piątek, 26 kwietnia 2013

"Strażnicy historii. Nadciąga burza" Damian Dibben

Wydawnictwo Egmont
Czyta: Leszek Zduń
Stron: 328
Cykl: Strażnicy historii, tom I


Opis wydawcy:
Rodzice Jake’a Djonesa zaginęli bez wieści i nie wiadomo, w jakim są miejscu na Ziemi i w jakim momencie historii. Jake poznaje ich zdumiewający sekret: oboje należą do Tajnych Służb Straży Historii, stowarzyszenia, którego członkowie podróżują przez stulecia, aby udaremniać poczynania złoczyńców manipulujących przy dziejach świata. W poszukiwaniu rodziców Jake przenosi się z Londynu XXI wieku do dziewiętnastowiecznej Francji, gdzie trafia do Punktu Zero, głównej siedziby strażników historii. Tam poznaje barwną grupę młodych agentów i wraz z nimi wyrusza do epoki renesansu, aby podjąć misję ratowania dziejów przed złowrogim Zeldtem, który zamierza zniszczyć świat, jaki znamy. Przeszłość jest w niebezpieczeństwie i tylko Jake Djones może ją ocalić!



Czasem wydaje mi się, że mój rozwój intelektualno-emocjonalny zatrzymał się na poziomie dwunastolatki. Wszystko przez to, że książki przygodowo-fantastyczne, których grupą docelową są dzieciaki w tym wieku, to jeden z moich ulubionych gatunków. Wszystkie te niezwykłe historie, tajemnicze światy i niebezpieczne przygody są czymś, bez czego nie mogłabym się obyć.

Nadciąga burza to historia 14-letniego Jake’a, który dowiaduje się nie tylko tego, że podróże w czasie są możliwe, ale także, że sam jest niezwykle uzdolniony w tej dziedzinie. Na dodatek jego rodzice, którzy według wszelkich założeń powinni znajdować się na targach hydraulicznych, zgubili się w otchłani historii. Jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach – życie Jake’a zmieni się nie do poznania.

Fabuła jest oryginalna i zawiera w sobie wszystko to, co lubię najbardziej, czyli podróże w czasie (chyba nigdy mi się nie znudzą), mnóstwo wspaniałych przygód, szaleńczo pędzącą akcję i ratujące świat dzieciaki. Jest idealnie? Nie do końca.

Jestem naprawdę w stanie wiele wybaczyć książkom z tej grupy tematycznej. Wiem, że to fantastyka, a określona konwencja pozwala na wiele. Dlatego naprawdę nie przeszkadzają mi sytuacje wybitnie nieprawdopodobne, które normalnie ganiłabym do utraty tchu. Tych jest tu całkiem sporo. To tego typu fragmenty, w których niewyszkolony 14-latek jest w stanie pokonać całą armię albo przepłynąć wpław ocean. Być może kogoś to razi; mnie raczej bawi i wprowadza w dobry humor. Jest jednak coś, czego znieść nie mogę. Nadciąga burza przepełniona jest bohaterami, którzy podczas rozpaczliwej gonitwy z czasem, kiedy resztką sił ratują cały świat, znajdują czas, żeby się zatrzymać i... żartować. Sprawa jest naprawdę beznadziejna. „Żarty” te są karykaturalnie przerysowane, wciśnięte na siłę i w ogóle niezabawne; przybierają postać szczególnie żenującą, gdy wypowiadane są przez dorosłych. Im bliżej końca, im akcja bardziej się zagęszcza, tym nagromadzenie słabych dowcipów jest coraz większe, a tym samym sytuacje stają się coraz bardziej absurdalne.


[...] spojrzał na swój czasomierz. – Pięć po pierwszej, została godzina do zaćmienia. Może wystarczy czasu na kawkę? – zażartował.

[...] wsunęła do środka smukłe palce. – Będę miała pretekst, żeby fundnąć sobie manicure – zażartowała.

[...] wyciągnął ramiona i wyjął szklaną kapsułę, by przyjrzeć się jej śmiercionośnej zawartości. Kapsuła natychmiast wyskoczyła mu spomiędzy palców i pofrunęła w powietrze. Wszyscy jak na komendę wstrzymali oddech, porażeni wizją nagłej śmierci, ale P. zręcznie złapał bańkę drugą ręką. – Spokojnie – uśmiechnął się. – Taki żarcik.  


