piątek, 8 lutego 2013

"Winter" - Asia Greenhorn

Wydawnictwo Dreams
Stron: 456 (niestety)


Dziś, żeby nie zrobiło się zbyt słodko wklejam recenzję bez zbędnych ochów i achów. :) "Winter" przeczytałam w wakacje, wtedy też napisałam recenzję na potrzeby forum. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli powiem, że dziś, po kilku miesiącach, nie pamiętam już z tej lektury nic, oprócz tego, że była słaba.

Opis wydawcy:

Życie młodziutkiej Winter Starr wywraca się do góry nogami, kiedy babcia, jej jedyna bliska osoba, ulega dziwnemu wypadkowi i zapada w śpiączkę. Dziewczyna zostaje odesłana z Londynu do Cae Mefus, małego miasteczka na północy Walii, gdzie czekają na nią nowi opiekunowie - państwo Chiplinowie. Cae Mefus powoli staje się dla Winter domem. Najstarszy syn Chiplinów, Gareth, nie odrywa od niej wzroku. W nowej szkole Winter poznaje tajemniczego i szalenie przystojnego Rhysa. Gareth próbuje ostrzec dziewczynę przed tą znajomością, ale ona nie jest w stanie oprzeć się nagłej namiętności, która bierze we władanie parę młodych kochanków. Niebezpieczeństwo przestaje mieć dla nich znaczenie. W hrabstwie dochodzi do niewyjaśnionych ataków, sama Winter też zostaje napadnięta. Przerażająca prawda powoli zaczyna wypływać na powierzchnię. Winter odkrywa nieznany świat, w którym prastare obyczaje przekazywane są z pokolenia na pokolenie, a tajemny pakt strzeże życia milionów ludzi. Odkrywa prawdę o śmierci swoich rodziców i o jedynym dziedzictwie, jakie jej pozostawili: kryształowym amulecie, który ją chroni. Musi wybierać między Rhysem, chłopakiem, którego kocha, a swoim własnym życiem.


Zacznę od tego, że promocja książki „Winter” to strzał w kolano. Jej okładka (kiczowata, gotycka dziewczyna – co ciekawe bohaterka powieści nigdy nie była ubrana w ten sposób – z wyraźnymi śladami wampirzych kłów na szyi) oraz opis na okładce ociekający wyrażeniami takimi jak „świat, w którymi miłość może zabić”, „tajemniczy i szalenie przystojny Rhys”, „Gareth nie odrywa od niej wzroku”, a przede wszystkim fakt, że bohaterka będzie musiała wybierać pomiędzy miłością, a swoim życiem dosłownie wołają o pomstę do nieba! Tego typu okładki i opisy, które kilka lat temu, wypływając na „pozmierzchowej” fali, budziły wielką radość i zainteresowanie, dziś budzą nie tylko obojętność, ale wręcz niechęć i bunt. Bo znowu wampiry, bo znowu dziewczyna w czerni (uuu, jaka mroczna!), bo znowu wieczna miłość, bo znowu śmierć, bo znowu szkolny przystojniak i znowu ktoś oczu nie odrywa, a jaka ona bardzo przeciętna. To wszystko, co czytałyśmy już dziesiątki, a może i setki razy. Ten sam schemat, ta sama fabuła, wszystko ta samo! A jak do tego dochodzi, że trzeba za to badziewie zapłacić 45 złotych, to nie dość, że nie zachęca, to jeszcze śmieszy, że ktoś wymyślił sobie takie coś. Książkę wygrałam, to przeczytałam, ale gdybym nie wygrała, to nie zapłaciłabym ani 45zł ani nawet 5 zł no bo po co?! Wszystko to spóźnione o dobre 6 lat.

