piątek, 26 kwietnia 2013

"Strażnicy historii. Nadciąga burza" Damian Dibben

Wydawnictwo Egmont
Czyta: Leszek Zduń
Stron: 328
Cykl: Strażnicy historii, tom I


Opis wydawcy:
Rodzice Jake’a Djonesa zaginęli bez wieści i nie wiadomo, w jakim są miejscu na Ziemi i w jakim momencie historii. Jake poznaje ich zdumiewający sekret: oboje należą do Tajnych Służb Straży Historii, stowarzyszenia, którego członkowie podróżują przez stulecia, aby udaremniać poczynania złoczyńców manipulujących przy dziejach świata. W poszukiwaniu rodziców Jake przenosi się z Londynu XXI wieku do dziewiętnastowiecznej Francji, gdzie trafia do Punktu Zero, głównej siedziby strażników historii. Tam poznaje barwną grupę młodych agentów i wraz z nimi wyrusza do epoki renesansu, aby podjąć misję ratowania dziejów przed złowrogim Zeldtem, który zamierza zniszczyć świat, jaki znamy. Przeszłość jest w niebezpieczeństwie i tylko Jake Djones może ją ocalić!



Czasem wydaje mi się, że mój rozwój intelektualno-emocjonalny zatrzymał się na poziomie dwunastolatki. Wszystko przez to, że książki przygodowo-fantastyczne, których grupą docelową są dzieciaki w tym wieku, to jeden z moich ulubionych gatunków. Wszystkie te niezwykłe historie, tajemnicze światy i niebezpieczne przygody są czymś, bez czego nie mogłabym się obyć.

Nadciąga burza to historia 14-letniego Jake’a, który dowiaduje się nie tylko tego, że podróże w czasie są możliwe, ale także, że sam jest niezwykle uzdolniony w tej dziedzinie. Na dodatek jego rodzice, którzy według wszelkich założeń powinni znajdować się na targach hydraulicznych, zgubili się w otchłani historii. Jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach – życie Jake’a zmieni się nie do poznania.

Fabuła jest oryginalna i zawiera w sobie wszystko to, co lubię najbardziej, czyli podróże w czasie (chyba nigdy mi się nie znudzą), mnóstwo wspaniałych przygód, szaleńczo pędzącą akcję i ratujące świat dzieciaki. Jest idealnie? Nie do końca.

Jestem naprawdę w stanie wiele wybaczyć książkom z tej grupy tematycznej. Wiem, że to fantastyka, a określona konwencja pozwala na wiele. Dlatego naprawdę nie przeszkadzają mi sytuacje wybitnie nieprawdopodobne, które normalnie ganiłabym do utraty tchu. Tych jest tu całkiem sporo. To tego typu fragmenty, w których niewyszkolony 14-latek jest w stanie pokonać całą armię albo przepłynąć wpław ocean. Być może kogoś to razi; mnie raczej bawi i wprowadza w dobry humor. Jest jednak coś, czego znieść nie mogę. Nadciąga burza przepełniona jest bohaterami, którzy podczas rozpaczliwej gonitwy z czasem, kiedy resztką sił ratują cały świat, znajdują czas, żeby się zatrzymać i... żartować. Sprawa jest naprawdę beznadziejna. „Żarty” te są karykaturalnie przerysowane, wciśnięte na siłę i w ogóle niezabawne; przybierają postać szczególnie żenującą, gdy wypowiadane są przez dorosłych. Im bliżej końca, im akcja bardziej się zagęszcza, tym nagromadzenie słabych dowcipów jest coraz większe, a tym samym sytuacje stają się coraz bardziej absurdalne.


[...] spojrzał na swój czasomierz. – Pięć po pierwszej, została godzina do zaćmienia. Może wystarczy czasu na kawkę? – zażartował.

[...] wsunęła do środka smukłe palce. – Będę miała pretekst, żeby fundnąć sobie manicure – zażartowała.

[...] wyciągnął ramiona i wyjął szklaną kapsułę, by przyjrzeć się jej śmiercionośnej zawartości. Kapsuła natychmiast wyskoczyła mu spomiędzy palców i pofrunęła w powietrze. Wszyscy jak na komendę wstrzymali oddech, porażeni wizją nagłej śmierci, ale P. zręcznie złapał bańkę drugą ręką. – Spokojnie – uśmiechnął się. – Taki żarcik.  


Właśnie to zepsuło mi finał powieści i tym samym wpłynęło na całą ocenę. Nie wiem co się stało i dlaczego autor zdecydował się na ten samobójczy krok; bał się wywołać u młodego czytelnika stan zbyt dużego napięcia emocjonalnego, czy (o zgrozo!) naprawdę wydawało mu się to śmieszne? Chcąc być jednak w pełni szczerą przyznać muszę, że reszta powieści (wszystko, poza ścisłym finałem) pozbawione jest sztucznej wesołości. W dalszej części recenzji postaram się wyzbyć emocji i zapomnieć o swych przykrych doznaniach.

