czwartek, 21 marca 2013

"Czy wojna jest dla dziewczyn?" Paweł Beręsewicz

Wydawnictwo Literatura
Ilustracje: Olga Reszelska
Stron: 48
Wiek: 7+



Wbrew opinii wielu ludzi (najczęściej niemłodych i związanych z ruchami narodowymi), nikt nie rodzi się patriotą. Nikt nie posiada wrodzonej wiedzy o bohaterskich wyczynach naszych przodków, a wydarzenia II wojny światowej są sprawą tak samą odległą i abstrakcyjną jak ustrój polityczny Mezopotamii i najazdy Tatarów na Polskę.
Wojna to ciężki temat, a podejmowany w literaturze dziecięcej wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Bo nie dość, że zadanie jest niesamowicie trudne (ciężko mówić dziecku o tak wielkim okrucieństwie), to na dodatek poczucie polskiej martyrologii sprawia, że zawsze znajdzie się stu takich, którym coś nie będzie pasowało. Ale Paweł Beręsewicz zadaniu podołał i stworzył prawdziwą perełkę, która zachwyci czytelnika w każdym wieku.

Przebywająca na wakacjach dziewięcioletnia Elka jest niezadowolona. Antek – jej towarzysz zabaw nagle stał się nieznośny i nie chce się już bawić. Zbliża się bowiem wojna i Antek, udając dorosłego, buduje z piasku pociski, którymi chce atakować samoloty. Co więcej, twierdzi, że wojna nie jest dla dziewczyn! Czy Elka wie czym jest wojna? Oczywiście! Dorośli rozmawiają o niej bez przerwy, widziała też Hitlera, który śmiesznie wymachiwał pięścią. I dobrze! Niech wojna będzie, „żeby ten zarozumiały Antek przestał zadzierać nosa”.

„Czy wojna jest dla dziewczyn?” to opowieść smutna (ukradkiem uroniłam niejedną łzę), a dla dorosłego czytelnika (dostrzegającego wszystkie aluzje i niedopowiedzenia) nawet lekko przygnębiająca. Bo choć we wszystkie wydarzenia wpleciona jest codzienność bohaterki i nie brakuje tu humoru, to wywołany nim uśmiech jest typowym uśmiechem przez łzy. Niemniej jednak to książka piękna i ważna. Pozwoli zrozumieć istotę wojny (o ile ta jest w ogóle możliwa do objęcia rozumem) i stanowić będzie pretekst do rozmowy na jej temat (bo pytań z pewnością będzie bez liku).

Książka odpowiada na pytanie zadane w tytule niejednoznacznie. Z jednej strony – tak, wojna jest dla dziewczyn, bo wojna dotyka każdego, bez względu na jego płeć, wiek, czy wykonywany zawód. Z drugiej jednak strony czytelnik wynosi naukę dość oczywistą – wojna nie jest dla kogoś, ona po prostu jest i – chcąc nie chcąc – trzeba się z nią zmierzyć.

To opowieść ponadczasowa. Podczas lektury w ogóle nie odczuwa się faktu, że Ela żyła 70 lat temu. To zwyczajna dziewczynka; taka, z którą łatwo się utożsamić, a tym samym jeszcze bardziej zrozumieć to, co ją spotkało. Ela opowiada nie tylko o wojnie. To relacja dziecka, które chodzi do szkoły i kłóci się z koleżanką, które bez zbędnych frazesów komentuje otaczającą je rzeczywistość.

Co ciekawe książka ta inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Na końcu znajdują się notka biograficzna i zdjęcia Elki, które dodają książce kolorytu, wprowadzają w stan „o rany, to się wydarzyło naprawdę!” i inspirują do samodzielnego zagłębiania się w zakamarki historii.

Wszystko okraszone jest jak zawsze wspaniałymi ilustracjami Olgi Reszelskiej. Obrazki są zabawne, balansują smutki i świetnie komentują tekst.
Trzeba też wspomnieć o znakomitej czytelności. Duże litery umieszczone na białym tle sprzyjać będą pierwszym samodzielnym lekturom.

