da się wyróżnić jakiś instrument, to jest to zazwyczaj właśnie harfa.” *
Czyli parę słów o harfie i muzyce. Podoba mi się, że muzyka odgrywa tak wielką rolę w powieści. Opisy melodii, teksty pieśni pojawiają się dosyć często i umiejętnie budują atmosferę prezentowanych wydarzeń. To dzięki muzyce fejowie żyją i funkcjonują, muzyka jest ich całym światem i te emocje da się odczuć na łamach powieści.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie spostrzegła pewnej nieścisłości. Nie wiem na jakim instrumencie dokładnie grała Dee, ale klasyczna harfa waży około 30 kilogramów i osiąga wysokość 170 centymetrów, w związku z czym nie da się jej tak po prostu nosić pod pachą jak robiła to bohaterka. Harfa celtycka, o której mowa w treści, jest jeszcze potężniejsza. ;)

„Lament” to powieść, która przypadnie do gustu wszelkim miłośnikom przygody i romansu, ale także osobom pragnącym całkowicie oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć się w świecie pełnym magii i muzyki. To pozycja dla wszystkich miłośników elfów oraz dla tych, którzy dopiero chcą je poznać.

------
* Wird Sikes, „Elfy. Brytyjskie gobliny, walijski folklor, elfia mitologia, legendy i tradycje”, tłum. Marek Skowerski, wyd. Armoryka, 2010, s. 88


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję.


poniedziałek, 2 maja 2011

Recenzja: "Intruz" - Stephenie Meyer

Opis wydawcy:

Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie - jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć. 


Na pewno każdy z Was zna słynny film Ridley’a Scotta „Obcy”. A może ktoś zna „Władcę marionetek” Stuarta Orme’a? Być może znajdą się i tacy, którzy kojarzą jedną z moich ulubionych serii fantasy „Animorphs” autorstwa K. A. Applegate. W każdym z tych utworów groźni, inwazyjni kosmici atakują Ziemię i przejmują władzę nad ludzkością. Podobnych dzieł jest mnóstwo.
Ale co, jeśli tym razem najeźdźcy to nie bezuczuciowe monstra, które podstępem i przemocą próbują podbić sobie nowe tereny? Co jeśli tym razem nie jesteśmy w stanie bez wahania wybrać, po której stronie stoimy?

Stephenie Meyer to autorka, której nie trzeba przedstawiać. W ciągu ostatnich lat zdobyła ogromną popularność za sprawą swojej przełomowej sagi „Zmierzch”, która stała się impulsem do masowego tworzenia podobnych historii przez inne autorki. Szkoda, że Meyer kojarzona jest przede wszystkim ze swą wampirzą serią, ponieważ to właśnie „Intruz” powinien się stać jej głównym dziełem rozpoznawczym.

„Intruz” opisuje niezbyt odległą przyszłość, jednak od pewnego czasu nic nie wygląda tak, jak dawniej. Ziemię opanowały dusze – nieduże formy życia, o nie do końca zidentyfikowanym kształcie, które nie potrafią przeżyć dłużej niż kilka minut bez swojego żywiciela. Żywicielami zostaje oczywiście gatunek ludzki. Jednak dusze nie przypominają znanych nam z innych źródeł groźnych najeźdźców z kosmosu – na Ziemię przybyły, ponieważ widząc panujące na niej zło, agresję i przemoc, postanowiły zmienić ją w lepsze miejsce. Dusze to stworzenia dobre, łagodne, pozbawione mściwości i nigdy niedoświadczające złości. Po skolonizowaniu kilku już planet, nie zdają sobie sprawy z tego, że ich nowi żywiciele mogą być niezadowoleni z istniejącego stanu rzeczy.

Ludzie jednak, a w zasadzie nieliczne ich resztki, świadomi już unoszącego się nad nimi zagrożenia, nie chcą się poddać bez walki. Samotne jednostki przemierzają swą macierzystą planetę, ukrywają w grotach, z narażeniem wolności kradną jedzenie. Jest wśród nich Melanie, która wraz z młodszym bratem Jamiem od trzech lat prowadzi niebezpieczny, koczowniczy tryb życia. W czasie jednej ze swych wędrówek poznaje Jareda, od tego momentu razem poszukują schronienia i wspólnie próbują ocalić swe życie. Nietrudno się domyślić, że w niedługim czasie para obdarzyła się silnym uczuciem wzmocnionym świadomością, iż są oni być może ostatnimi ludźmi na świecie.

Melanie nie może jednak długo cieszyć się swobodą, gdyż wkrótce zostaje schwytana, a w jej głowie zostaje umieszczona Wagabunda – dusza ciesząca się powszechnym uznaniem ze względu na ilość miejsc, w których wcześniej była – posiadała żywicieli na dziewięciu planetach. Melanie nie okazuje się potulnym żywicielem, jakiego spodziewała się Wagabunda; ponieważ została zaatakowana jako osoba świadoma zagrożenia, nie straciła możliwości swobodnego wyrażania swoich myśli i emocji. Okazuje się, że tym razem współpraca żywiciela i jego duszy nie będzie tak łatwa jak zawsze.

