wtorek, 21 czerwca 2011

Recenzja: "Księga wampirów" - Bob Curran

Opis wydawcy:

'Wampir!” Od czasów powieści Brama Stokera Dracula słowo to przywoływało wizje zrujnowanych zamków i tajemniczych, bladych, odzianych w mroczne szaty arystokratów. Współczesne filmy i książki kształtujące nasze wyobrażenia o wampirach opierają się głównie na wyobraźni ich autorów i niewiele mają wspólnego z pierwotnymi wyobrażeniami o podobnych stworzeniach. Jakie jest prawdziwe źródło legend o wampirach? Co tak naprawdę o nich wiemy? Autor tej książki próbuje zgłębić wierzenia dotyczące wampirów występujące w różnych, często bardzo odległych regionach świata. Opisuje rolę wampirycznych stworzeń w folklorze irlandzkim, albańskim, filipińskim, niemieckim, meksykańskim, indyjskim i greckim, a także w kulturach wielu innych krajów. Księga wampirów z pewnością stanie się cennym źródłem informacji dla osób zainteresowanych wampirologią. Opisom towarzyszą bogate ilustracje Iana Danielsa, którego rysunki można znaleźć na okładkach książek min. Marion Zimmer Bradley i Orsona Scotta Carda. 


Życie pozagrobowe, świat zmarłych fascynowały ludzi od zawsze. W opowieściach o wampirach zawsze zastanawia mnie jedno. Skoro świat nauki założył, że wampiry nie istnieją, dlaczego ich ślad odnajdywany jest w tak wielu różnorodnych kulturach na całym świecie?

„Księgi wampirów” nie można ująć w sztywne ramy gatunkowe. Książkę tę, naszpikowaną informacjami i specjalistyczną wiedzą czyta się jak powieść. Albo nawet więcej. Czyta się ją tak, jak słucha się opowieści przy ognisku, kiedy każdy stara się zafascynować słuchaczy swoją historią, a mrok za plecami zdaje się nagle skrywać nocne sekrety.

Dr Bob Curran w swej książce prezentuje legendy o wampirach z bardziej lub mniej odległych zakątków świata. Przedstawia ich postrzeganie z punktu widzenia rdzennych mieszkańców danego terenu, a następnie porównuje je z europejskim sposobem ich odbioru. Wielkim plusem monografii jest fakt, że autor wielokrotnie przytacza oryginalne teksty źródłowe; bajki magiczne, podania, legendy. Czytając książkę poznałam wierzenia wampiryczne z bardzo różnych kręgów kulturowych, a wraz z nimi poglądy na temat życia i śmierci. Autor legendy te przedstawia w szerszym kontekście społecznym. Opisuje nie tylko same wierzenia ale także ich rozwój, uwarunkowanie społeczne i polityczne w czasach, w których powstawały.

Podobało mi się, że autor nie spłycił wizerunku wampira sprowadzając go do jednego tylko, znanego wszystkim wyobrażenia, ale zaprezentował szeroki przekrój przez ludową tradycję. Nie skupia się jedynie na istotach wysysających krew, ale potwierdza fakt, że w folklorze tradycyjnym brak jest ścisłych podziałów na wampiry, wilkołaki i upiory. Wszystkie te stworzenia w powszechnej świadomości były niemal tożsame. Autor dostrzega wszelkie subtelności, które różnią nasze postrzeganie potworów od tego, które było powszechne dawniej.

Ogromnym plusem są zamieszczone w „Księdze…” opisy znanych z historii przypadków, mogących uchodzić za autentyczne i potwierdzające istnienie wampirów. Autor przedstawia fakty, ocenę ich prawdziwości pozostawia natomiast czytelnikowi. Często opisywane są także ciekawostki historyczne z danego okresu.

