poniedziałek, 11 marca 2013

"Wariant" Robison Wells

Wydawnictwo: Amber
Stron: 304

Opis wydawcy:
W Akademii Maxfield musisz wybierać: Porządek albo Spustoszenie albo Wariant. Benson musi przyłączyć się do jednej z tych grup, żeby przetrwać. Ale wie, że powinien uciec. I że ufać może tylko sobie.
Siedemnastoletni Benson myślał, że stypendium Akademii Maxfield będzie przepustką do lepszego świata.
Mylił się. Został uwięziony w szkole otoczonej drutem kolczastym. W szkole, w której kamery śledzą każdy ruch. W której nie ma dorosłych. W której uczniowie podzielili się na trzy grupy, po to żeby przeżyć. Jeśli nie jesteś w żadnej z nich, to nie ma ciebie.
Jeśli złamiesz regulamin, znikasz...
Lecz Benson nie wie jeszcze wszystkiego. A kiedy odkrywa prawdziwą tajemnicę Akademii Maxfield, uświadamia sobie, że posłuszeństwo może przypłacić losem znacznie gorszym niż śmierć. I że ucieczka – jedyna szansa na przetrwanie – może okazać się niemożliwa...

 Kompletnie zirytowało mnie zdanie znalezione na okładce „Wariantu”:
"Gdyby Stephen King napisał Władcę much otrzymalibyśmy Gone", tak nazwano bestsellerową serię Michaela Granta. To samo można powiedzieć o Wariancie.

Jak?! No jak można zawłaszczyć sobie rekomendację innej książki? Pomijam już zasady uczciwości, tu chodzi o pomysłowość. Czy tak trudno stworzyć nowy, nieznany wcześniej slogan?
Bardzo sceptycznie podchodzę do książek, które swój sukces budują na popularności innego dzieła. „Sceptycznie” to nawet złe określenie. Zwyczajnie mnie to wkurza. I kiedy widzę coś takiego (a najczęściej porównania te są kompletnie nietrafione i okazuje się, że reklamowane w ten sposób książki nie mają zbyt wiele do zaoferowania), to w mojej głowie włącza się jakaś wewnętrzna blokada, która każde mi odwrócić się na pięcie i odejść od czegoś, co zamiast zachęcić ciekawym opisem i udaną akcją promocyjną, żerować musi na innym tytule. Nad „Wariantem” się jednak zlitowałam. Nie dość, że recenzje były niezłe, to stwierdziłam, że czemu biedny ma cierpieć przez dziwne zwyczaje polskiego wydawcy? Tak więc stało się i „Wariant” był mój.

Zacznę od wad. Uczciwie dodam, że gdyby nie okładkowe porównanie do bardzo lubianej przeze mnie serii „Gone”, to o większości z nich w ogóle bym nie pisała, bo i po co? To dwie zupełnie odrębne powieści i do głowy nie przyszłoby mi stworzenie takiego akapitu w mojej recenzji. Rękawica jednak została rzucona, a ja ją podnoszę, wyzwanie przyjmuję i postaram się dowieść, że „Wariant” z „Gone” nie ma prawie nic wspólnego. Seria Michaela Granta jest lepsza, bez dwóch zdań – jego książki trzymają w napięciu od samego początku, wydają się być bardziej pomysłowe. Jakie są główne różnice? W „Gone” mieliśmy pokazaną całą przemianę społeczeństwa. Byliśmy świadkami momentu, w którym znikają dorośli; pojawiła się panika, bunt, a potem próba uporządkowania swojego nowego świata. Dużo czasu zajęło dzieciom stworzenie norm i instytucji. Tutaj wraz z bohaterem wchodzimy w istniejący już świat i zasady. Poza tym sytuacja jest dosyć klarowna. Dorośli nie zniknęli; wręcz przeciwnie. To oni rządzą Akademią; kontrolują, obserwują, wpływają na losy uczniów. W „Gone” sytuacja jest dużo bardziej tajemnicza; nie wiadomo co się stało i dlaczego. Dzieci zdane są tylko na siebie; same dokonują wyborów, nie są ograniczone żadnymi zasadami poza tymi, które same tworzą.
Tak więc ten tani, bardzo marny i pokrętny zabieg marketingowy Wydawnictwa stanowczo ganię i przechodzę do samej książki.