Z całego serca polecam „Czy wojna jest dla dziewczyn?”. To mądra i trafiająca w serce opowieść o wojnie, dzieciństwie, śmierci, nadziei, stracie i o zderzeniu swoich wyobrażeń z rzeczywistością.


A wywiad z prawdziwą Elą Łaniewską (dziś Elżbietą Łukaszczyk) możecie przeczytać TUTAJ.

wtorek, 19 marca 2013

Beautiful Creatures (Piękne Istoty) - recenzja filmu

Beautiful Creatures (Piękne Istoty)
USA, 2013
Reż. Richard LaGravenese



Recenzja książki TUTAJ

Zacznę od tego, że ni w ząb nie pamiętam przeczytanej 3 lata temu książki. To straszne, ale nie byłam sobie nawet w stanie przypomnieć zarysu fabuły. No, prawie. Dlatego oglądając film nie porównywałam, nie miałam zbyt dużych oczekiwań i nie wytykałam co chwilę niezgodności fabularnych. Po prostu poszłam do kina, a tam trafiłam na bardzo kiepski film.

Przede wszystkim „Piękne istoty” są niesamowicie nudne! I mówcie co chcecie, ale jak film jest nudny, to nawet największe aktorskie kreacje i inne cuda na kiju nie mają znaczenia. Bo po prostu się ziewa, co chwilę sprawdza która godzina i z wytęsknieniem wspomina ciekawe rzeczy, które można by robić w tym czasie. A tu nic. Akcji niewiele, za dużo tych żenująco złych scen „miłości” między Ethanem i Leną, które tylko niepotrzebnie rozwlekają akcję, a nie wnoszą zupełnie nic.

Wszyscy się zachwycają jaką to świetną robotę odwalili Jeremy Irons i Emma Thompson i jaki w związku z tym film jest świetny. Trochę tego nie rozumiem. Są dobrymi aktorami, to i dobrze zagrali. Owszem, ta para aktorska to największa zaleta filmu, ale niestety nie rekompensuje całej reszty.
Dwoje protagonistów natomiast mnie nie przekonało. Alden Ehrenreich (Ethan) nie był zły i jako aktor, zagrał dobrze, ale... no właśnie, to właśnie w związku z nim mam największe zastrzeżenia, o których za chwilę. Alice Englert (Lena) natomiast zagrała źle. Co mnie szczególnie uderzyło, to fakt, że zbyt często mrugała. Powiecie pewnie, że się czepiam, ale nie! Przy każdej scenie „miłosnej” ona mrugała – szybko i nienaturalnie. To chyba miało oddać jej emocjonalne zaangażowanie, ale wyszło marnie.

No i Ethan. Co się stało z Ethanem??? Nie pamiętam szczegółów, nie mogę cytować tego, jak zachowywał się w powieści, ale na pewno nie tak. Po pierwsze: wyglądał na dobre 30 lat. Nie, nie przesadzam. Wiem, że do roli nastolatków często bierze się dużo starszych aktorów, ale to już było zbyt wiele. Po drugie (i najważniejsze): zrobili z niego kompletnego kretyna. Filmowy Ethan (wyglądem i charakterem) do złudzenia przypominał mi „Twilightowego” Emmetta. To dość tępawy, mocno osiłkowaty i baaardzo typowo amerykański nastolatek. Odebrałam go jako idiotę, który dosłownie co chwilę się z czegoś podśmiewa i którego wyraz twarzy nigdy nie został zmącony jakąkolwiek głębszą myślą. Szczytem wszystkiego i momentem przełomowym, takim, w którym chciałam wyjść z kina była scena, w której siedzący w bibliotece, uśmiechnięty Ethan je banana. Nie wiem czy sam opis tej czynności (zdjęcia nie znalazłam) jest w stanie oddać jej absurd. To po prostu trzeba zobaczyć.