Nadciąga burza to powieść dobra i ciekawa. Czasami szaleńczo wciągająca, a nawet zaskakująca. To przede wszystkim powieść przygodowa, z silnymi akcentami realistycznymi (poza podróżami w głąb historii, nie ma tu innych elementów fantastycznych). Sama teoria podróży w czasie średnio mnie przekonała; zażycie atomium jest lekko efekciarskie i mocno skomplikowane. Pojawia się też kilka nielogicznych i niespójnych informacji. Nie potrafię na przykład zrozumieć, dlaczego podróżnicy w czasie, którym pozostało kilka dni na zapobieżenie apokalipsie (mission impossible!) nie cofną się po prostu o tydzień i nie zapewnią sobie dodatkowych, cennych godzin.

Niezbyt się też odczuwa te zależności czasów, które tak lubię (kiedy każda, nawet najmniejsza zmiana przeszłości wpływa na przyszłość). Realia historyczne też nie są zbyt silnie odczuwalne. Wszystko przypomina teatr – są kostiumy i scenografia, ale obyczaje i pewne komponenty rzeczywistości w żadnym wypadku nie przypominają początków renesansu (akcja pierwszego tomu przygód Jake’a rozgrywa się w 1506 roku). Pewne rzeczy są kompletnie nieprzemyślane; no chociażby fakt, że bohaterowie, wesoło spędzając czas w szesnastowiecznej Wenecji, rezerwują sobie stolik w restauracji. Autor ewidentnie zapomniał, że restauracja to wynalazek XVIII-wieczny, a rezerwowanie stolików – jeszcze późniejszy. Albo fakt, że bohaterowie otrzymują pokój z łazienką, a w niej wannę. Łazienki w XVI-wiecznym zamku? Dziwne było też to, że bohaterowie przemieszczali się wszędzie niesamowicie szybko. Pamiętajmy, że mieli do dyspozycji tylko konny powóz. Wschodnie Niemcy, na przykład, przejechali w ciągu pięciu godzin. Owszem, też zdarzyło mi się kiedyś pokonać tę trasę w podobnym tempie, ale ja jechałam samochodem po autostradzie. No i wreszcie prawdziwa „perełka” – to naprawdę mało prawdopodobne, żeby wędrowna trupa aktorów wystawiała Króla Edypa po niemiecku. Całkowicie zapomniani w średniowieczu greccy dramatopisarze zostali odkryci w renesansie. Ale na pewno nie przez plebs (a wędrowcy artyście należeli do zdecydowanie najniższej z grup społecznych – aż do XVII wieku aktorów nie można było chować w poświęconej ziemi), a przez wykształconych filologów. Na dodatek czytano je w oryginale. Tłumaczenia dzieł antycznych na języki narodowe to działalność epoki oświecenia. Tym podobnych „kwiatków” jest jeszcze kilka i wszystkie dziwią równie mocno. Zwłaszcza, że fakty te nie należą do wiedzy tajemnej, a do kanonu informacji, które powinien znać zdolniejszy gimnazjalista. Szkoda, bo byłoby naprawdę dobrze. Z drugiej bowiem strony, powieść skrzy się od ciekawych i wartościowych informacji historycznych. Sporo tu nazwisk, nazw zabytków, geografii, okoliczności historycznych i ogólnych tendencji epoki Z pewnością stanowić one będą ciekawsze niż szkolne źródło wiedzy o dziejach, a być może zainspirują do poszukiwania innych źródeł informacji. Za to wielki plus.

Podobała mi się też kreacja bohaterów – ich największą zaletą jest fakt, że nie są niczyją kopią. Czytając, nie miałam przed oczami kolejnego trójkąta Harry, Ron i Hermiona, ale postaci wyróżniające się swoimi własnymi, niepowtarzalnymi cechami. Szczególne brawa należą się za moją ulubioną postać – Nathana; dbający o paznokcie, nastoletni chłopak, który interesuje się modą – tego jeszcze nie było.

Przystępując do Strażników historii trzeba mieć na uwadze fakt, że to przede wszystkim książka dla dzieci – z kilkoma niedociągnięciami, a nawet kardynalnymi błędami. Niemniej jednak to książka dobra, niezwykle zajmująca i dla czytelnika w wieku 10+ całkiem wartościowa. Warto mieć ją na uwadze.