Właśnie to zepsuło mi finał powieści i tym samym wpłynęło na całą ocenę. Nie wiem co się stało i dlaczego autor zdecydował się na ten samobójczy krok; bał się wywołać u młodego czytelnika stan zbyt dużego napięcia emocjonalnego, czy (o zgrozo!) naprawdę wydawało mu się to śmieszne? Chcąc być jednak w pełni szczerą przyznać muszę, że reszta powieści (wszystko, poza ścisłym finałem) pozbawione jest sztucznej wesołości. W dalszej części recenzji postaram się wyzbyć emocji i zapomnieć o swych przykrych doznaniach.

Nadciąga burza to powieść dobra i ciekawa. Czasami szaleńczo wciągająca, a nawet zaskakująca. To przede wszystkim powieść przygodowa, z silnymi akcentami realistycznymi (poza podróżami w głąb historii, nie ma tu innych elementów fantastycznych). Sama teoria podróży w czasie średnio mnie przekonała; zażycie atomium jest lekko efekciarskie i mocno skomplikowane. Pojawia się też kilka nielogicznych i niespójnych informacji. Nie potrafię na przykład zrozumieć, dlaczego podróżnicy w czasie, którym pozostało kilka dni na zapobieżenie apokalipsie (mission impossible!) nie cofną się po prostu o tydzień i nie zapewnią sobie dodatkowych, cennych godzin.

Niezbyt się też odczuwa te zależności czasów, które tak lubię (kiedy każda, nawet najmniejsza zmiana przeszłości wpływa na przyszłość). Realia historyczne też nie są zbyt silnie odczuwalne. Wszystko przypomina teatr – są kostiumy i scenografia, ale obyczaje i pewne komponenty rzeczywistości w żadnym wypadku nie przypominają początków renesansu (akcja pierwszego tomu przygód Jake’a rozgrywa się w 1506 roku). Pewne rzeczy są kompletnie nieprzemyślane; no chociażby fakt, że bohaterowie, wesoło spędzając czas w szesnastowiecznej Wenecji, rezerwują sobie stolik w restauracji. Autor ewidentnie zapomniał, że restauracja to wynalazek XVIII-wieczny, a rezerwowanie stolików – jeszcze późniejszy. Albo fakt, że bohaterowie otrzymują pokój z łazienką, a w niej wannę. Łazienki w XVI-wiecznym zamku? Dziwne było też to, że bohaterowie przemieszczali się wszędzie niesamowicie szybko. Pamiętajmy, że mieli do dyspozycji tylko konny powóz. Wschodnie Niemcy, na przykład, przejechali w ciągu pięciu godzin. Owszem, też zdarzyło mi się kiedyś pokonać tę trasę w podobnym tempie, ale ja jechałam samochodem po autostradzie. No i wreszcie prawdziwa „perełka” – to naprawdę mało prawdopodobne, żeby wędrowna trupa aktorów wystawiała Króla Edypa po niemiecku. Całkowicie zapomniani w średniowieczu greccy dramatopisarze zostali odkryci w renesansie. Ale na pewno nie przez plebs (a wędrowcy artyście należeli do zdecydowanie najniższej z grup społecznych – aż do XVII wieku aktorów nie można było chować w poświęconej ziemi), a przez wykształconych filologów. Na dodatek czytano je w oryginale. Tłumaczenia dzieł antycznych na języki narodowe to działalność epoki oświecenia. Tym podobnych „kwiatków” jest jeszcze kilka i wszystkie dziwią równie mocno. Zwłaszcza, że fakty te nie należą do wiedzy tajemnej, a do kanonu informacji, które powinien znać zdolniejszy gimnazjalista. Szkoda, bo byłoby naprawdę dobrze. Z drugiej bowiem strony, powieść skrzy się od ciekawych i wartościowych informacji historycznych. Sporo tu nazwisk, nazw zabytków, geografii, okoliczności historycznych i ogólnych tendencji epoki Z pewnością stanowić one będą ciekawsze niż szkolne źródło wiedzy o dziejach, a być może zainspirują do poszukiwania innych źródeł informacji. Za to wielki plus.

Podobała mi się też kreacja bohaterów – ich największą zaletą jest fakt, że nie są niczyją kopią. Czytając, nie miałam przed oczami kolejnego trójkąta Harry, Ron i Hermiona, ale postaci wyróżniające się swoimi własnymi, niepowtarzalnymi cechami. Szczególne brawa należą się za moją ulubioną postać – Nathana; dbający o paznokcie, nastoletni chłopak, który interesuje się modą – tego jeszcze nie było.