No i wreszcie, zahaczając o kwestie techniczne, zauważyć trzeba, że polskie tłumaczenie napisów do filmu oparte było chyba na translatorze Google; jest niedokładne, niekiedy pomijane są całe zdania. Zdarzają się też literówki.

Czas na plusy filmu: mieszkanie Macona. To tyle.

„Beautiful Creatures” to film bardzo słaby. Dysonans między książką a filmem jest ogromny. Powieść mnie zachwyciła, a film... bardzo wątpię, czy zdołałby kogoś zachęcić do lektury.
Nie wiem czy nadal grają ten badziew w kinach, ale jeśli tak – trzymajcie się z daleka!

Zrobiłam nawet swój własny mem! :) Nie jest jakoś wybitnie zabawny, ale oddaje to, co czułam podczas oglądania filmu. O, taki: 



czwartek, 14 marca 2013

"Grzeczna" Gro Dahle, Svein Nyhus

Wydawnictwo EneDueRabe
Stron: 32
Wiek: 5+

„Grzeczna” to historia małej, idealnej Lusi. Czemu idealnej? Bo wzorcowo wpasowującej się w konwenanse. Lusia „robi wszystko, jak należy”; ma nieskazitelny uśmiech, ładnie pisze (równiutko i elegancko), przytakuje i się zgłasza. Ma nawet idealne palce i paznokcie (nie jakieś tam pogryzione)! I zęby i buzię! A przede wszystkim jest cichutka; nigdy nie odzywa się nieproszona, z jej ust wychodzą tylko ładne wyrazy. Jest „tak cichutka, że pewnego dnia zniknęła”, wtopiła się w ścianę.
Wiecie jaki był największy problem Lusi? I jaki przy okazji problem został tu poruszony? Lusia była tak grzeczna, że nie mogła, po prostu nie potrafiła krzyknąć i powiedzieć, że wciąż tu jest. „Nikt nie wiedział, że tam ciągle jest, bo nie umiała mówić o byle czym.” Przecież nikt jej o to nie poprosił. Okazuje się, że nie jest sama. Ściana pełna jest cichych i grzecznych, niemal przezroczystych dziewczynek, a nawet dorosłych kobiet.
Dlaczego dziewczynek? – zapyta być może jakiś zdezorientowany czytelnik. Sprawa jest prosta! To przecież w głównej mierze dziewczynki poddawane są tym wszystkim sztywnym zasadom wychowawczym. Określenie „łobuziak” dla chłopca bywa nobilitujące, dziewczynce zbyt wielu rzeczy nie wypada. Jej zadaniem jest przede wszystkim ładnie wyglądać, nie dłubać  nosie, nie krzyczeć zbyt głośno, nie odzywać sie bez pytania, a nawet stawiać w zeszycie kształtne literki... po prostu – być Lusią! I tego samego – choć w nieco innym zakresie – wymaga się później od kobiet w dorosłym życiu.

„Grzeczna” to książka ważna. Demaskuje złe, niesprawiedliwe praktyki społeczne. Pokazuje, że jeżeli nie nauczymy się krzyczeć, walczyć, jasno i śmiało wyrażać swojego zdania, to kiedyś, w kluczowym momencie naszego życia, nie posiądziemy tej umiejętności ot tak, nagle. Własna opinia i umiejętność wyrażania swoich potrzeb to kompetencje tak samo ważne jak wiązanie sznurowadeł, czy samodzielne przygotowanie śniadania. Lusi w końcu się udaje; przestaje się uśmiechać i krzyczy, potrafi powiedzieć „dosyć!”. Teraz jest brudna, ma potargane włosy i dłubie w nosie, ale zyskała znacznie więcej.

Metaforyczny (wręcz poetycki!) tekst współgra z symbolicznymi, dużymi ilustracjami. Niektóre z nich mogą wydawać się nieco zbyt demoniczne, ale według mnie po prostu tym mocniej oddziałują na wyobraźnię. Są bardzo sugestywne i na długo zapadają w pamięć. Książka ma twardą oprawę, dość grube kartki, a umieszczony na białym tle tekst jest zawsze czytelny.