Winter to szesnastoletnia dziewczyna, która na skutek dziwnej choroby babci zmuszona jest przenieść się do rodziny zastępczej. Jej nadgorliwa prawniczka wybiera dla niej rodzinę Chiplinów mieszkającą w odległym Cae Mefus. Dziewczyna zostaje przyjęta niezmiernie gościnnie, na dodatek od razu zakochuje się w niej syn państwa Chiplin – Gareth (a to dopiero!). Oczywiście jeden adorator to za mało, dlatego wielką miłością do bohaterki pałać zaczyna szkolny przystojniacha, prezes tajemniczego klubu – Rhys. Na a później dość typowo – dziwne napady, niezwykle szokująca prawda o ukochanym Winter, zakazana miłość. Nic co by mnie zaskoczyło, czy poruszyło. Na dodatek, najciekawszy według mnie fragment książki, ten w którym bohaterka próbowała się dowiedzieć o co chodzi (kto stoi za atakami, kim są członkowie tajemniczego klubu, jaką tajemnicę skrywa jej rodzina oraz policja), został sknocony przez okładkę. Charakterystycznie ugryziona dziewczyna od razu sugeruje, że książka opowiadać będzie o wampirach. A fakt ten naprawdę nie jest oczywisty i dowiadujemy się o nim późno, ponieważ prawie dopiero w połowie książki. Kolejny promocyjny niewypał i nieznajomość rynku. Ludzie, ogarnijcie się! Wampiry przejadły się jak stary chleb. Zamaskowanie na okładce fatalnych ukąszeń nie zmieniłoby wprawdzie treści, ale umożliwiłoby czytelnikowi samodzielne zmaganie się z zagadką oraz nie odstraszałoby bijącym aż w oczy sloganem „kolejna powieść o wampirach”.

Książka nie jest zła. Jest dużo lepsza od niektórych paranormal romance, które czytałam. Z przymusu zaliczę ją do grona „da się przebrnąć”. Do „dobre” jednak jej daleko, koło „znakomite” nawet nie leżała. Bycie przeciętnym jednak już nie wystarcza. Półki uginają się od podobnych pozycji. Jeśli ktoś chce wydać paranormal teraz, kiedy w zasadzie jest już na to za późno, liczyć się musi z tym, że nawet bycie dobrym może okazać się niewystarczające.
I chociaż w ogólnym rozrachunku „Winter” nie wypada tragicznie, to niestety zaliczyć ją muszę do grona najnudniejszych paranormal romance z jakimi miałam do czynienia.
To powieść nieznośnie poprawna. Czemu nieznośnie? Bo teoretycznie wszystko jest w porządku; czyta się ją bez uszczerbku dla własnego zdrowia psychicznego, poczucia estetyzmu i bez zgrzytów językowo-stylistycznych. Ale to za mało. Akcji jest niewiele, za to dużo rozmów, przemyśleń, bezsensownych i niepotrzebnych działań, długich, sztucznie przeciągniętych wątków. W połowie czułam się znużona na tyle, że nie miałam ochoty czytać ciągu dalszego. Zakończenie też nie spędzało mi snu z powiek; tego typu historie zawsze kończą się szczęśliwie.

Książka jest gruba, to widać. 450 stron to naprawdę sporo. Nie jest jednak tak długa, jak mogłoby się wydawać. Każdy rozdział bowiem rozpoczyna się na nowej stronie, a rozdziałów jest ponad sto. Oczywiście wszystko to zrobione zupełnie bez sensu. Rozdziały są króciutkie, czasami zajmują niecałe dwie strony. Poza tym są idiotycznie podzielone. Czasami jedna scena (jedność czasu, miejsca i akcji, a także – uwaga, nowe pojęcie! – jedność konwersacji) przedstawiona jest w kilku rozdziałach. Zdarza się, że rozdział kończy się w środku akcji. Jest zdanie, potem czysta kartka (bo po każdym rozdziale jest czysta kartka), potem kolejne pół czystej kartki (bo nowy rozdział zaczyna się od połowy strony), sygnalizacja, że do czynienia mamy z kolejnym rozdziałem i dopiero wtedy zdanie, które według wszelkich zasad logiki powinno się znaleźć bezpośrednio pod poprzednim, tym które z niewiadomych przyczyn zakończyło rozdział. Zabieg ten jest na początku irytujący, do końca niezrozumiały, ale z czasem zaczyna cieszyć, bo dzięki temu nieznośne 450 stron mija zaskakująco szybko. W szczególności upodobałam sobie tego typu zakończenia rozdziałów: 