Przystępując do Strażników historii trzeba mieć na uwadze fakt, że to przede wszystkim książka dla dzieci – z kilkoma niedociągnięciami, a nawet kardynalnymi błędami. Niemniej jednak to książka dobra, niezwykle zajmująca i dla czytelnika w wieku 10+ całkiem wartościowa. Warto mieć ją na uwadze.

Ocena: 4+ (gdyby nie fatalne żarty, byłoby 5-)

Kilka słów o audiobooku:
Leszek Zduń czyta średnio. Z czasem przyzwyczaiłam się do jego interpretacji, ale na początku drażniła mnie jego zbyt silna modulacja głosu i to, że czytał za wolno (gdyby niektórych zdań i pauz między nimi nie przeciągał w nieskończoność, audiobook mógłby trwać dziesięć zamiast dwunastu godzin). Czegoś mu jednak wybaczyć nie mogę. W powieści pojawia się sporo francuskich wstawek, a pan Zduń czyta je tragicznie! Rozumiem, że nie każdy jest romanistą z perfekcyjnym akcentem, ale przygotowując się do tak odpowiedzialnego zadania, jakim jest nagrywanie oficjalnego audiobooka, należałoby się przygotować do zadania w stopniu minimalnym. Dawno nie słuchałam czegoś tak złego, jak francuski tego pana.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Angelfall" Susan Ee

Wydawnictwo Filia
Stron: 316

Opis wydawcy: 
Aniele, stróżu mój… szeptaliśmy przez setki lat. Myliliśmy się. Teraz to właśnie ONE okazały się naszym największym koszmarem.
Angelfall to trzymająca w napięciu, momentami brutalna i krwawa opowieść o końcu świata. Mroczną atmosferę książki równoważą pełne humoru dialogi, a postapokaliptyczny mrok rozjaśniają promyki nieoczekiwanie rodzącego się uczucia, które może ocalić świat.
Ziemię ogarnęły ciemności. Państwa upadły, szpitale, szkoły i urzędy stoją puste, nie działają komórki. Za dnia na ulicach rządzą brutalne gangi, ale kiedy zapada mrok wszyscy wracają do kryjówek, kryjąc się przed grozą Najeźdźców. Anioły. Niektóre piękne, inne jakby wyjęte z najgorszych koszmarów, a wszystkie nadludzko potężne. Przez wieki uważaliśmy je za swoich stróżów, teraz okazały się agresorami siejącymi śmierć. Dlaczego zstąpiły na ziemię? Z czyjego rozkazu? Jaki mają plan? Czy ludzie zdołają im się przeciwstawić?
Siedemnastoletnia Penryn wyrusza w desperacki pościg, żeby uratować życie młodszej siostry, która została porwana. Żeby zwiększyć swoje szanse musi zjednoczyć siły ze swoim największym wrogiem. Oboje przemierzają Kalifornię, niegdyś piękną i słoneczną, dziś kompletnie zniszczoną i wyludnioną, a wszechobecna śmierć niejednokrotnie zagląda im w oczy. Na końcu podróży, w San Francisco, każde z nich stanie przed dramatycznym wyborem.
Czy postąpią właściwie? 



Od lat (mniej więcej pięciu) w młodzieżowej literaturze fantastycznej ciągle przewija się to samo. Paranormal romance i urban fantasy niczym nie zaskakują. Od dawna szukałam czego, co przykuje moją uwagę, podejmowałam rozpaczliwe próby, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć książki, które wywołały u mnie emocje podobne do tych, które odczuwałam, gdy zaczynałam swoją przygodę z romansem paranormalnym. Ale wreszcie nadeszła zmiana, wreszcie znalazłam coś, co mnie zachwyciło, a tym czymś jest Angelfall.

Powieść pani Ee nie jest jednorodna gatunkowo. Nazwanie jej paranormal romance mogłoby wprowadzić w błąd, a nawet zniechęcić do lektury. Konwencja ta bowiem przyzwyczaiła nas do określonego, okrutnie nudnego schematu. Angelfall natomiast proponuje oryginalną fabułę i świat przedstawiony. Do tego trochę tu urban fantasy i powieści postapokaliptycznej. Ta ciekawa mieszanka, w której niczego nie jest za dużo ani za mało i w której nic nie irytuje przesadną hiperbolizacją, tworzy powieść naprawdę znakomitą.

