piątek, 15 lutego 2013

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Andrews

Wydawnictwo Świat Książki
Czyta: Kamilla Baar

Chciałabym Wam dziś przedstawić książkę, która według mnie, jest absolutnie najgorszym gniotem, z jakim przyszło mi się zmierzyć w całym moim życiu. Nie wiem skąd tyle zachwytów nad czymś tak strasznym i po prostu głupim.

Opis wydawcy:
Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości. Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.

 
Ponad 2 tysiące lat temu Arystoteles w swoim traktacie „Poetyka” zdefiniował pojęcie „tragedii” jako „naśladowcze przedstawienie akcji” (mimesis). Uznał on, że dobre dzieło naśladować musi rzeczywistość z zachowaniem trzech zasad: prawdopodobieństwa (zgodność fabuły z zasadami logiki potocznej), konieczności (jedno wydarzenie wynikać musi z drugiego, a relacja między nimi powinna mieć charakter przyczynowo-skutkowy oraz celowościowy – zmierzający do określonego celu) oraz ogólności (prezentowana akcja nie może być wypadkiem jednostkowym; stać się może losem każdego człowieka).
Przez wieki klasyczni (czyli nie awangardowi) twórcy z powodzeniem tworzyli arcydzieła, które czytając, przeżywało się jak swoje własne historie; które poruszały, wzruszały, bawiły, które wzbudzały „litość i trwogę”.
Po co ten wstęp? Aby punkt po punkcie pokazać jak idiotycznym tworem jest książka pani Andrews „Kwiaty na poddaszu”.

Cała historia jest wielce wydumana. Oto idealnie amerykańską rodzinę, która mogłaby uchodzić za wzór do bożonarodzeniowych pocztówek (zakochani w sobie przedstawiciele klasy średniej oraz czwórka ich dzieci – dwie dziewczynki i dwóch chłopców, a jakże!), którzy na każdym kroku nie szczędzą sobie uprzejmości, wyrazów miłości i przywiązania, dotyka tragedia. W wypadku samochodowym ginie głowa rodziny – ojciec i mąż. Strata ukochanej osoby to tylko jeden z problemów, który dotknął rodzinę. Okazuje się bowiem, że nieszczęsny mężczyzna był jedynym żywicielem rodziny, a bez niego niemożliwe będzie spłacenie ogromnych kredytów zaciągniętych swego czasu przez młode małżeństwo. Na to wszystko rodzicielka czworga dzieci postanawia opuścić domostwo, udając się do swoich rodziców, z którymi (wskutek tajemniczych okoliczności z przeszłości) nie utrzymywała żadnych kontaktów. Swoje pociechy zabiera ze sobą i tłumacząc się próbą ponownego wkupienia się w łaski ojca, który o jej macierzyństwie nie ma pojęcia – lokuje je na strychu. Obiecuje, że obecna sytuacja potrwa najwyżej kilka dni, jednak czytelnicy, dzięki zupełnie niepotrzebnej „uprzejmości” narratorki już w prologu dowiadują się, że odsiadka potrwa o wiele, wiele dłużej.  

W zasadzie książkę mogłabym określić dwoma słowami: „głupia” i „nieprawdopodobna”.  Głupie jest w niej wszystko – głupia jest fabuła, naiwni są bohaterowie, a i autorka albo sama jest głupia, albo swojego czytelnika uważa za kompletnego idiotę. Wszystkie natomiast opisane sytuacje są niesamowicie nieprawdopodobne. Tym bardziej, że powieść aspiruje do bycia realistyczną. Z całą pewnością jednak nie jest możliwe, aby kilkuletnie życie na strychu czworga dzieci, które nie tylko tupią, ale też śmieją się, grają na instrumentach, słuchają muzyki, oglądają telewizję, tańczą, a nawet krzyczą i hałasują narzędziami, zostało niezauważone przez żadnego z domowników ani nikogo z licznej służby. Niemożliwe jest, że przez cały ten czas nikt nie zauważył i nie wzbudził niczyich podejrzeń fakt, iż zarówno matka, jak i babka dzieci z regularną powtarzalnością (codziennie!) wchodziły na strych i spędzały tam liczne godziny zabierając ze sobą na dodatek znaczne ilości jedzenia i prezenty. Pod koniec powieści dostajemy wprawdzie wytłumaczenie, że owszem, wszystko to jest jak najbardziej możliwe, bo... i tu się dopiero zaczyna! Rzekome wytłumaczenie dlaczego nikt nie odkrył obecności więźniów jest chyba jeszcze głupsze i mniej realistyczne niż sama ta sytuacja, a o to naprawdę trudno.

