niedziela, 3 marca 2013

"Nowa Ziemia. Świat po wybuchu" Julianna Baggot

Wydawnictwo: Egmont
Stron: 472

Opis wydawcy:
Świat po wielkich eksplozjach. Szesnastoletnia Pressia mieszka w gruzach z innymi zmutowanymi, którzy ocaleli po Wybuchu. Partridge wychował się w sterylnej Kopule pośród nielicznych Czystych. Oboje uciekają. Pressia – przed poborem do militarnej organizacji, Partridge – przed ojcem tyranem. Ich spotkanie zmieni bieg historii Nowej Ziemi...


„Nowa Ziemia” to kolejna młodzieżowa „antyutopia”, których obecnie wiele. Według mnie dobra, ale nie wybitna, a już na pewno nie wyjątkowa. Świetnie napisana, ale niepozbawiona wad, niedociągnięć i rażących nieścisłości. Ponieważ lubię sobie zacząć od mankamentów, tak będzie i teraz. :)

Przede wszystkim najnowszy twór Julianny Baggott to nie antyutopia. Dla mnie dobra powieść futurystyczna to taka, podczas czytania której nagle, z przestrachem (a nawet paniką) stwierdzam, że właśnie tak może wyglądać świat za kilka(set) lat. Przedstawiona w „Nowej Ziemi” wizja przyszłości jest zbyt fantastyczna, aby można ją było uznać za przynajmniej odrobinę prawdopodobną i realną do spełnienia, a tym samym nie wywiera na mnie takiego wrażenia. Zacznijmy od samego początku – stopienia ludzi z przedmiotami. Nie przeczę – świetny pomysł, bardzo obrazowy, a nawet symboliczny, pobudzający wyobraźnię, ale... totalnie nieprawdopodobny. Przecież każdy wie, że ludzki organizm w naturalny sposób stara się pozbyć ze swojej struktury ciał obcych. Każdy kto kiedykolwiek przewrócił się na żwirze, lub wbił sobie pod paznokieć ostry fragment rośliny, czy (przykład z książki!) odłamku szkła, doskonale wie jak przebiega ten nieprzyjemny proces. Nawet „naukowe” tłumaczenie całej sprawy powikłaniami nuklearnymi kompletnie mnie nie przekonały.
To jednak można by po prostu nazwać fantastyczną wizją autorki. Gorsze są komplikacje związane ze stopieniami – te już nie tylko do mnie nie przemawiają, te uważam wręcz za głupie. Bo być stopionym z plastikiem to jedno, ale fakt, że nie można go usunąć, to już zupełnie inna sprawa. Piłowanie plastiku powoduje krwawienie (sic!), śmierć przyczepionego żywego organizmu powoduje też śmierć drugiej osoby... I najgorsze: deformacje ciał nie dotyczą jedynie ludzi, którzy przeżyli wybuch, ale także kolejnych pokoleń. Niby dlaczego poparzone osoby rodzą też poparzone dzieci? Kompletnie bez sensu.
Zakładając nawet, że to wszystko możliwe (teoretycznie można wyobrazić sobie dziewczynkę z plastikową głową lalki w miejscu ręki), to niektóre deformacje są nieprawdopodobne nawet w kategoriach przyjętych przez autorkę. Czymś innym jest mieć deformację, a czym innym jest panowanie nad nią; człowiek z karabinem zamiast ręki (chyba wyłącznie siłą umysłu) potrafi strzelać. Nie przekonały mnie też zupełnie nowe anomalie genetyczno-cielesne, które powstały w wyniku wybuchu; ludzie stopieni z piaskiem stworzyli groźne Pyły – twór kompletnie nierealistyczny nawet w wyniku nuklearnego koktajlu.

Tak więc podsumowując: nie, tak nie będzie wyglądał świat w przyszłości. I choć „Nowa Ziemia” to ciekawa książka fantastyczna (a w zasadzie fantastyczno-naukowa), to nie zapewniła mi tego, co lubię w antyutopiach najbardziej – błąkającej się gdzieś po mojej głowie nikłej iskierki zwątpienia, która szepcze mi na ucho „a co by było, gdyby...”

Kolejną ogromną wadą powieści jest niedopracowanie wizji świata przedstawionego. Przede wszystkim otrzymujemy jedynie szczątkowe informacje na temat tego jak wygląda obecnie świat. Jest kopuła i... jedno jedyne miasto koło niej. A co z resztą? Bardzo brakowało mi większej ilości informacji.
Nieprzemyślana jest też struktura czasu akcji. Świat przed wybuchem to świat nam współczesny (filmy 3D, Disneyland, samochody), od wybuchu natomiast minęło około dziesięciu lat. Dekada to naprawdę niedużo! W tym czasie może zdarzyć się katastrofa ekologiczna, ale pewne zmiany (przede wszystkim kulturowe!) nie mają prawa się wydarzyć. No i jak tu teraz logicznie wytłumaczyć fakt, że Partridge, który niemal połowę swojego życia spędził w „starym świecie” nagle, po dziesięciu latach nie wie jak się przywitać, ponieważ w „jego społeczeństwie” wszystko wygląda inaczej? Tego typu zmian cywilizacyjnych można by się spodziewać po stu latach życia w odosobnieniu, ale na pewno nie tak szybko.
Z drugiej natomiast strony nie rozumiem jak to możliwe, że grono znakomitych naukowców żyjących w Kopule (którzy swoje tytuły naukowe osiągnęli jeszcze przed wybuchem), nagle, dziesięć lat później może nie wiedzieć jak powstaje wiatr... Partridge wyjaśnia: „W gruncie rzeczy nikt w Kopule nie potrafi wyjaśnić powstawania wiatru. (...) Właśnie tego rodzaju kwestii oni nie potrafią ogarnąć.” Jak to możliwe, że naukowcy, którzy w tak krótkim czasie zastąpili jedzenie tabletkami i stworzyli Kopułę mogli zapomnieć o podstawowych prawach fizyki?