„Grzeczna” to lektura obowiązkowa dla... no właśnie, dla kogo? Dla dzieci, to jasne, ale druga grupą docelową powinni być rodzice i opiekunowie, bo to oni ubierają swoje córki w róż i nie pozwalają im wchodzić na drzewa „bo się spocą i pobrudzą”.
Uwielbiam, kiedy książki dla dzieci są Literaturą przez duże „L”. Gdy pobudzają do myślenia i zaskakują dojrzałym spojrzeniem na problem doniosły społecznie, nie zapominając przy tym o zachowaniu formy, która trafi wprost do młodego czytelnika.
Bardzo, bardzo polecam!  

 

poniedziałek, 11 marca 2013

"Wariant" Robison Wells

Wydawnictwo: Amber
Stron: 304

Opis wydawcy:
W Akademii Maxfield musisz wybierać: Porządek albo Spustoszenie albo Wariant. Benson musi przyłączyć się do jednej z tych grup, żeby przetrwać. Ale wie, że powinien uciec. I że ufać może tylko sobie.
Siedemnastoletni Benson myślał, że stypendium Akademii Maxfield będzie przepustką do lepszego świata.
Mylił się. Został uwięziony w szkole otoczonej drutem kolczastym. W szkole, w której kamery śledzą każdy ruch. W której nie ma dorosłych. W której uczniowie podzielili się na trzy grupy, po to żeby przeżyć. Jeśli nie jesteś w żadnej z nich, to nie ma ciebie.
Jeśli złamiesz regulamin, znikasz...
Lecz Benson nie wie jeszcze wszystkiego. A kiedy odkrywa prawdziwą tajemnicę Akademii Maxfield, uświadamia sobie, że posłuszeństwo może przypłacić losem znacznie gorszym niż śmierć. I że ucieczka – jedyna szansa na przetrwanie – może okazać się niemożliwa...

 Kompletnie zirytowało mnie zdanie znalezione na okładce „Wariantu”:
"Gdyby Stephen King napisał Władcę much otrzymalibyśmy Gone", tak nazwano bestsellerową serię Michaela Granta. To samo można powiedzieć o Wariancie.

Jak?! No jak można zawłaszczyć sobie rekomendację innej książki? Pomijam już zasady uczciwości, tu chodzi o pomysłowość. Czy tak trudno stworzyć nowy, nieznany wcześniej slogan?
Bardzo sceptycznie podchodzę do książek, które swój sukces budują na popularności innego dzieła. „Sceptycznie” to nawet złe określenie. Zwyczajnie mnie to wkurza. I kiedy widzę coś takiego (a najczęściej porównania te są kompletnie nietrafione i okazuje się, że reklamowane w ten sposób książki nie mają zbyt wiele do zaoferowania), to w mojej głowie włącza się jakaś wewnętrzna blokada, która każde mi odwrócić się na pięcie i odejść od czegoś, co zamiast zachęcić ciekawym opisem i udaną akcją promocyjną, żerować musi na innym tytule. Nad „Wariantem” się jednak zlitowałam. Nie dość, że recenzje były niezłe, to stwierdziłam, że czemu biedny ma cierpieć przez dziwne zwyczaje polskiego wydawcy? Tak więc stało się i „Wariant” był mój.