Benson ma już dość tułania się pomiędzy kolejnymi rodzinami zastępczymi. Składa podanie do Akademii Maxfield, gdzie ma nadzieję wreszcie się ustatkować, zawrzeć nowe przyjaźnie. Nie trafia jednak do zwykłej szkoły. Kiedy tylko zatrzaskują się za nim drzwi okazuje się, że został uwięziony; nie może wyjść, przestrzegać musi ustalonych zasad, wykonywać przydzielone mu prace, a jego ruchy śledzone są przez znajdujące się wszędzie kamery. Na dodatek w szkole nie ma żadnych dorosłych – wszystkim zajmują się uczniowie.

Powiem szczerze, że na początku nie byłam zachwycona „Wariantem”. Książka nie trzyma w napięciu od pierwszej strony. Byłam ciekawa dalszego rozwoju wypadków, chciałam poznać zakończenie, ale nie towarzyszyły temu większe emocje, o jakimkolwiek zdenerwowaniu przejawiającym się spoconymi dłońmi nie wspominając. W powieściach tego typu („tego typu”, czyli mówiąc najogólniej historiach dziwnych, tajemniczych, w których nie wiadomo o co chodzi) bardzo ważnym aspektem świata przedstawionego jest to, że bohaterowie postawieni zostają w sytuacjach naprawdę ekstremalnych; trudnych, niezrozumiałych, pozornie bez wyjścia. Doświadczają nieszczęść; autor nie szczędzi brutalnych opisów, bohaterom towarzyszy przemoc, choroby, a nawet śmierć. Przy „Gone”, czy przy „Więźniu labiryntu” całym sercem współczułam bohaterom. „Cóż to za straszny los” myślałam, rwąc sobie włosy z głowy! Akademia Maxfield naprawdę nie jest zła. Były imprezy, pyszne jedzenie, paintball i zakupy. I chociaż z czasem coraz bardziej ujawniała się „ciemna strona” szkoły, wspominano też jakieś zamierzchłe tragedie, to ciągle nie dostrzegałam tego wielkiego nieszczęścia, którego doświadczał Benson. Wystarczyło przestrzegać zasad, sumiennie wykonywać swoje obowiązki, a potem cieszyć się przywilejami (oj zdecydowanie byłabym w Porządku). Brakowało mi tu przemocy, sytuacji w których „czułabym” ból, takich, które wywoływałyby u mnie dreszcze, a może nawet łzy. Tu największymi obrażeniami, jakich mogli doświadczyć uczniowie były zadrapania i siniaki nabyte podczas turnieju paintballa. Brakowało mi też trzymającej w napięciu akcji. Brak prawdziwych zagrożeń sprawiał, że nie było się czego bać. Autor próbował stworzyć jakąś namiastkę opisów wydarzeń trzymających w napięciu. Na tapetę wziął sobie to nieszczęsne strzelanie farbą. Turnieje opisane są aż trzy razy i za każdym razem nudziłam się tak samo mocno. Bo niby jest groźnie (Benson się skrada, może zostać postrzelony, w każdej chwili ktoś może wyskoczyć zza drzewa i zrobić „bu!”), ale przecież wiadomo, że nic mu się nie stanie, a najgorsze, co go czeka, to pobrudzenie nowych spodni. O ile bardziej emocjonująca była analogiczna scena opisana w „Igrzyskach śmierci”. Tyle, że tam skradająca się po lesie Katniss mogła w każdej chwili zginąć. A to robi różnicę. Byłam więc nieco rozczarowana tego typu obrotem spraw.