Gdybym jednak po pierwsze – nie czepiała się szczegółów, a po drugie – nie nastawiła się na przerażającą wizję świata przyszłości, to do czynienia miałabym z całkiem przyjemną, trzymającą w napięciu i znakomicie napisaną powieścią science-fiction. Julianna Baggott to nie kolejna debiutująca autorka, która nieudolnie stara się napisać cokolwiek, byle było modne. Ma duże doświadczenie, a przez to świetny warsztat. W swojej powieści stworzyła świat ciekawy, pomysłowy i opisała go bardzo plastycznie. Zadbała nie tylko o główny schemat fabularny, ale też o zaplecze polityczne, naukowe, a nawet historyczne. Wizja nowego porządku jest oryginalna i (w swojej wewnętrznej strukturze, niestety z pominięciem świata zewnętrznego) dosyć mocno skomplikowana, a przez to ciekawa. W czasie czytania dowiadujemy się coraz to nowych rzeczy; niektóre z nich są oczywiste i przewidywalne (a przez to niedomyślność bohaterów irytuje), inne zaskakują, wprowadzają drugie dno i zapowiadają obiecującą kontynuację.
Cieszę się też, że w tym brutalnym świecie nie stroniono od brutalnych czynów. Autorka nie bała się opisywać śmierci, przemocy. Przetwarzane na bieżąco w obrazy naturalistyczne opisy niektórych deformacji na długo zakorzeniły się w mojej wyobraźni.
Podobało mi się też, że pokazane zostały dwa całkowicie odmienne światy. Zdewastowany świat Presii i sterylną, pełną nowoczesnych rozwiązań naukowych Kopułę Partridge’a. Dzięki zmiennej narracji poznajemy różne modele życia w świecie po wybuchu i różne postrzeganie nowej rzeczywistości. Mnie świat Kopuły wydał się znacznie ciekawszy i chciałabym, aby w kolejnych tomach to ona była głównym miejscem akcji.

„Nową Ziemię” polecam. Powieść wybija się na tle coraz bardziej schematycznych młodzieżowych powieści futurystycznych; z pewnością stoi na szczeblu odrobinę wyższym niż większość wciąż powielanych, jednowątkowych, marnych kopii „Igrzysk śmierci”. Jedyna wada to ta, o której już pisałam – nie odczułam przerażenia i grozy, na które liczyłam. Ale być może oczekiwałam po prostu zbyt wiele.

5=/6

16 komentarzy :

  1. Koniecznie muszę to kiedyś przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam ją w planach, jestem jej bardzo ciekawa, zwłaszcza, że raczej mało książek "antyutopii" czytałam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No w końcu coś interesującego i nowego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podobała mi się! :D Czekam na kolejną część :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałam tę książkę i byłam nią zachwycona :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Być może się na nią skuszę. Kolejna bardzo dobra recenzja w twoim wykonaniu. Pierwsza część zdecydowanie przekonująca;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dawno nie czytałam już żadnej typowej powieści dla młodzieży, a powyższa zapowiada się nadzwyczaj obiecująco, dlatego będę miała ją na uwadze w wolnej chwili.

    OdpowiedzUsuń
  8. Byc moze rzeczywiscie occzekiwałaś za wiele. Mam dość tanich podróbek Igrzysk Śmierci, wie chetnie zapoznam się z tą pozycją.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wczoraj skończyłam i mam dużo do napisania na temat tej książki, bo z pewnością nie jest ona typową "młodzieżowką".
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dla mnie książka okazała się ciekawą niespodzianką :P Jestem ciekawa co też przygotowała nam autorka w kolejnej części :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Zawsze lubiłam książki w tym stylu, więc z chęcią sięgnę po nią. :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam w planach. Dzięki Bogu z antyutopiami mam tak, że wyłączam myślenie i przyjmuję nawet najbardziej idiotyczne wersje. Dlatego też to odrealnienie chyba nie będzie mi przeszkadzać.
    Ale to powstanie wiatru... To już jest ZBYT nierealne, by nawet wyłączony mózg mógł to przyjąć.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ostatnio czytam dużo antyutopi, więc z początku pomyślałam, że to książka dla mnie, ale mój zapał osłabł po przeczytaniu twojej recenzji. Ale chyba mimo wszystko się na nią skuszę :)

    recenzentka-carrie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Fakt, autorka nie bała się opisywać brutalności i przemocy, jednak niektóre z tych opisów były zbyt drastyczne i nierealne. Poza tym książka była całkiem niezła.

    OdpowiedzUsuń
  15. Czytałam i miło ją wspominam. Mi to nawet do głowy nie przyszło by te stopienia ludzi z tworzywami brać pod logikę, od razu przyjęłam to jako jedynie element książki.

    OdpowiedzUsuń
  16. Mam w planach. Tego typu książki zazwyczaj mnie rozczarowują, ale może chociaż nie ta :P

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...