W „Księdze wampirów” każdy znajdzie interesujący go aspekt. Fanom paranormal romance na przykład polecam rozdział poświęcony folklorowi rumuńskiemu – możemy się z niego dowiedzieć kim byli moroi, a także co mają oni wspólnego z przerażającymi strzygami. Fanom hollywoodzkich produkcji polecam natomiast rozdział, w którym poznajemy rodowód Draculi – jakie wydarzenia (polityczne, a nawet ekonomiczne) miały wpływ na stworzenie takiej, a nie innej postaci.

„Księgę wampirów” jest fascynująca i czyta się ją z wypiekami na twarzy. Autor przykuwa uwagę ciekawymi legendami, ich znaczeniem, a także umiejętnie buduje napięcie opowiadanej historii. To naprawdę wielka umiejętność stworzyć książkę mądrą i pouczającą, ale napisaną łatwym, miłym dla ucha językiem i nienużącym stylem.

Warto też wspomnieć o przepięknym wydaniu „Księgi”. Każdy rozdział zdobi duży szkic postaci, o której będzie mowa. Rysunki autorstwa Iana Danielsa są piękne, a dodatkowo pobudzają wyobraźnię w trakcie czytania kolejnych opowieści.

„Księga wampirów” zmieniła moje postrzeganie wampiryzmu i pozwoliła spojrzeć na zagadnienie z szerszej perspektywy. Zachęcam każdego do sięgnięcia po książkę i cudowną podróż dookoła świata w poszukiwaniu wampirów. 


Książę otrzymałam od wydawnictwa Verbum Nobile, za co serdecznie dziękuję.

sobota, 18 czerwca 2011

Serial: Walking Dead


Wizje postapokaliptyczne są w modzie. Zarówno w filmach, jak i w literaturze. Moda dosięgnęła także telewizję, a jej efektem jest serial Walking Dead emitowany przez amerykańską stację AMC.

Dzisiaj obejrzałam pierwszy sezon. Cały, bo inaczej się nie dało. Raz przyssawszy się do monitora stworzyłam z nim jedną całość. A że pierwszy sezon ma tylko 6 odcinków – czas minął mi w błyskawicznym tempie.

Serial przedstawia Ziemię, na której z nieznanych przyczyn, pojawiły się zombie. Ludzie po śmierci zaczęli się budzić i rządni świeżego mięsa polowali na innych. Ugryzienie lub zadrapanie przez Szwędacza (ang. Walker) powoduje zamianę w potwora. W ciągu bardzo krótkiego czasu miasta zostały wyludnione, domy i samochody porzucone, zaczęło brakować energii. Ulice natomiast pełne są żywych trupów.

Serial jest naprawdę dobry. I choć ma kilka wad, to wszystkie one zostają przyćmione niesamowicie wciągającą fabułą i akcją od której w żaden sposób nie można się oderwać. Kilka razy, w momentach szczególnie niebezpiecznych, nie mogłam już znieść napięcia i robiłam pauzę, aby przez kilka sekund popatrzeć w okno i uspokoić skołatane nerwy. „Walking Dead” to naprawdę świetna robota nie tylko pod względem fabularnym, ale też wizualnym. Scen krwawych i brutalnych nie brakuje, a przedstawiane są one w sposób bezpośredni, dlatego osoby o słabych nerwach mogą nie czuć się zbyt komfortowo.

Gdybym miała porównać „Walking Dead” do czegoś innego, musiałabym się odwołać do literatury. Serial ten bowiem to według mnie połączenie „Lasu Zębów i Rąk” Carrie Ryan (podobny sposób budowania napięcia, niemal identyczna kreacja postaci zombie) oraz serii „GONE” Michale Granta (owiane tajemnicą przyczyny zdarzeń). Jak dla mnie było to połączenie idealne. Tajemnica, horror, akcja, a wszystko tak przekonujące, że w nocy bałam się wysunąć stopę spod kołdry. ;)

„Walking Dead” nie jest typowym horrorem o zombie, a raczej opowieścią o ludzkim strachu, próbach przetrwania, poświęceniu. I tu pojawia się mój główny zarzut – wydaje mi się, że w przedstawionych czasach zagłady, kiedy starego świata już nie ma, a ludzie walczyć muszą o życie, postawy bohaterów były zbyt szlachetne i bohaterskie. Szczególnie nienaturalny był tu sposób zachowania się głównego bohatera – Ricka, którego prawość charakteru i rząd cnót symbolizował mundur szeryfa, w którym ten chodził. Brakowało mi zachowań, których ja oczekiwałabym w takiej sytuacji, czyli walki o pożywienie, o energię. Tutaj, poza kilkoma mało znaczącymi kłótniami wszyscy żyli jak wielka, szczęśliwa, bożonarodzeniowa rodzina.