Świat w którym żyje Penryn został opanowany przez anioły. Cywilizacja i kultura legły w gruzach, podobnie jak wielkie metropolie. Świat opisany w powieści szokuje brutalnością. Zazwyczaj literatura młodzieżowa przepełniona jest eufemizmami, ale Ee nie szczędzi czytelnikowi bardzo sugestywnych i obrazowych opisów; pojawia się śmierć, zniszczenie, ludzka nędza, a nawet kanibalizm. Podoba mi się jej odważne podejście do tematu i fakt, że udało jej się pokazać prawdziwą apokalipsę.

Inną zaleta powieści, która wybija Angelfall wysoko ponad absolutnie WSZYSTKIE znane mi młodzieżowe powieści anielskie, jest świetna para protagonistów. Penryn to silna, niezależna dziewczyna, która z pewnością nie będzie irytowała czytelnika brakiem zdecydowania. Raffe natomiast jest postacią niejednoznaczną, wielowymiarową i budzącą zainteresowanie. Jako bohater fanfiction będzie z pewnością zalewał bezbrzeżne przestrzenie Internetu. ;) Wątek romansowy oczywiście się pojawia, ale jest on kolejnym silnym punktem Angelfall. Nie ma żadnych idiotycznych motywów w stylu: „Oh, tak go kocham, ale muszę wybierać między nim, a życiem” albo „Oh, poznałam go pięć godzin temu, ale wcześniej trzy razy o nim śniłam, więc kocham go tak mocno”! Nie, nie, nie! Wszystko jest sensowne i na poziomie; dojrzałe, w dobrym stylu i bardzo „smaczne”.

Wszystko to sprawia, że od pierwszej do ostatniej strony przez książkę płynie się (bo ciężko to nazwać czytaniem) z wypiekami na twarzy, na dodatek na jednym wdechu. Trudno mi było się oderwać bodaj na chwilę. Pod koniec moje nerwy były tak zszargane, że przeraził mnie mój własny kot stukający łapą w szybę. Pojawiło się też sporo zaskoczeń, które zawsze bardzo cenię.

Na koniec kilka słów o aniołach. Jakżeby inaczej, skoro to one są najważniejszymi bohaterami tej powieści. Nie ma tu żadnych smętnych, użalających się nad sobą nastoletnich nudziarzy! Anioły wykreowane przez Ee są naprawdę interesujące. To z pozoru groźne maszyny do zabijania; silni, niebezpieczni, traktujący ludzi jak zwierzęta. Z czasem jednak ten czarno-biały obraz przybiera coraz więcej odcieni szarości. Zdobywamy informacje na ich temat; niektóre wizerunki się rozpogadzają, inne zaskakują jeszcze mocniej niż pierwotnie. Nie jest to jednak pomysł całkowicie nowy. Bardzo podobny obraz społeczności anielskiej wyłania się z serialu Supernatural – anioły są okrutne, bezwzględne i wyuzdane. Kosztem ludzkich istnień prowadzą krwawe walki o władzę. Pojawia się też bardzo ciekawy motyw anielskiego agnostycyzmu. Wydaje mi się całkiem oczywiste, że autorka sugerowała się postaciami z serialu (bardzo przecież popularnego w Stanach Zjednoczonych), ale nie uważam tego za wadę. Wręcz przeciwnie; lubię te postacie i podoba mi się, w jaki sposób są wykreowane.

Sporo tu też innej mitologii biblijnej i apokryficznej , która dodaje dodatkowego smaczku. Pojawia się niestety rozpowszechnione w kulturze popularnej błędne przekonanie, że archanioły to najważniejsze z aniołów (podczas gdy w angelologii opisywane są jako najniższy z anielskich chórów), ale nawet pomimo utrwalonego błędu, chrześcijańska mitologia wpleciona w treść, prezentuje się naprawdę dobrze.

Angelfall to znakomita powieść. Jedna z tych, których się nie lubi, ale za którymi się szaleje. Książkę oceniam na szóstkę (no jakby inaczej!) i dołączam do grona ulubionych.

P.S. (z cyklu „trafne uwagi na temat literatury”) Nie uważacie, że Ee to okropnie śmieszne nazwisko? :D 


Za możliwość poznania Penryn bardzo dziękuję wydawnictwo Filia!

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wyniki konkursu!



Panie i Panowie! Czas na wyniki konkursu z Intruzem!
Popularność pierwszego zorganizowanego przeze mnie konkursu przerosła moje najśmielsze oczekiwania! Strona konkursowa została wyświetlona 850 razy, a udział wzięło aż 219 osób!