Zacznę od wad. Uczciwie dodam, że gdyby nie okładkowe porównanie do bardzo lubianej przeze mnie serii „Gone”, to o większości z nich w ogóle bym nie pisała, bo i po co? To dwie zupełnie odrębne powieści i do głowy nie przyszłoby mi stworzenie takiego akapitu w mojej recenzji. Rękawica jednak została rzucona, a ja ją podnoszę, wyzwanie przyjmuję i postaram się dowieść, że „Wariant” z „Gone” nie ma prawie nic wspólnego. Seria Michaela Granta jest lepsza, bez dwóch zdań – jego książki trzymają w napięciu od samego początku, wydają się być bardziej pomysłowe. Jakie są główne różnice? W „Gone” mieliśmy pokazaną całą przemianę społeczeństwa. Byliśmy świadkami momentu, w którym znikają dorośli; pojawiła się panika, bunt, a potem próba uporządkowania swojego nowego świata. Dużo czasu zajęło dzieciom stworzenie norm i instytucji. Tutaj wraz z bohaterem wchodzimy w istniejący już świat i zasady. Poza tym sytuacja jest dosyć klarowna. Dorośli nie zniknęli; wręcz przeciwnie. To oni rządzą Akademią; kontrolują, obserwują, wpływają na losy uczniów. W „Gone” sytuacja jest dużo bardziej tajemnicza; nie wiadomo co się stało i dlaczego. Dzieci zdane są tylko na siebie; same dokonują wyborów, nie są ograniczone żadnymi zasadami poza tymi, które same tworzą.
Tak więc ten tani, bardzo marny i pokrętny zabieg marketingowy Wydawnictwa stanowczo ganię i przechodzę do samej książki.

Benson ma już dość tułania się pomiędzy kolejnymi rodzinami zastępczymi. Składa podanie do Akademii Maxfield, gdzie ma nadzieję wreszcie się ustatkować, zawrzeć nowe przyjaźnie. Nie trafia jednak do zwykłej szkoły. Kiedy tylko zatrzaskują się za nim drzwi okazuje się, że został uwięziony; nie może wyjść, przestrzegać musi ustalonych zasad, wykonywać przydzielone mu prace, a jego ruchy śledzone są przez znajdujące się wszędzie kamery. Na dodatek w szkole nie ma żadnych dorosłych – wszystkim zajmują się uczniowie.

Powiem szczerze, że na początku nie byłam zachwycona „Wariantem”. Książka nie trzyma w napięciu od pierwszej strony. Byłam ciekawa dalszego rozwoju wypadków, chciałam poznać zakończenie, ale nie towarzyszyły temu większe emocje, o jakimkolwiek zdenerwowaniu przejawiającym się spoconymi dłońmi nie wspominając. W powieściach tego typu („tego typu”, czyli mówiąc najogólniej historiach dziwnych, tajemniczych, w których nie wiadomo o co chodzi) bardzo ważnym aspektem świata przedstawionego jest to, że bohaterowie postawieni zostają w sytuacjach naprawdę ekstremalnych; trudnych, niezrozumiałych, pozornie bez wyjścia. Doświadczają nieszczęść; autor nie szczędzi brutalnych opisów, bohaterom towarzyszy przemoc, choroby, a nawet śmierć. Przy „Gone”, czy przy „Więźniu labiryntu” całym sercem współczułam bohaterom. „Cóż to za straszny los” myślałam, rwąc sobie włosy z głowy! Akademia Maxfield naprawdę nie jest zła. Były imprezy, pyszne jedzenie, paintball i zakupy. I chociaż z czasem coraz bardziej ujawniała się „ciemna strona” szkoły, wspominano też jakieś zamierzchłe tragedie, to ciągle nie dostrzegałam tego wielkiego nieszczęścia, którego doświadczał Benson. Wystarczyło przestrzegać zasad, sumiennie wykonywać swoje obowiązki, a potem cieszyć się przywilejami (oj zdecydowanie byłabym w Porządku). Brakowało mi tu przemocy, sytuacji w których „czułabym” ból, takich, które wywoływałyby u mnie dreszcze, a może nawet łzy. Tu największymi obrażeniami, jakich mogli doświadczyć uczniowie były zadrapania i siniaki nabyte podczas turnieju paintballa. Brakowało mi też trzymającej w napięciu akcji. Brak prawdziwych zagrożeń sprawiał, że nie było się czego bać. Autor próbował stworzyć jakąś namiastkę opisów wydarzeń trzymających w napięciu. Na tapetę wziął sobie to nieszczęsne strzelanie farbą. Turnieje opisane są aż trzy razy i za każdym razem nudziłam się tak samo mocno. Bo niby jest groźnie (Benson się skrada, może zostać postrzelony, w każdej chwili ktoś może wyskoczyć zza drzewa i zrobić „bu!”), ale przecież wiadomo, że nic mu się nie stanie, a najgorsze, co go czeka, to pobrudzenie nowych spodni. O ile bardziej emocjonująca była analogiczna scena opisana w „Igrzyskach śmierci”. Tyle, że tam skradająca się po lesie Katniss mogła w każdej chwili zginąć. A to robi różnicę. Byłam więc nieco rozczarowana tego typu obrotem spraw.