Ponadto kolejne decyzje podejmowane przez bohaterów są skrajnie nielogiczne, zdecydowanie nieumotywowane względami celowościowymi i tym bardziej rażą swoją głupotą. Po pierwsze dzieci – zmęczone, znękane, nieszczęśliwe, niezadowolone, złe, nierzadko głodne i chore, pragnące wolności, które przy pomocy prześcieradeł, a potem także klucza (uwaga! uwaga!) potrafiły wyjść z pokoju – nie uciekły! Nie wybiegły z pokoju, nie zaczęły krzyczeć błagając o pomoc na którymś z wykwintnych przyjęć odbywających się w domu, nie dały nikomu znać o swojej obecności. Jedyne co robiły, to MÓWIŁY o tym jak bardzo CHCĄ uciec, jak bardzo chcą się uwolnić, jak im źle i niedobrze, jakie to wszystko niesprawiedliwe. Do tego pamiętajmy, że słowo „dzieci” nie jest tu do końca adekwatne, ponieważ dwójka najstarszych bohaterów była już niemal dorosła. To nie były kilkuletnie brzdące, które byłyby nieporadne i nieświadome swojej sytuacji. Po drugie – matka. Próbuję zrozumieć jej zachowanie, ale nie potrafię. Corrine to chyba jedyna bohaterka, która ewoluuje w trakcie powieści. Ewoluuje w sposób bardzo przewidywalny i – jak wszystko w „Kwiatach...” – niezbyt prawdopodobny, ale się zmienia i tego komentować nie będę. Co wydaje mi się najbardziej naciągane, to początki. Po śmierci męża kompletnie jej „odbiło” i od samego początku robiła rzeczy, za które powinna zostać zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Warto jednak zauważyć, że „Kwiaty na poddaszu” nie są analizą zachowań chorej psychicznie kobiety, o nie! Stosunek autorki do opisanych wydarzeń jest zupełnie klarowny – przedstawia je jako tragiczną, ale oczywistą i konieczną konsekwencję zaistniałej sytuacji. A przecież wcale nie musiało tak być! Przede wszystkim już na samym początku rozleniwiona mamuśka zamiast użalać się nad sobą mogła zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Pewnie nie znalazłaby pracy swojego życia, ale skoro była w sytuacji naprawdę złej, mogła robić cokolwiek. Ona jednak stwierdziła, że do żadnej pracy nie ma predyspozycji. Sprawa ta jest irytująca tym bardziej, że według mnie jeszcze wówczas nie przypuszczała, że skaże swoje dzieci na życie na strychu. Dopiero powrót do domu rodzinnego powodował stopniową degenerację jej charakteru. Na początku Corrine wierzyła, że to jedyne możliwe wyjście. Co nam to daje? Kolejny nieprawdopodobny i durny rozwój fabuły.

Reszta postaci także nie grzeszy psychologiczną głębią. Główna bohaterka – Cathy jest bardzo nieprzekonującą narratorką. Ma kilkanaście lat, jednak jej sposób mówienia jest stanowczo zbyt dojrzały. Tworzy to wrażenie dysonansu i pretensjonalności, a czasami nawet górnolotności. Problem patetyzmu pojawia się poza tym w książce dosyć często. Autorka aspirowała do stworzenia historii okrutnej oraz wzruszającej, być może chciała poruszać serca czytelników, którzy litowali by się nad losem skazanych na cierpienie dzieci. Aspiracje te spowodowały, że nierzadko pokazywała wybory bohaterów jako jedyne możliwe; obecne były poświęcenia, walka o dobro innych. Wszystko to niezbyt adekwatne do sytuacji. Bo historia jest w zasadzie średnio okrutna (pomijając pewne epizody, życie na strychu było całkiem przyjemne), wcale niewzruszająca, a „poświęcenia” i „wybory” budzą politowanie i częste unoszenie brwi u czytelnika, który myśli sobie „co za debile”.
Najgorszą postacią ze wszystkich jest wszakże babcia. Postać tak płaska jak to tylko możliwe. To typowy „czarny charakter”, którego złe wnętrze przejawia się także na zewnątrz (babcia jest brzydka i nigdy się nie uśmiecha – co za znamienity dowód na to, jak bardzo jest zła!). Przypomina złą postać z kreskówki, przerysowany „czarny charakter”; jest prawie jak Gargamel – jej jedynym celem w życiu jest uprzykrzenie życia dzieciom.