Pojawiły się drobne wpadki - dwie osoby (Pamfilek oraz Agata Kowalewska) zgłosili się dwukrotnie, ale mam nadzieję, że to zwykłe niedopatrzenie, zwłaszcza, że zgłoszenia pojawiły się bezpośrednio po sobie. Wasze nadprogramowe zgłoszenia zostały anulowane. 

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy postanowili pomóc w rozpuszczeniu wici o konkursie poprzez wstawienie banera na swojego bloga. Nie zdążyłam jeszcze podziękować każdemu z osobna, ale będę nadrabiać zaległości!

A teraz przechodzę do sedna. ;) Ponieważ liczba zgłoszeń była tak duża, że przepisywanie wszystkich adresów mailowych na karteczki zajęłoby mi czas do wieczora (a muszę dzisiaj zasiać marchewkę i pietruszkę na grządce, więc takie marnotrawstwo czasu jest wykluczone!) postanowiłam skorzystać z generatora liczb i w ten sposób wyłonić zwycięzcę. To też nie okazało się tak proste jak na początku zakładałam. Żeby mieć pewność, że nikogo nie pominęłam, albo z drugiej strony - nie policzyłam komentarza kogoś, kto nie brał udziału w konkursie, do 219 liczyłam nie raz...

Ale w końcu byłam pewna, że się nie pomyliłam, wpisałam co trzeba i... wylosowałam numer 110!


Zgłoszonym numer 110 jest niejaki jon wilson! Gratuluję! Ze zwycięzcą skontaktuję się mailowo. :)

Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Ponieważ widzę, że spotkał się on z bardzo ciepłym przyjęciem, zdecydowałam, że częściej muszę organizować jakieś wygrywajki. Mam jeszcze kilka książek do rozdania. ;)

Na koniec chciałabym Wam polecić moje nowe muzyczno-wizualne odkrycie. :D Panią Rachel Bloom - cudownie autoironiczną, niesamowicie zabawną i stanowiącą bardzo trafny komentarz do współczesnej popkultury. Zacznijcie od trzech moich ulubionych teledysków. ;) 


Coś dla książkoholików... Wspaniały hymn dla ulubionego autora. ;) 



I pozostałe, widziałam je już chyba ze 100 razy, a i tak za każdym razem płaczę ze śmiechu. :)





niedziela, 7 kwietnia 2013

"Nie wierz, jeśli nie masz dobrego powodu, by wierzyć!" czyli „Boga przecież nie ma” Patrik Lindenfors

Wydawnictwo Czarna Owca
Ilustracje: Vanja Schelin
Stron: 91
Wiek: 5+



Dziś o książce ważnej, w moim osobistym kanonie dziecięcych lektur obowiązkowych – chyba najważniejszej. A przy okazji wyjątkowej, bo w zasadzie jedynej na polskim rynku traktującej o ateizmie.

Ważnej na pewno nie dla wszystkich. Myślę, że więcej się znajdzie przeciwników, niż zwolenników tej niezwykłej lektury. Bardzo wątpię, czy katolicka rodzina po powrocie z kościoła będzie dyskutowała z dziećmi o zawartych w niej tezach (choć wyobrażam sobie idealną sytuację, w której wierzący rodzice dają swemu potomkowi wybór co do tego, w co chce wierzyć i czy w ogóle chce wierzyć). Książka Lindenforsa kierowana jest do rodziców, którzy świadomie zdecydowali się na wychowanie dziecka w duchu świeckości. Mam nadzieję, że jest ich w Polsce coraz więcej.

Książka dzieli się na kilka mniejszych części. W jednej z nich autor opisuje trzy największe religie świata: chrześcijaństwo, islam i hinduizm. Opisy nie są szczegółowe, w zasadzie rodzą więcej pytań niż odpowiedzi, zabrakło mi tu też czwartej z wielkich religii – judaizmu. Ale jak stwierdza sam autor: Na świecie jest wiele religii. Za dużo, by opisać je w książce o niewierze w bogów. Część ta daje młodemu czytelnikowi pojęcie o tym, że jego parafialny kościół nie jest jedyną i wszechwiedzącą instytucją, decydującą o sprawach duchowych na świecie.


Wielu ludzi wierzy w bogów, ale to, że wielu ludzi w coś wierzy, nie oznacza jeszcze, że to prawda.