Ocena: 4+ (gdyby nie fatalne żarty, byłoby 5-)

Kilka słów o audiobooku:
Leszek Zduń czyta średnio. Z czasem przyzwyczaiłam się do jego interpretacji, ale na początku drażniła mnie jego zbyt silna modulacja głosu i to, że czytał za wolno (gdyby niektórych zdań i pauz między nimi nie przeciągał w nieskończoność, audiobook mógłby trwać dziesięć zamiast dwunastu godzin). Czegoś mu jednak wybaczyć nie mogę. W powieści pojawia się sporo francuskich wstawek, a pan Zduń czyta je tragicznie! Rozumiem, że nie każdy jest romanistą z perfekcyjnym akcentem, ale przygotowując się do tak odpowiedzialnego zadania, jakim jest nagrywanie oficjalnego audiobooka, należałoby się przygotować do zadania w stopniu minimalnym. Dawno nie słuchałam czegoś tak złego, jak francuski tego pana.


16 komentarzy :

  1. Właśnie wypożyczyłam książkę z biblioteki ;) Ach te żarciki, autor widzę jeszcze dokładnie podkreślał, że to akurat jest żart, by czytelnik nie mógł się w tej kwestii pomylić ;) Niedługo się za nia zabiorę ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam Cię do blogowej zabawy:
      http://ksiazkowyswiatpatrycji.blogspot.com/2013/04/stosik-z-dnia-ksiazki-zabawa-55.html ;)

      Usuń
  2. W takim razie życzę Ci, abyś NIGDY nie usłyszała mojego francuskiego;p.

    OdpowiedzUsuń
  3. My przeczytaliśmy "Strażników historii" w zeszłe wakacje. Mąż i córka właśnie czekają na drugi tom z biblioteki. Ja pasuję po pierwszym. Uwielbiam fantastykę dla młodzieży, ale w tym wypadku bardzo silnie czułam, że to książka debiutancka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Staram się unikać opowieści o dzieciach, do tego napisanych przez debiutujących autorów. Niemniej zachęcona pozytywnymi opiniami postanowiłam tę książkę kiedyś przeczytać. Żal mi trochę kasować ją z biblioteczki.
    Takie wymuszone żarty są karykaturalne i po prostu idiotyczne. Ja osobiście nie lubię wymuszonej ironii. W sensie takich dziecinnych pseudosarkastycznych komenatrzy, które mają wykreować bohatera na osobę bystrą...
    A jeśli chodzi o warstwę historyczną... Ktoś tu powinien wrócić do podstawówki, a nie pisać książki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Raczej zrezygnuję z przeczytania tej powieści. Doszłam ostatnio do wniosku, ze ten rodzaj literatury po prostu zaczyna mnie.. nudzić. W przecewieństwie do Ciebie, jak widzę. :D

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie przejmuj się o swój rozwój intelektualno-emocjonalny, gdyż ja mam taki sam! xD Moją ulubioną serią są "Wampiraci" - Justina Sompera, czyli powieści dla osób od lat dwunastu w górę. Takie książki są najlepsze, szczególnie teraz, kiedy ich autorzy starają się być oryginalni i nie kopiują takie "Zmierzchu", czy "Gry o tron". Czytałam tę książkę i jest świetna, naprawdę warta uznania. Audiobooka jeszcze nie słuchałam, więc nie wiem co o nim myśleć. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawy blog, będę odwiedzała....

    Nie czytam tego typu literatury, ale przyznaję, że Twoja recenzja jest zachęcająca...


    pozdrawiam i zapraszam do mnie

    http://annamatysiak.blogspot.com/

    :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A propos Twojego pierwszego akapitu, mam tak samo. Wydaje mi się, że to zasługa wybujałej fantazji i dużej wrażliwości. Nigdy nie zarzucam sobie zdziecinnienia. Mam to za atut. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Tęsknimy!! Wrócisz do nas kiedyś??
    Gina

    OdpowiedzUsuń
  10. W związku z tym, że obserwujesz mojego bloga K JAK KSIĄŻKA http://kjakksiazka.blogspot.com chciałam Cie poinformować, że przeniosłam się na adres

    http://peronczwarty.blogspot.com

    Będzie mi ogromnie miło, jeśli będziesz nadal zaglądać do mnie i mnie obserwować, nie chciałabym stracić czytelników. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  11. szkoda, że już się tutaj nie odzywasz :(

    OdpowiedzUsuń
  12. Widziałam tą książkę w bibliotece :) Może kiedyś się skuszę ;D
    Piszesz ciekawe recenzje, obserwuję i z pewnością bd tu wpadać częściej ;)
    http://myawesomebooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  13. Przeleciałam przez tę książkę jak burza, wydała mi się ciekawa i dość porywająca, zupełnie nie zwracałam uwagi na fakty historyczne w niej zawarte, ale to wynik tego że po prostu się w nią nie wgłębiłam. Dla dzieciaków, jak najbardziej dobra, dla starszych różnie - gdybym była dzieckiem czytałabym ją z wypiekami na twarzy, a tak po prostu przeczytałam, ubawiłam się i... zapomniałam o niej! :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo fajna recenzja :)

    Zapraszam również do siebie: http://scritto-con-la-pasta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...