Powieść skonstruowana jest tak, że nowych rzeczy dowiadujemy się stopniowo. Za każdym razem następuje to w identycznych okolicznościach. Zapłakana matka przychodzi do dzieci i mówi „nie powiedziałam wam czegoś jeszcze”, albo: „jest jeszcze coś, o czym nie wiecie”, po czym wygłasza długą przemowę z użyciem wielu górnolotnych słów. Wydźwięk tego, co mówi jest zawsze podobny; ona jest biedna i pokrzywdzona przez los, a to co spotyka ją i „jej kochane dzieci” jest okrutne, niesprawiedliwe i – w jej mniemaniu – całkowicie usprawiedliwia jej zachowanie. Często wtrąca „tak bardzo was kocham”, po czym wszyscy są znowu zadowoleni i roześmiani. Wszystko to jest niezwykle irytujące z kilku powodów. Po pierwsze – dzieci są głupie. Wierzą we wszystko co słyszą, nie uczą się na błędach, postępują jak ślepe stado owiec – nie ważne co usłyszą – wpatrują się w matkę jak w święty obrazek. W rzeczywistości NIKT przy zdrowych zmysłach nie zachowywałby się tak, jak oni. Po drugie beznadziejny jest sam schemat wprowadzania „mrocznych tajemnic rodowych”. Nie dość, że same w sobie są kompletnie nieprawdopodobne, to jeszcze to, w jaki sposób się o nich mówi również nie pomaga. Kiedy mamy już jakiś ustalony stan faktyczny, nagle zjawia się matka niczym deus ex machina (dosłownie!) i mówi, że wszystko to nie tak, a zupełnie inaczej. Wszyscy natychmiast przyjmują to do wiadomości i jest idealnie. No i wreszcie – same „sekrety”. Rany! Nigdy w życiu nie czytałam takich bzdur! Zwłaszcza ta pierwsza, „największa”, zupełnie niczym z brazylijskiego serialu. Wszystkie wyjaśnienia traktowane są ze śmiertelną powagą. Pojawiają się na początku, więc nie stanowią przejawu chorej psychiki „złej matki”; ich zadaniem jest przekonanie, że motywy działania Corrine były słuszne. Więcej nawet! Czytelnik ma się wzruszyć (piękna historia miłosna), wybaczyć (przecież ona zasługuje na szczęście) i zrozumieć (kocha swoje dzieci). U mnie jednak cała ta sprawa wywołała wielką niechęć i uważam ją za karygodną i obrzydliwą. To, co zrobili państwo Dollanganger było złe, wywołuje moje oburzenie i sprzeciw. Nie rozumiem jak w ogóle można stanąć po jej stronie. Jej idiotyczne tłumaczenie („Jeżeli więc Bóg chciał nas ukarać, miał okazję (...) Jednak dał nam to, co najlepsze”) [no zajebista logika – dopisek mój], pozbawione jest jakiegokolwiek racjonalizmu. Jej igranie z biologią, nazywanie swojego zachowania „kuszeniem losu”, narażanie tym samym zdrowia i życia swoich przyszłych dzieci – dla mnie to przejaw kompletnego kretynizmu, a nie podążania za marzeniami. I na to wszystko równie głupia odpowiedź jej syna (także wzniosła i patetyczna): „Tak mamo, wierzę ci, bo gdyby Panu Bogu nie spodobało się twoje małżeństwo z tatą, pokarałby was chorymi dziećmi.” Myślenie to jest zresztą bardzo pokrętne, bo gdyby patrzeć na świat oczami bohaterów (gdyby coś było źle, to Bóg by nas ukarał), to za największą karę można by uznać przedwczesną śmierć męża i ojca (już nic gorszego ich spotkać nie mogło) – tego jednak nikt zdaje się nie dostrzegać.
Od tego momentu kompletnym dysonansem było dla mnie podkreślanie różnicy między coraz okropniejszą matką, a wspaniałym wspomnieniem o ojcu. Dla mnie oboje są tak samo źli.