Drugi sezon (13-odcinkowy) w październiku, mam nadzieję. Ciekawa jestem co wymyślą scenarzyści. Mam jednak nadzieję, że będzie to coś, co sprawi, że szczęka opadnie mi do podłogi. Boję się powielanych schematów – ciągłe ucieczki od zombie mogą się stać nudne. Myślę jednak, że do tego nie dojdzie, bo w finale widzieliśmy, że pomysły bywają różne.
Ja natomiast, zafascynowana opowiedzianą historią sięgnę po komiks na podstawie którego powstał serial.



Dla zainteresowanych trailer: 

niedziela, 12 czerwca 2011

A Ty jak spędzasz niedzielne popołudnie?



Ja właśnie tak. Patrząc na ten ogromny (1036 stron) podręcznik aż strach się bać. :( 
Tak, to zdecydowanie największa książka jaką mam w domu. A do tego ten kodeks! Najgrubszy (i najgłupszy) z jakim miałam do tej pory do czynienia. Co ciekawe podręcznik należy do serii "książki lekkie jak piórko". To jakiś żart?
Nie ukrywam, że ten post jest tylko idiotyczną próbą odciągnięcia się od nauki. Przejrzałam już demotywatory, mistrzów, kotburgera, kwejka i pudelka, zajrzałam nawet do znajomych na facebooku, których nie odwiedzałam od dawna. W piątek upiekłam ciasto, a wczoraj zapędziłam chłopaka do kosiarki. On kosił, a ja biegałam za nim z grabiami. Nie pozostało mi już nic innego jak wstawić jakąś głupią notkę na blogu. :) A teraz, może dostanę kilka komentarzy i będę musiała je przeczytać, przemyśleć, odpowiedzieć. 
Egzamin w czwartek, ale już jutro kolokwium, które próbuję zaliczyć już trzeci raz. Naprawdę nienawidzę KPK! A w międzyczasie (we wtorek) czeka mnie egzamin z angielskiego.

Sesja pewnie gnębi większość z Was. Przeżyjmy tę katorgę razem! Nie wiem jak Wy, ale ja nie jestem w stanie nic zrobić bez Tigera. Kawy nie znoszę i ten magiczny napój jest jedyną rzeczą, która sprawia, że nie zasypiam i zapamiętuję cokolwiek. Może też macie jakieś sprawdzone sposoby? ;)

Trzymajcie kciuki!

środa, 8 czerwca 2011

Recenzja: "Dziewczyny z Hex Hall" - Rachel Hawkins

Opis wydawcy:

Grzeczne dziewczynki idą do szkoły, niegrzeczne – do Hex Hall.
Czy jesteś grzeczną dziewczynką?
Sophie Mercer zdecydowanie nie jest. Zbyt często wpada w tarapaty. Wreszcie „dla własnego dobra” trafia do Hex Hall, czyli szkoły z internatem dla czarownic, wilkołaków i elfów. W końcu Sophie to córka czarnoksiężnika.
I wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty. Życie „nowej” nie jest usłane różami. Zwłaszcza gdy najprzystojniejszy chłopak w szkole jest już zajęty. A jego dziewczyna, choć śliczna i słodka, potrafi zaleźć za skórę jak mało kto.
Jednak najgorsze wciąż przed Sophie. Ktoś zaczyna atakować uczniów, a podejrzenie pada na jej jedyną przyjaciółkę.