Wszystko to jednak się zmieniło. I kto „Wariant” czytał, ten wie w którym momencie zmiana ta nastąpiła. No i potem się zaczęło. Drugą połowę książki przeczytałam jednym tchem; głodna, niewyspana, z kotem miauczącym i błagającym o kolację. Pojawiły się nowe zaskoczenia, niesamowite zwroty akcji – wszystko nabrało zupełnie innego charakteru. Ręce trzęsły mi się ze zdenerwowania, każdy szmer sprawiał, że podskakiwałam, nie miałam pojęcia czego się spodziewać.

To właśnie największa zaleta „Wariantu” – nie dość, że zaskakuje, to na dodatek zaskakujące jest już samo to zaskoczenie (na początku nie zapowiada się na jakieś wielkie rewolucje), dzięki czemu poziom konsternacji, szoku i niedowierzania wzrasta u czytelnika do granic możliwości. Nie miałam pojęcia, że fabuła pójdzie w tym właśnie kierunku i za to mistrzowskie zrobienie mnie w konia z całego serca gratuluję autorowi. Właśnie takie emocje cenię sobie w książkach najbardziej.

Końcówka również wbija w fotel. Nie przepadam za otwartymi zakończeniami, zwłaszcza takimi, które kończą się w pół zdania, ale trzeba przyznać, że to zakończenie pobudza do myślenia i zachęca do tworzenia własnych teorii. Od tygodnia próbuję rozgryźć o co w nim właściwie chodzi i ciągle nie mam pewności.

Spodobali mi się bohaterowie. Świetnie zbudowani, wielowymiarowi, z całkiem przyzwoitym zapleczem psychologicznym. Podobało mi się to, jak wcielili się w swoje role. Zachwycona jestem przemianą Bensona. Z buntowniczego chłoptasia, w świadomego i uważnego obserwatora. Sytuacja, w której się znalazł, fakt, że nie mógł nikomu zaufać, niepewność, podejrzenia; to wszystko wzbogacało opowiedzianą historię i budowało dodatkowe napięcie.  

Polecam „Wariant”. Myślę, że pomimo usilnych prób wydawcy, nie stanie on na podium koło dzieł już niemal sztandarowych, ale i tak wart jest poświęcenia mu uwagi. Szkoda, że książka nie zachwyca od początku, chociaż może gdyby zachwycała, to rozwinięcie akcji nie robiłoby aż takiego wrażenia. Czytanie wywołuje prawdziwą euforię, kołatanie serca i wielką radość. Tom drugi (i ponoć ostatni!) jest jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier, mam nadzieję, że będzie tylko lepiej. 

Daję 5/6, ale kompletnie nie mam pomysłu jaką etykietę przypiąć tej książce, ponieważ według mnie nie zalicza się ona do żadnej z moich kategorii. 

15 komentarzy :

  1. Wiele wydawnictw stosuje takie zabiegi marketingowe, żeby tylko pozyskać czytelnika.
    Co do ,,Wariantu'' osobiście mnie zaciekawił i to bardzo, dlatego poszukam go i przeczytam. Żałuje jedynie, że początek nie zachwyca, ale może dalej nie będzie tak źle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z chęcią się na nią skuszę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tytuł intryguje, ale po twojej opinii jakoś mnie książka nie zaciekawia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gone przeczytałam do drugiego tomu z powodu braku następnych części w bibliotece. Bardzo chciałabym tą serię kontynuować. Jednak do "Wariantu" jakoś przekonana nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo lubię Wariant, mi książka właściwie od początku się podobała, a zakończenie zaskakujące i to bardzo, żałuję, że kolejny tom będzie ostatnim, ale wyczekuję z niecierpliwością.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Przenosząc na rzeczywiste realia - w więzieniach też nie jest źle. Karmią, ciepłe łóżko jest, dach nad głową też, telewizor, biblioteki, można uczyć się i studiować. I jakoś nikt nie jest radosny z tego że tam jest. Tu chodzi o sam fakt ograniczenia wolności. Niektórym ludziom nawet jedwabne kajdany przeszkadzają.
    Mnie także podobały się kreacje bohaterów. Ale za to mnie ta przedziwna końcówka zirytowała. Wiem, że autor wszystko wyjaśni w kolejnej części, ale pozostawianie w takiej niewiedzy jest frustrujące.
    Dla mnie najgorszy był język powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórym na pewno, ale mnie naprawdę by się w Akademii podobało. :)