I jeszcze kilka słów na temat audiobooka, przy pomocy którego zapoznałam się z książką. Kamilla Baar czyta dobrze, ale nie rewelacyjnie. Mnie nie podobało się jej zbyt duże zaangażowanie emocjonalne w powieść. Za często krzyczała, za często piszczała, za często zwiększała tempo czytania, jakby wątpiła w inteligencję słuchacza, który przecież doskonale sam zdaje sobie sprawę, kiedy powinny zacząć pocić mu się dłonie ze zdenerwowania. Zdecydowanie bardziej wolę stonowaną i pozbawioną narzuconych przez lektora emocji interpretację. Irytowało mnie także „pieszczenie” się lektorki i nieudolne imitowanie przez nią dziecięcego tonu głosu za każdym razem, kiedy wypowiadała kwestie bliźniaków. Ani to ładne, ani jak dzieci. W ogóle słuchanie o bliźniętach było straszne! Ich rodzice zabłysnęli fantazją i nazwali je Carrie oraz Cory (przypomnijmy, że główna bohaterka ma na imię Cathy, a jej matka Corrine...). Poza tym za każdym razem, gdy któreś z bliźniąt mówiło, to budowa zdania była następująca: MY nie lubimy, MY nie chcemy, MY nie możemy, i tak dalej...

Dla tych, co czytają zawsze tylko ostatni akapit: „Kwiaty na poddaszu” to książka wybitnie zła. Czytanie tego koszmaru odradzam stanowczo.

Książkę oceniam na 0/6, dołącza więc do "zaszczytnego" grona "kompletne dno". :)

23 komentarze :

  1. Przeczytałam całość tej extra rozprawy z prawdziwą przyjemnością. Czułam się, jakbym słuchała mowy prokuratora na sali sądowej. Super!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej, dzięki! :D Może to moja przyszłość? :P Obawiam się, że niewiele osób przeczyta recenzję w całości, dlatego ten ostatni akapit. :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja również czytałam całość ;) Muszę przyznać, że miałaś wenę ;) Ja bym nie potrafiła słuchać audiobooka :p Uwielbiam zapach książki i dotyk kartek, a poza tym czasami wracam do zdań już przeczytanych :) Jednak na tę książkę nie mam ochoty :p Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja akurat słucham bardzo dużo audiobooków - przy sprzątaniu, jadąc samochodem, tylko rzadko o nich piszę. :)

      Usuń
  4. "(...) „poświęcenia” i „wybory” budzą politowanie i częste unoszenie brwi u czytelnika, który myśli sobie „co za debile”."
    Świetnie to podsumowałaś, naprawdę. :D Mi też nie spodobała się ta książka, choć i tak trochę bardziej niż Tobie; zupełnie nie mogę zrozumieć zachwytów nad całą serią. Po kolejne tomy na pewno nie sięgnę. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kolejne tomy są podobno jeszcze gorsze. :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Ah, jaką przyjemność czerpałam z czytania tej recenzji, która zrównała tę książkę z błotem. Rewelacja! :D A jeszcze wczoraj pisałam na jednym z blogów, że mam w planach całą serię, ale teraz już wiem, że nie ma szans, żebym te książki przeczytała. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A miałam wypożyczyć tę serię w mojej bibliotece, ale teraz dzięki twojej recenzji dam sobie spokój z tym cyklem. Dziękuje za szczerą, rzetelną recenzje.

    OdpowiedzUsuń
  8. u przeżyłam szok- książka na ogół jest wychwalana i zachęcają do niej :( mam ją na półce od sierpnia i nie mam do niej jeszcze weny :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jejku. Jestem mocno wstrząśnięta, gdyż do tej pory widziałam tylko same dobre opinie i miałam ochotę zabrać się za nią w przyszłości. Jednak po Twojej recenzji dwa razy się zastanowię nim po nią sięgnę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Książkę sobie odpuszczę. Świetna recenzja, niesamowicie się ją czyta.