Wszystko to jednak się zmieniło. I kto „Wariant” czytał, ten wie w którym momencie zmiana ta nastąpiła. No i potem się zaczęło. Drugą połowę książki przeczytałam jednym tchem; głodna, niewyspana, z kotem miauczącym i błagającym o kolację. Pojawiły się nowe zaskoczenia, niesamowite zwroty akcji – wszystko nabrało zupełnie innego charakteru. Ręce trzęsły mi się ze zdenerwowania, każdy szmer sprawiał, że podskakiwałam, nie miałam pojęcia czego się spodziewać.

To właśnie największa zaleta „Wariantu” – nie dość, że zaskakuje, to na dodatek zaskakujące jest już samo to zaskoczenie (na początku nie zapowiada się na jakieś wielkie rewolucje), dzięki czemu poziom konsternacji, szoku i niedowierzania wzrasta u czytelnika do granic możliwości. Nie miałam pojęcia, że fabuła pójdzie w tym właśnie kierunku i za to mistrzowskie zrobienie mnie w konia z całego serca gratuluję autorowi. Właśnie takie emocje cenię sobie w książkach najbardziej.

Końcówka również wbija w fotel. Nie przepadam za otwartymi zakończeniami, zwłaszcza takimi, które kończą się w pół zdania, ale trzeba przyznać, że to zakończenie pobudza do myślenia i zachęca do tworzenia własnych teorii. Od tygodnia próbuję rozgryźć o co w nim właściwie chodzi i ciągle nie mam pewności.

Spodobali mi się bohaterowie. Świetnie zbudowani, wielowymiarowi, z całkiem przyzwoitym zapleczem psychologicznym. Podobało mi się to, jak wcielili się w swoje role. Zachwycona jestem przemianą Bensona. Z buntowniczego chłoptasia, w świadomego i uważnego obserwatora. Sytuacja, w której się znalazł, fakt, że nie mógł nikomu zaufać, niepewność, podejrzenia; to wszystko wzbogacało opowiedzianą historię i budowało dodatkowe napięcie.  

Polecam „Wariant”. Myślę, że pomimo usilnych prób wydawcy, nie stanie on na podium koło dzieł już niemal sztandarowych, ale i tak wart jest poświęcenia mu uwagi. Szkoda, że książka nie zachwyca od początku, chociaż może gdyby zachwycała, to rozwinięcie akcji nie robiłoby aż takiego wrażenia. Czytanie wywołuje prawdziwą euforię, kołatanie serca i wielką radość. Tom drugi (i ponoć ostatni!) jest jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier, mam nadzieję, że będzie tylko lepiej. 

Daję 5/6, ale kompletnie nie mam pomysłu jaką etykietę przypiąć tej książce, ponieważ według mnie nie zalicza się ona do żadnej z moich kategorii. 

niedziela, 3 marca 2013

"Nowa Ziemia. Świat po wybuchu" Julianna Baggot

Wydawnictwo: Egmont
Stron: 472

Opis wydawcy:
Świat po wielkich eksplozjach. Szesnastoletnia Pressia mieszka w gruzach z innymi zmutowanymi, którzy ocaleli po Wybuchu. Partridge wychował się w sterylnej Kopule pośród nielicznych Czystych. Oboje uciekają. Pressia – przed poborem do militarnej organizacji, Partridge – przed ojcem tyranem. Ich spotkanie zmieni bieg historii Nowej Ziemi...