Kolejna (najobszerniejsza) część nosi tytuł „Dlaczego wierzy się w bogów”. Ta zdecydowanie najciekawsza część cechuje się niezwykłą przenikliwością. Opisuje kilkanaście najbardziej znanych i powszechnie powtarzanych odpowiedzi na pytanie dlaczego ludzie wierzą w boga, lub też czym jest bóg. Każdą z nich autor bezlitośnie obdziera ze złudzeń. Nie w długich tyradach i z zastosowaniem logicznych środków dowodzenia, ale zaledwie w kilka zdaniach, albo nawet w kilku słowach. Jego odpowiedzi są proste i oczywiste, trudno dla nich znaleźć jakąkolwiek ripostę. Swoją oczywistością zaskoczą nie tylko dziecko, ale i dorosłego. Czasami w dyskusjach spotykam się z argumentami tak głupimi i nielogicznymi, że aż nie wiem co na nie odpowiedzieć. Teraz już wiem. Bóg jako pocieszenie, Bóg jako wybawca, Bóg jako sens życia, Bóg jako stwórca, czy Bóg jako wytłumaczenie zjawisk przyrodniczych to tylko niektóre z nich. Pojawiają się też najbardziej znane „dowody na istnienie Boga” i teorie filozoficzne, m.in. słynny „zakład Pascala”. Wszystko opisane w prostych i zrozumiałych słowach. Lindenfors przekonuje, że trzeba mieć dobry powód, żeby wierzyć w bogów. Klasyczne, mętne wytłumaczenia nie powinny zadowolić mądrego i świadomego człowieka.


Część ludzi zapytana, dlaczego wierzy w boga, odpowiada: „Nie wiem. Daj mi spokój”.
Ale to nie jest wystarczająco dobry powód, by wierzyć w boga.


Dalej autor podaje „kilka powodów, by nie wierzyć w bogów”. Część najbardziej refleksyjna, składająca się głównie z pytań, z którą przygoda na pewno nie skończy się na jednorazowej lekturze; jej pełne zrozumienie, a w zasadzie wyrobienie sobie na każdy temat własnego zdania wymagać będzie rozmowy. I tu właśnie widzę jedną z największych zalet książki – zmusza do myślenia na tematy, na które w naszej kulturze zwykło się przymykać oko. Na pytania i przecież uzasadnione wątpliwości (zwłaszcza zadawane przez dziecko!) reaguje się z konsternacją i ignorancją, „bo to przecież grzech zadawać takie pytania”. Za zwątpienie w słowa katechetki, w przedszkolu można co najwyżej zarobić „chmurkę”.
W rezultacie rośnie kolejne sztucznie zawyżające kościelne statystyki pokolenie, ślepo podążające za tradycją przodków, tylko dlatego, że „tak trzeba”. Ludzie, których jedyną odpowiedzią na pytania światopoglądowe jest „pedały do gazu”.


Większość rodziców mówi swoim dzieciom, że duchy nie istnieją. Za to wielu wierzących rodziców mówi dzieciom, że bóg istnieje. Niektórzy nawet straszą swoje dzieci, że jeśli nie będą wierzyć w boga, o którym im opowiadają, będą się smażyć w piekle.
Czy to, że bóg istnieje, jest tak samo nieprawdopodobne jak to, że istnieją duchy? Czy straszenie własnych dzieci tym, że będą się wiecznie smażyć w piekle, nie jest czymś bardzo złym?


Lindenfors bardzo umiejętnie skłania do refleksji każąc się zastanowić na faktami tak oczywistymi, że zazwyczaj nie przychodzą nam one do głowy, a które w młodym, kilkuletnim umyśle wywołają z pewnością całą lawinę refleksji. Ważne jest też to, że nie skupia się na żadnej konkretnej religii; nie mówi na przykład, że chrześcijaństwo jest bezwzględnie złe, za to inna religia lepsza. Pisze raczej o istocie wiary; czasami skupi się na konkretnym przykładzie, ale wysnuta na jego podstawie teza jest na tyle ogólna, że można ją rozumieć uniwersalnie.



„Boga przecież nie ma” to książka z serii „Bez tabu” wydawanej przez Czarną Owcę. Seria, o której było swego czasu głośno (co ciekawe największej popularności przysporzyli jej zagorzali przeciwnicy) w całości warta jest polecenia. „Boga...” jednak trzeba polecać szczególnie, ponieważ dotyczy kwestii fundamentalnych, z których wynikają potem wszystkie inne.

Dla mnie lektura obowiązkowa i mocne 6/6.





________
Wszystkie cytaty i obrazki pochodzą z książki.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...