Początkowo w ogóle nie byłam zainteresowana „Dziewczynami z Hex Hall”. Czarownice, wilkołaki, elfy, przystojny facet…. To wszystko już było i to tyle razy, że nawet ja – wielka miłośniczka paranormal romance zdążyłam się znudzić. Potem zaczęły się pojawiać przychylne opinie i postanowiłam sama przekonać się o tym, co tracę. Ogromnym błędem było to, że z decyzją zwlekałam tak długo.

„Dziewczyny z Hex Hall” to mieszanka pomysłów i schematów, które czytaliście już wiele razy wcześniej. Za to ich wykorzystanie zwali Was z nóg. To niezbyt oryginalny pomysł w genialnym wykonaniu. Rachel Hawkins nie stara się tworzyć powieści przełomowej, zaskakującej bohaterami, czy wydarzeniami. Wręcz przeciwnie – garściami czerpie z paranormalnej tradycji, świadomie wprowadzając pewne elementy znane już czytelnikowi tylko po to, aby zmienić ich znaczenie, dzięki czemu jesteśmy bezustannie zaskakiwani. Powieść jest świeżym spojrzeniem na ten – mogłoby się wydawać wyeksploatowany do cna – gatunek. Wszystko to sprawia, że coś, co wydawało mi się kolejną pozycją o której zapomnę po tygodniu okazało się dziełem oryginalnym i godnym uwagi.

Sophie Mercer jest czarownicą, jednak za swoje niezbyt rozważne korzystanie z magii trafia do Hex Hall – ośrodka dla „trudnej” młodzieży pochodzenia magicznego, gdzie oprócz innych czarownic spotyka elfy, zmiennokształtnych i wampiry. W gronie jej znajomych nie zabraknie oczywiście trzech wrednych przyjaciółek, które postarają się o to, aby życie Sophie nie było usłane różami oraz tajemniczego przystojniaka, który zawładnie sercem bohaterki… oraz wielu czytelniczek.

Sama Sophie jest bardzo mocnym punktem powieści. Ujęło mnie jej poczucie humoru, które jako narratorka prezentuje bardzo często. Jej celne spostrzeżenia i cięty język niejednokrotnie rozbawiły mnie do łez. Sophie w każdy opis, nawet sceny na pozór drastycznej i budzącej lęk potrafiła wpleść zabawne przemyślenia. Wszystko to sprawia, że „Dziewczyny z Hex Hall” od pierwszej do ostatniej strony czyta się z szerokim uśmiechem na twarzy.  

Każdy z bohaterów na pewien sposób wzbudził moją sympatię i zaskarbił życzliwość. Sposób ich prezentowania był tak życzliwy, że nawet czarne charaktery wzbudzają w czytelniku pozytywne uczucia i uśmiech na wspomnienie tego, jak przedstawiła je Sophie.

„Dziewczyny z Hex Hall” to swoista gra na konwencji. Użyte schematy bywają bezlitośnie wyśmiane przez bohaterkę, natomiast wszystkie sceny, które w innych paranormal romance miałyby wywołać u nas wzruszenie, tutaj stanowią ich parodię. Pomimo schematów autorka potrafi porządnie zaskoczyć i utrzymać napięcie do ostatniej strony, dzięki czemu powieść czyta się błyskawicznie.

Jeśli chcecie przeczytać coś, co pochłonie Was bez reszty, jeśli jesteście w dołku i potrzeba Wam czegoś naprawdę zabawnego  i wreszcie - jeśli chcecie czegoś naprawdę oryginalnego wśród paranormal romance – „Dziewczyny z Hex Hall” są idealnym kandydatem. Zdecydowanie warto! 

********

A już a tydzień premiera drugiego tomu przygód Sophie! :) Dziewczyny z Hex Hall - Diable szkło

„– To, co nas łączy, stanowi jedyną prawdę w moim życiu. Tylko ty jesteś w nim prawdziwa. I mam już dosyć udawania, że cię nie pragnę.
– Ojejku, Cross, jak widzę, minąłeś się z powołaniem. Zostaw w spokoju demony i weź się za pisanie poezji miłosnej.
– Przymknij się – mrucząc, schylił głowę do kolejnego pocałunku”.