„Intruza” można analizować na kilku poziomach. Zacznę od najprostszego – to przejmująca i fascynująca powieść przygodowa, która prowadzi nas przez okupowany świat, pokazując wszystkie jego zawiłości, nowe mechanizmy i zasady. Utwór ten świetnie wpisuje się w popularną ostatnio konwencję antyutopii. Warto jednak zauważyć, że książka miała swoją premierę trzy lata temu; być może jest to kolejne przełomowe dzieło Meyer, które wyznaczyło takie późniejsze trendy jak chociażby „Igrzyska śmierci”, czy „Dobrani”.
Czy świat, w którym ludzie zostali pozbawieni możliwości decydowania o własnym losie jest światem idealnym? Z pozoru tak – całkowicie wyzbyto się przemocy, agresji, wojen, nienawiści, wyzysku społecznego, chorób (cudowne sposoby leczenia ran mnie osobiście oczarowały). Każdy jest równy – bez względu na to jakie jest jego powołanie, od czasu do czasu sprząta ulice, bo tak po prostu trzeba. Trudno się jednak pozbyć uczucia, że coś zostało zabrane bezpowrotnie. Co? Nasza wolność i świadomość, czyli, jak zdaje się dowodzić Meyer – istota człowieczeństwa.

Książkę można w zasadzie zaliczyć do gatunku science fiction, jednak nie jest to typowy przedstawiciel gatunku; wszystko jest tutaj wyważone, bez zbytniego wybiegania w przyszłość, bez zbytniej technicyzacji opisu. Ten rodzaj kształtowania rzeczywistości trafił wprost w mój gust.
To jednak nie wszystko. Zaszufladkowanie „Intruza” do jednego tylko gatunku, nazwanie go „ciekawą historią” byłoby dla powieści niewspółmiernie krzywdzące. Jest ona bowiem dziełem nie tylko wielowymiarowym, ale również symbolicznym.
Pojawia się podstawowe pytanie – co sprawia, że jesteśmy ludźmi? Czy nasze ciało to wszystko? Zdecydowanie nie. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na duszę? Mogłoby się wydawać, że w ogóle jej nie posiadamy, że dusza to jedynie organizm obcy wszczepiony nam przez kogoś z zewnątrz. Wydaje mi się, że podstawową wartością, która czyni nas bycia człowiekiem, to świadomość, że nim jesteśmy i możliwość docenienia tego stanu .

To także refleksja nad zagadnieniem nietolerancji. Wagabunda to typowy przykład odmieńca wśród mocnej większości. Podobały mi się kolejne etapy wchodzenia do społeczności rebeliantów; powolne okazywanie zaufania, którym ją obdarzali, zainteresowanie jej historią, wreszcie miłość, która okazała się silniejsza niż strach.

Kwestia bohaterów jest dla mnie trudna, nie lubię bowiem postaci, które są nieskazitelnie dobre i czyste, a takie są dusze, taka była Wagabunda. Jej pacyfistyczne i miłosierne zachowanie niejednokrotnie graniczyło z bezmyślnością, czy wręcz głupotą. Jednocześnie jednak polubiłam dusze jako nowy rodzaj istot, dlatego, wykluczywszy kilka naprawdę idiotycznych zachowań, nie mogłam nie darzyć Wandy (bo tak nazywana była przez Ziemian) sympatią. Odwrotnie było z Melanie. Dziewczyna ta, silna i odważna, podbiła moje serce, będąc jednak człowiekiem, automatycznie traciła w moich oczach kilka punktów.
Co do bohaterów męskich – nie mam wątpliwości. Stephenie Meyer znana jest z tworzenia czytelnikowi dylematów; przedstawia dwóch ciekawych mężczyzn i każe wybierać spośród nich jednego; zapewne taki miała plan również w przypadku „Intruza”. Dla mnie jednak wybór był oczywisty i padł na Iana; uwielbiam opiekuńczych, dobrych, kochających bohaterów. Niestety, Jared, bijąc Wagabundę w twarz, bez względu na to jakie miał powody i jakie towarzyszyły mu emocje, stracił wszelkie roszczenia do mojego szacunku.

„Intruz” to powieść niesłusznie pozostająca w cieniu innych, bardziej znanych dzieł autorki. Pełna symboliki i refleksji nad stanem naszego świata zainteresuje zarówno miłośników przygody i romansu, jak i czytelników, którzy oczekują od lektury czegoś więcej.


Książkę otrzymałam od Grupy Wydawniczej Publicat, za co serdecznie dziękuję. 




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...