      Usuń
  7. Oj, toś mnie zachęciła :D Byłam zainteresowana tą książką, ale recenzji mi się nie chciało szukać, a i nie wiele ich widywałam... Też nienawidzę promowania tytułów innymi dziełami - nacięłam się na Enklawie i mam uraz od tej pory... A przede mną Zatopione miasta wychwalane pod niebiosa, podobno lepsze niż Igrzyska i już tez się zraziłam, bo co jak co, ale Igrzysk nic nie przebije...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten tekst o Stephenia Kingu od razu zachęcił mnie do tej książki i twoja recenzja również. W sumie to troche bojes ie tego, ze nie zachwyca od poczatku, ale mysle, ze warto spróbowac.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie tu nawet nie chodzi o samo promowanie. Owszem, tych wszystkich "dla fanów Igrzysk" też nie znoszę,ale tego jest pełno i nauczyłam się to ignorować. Ale czegoś takiego jak w "Wariancie" nie spotkałam nigdzie wcześniej. Może tego nie widać za dobrze w tym, co napisałam, ale to jest podwójny cytat. Najpierw ktoś napisał na okładce Gone: "Gdyby Stephen King napisał Władcę much otrzymalibyśmy Gone" i to jest okej - ktoś się promuje i dobrze. Ale później wydawnictwo Amber wzięło dokładnie tę samą rekomendację, dokładnie ten sam cytat i wstawiło go na "Wariant", co już jest dla mnie nie do przyjęcia. Nie wymyślili nawet własnego sloganu, mogli przecież napisać "Lepsze niż Gone" albo "Dla fanów Gone", ale nie zrobili nawet tego. Mam nadzieję, że teraz to dobrze wyjaśniłam. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Z chęcią sięgnę po książkę jak tylko napatoczy mi się w ręce w bibliotece :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiele osób porównuje tę książkę do Gone - nie czytałam serii Granta, ale Wariant jest naprawdę świetny :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem właśnie w trakcie poszukiwania książki, która zaciekawiłaby mnie na tyle, że siedziałabym od rana do rana w łóżku (chociaż jeśli dobra, do skończyłoby się na od rana do południa) i z pełnym pęcherzem nie byłabym w stanie odsunąć kołdry i wyjść do toalety, bo kolejne zdanie może coś zmienić.
    Niestety, jestem tak beznadziejnym człowiekiem, że dla mnie najważniejsze są 3 pierwsze strony książki. I jeśli one mnie nie poruszą, to nie czytam dalej.
    Tak było z tą książką. Jak złapałam ją w swoje dłonie to przeczytałam chyba 5 stron i odstawiłam na półkę. Jednak po przeczytaniu twojej recenzji dochodzę do wniosku, że popełniłam jeden z największych błędów swojego życia i już jutro zabieram się za czytanie!

    zapraszam do nas
    laweczkapodczatem.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Trzeba przyznać, że to wszystko ma ręce i nogi 8)
    Pomimo tych porównań do innych powieści i młodzieżowego wydźwięku, coś mnie kusi w tejże publikacji. Zatem będę ją miała na uwadze.

    OdpowiedzUsuń
  14. Fabuła brzmi całkiem ciekawie, ale na razie nie mam miejsca w kolejce na "Wariant" :(

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...