Po burzliwym semestrze w Hex Hall Sophie jedzie na wakacje do Londynu. Teraz, kiedy wie, że jest demonem, nie ma szans na spokojny wypoczynek. Na dodatek pojawia się zabójczo przystojny Archer Cross, który skradł serce Sophie i... czyha na jej życie.



Książkę mam już w domu i mam nadzieję, że niedługo pojawi się recenzja. Naprawdę jestem strasznie ciekawa ciągu dalszego!

Jeśli uwielbiacie Hex Hall lub dopiero chcecie poznać tę wspaniałą książkę - polubcie stronę serii na Facebooku  http://www.facebook.com/DziewczynyzHexHall

Już niedługo konkursy i wiele niespodzianek! :D

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Recenzja: "Miłość na deser" - Nora Roberts

Opis wydawcy:

Summer Lyndon jest prawdziwą artystką deserów. Jej kulinarny kunszt doceniają elity w Europie i w Ameryce. Nic zatem dziwnego, że wysoko ceni swoje umiejętności i nie od razu chce współpracować z Blakiem Cocharanem, właścicielem sieci luksusowych hoteli. Dopiero gdy ten przyjmuje jej wygórowane żądania, Summer zgadza się zostać szefem kuchni w jego restauracji. Blake ani przez moment nie żałuje swojego ustępstwa – wręcz przeciwnie, im więcej czasu spędza z tą utalentowaną i wymagającą kobietą, tym bardziej czuje się zauroczony jej sławnymi deserami i nią samą…


Dlaczego uwielbiam Norę Roberts? Bo to pisarka wszechstronna. Potrafi stworzyć urokliwą powieść obyczajową, trzymający w napięciu kryminał, pełną magii i tajemnic opowieść fantasy, a także ciepły i namiętny romans. Na dodatek wszystko, za co się weźmie wychodzi jej wspaniale.

Do książki zachęca już okładka. Przepiękny tort (nadal się zastanawiam, czy jest autentyczny) stanowi tylko przedsmak i bardzo dobrą zapowiedź dla treści. „Miłość na deser” bowiem to opowieść o Summer Lyndon – światowej sławy mistrzyni sztuki kulinarnej, której specjalnością są desery. Jest perfekcjonistką, artystką, istnym wirtuozem w tym, czym się zajmuje. Pracuje dla największych sław świata kultury i polityki. Na jej drodze staje Blake Cocharan – spadkobierca hotelowej fortuny, który poszukuje osoby mającej przejąć restaurację w jednym z hoteli. Summer wydaje się być idealną kandydatką. Pomiędzy ich stosunki służbowe bardzo szybko zaczyna przenikać uczucie.

Czytanie „Miłości na deser” było czystą przyjemnością. Wgryzłam się w tę powieść jak w kawałek pysznego tortu autorstwa Summer. Usiadłam w wygodnym fotelu z kubkiem herbaty i raczyłam się tą uroczą, romantyczną i zabawną historią.
Podobało mi się przedstawienie osoby Summer – zaciętość charakteru przy odrobinie uległości. Sprzeczność jej uczuć nie była jedynym ciekawym zabiegiem autorki. Summer bowiem, mimo że tworzyła prawdziwe kulinarne cuda, a także zdobyła najwyższe kucharskie odznaczenie cordon bleu,  nigdy nie jada deserów, a jej ulubionymi daniami są pizza, kurczak z rożna i cheeseburger z frytkami.
Pełna romantyzmu historia – jak to zwykle u Nory Roberts bywa – jest jednocześnie przejmująca i zabawna. Kilka komiczny postaci i parę błyskotliwych dialogów sprawiają, że zwykły romans zmienia się w lekką lekturę, przy której można miło spędzić czas.
Wielkim atutem są opisy kulinarnych poczynań Summer. Ilość tortów, ciast i czekolady przewijająca się przez karty powieści jest zniewalająca. I chociaż sama nie przepadam za tego typu rzeczami – nie mogłam się oprzeć bezustannemu sięganiu po coś słodkiego. Ta lukrowo-czekoladowa sceneria idealnie współgra z klimatem powieści nadając jej ciekawy i oryginalny charakter.