Zabieg opisany powyżej jest całkowicie zrozumiały, gdy treść powieści opisuje wydarzenia szczególnie emocjonujące. Wówczas ta krótka przerwa, w czasie której zobligowani jesteśmy do przewrócenia kartki buduje dodatkowe napięcie. W „Winter” jednak krótkie, przerywane rozdziały pojawiają się na każdym etapie fabuły. A nawet jeżeli dany rozdział okaże się dłuższy, wprowadzone są gwiazdki dzielące go na kilka ultra krótkich (czasami tylko kilkuzdaniowych) części.

Innym zwyczajem stosowanym przez autorkę jest zamykanie w bardzo krótkim rozdziale pewnego epizodu. Akcja kolejnego rozdziału rozpoczyna się dopiero po pewnym czasie. Burzy to tradycyjny, przyczynowo-skutkowy przebieg akcji tworząc wrażenie podobne do tego, które odczuwa się oglądając slajdy, migawki. Jest scena (rozdział), następny slajd natomiast pokazuje scenę odległą od poprzedniej o kilka godzin. Teoretycznie te same postacie, ale jednak coś się zmieniło. Gdyby sytuacja ta pojawiła się jednokrotnie, prawdopodobnie nie zostałaby nawet zauważona, ale powtarzana notorycznie zaczyna denerwować, a ciągłe przenoszenie czytelnika z miejsca na miejsce uniemożliwia porządne zagłębienie się w treść książki.

Główna bohaterka (tytułowa Winter) zdecydowanie nie uplasowała się w gronie mych ulubionych, ale (poza pewnymi felernymi epizodami – „Dwóch mężczyzn rzuciło się na siebie, spięli się w walce. Winter zaczęła krzyczeć.”) nie razi głupotą i bezmyślnością. Jej najgorszą cechą jest to, że dosłownie cały czas użalała się nad sobą i swym nieszczęsnym losem. Dosłownie: cały czas. A to, że jej życie zostało wywrócone do góry nogami, a to że chłopak, a to że tamto, a to że sramto.

Pozostałe postacie też nie błyszczą. Są płaskie i bez charakteru. Główną przyczyną ich niedopracowania test to, że jest ich za dużo. Zdecydowanie za dużo. Do samego końca myliły mi się nazwiska niektórych z nich (a wszystkie nazwiska są dziwne, jedno gorsze od drugiego). Na dodatek powieść pisana jest z punktu widzenia różnych bohaterów, czasami są to osoby bardzo mało znaczące, wręcz epizodyczne, co jeszcze bardziej utrudnia odnalezienie się w sytuacji. A że rozdziały są krótkie, to zanim zrozumiemy kto gada, z kim, o czym i gdzie, to rozdział już się kończy.