    OdpowiedzUsuń
  11. Pomimo Twojej recenzji i tak mam ją w planach, muszę sama sie przekonać jak to z nią jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie to się najbardziej podoba jak w bibliotece pytają o tę powieść (też jej dalsze części) naprawdę starsze panie i okropnie są złe, jak jest pożyczona. 8) A ja sobie myślę wtedy - to wam się zachciewa... :))
    A tak ogólnie to czytałam "Kwiaty na poddaszu" i starałam się przymrużyć oko na niedorzeczność tej historii, oceniłam książkę raczej pod względem napięcia, tego czy jest wciągająca. Ale po dalsze losy bohaterów nie sięgnęłam i na pewno nie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Książki nie czytałam i już nie zamierzam. W pełni ci zaufam i nie będę się do niej zbliżać. A recenzja? Boska! Ogólnie zawsze bardziej interesują i zachwycają mnie negatywne recenzje, ciekawe dlaczego?

    OdpowiedzUsuń
  14. Normalnie jedna z lepszych negatywnych recenzji jakie czytałam. Trochę długa, ale wytrwałam do końca. Cóż mogę więcej dodać? Nic, bo książki nie czytałam i już teraz nie zamierzam.

    OdpowiedzUsuń
  15. O prosze, do tej poty czytalam tylko pozytywne opninie na temat tej pozycji, no ale dobrze, ze odradzasz.
    Obserwuje

    OdpowiedzUsuń
  16. Twoja recenzja mnie powaliła :D. Aż z ciekawości przeczytam tę książkę, bo nie wierzę, by mogło powstać coś aż tak złego :D.

    OdpowiedzUsuń
  17. O! ciekawa recenzja. ;) Dotychczas czytałam same dobre opinie, ale jakoś nie mogłam się przekonać. Cieszę się, że trafiłam na Twoją recenzję.
    Pozdrawiam i dodaje do obserwowanych! ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Kompletnie nie zgadzam się z tą recenzją.Nie lubię takich książek,ale wpadł mi audiobook i go wysłuchałam.Jak można sądzić,że dzieci postępują głupio, wierząc we wszystko co matka im opowiada.A komu mają wierzyć?To są tylko dzieci.A co powiedzieć o dorosłych kobietach, które są maltretowane przez swoich mężów,a nadal z nimi żyją,bo obiecują im,że już nigdy ich nie uderzą.To nie jest realistyczna sytuacja?
    Postać babci jest zła ,ale czy tak do końca zła? W końcu to ona o nich codziennie pamiętała i dawała im jeść.Matka przychodziła do nich wtedy, kiedy miała na to ochotę.
    Tak jak na początku napisałam,nie lubię tego typu książek,ale uważam,że ta recenzja bardzo skrzywdziła tą książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wlasnie, albo na przyklad dziewczyny wywiezione do "pracy" za granice, ktorym odebrano paszporty i dlatego "nie mogly isc na policje". albo byl program o kobiecie latami wiezionej przez jakiegos psychola, ktora wychodzila do sklepiku po zakupy, ale mimo to nie uciekla.

      Usuń
  19. Twój blog jest jednym z moich ulubionych. Piszesz naprawdę niesamowicie. I zawsze mnie przekonujesz do czytania - albo jak w tym wypadku - nieczytania danej książki. :D Twój styl pisania wyróżnia się na tle innych recenzentów, co jest ogromnym plusem. Często mam tak, że gdy czytam kilka recenzji to wydają mi się one strasznie do siebie podobne, jakby były pisane "na jedno kopyto". U Ciebie na całe szczęście tak nie jest.
    Swoją drogą, dzisiaj chyba zasiedziałam się trochę na Twoim blogu! ;DD

    OdpowiedzUsuń
  20. Haha! Świetna recenzja! Czytałem niedawno tą ksiązkę, bo dziewczyna mnie zmusiła, ale mam zdanie bardzo podobne do twojego!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...