„Miłość na deser” polecam wszystkim fanom romantycznych historii. Idealna powieść do tego, aby zapomnieć o całym świecie i zatracić się w historii Summer i Blake’a. 


Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mira, za co serdecznie dziękuję.  


piątek, 3 czerwca 2011

Stosik majowy

Czas na podsumowanie majowych zakupów. Majowe zdobycze książkowe nie mogą się równać z tymi kwietniowymi, ponieważ  miesiąc Światowego Dnia Książki rządzi się swoimi prawami, a każdy kolejny jest tylko jego cieniem. Myślę jednak, że maj wcale nie był miesiącem nieudanym.



Tym razem zacznę od książek, które dostałam od wydawnictw. Dlaczego? Ponieważ są tak cudowne, że sama nie mogę przestać na nie patrzeć, mimo że niektóre z nich oglądam już od miesiąca. :)

Od góry: 

1. Miłość na deser – Nora Roberts (recenzja na pewno jeszcze w weekend)
2. Uczeń Diabła – Kenneth B. Andersen
3. Córki Księżyca. Tom 1 – Lynne Ewing --> recenzja pierwszej części
4. Strażnicy Veridianu. Straż – Marianne Curley
5. Monster High – Lisi Harrison
6. Ognista – Sophie Jordan --> recenzja
7. Retrum. Kiedy byliśmy martwi – Francesc Miralles
8. Gra. Dolina – Krystyna Kuhn (obecnie w czytaniu)
9. Czerwień rubinu – Kerstin Gier
10. Pożeracz snów – Bettina Beliz (z bardzo brzydko zadartym rogiem :( )
11. Syrena – Tricia Rayburn
12. Czerwona królowa – Philippa Gregory
13. Dom cudzych marzeń – Philippa Gregory




Kolejne zdjęcie to również książki, które dostałam. Wszystkie od wydawnictwa Erica. Uznałam, że jest ich tyle, że zasłużyły sobie na osobny stosik. A co!

14. Wschodzący księżyc – Keri Arthur
15. Ostatnie królestwo – Bernard Cornwell
16. Zwiastun burzy – Bernard Cornwell
17. Zimowy monarcha – Bernard Cornwell
18. Nieprzyjaciel Boga – Bernard Cornwell
19. Excalibur – Bernard Cornwell


Tutaj już moje własne nabytki. No prawie. Dwie książki pochodzą z wygranych konkursów. Maj był naprawdę niesamowitym miesiącem, bo wygrałam aż trzy książki. (Trzecia jeszcze nie doszła, więc załapie się na stosik czerwcowy).

20. Jak czytać modę – Fiona Ffoulkes (dla mojego chłopaka – stylisty, który za niespełna tydzień obchodzi urodziny. Jej! Jak ta książka cudownie pachnie!!!)
21. Mroczne szaleństwo – Karen Marie Moning (A jednak!)
22. Miasto Upadłych Aniołów – Cassandra Clare (Ten zakup jest zagadką dla mnie samej. Do tej pory przeczytałam jedynie „Miasto kości”, które na dodatek średnio mi się spodobało. Pomimo tego z prawdziwym zacięciem kupuję kolejne książki pani Clare – myślę, że jestem podatna na wpływ wszechobecnych fanek.)
23. Paranormalność – Kiersten White (No wiadomo! Czekałam na to od dawna)
24. Łaska utracona – Bree Despain (Pierwszy tom – recenzja – nie powalił mnie na kolana, ale jak już przyszło co do czego, postanowiłam kupić. Nie ukrywam, że przyczyniła się do tego spora promocja. Wyszło trochę bez sensu, bo przedwczoraj nawiązałam współpracę z Galerią Książki, no, ale nic już na to nie poradzę.)
25. Łotr – Trudi Canavan (Fenomen jeszcze większy niż w przypadku Cassandry Clare, bo do tej pory nie przeczytałam żadnej książki Trudi, a mam wszystko, co zostało wydane w Polsce. Dosłownie wszystko! Jak mi się nie spodoba – będę bardzo zła!)
26. Istoty ciemności – Kami Garcia i Margaret Stohl (Pierwsza część – recenzja – to jedna z moich ulubionych książek paranormalnych)
27. Krąg magii. Księga Sandry – Tamora Pierce (Wygrana w konkursie nawet nie wiem gdzie, bo po prostu któregoś dnia przyszła do mnie.)
28. Przymierze ciemności – Anne Bishop (Kolejna seria, z której mam wszystkie tomy, ale żadnego nie przeczytałam. To u mnie naprawdę bardzo typowe. No bo zobaczcie… W końcu przeczytam pierwszy tom, który okaże się wspaniały (a tak będzie!), a wtedy wszystkie kolejne będą już na mnie czekały. Co by to było, gdybym po pierwszy tomie musiała nagle kupić 7 kolejnych?! A tak, kupując na bieżąco, pieniądze uciekają stopniowo, a ja jestem zadowolona. Ten tom zresztą to także wygrana.)