Wśród bohaterów ważnymi postaciami jest dwójka amantów – Gareth i Rhys. Para szaleńczo zakochanych w bohaterce przystojniaków to norma. Zazwyczaj tworzą się teamy; Edward czy Jacob, Stefan czy Damon i tak dalej. Zazwyczaj faworyzuję któremuś z nich, czasami nie mogę się wręcz zdecydować. Tutaj problemu nie miałam. Ani Gareth, ani tym bardziej Rhys nie wzbudzili mojej sympatii. Oboje są bardzo nijacy, bardzo płascy i niedopracowani. I jak jeszcze na temat Garetha możemy powiedzieć kilka słów poza oczywistymi faktami, które miały miejsce w związku z główną akcją, to na temat Rhysa nie wiemy nic. To bohater bez przeszłości, bez przemyśleń, bez własnego życia prywatnego.
Cały romans z Rhysem poza tym to jeden z najgorszych wątków romansowych z jakimi się zetknęłam. Do tej pory myślałam, że wieczna miłość do umięśnionego ciała, czy kwadratowej szczęki jest najgłupszym pomysłem. Otóż okazało się, że nie! Znacznie gorsza jest miłość dla której warto ryzykować własne życie, która zrodziła się bez powodu. Właśnie tak! Winter i Rhys zakochali się w sobie patrząc sobie w oczy. Nagle ona poczuła, że jest mu bliska, a on, że chce być przy niej. No a potem, jak to w życiu bywa – miłość! Taka wiecie: zakazana, ponad wszystko, łamiąca reguły. I to wszystko po kilku minutach znajomości i patrzeniu sobie w oczy. No Jezus Maria! To było naprawdę głupie. I nawet nieromantyczne. Bo ani to nie było przeznaczenie, ani znajomość z poprzedniego życia, ani nic. Ot tak po prostu.

Widać, że autorka bardzo chciała, żeby jej książka to nie był tylko taki zwykły romans. Starała się stworzyć nie tylko bogatą mitologię, ale też podbudować ją historią. To jej zdecydowanie nie wyszło. Wszystkie teorie są bardzo mętne i niedopracowane. Na podstawie powieści ciężko zrekonstruować wampirzą hierarchię mimo, że wzmianki o niej pojawiały się nieustannie. Wyjaśnienia dotyczące znaczenia Winter nie trzymają się kupy. Dużo tu za to patetyzmu i górnolotności. Wampiry w zasadzie niczym nie różnią się od ludzi poza tym, że piją Serum (wodę ze sztuczną krwią) z kryształowych (sic!) kielichów. No właśnie; Serum, Familia, Wielki Mistrz, Rada, Klub, Zakon Ciemności, a nawet Zew, Moc i Pragnienie, a także wiele innych słów pisanych wielką literą. Trochę zalatuje to Coelho, bo większość tych wielkich liter nie ma większego sensu. Na przykład, ktoś chciał „zaspokoić swoje Pragnienie”. Sztuczne i podniosłe bywają także dialogi. No choćby taki przykład: „ – Nie mógłbyś mnie skrzywdzić. Nigdy. – Jak możesz być tego taka pewna? Twoja krew mnie pociąga… To dotyk Mocy…”
To wszystko sprawia, że powieść jest ciężka i trudno się przy niej zrelaksować. Zazwyczaj stanowiłoby to zaletę, ale nie w przypadku paranormal romance. „Ciężkość” nie wynika tu bowiem z głębi treści, czy ciężaru przenoszonych wartości, a z nagromadzenia szczegółów, różnych punktów widzenia, niepotrzebnej rozwlekłości i wszystkiego tego o czym już wspomniałam.  

„Winter” to przewidywalny, do bólu przeciętny paranormal romance. Jest takich wiele i wiele jeszcze będzie. Przeczytać można, chociaż nie trzeba, a jeśli mamy do wyboru coś innego, to polecam „coś innego”. Na pewno nie polecam kupować. 45 złotych za „Winter” to czyjś naprawdę słaby żart. 

2/6

****

Jutro polecę z jakimś Top 10! Strasznie podobają mi się te rankingi. :)

18 komentarzy :

  1. Miałam zamiar przeczytać, jednak po Twojej recenzji raczej sobie odpuszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo się cieszę, że wróciłaś :). Witaj z powrotem!

    Co do książki - bardzo chcę ją przeczytać, bo wszyscy bardzo dobrze o niej mówią :). Nie mogę doczekać się lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech... można by przeczytać przynajmniej końcową ocenę...