„Nowa Ziemia” to kolejna młodzieżowa „antyutopia”, których obecnie wiele. Według mnie dobra, ale nie wybitna, a już na pewno nie wyjątkowa. Świetnie napisana, ale niepozbawiona wad, niedociągnięć i rażących nieścisłości. Ponieważ lubię sobie zacząć od mankamentów, tak będzie i teraz. :)

Przede wszystkim najnowszy twór Julianny Baggott to nie antyutopia. Dla mnie dobra powieść futurystyczna to taka, podczas czytania której nagle, z przestrachem (a nawet paniką) stwierdzam, że właśnie tak może wyglądać świat za kilka(set) lat. Przedstawiona w „Nowej Ziemi” wizja przyszłości jest zbyt fantastyczna, aby można ją było uznać za przynajmniej odrobinę prawdopodobną i realną do spełnienia, a tym samym nie wywiera na mnie takiego wrażenia. Zacznijmy od samego początku – stopienia ludzi z przedmiotami. Nie przeczę – świetny pomysł, bardzo obrazowy, a nawet symboliczny, pobudzający wyobraźnię, ale... totalnie nieprawdopodobny. Przecież każdy wie, że ludzki organizm w naturalny sposób stara się pozbyć ze swojej struktury ciał obcych. Każdy kto kiedykolwiek przewrócił się na żwirze, lub wbił sobie pod paznokieć ostry fragment rośliny, czy (przykład z książki!) odłamku szkła, doskonale wie jak przebiega ten nieprzyjemny proces. Nawet „naukowe” tłumaczenie całej sprawy powikłaniami nuklearnymi kompletnie mnie nie przekonały.
To jednak można by po prostu nazwać fantastyczną wizją autorki. Gorsze są komplikacje związane ze stopieniami – te już nie tylko do mnie nie przemawiają, te uważam wręcz za głupie. Bo być stopionym z plastikiem to jedno, ale fakt, że nie można go usunąć, to już zupełnie inna sprawa. Piłowanie plastiku powoduje krwawienie (sic!), śmierć przyczepionego żywego organizmu powoduje też śmierć drugiej osoby... I najgorsze: deformacje ciał nie dotyczą jedynie ludzi, którzy przeżyli wybuch, ale także kolejnych pokoleń. Niby dlaczego poparzone osoby rodzą też poparzone dzieci? Kompletnie bez sensu.
Zakładając nawet, że to wszystko możliwe (teoretycznie można wyobrazić sobie dziewczynkę z plastikową głową lalki w miejscu ręki), to niektóre deformacje są nieprawdopodobne nawet w kategoriach przyjętych przez autorkę. Czymś innym jest mieć deformację, a czym innym jest panowanie nad nią; człowiek z karabinem zamiast ręki (chyba wyłącznie siłą umysłu) potrafi strzelać. Nie przekonały mnie też zupełnie nowe anomalie genetyczno-cielesne, które powstały w wyniku wybuchu; ludzie stopieni z piaskiem stworzyli groźne Pyły – twór kompletnie nierealistyczny nawet w wyniku nuklearnego koktajlu.

Tak więc podsumowując: nie, tak nie będzie wyglądał świat w przyszłości. I choć „Nowa Ziemia” to ciekawa książka fantastyczna (a w zasadzie fantastyczno-naukowa), to nie zapewniła mi tego, co lubię w antyutopiach najbardziej – błąkającej się gdzieś po mojej głowie nikłej iskierki zwątpienia, która szepcze mi na ucho „a co by było, gdyby...”