I ciąg dalszy zakupów:

29. Spalona żywcem – Souad (wreszcie!)
Kolejne trzy pozycje są wynikiem li i jedynie mojego przeraźliwego nałogu. Byłam w Matrasie, a one leżały w koszu. Każda za 9,90!!! No czy mogłybyście się oprzeć? Ja nie mogłam. Są grube, ładnie wydane, mają ciekawe tytuły albo opisy. Poza tym nie wiem o nich nic. :P
30. Groteska – Natsuo Kirino
31. Przeklinam rzekę czasu – Per Petterson (Uwielbiam serię z Don Kichotem!)
32. My, topielcy – Carsten Jensen (Czyż tytuł nie jest genialny?)
33. Opowieści o makabrze i koszmarze – H. P. Lovecraft (Czy Wam też inicjały H. P. kojarzą się z Harrym Potterem?)
34. Sny o terrorze i śmierci – H. P. Lovecraft
Dwie ostatnie pozycje to wynik mojej bezwarunkowej miłości do serialu Supernatural. W finałowych odcinkach było co nieco na temat Lovecrafta, poza tym to znany pisarz i warto go poznać. Mogłam kupić tylko jedną książkę, ale po co, skoro można dwie! :D

No i na sam koniec moje największe szczęście, którym też postanowiłam się pochwalić. Najnowsze, przecudowne DVD koncertowe mojego najukochańszego na świecie zespołu Green Day. Płyta nosi poetycki tytuł „Awesome as fuck”. :) Tak też mogę podsumować wszystkie swoje książki z maja.
Jak już skończy się ten okropny rok akademicki, a ja tym samym zyskam trochę czasu – postaram się ją zrecenzować, ciekawe jak mi wyjdzie. :)

Co mogę powiedzieć? Przez sesję i ten straszny, naprawdę straszny licencjat mam ogromne zaległości w czytaniu, mam nadzieję, że uda mi się je jakoś nadrobić. 

Ach, lubię stosiki. 34 książki to wynik całkiem niezły. Ciekawe co przyniesie czerwiec. :)

czwartek, 2 czerwca 2011

Krytycznym okiem: Mędrca szkiełko i oko



Kochani! Kolejny felieton dla portalu ParanormalBooks

Tym razem moje krytyczne oko nie jest aż takie znowu krytyczne. Skupiam się raczej na historii literatury i zastanawiam się nad tym, gdzie w tej historii jest miejsce dla nas oraz czytanych przez nas książek. Studiując kulturoznawstwo muszę się czasem zmierzyć z takimi problemami. Co więcej! Czasami same po prostu wskakują mi do głowy! :) 

Czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze i uwagi. Liczę na Wasz głos w dyskusji. Ciekawa jestem też co sądzicie o nowym felietonie. Zainteresowała Was tematyka? 

Do boju!




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...