      Usuń
    2. Jak zobaczyłam taki komentarz pod tak negatywną recenzją... xD Przepraszam, ale bardzo mnie rozbawił. "Wszyscy dobrze o niej mówią"... ;DD

      Usuń
  3. A ja mimo recenzji się skuszę, bo od początku mam ochotę na tę książkę. :) W sumie to pierwsza negatywna opinia, z jaką się spotkałam na temat tej książki, ale to dobrze, bo przynajmniej wiem, żeby nie oczekiwać nie wiadomo czego. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam na nią wielką ochotę i myślę jeśli ją znajdę w bibliotece to jednak się skuszę. Wolę jednak nie wydawać 45 zł jeśli się okaże i dla mnie tak beznadziejną.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nawet nie wiesz, jak mi się spodobała Twoja recenzja (ach, ta tęsknota!). Uśmiałam się przy niej. Paradoksalnie lubię czytać, jak ktoś udowadnia, że książka jest kiepska. Taka miła odskocznia od zachwytów...
    Obiecuję, że nie przeczytam. Nawet nie zwróciłabym na nią uwagi.
    No i mało ekologiczna ta książka. Marnotrawstwo papieru. Biedne lasy deszczowe...

    OdpowiedzUsuń
  6. bardzo wyczerpująca recenzja :) mnie odstrasza już sama okładka, coś też czuję, że nie polubiłabym głównej bohaterki no i szkoda mi tracić czas na 450 stron, które są przeciętne :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo podobała mi się twoja recenzja. Masz naprawdę dobre pióro;). Mam do ciebie dwa pytanie. 1) Czy pojawią się może recenzje pozostałych dwóch części "Trylogi czasu"? 2) Czy będziesz jeszcze pokazywać stosiki z nowymi książkami? Strasznie mi się one podobały;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1) Jak najbardziej się pojawią! :D Wszystkie tomy przeczytałam już jakiś czas temu, ale to jedna z moich ulubionych serii, więc nie odpuszczę sobie recenzji. :)
      2) No jak mogłoby nie być stosików?! :D To moje ulubione wpisy na forum. Ostatnio nakupowałam pełno książek, więc niedługo coś wstawię. :) Dziękuję za miłe słowa! :)
      Tak jakoś wychodzi, że te negatywne recenzje zawsze mi wychodzą lepiej niż te pozytywne. Muszę chyba czytać więcej złych książek. :D

      Usuń
  8. Super, że wróciłaś do prowadzenia bloga! Twoja długaśna recenzja zdecydowanie przekonała mnie do ominięcia tej pozycji :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dlaczego mi to robisz? Dlaczego? Jestem na setnej stronie książki i jak dotąd zdążyłam się razy dwieście złapać za głowę, ale czytałam, że później lektura się rozkręca. Rozwiałaś moje nadzieję, chyba rzucę się na "Cyrk nocy" na cokolwiek innego!

    OdpowiedzUsuń
  10. Staram się ograniczać takie książki, dlatego tą z całą pewnością ominę szerokim łukiem :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uuuu a tak chciałam ją przeczytać, a Ty mi mój zapał ostudziłaś :D

    OdpowiedzUsuń
  12. A chciałam się za nią zabrać... Chyba sobie odpuszczę, skoro to "przeciętny paranormal romance". Lubię ten gatunek, ale są wyjątki.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. u a tak bardzo chciałam przeczytać książkę - 2 nisko :(

    Obserwuje zapraszam także do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ta książka zbiera bardzo skrajne oceny, dlatego jeżeli sama wpadnie mi w łapki-przeczytam z ciekawości, jednak celowo szukać jej nie będę.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, nie zaliczam jej do tych, które koniecznie muszę przeczytać. W zasadzie nic szczególnie mnie do niej nie przyciąga. Okładka ma już trochę znudzony wydźwięk - mroczna kobieta w długiej sukni, mnie jakoś nie przekonuje... Treść zresztą też.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...