Kolejną ogromną wadą powieści jest niedopracowanie wizji świata przedstawionego. Przede wszystkim otrzymujemy jedynie szczątkowe informacje na temat tego jak wygląda obecnie świat. Jest kopuła i... jedno jedyne miasto koło niej. A co z resztą? Bardzo brakowało mi większej ilości informacji.
Nieprzemyślana jest też struktura czasu akcji. Świat przed wybuchem to świat nam współczesny (filmy 3D, Disneyland, samochody), od wybuchu natomiast minęło około dziesięciu lat. Dekada to naprawdę niedużo! W tym czasie może zdarzyć się katastrofa ekologiczna, ale pewne zmiany (przede wszystkim kulturowe!) nie mają prawa się wydarzyć. No i jak tu teraz logicznie wytłumaczyć fakt, że Partridge, który niemal połowę swojego życia spędził w „starym świecie” nagle, po dziesięciu latach nie wie jak się przywitać, ponieważ w „jego społeczeństwie” wszystko wygląda inaczej? Tego typu zmian cywilizacyjnych można by się spodziewać po stu latach życia w odosobnieniu, ale na pewno nie tak szybko.
Z drugiej natomiast strony nie rozumiem jak to możliwe, że grono znakomitych naukowców żyjących w Kopule (którzy swoje tytuły naukowe osiągnęli jeszcze przed wybuchem), nagle, dziesięć lat później może nie wiedzieć jak powstaje wiatr... Partridge wyjaśnia: „W gruncie rzeczy nikt w Kopule nie potrafi wyjaśnić powstawania wiatru. (...) Właśnie tego rodzaju kwestii oni nie potrafią ogarnąć.” Jak to możliwe, że naukowcy, którzy w tak krótkim czasie zastąpili jedzenie tabletkami i stworzyli Kopułę mogli zapomnieć o podstawowych prawach fizyki?

Gdybym jednak po pierwsze – nie czepiała się szczegółów, a po drugie – nie nastawiła się na przerażającą wizję świata przyszłości, to do czynienia miałabym z całkiem przyjemną, trzymającą w napięciu i znakomicie napisaną powieścią science-fiction. Julianna Baggott to nie kolejna debiutująca autorka, która nieudolnie stara się napisać cokolwiek, byle było modne. Ma duże doświadczenie, a przez to świetny warsztat. W swojej powieści stworzyła świat ciekawy, pomysłowy i opisała go bardzo plastycznie. Zadbała nie tylko o główny schemat fabularny, ale też o zaplecze polityczne, naukowe, a nawet historyczne. Wizja nowego porządku jest oryginalna i (w swojej wewnętrznej strukturze, niestety z pominięciem świata zewnętrznego) dosyć mocno skomplikowana, a przez to ciekawa. W czasie czytania dowiadujemy się coraz to nowych rzeczy; niektóre z nich są oczywiste i przewidywalne (a przez to niedomyślność bohaterów irytuje), inne zaskakują, wprowadzają drugie dno i zapowiadają obiecującą kontynuację.
Cieszę się też, że w tym brutalnym świecie nie stroniono od brutalnych czynów. Autorka nie bała się opisywać śmierci, przemocy. Przetwarzane na bieżąco w obrazy naturalistyczne opisy niektórych deformacji na długo zakorzeniły się w mojej wyobraźni.
Podobało mi się też, że pokazane zostały dwa całkowicie odmienne światy. Zdewastowany świat Presii i sterylną, pełną nowoczesnych rozwiązań naukowych Kopułę Partridge’a. Dzięki zmiennej narracji poznajemy różne modele życia w świecie po wybuchu i różne postrzeganie nowej rzeczywistości. Mnie świat Kopuły wydał się znacznie ciekawszy i chciałabym, aby w kolejnych tomach to ona była głównym miejscem akcji.

„Nową Ziemię” polecam. Powieść wybija się na tle coraz bardziej schematycznych młodzieżowych powieści futurystycznych; z pewnością stoi na szczeblu odrobinę wyższym niż większość wciąż powielanych, jednowątkowych, marnych kopii „Igrzysk śmierci”. Jedyna wada to ta, o której już pisałam – nie odczułam przerażenia i grozy, na które liczyłam. Ale być może oczekiwałam po prostu zbyt wiele.

5=/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...