sobota, 13 grudnia 2014

Arosowy stos

Czas na stos. 

Wierni czytelnicy bloga, którzy czytali mnie na samym początku, pamiętają pewnie te gigantyczne stosiska, które tu wrzucałam i tym razem mogą się poczuć lekko rozczarowani. Stosisk nie będzie. Po pierwsze dlatego, że książek mam już za dużo; zalegają dosłownie wszędzie i nigdy w życiu nie zdążę ich przeczytać. Kosztuje to wszystko też niemało. Doszłam do takiego momentu, w którym trzeba było powiedzieć sobie „dosyć”. Moje własne „dosyć” ma wprawdzie dość silną podporę w postaci męża, którego „DOSYĆ”, no powiedzmy sobie szczerze, jest znacznie bardziej stanowcze niż moje. Słowem: zabronił mi już kupować książki. I gry. Może to i lepiej.
Są jednak sytuacje, kiedy dostaję dyspensę. Niedużą, bo moje zakupy w najmniejszym nawet stopniu nie przypominają tych, które robiłam jeszcze dwa lata temu, ale to zawsze coś! Taką sytuacją są oczywiście wszelakie święta i pojawiająca się kilka razy w roku promocja w Arosie (o którym zaraz). Sama sobie daję delikatną dyspensę kupując książki dla Róży. Ma ona wprawdzie więcej książek niż niejedna publiczna biblioteka, no ale czy mogę odmówić dziecku? Nie mogę!

Chciałabym Was także stanowczo zapewnić, że mojego dzisiejszego postu nie sponsoruje księgarnia Aros. Niestety. Post ten wypływa z czystej miłości i z potrzeby serca. Bo – jak pytała swego czasu świnka z reklamy proszku do prania – po co przepłacać?
Księgarnię internetową Aros.pl znam mniej więcej od dwóch lat. Nie pamiętam już jak dokładnie rozpoczęliśmy znajomość, ale dość szybko przerodziła się ona w trwały związek nietolerujący zdrady. Aros z biegiem czasu coraz bardziej doskonalił swoją ofertę cenową. Obecnie -30% na większość książek to norma. Czasami jednak (3-4 razy w roku) Aros organizuje wyprzedaże i wszystkie książki można kupić z rabatem -34%, co stanowi ofertę bezkonkurencyjną. Aros oferuje naprawdę ogromny wybór tytułów, zawsze znajduję to, czego szukam, nierzadko są to niedostępne już w innych sklepach pozycje. Matras z dostępnością zawodzi na całej linii, bo w ogóle nie ma w swojej ofercie wielu wydawnictw (na przykład moich ukochanych Zakamarków), a w Empiku często nie ma książek wydanych kilka lat temu. W Arosie naprawdę jest wszystko! Nie tylko książki, ale też gry planszowe! I promocja -34% obejmuje także większość wydawnictw związanych z grami. Gry z Egmontu, Granny i wielu innych można nabyć w naprawdę korzystnych cenach. Dodatkowo w Arosie lubię to, że obsługa sklepu stoi na najwyższym poziomie. Realizacja zamówienia jest błyskawiczna i przesyłka wychodzi najczęściej jeszcze tego samego dnia, wszystko jest świetnie zapakowane, zabezpieczone. Do tego tania dostawa; najtańsza opcja kosztuje 2,99 zł! 

Od bardzo dawna nie kupuję już książek w innych miejscach, bo to się nie opłaca. Aros rozpuścił mnie do tego stopnia, że nawet to „codzienne” -30% wydaje mi się zbyt małą promocją i z zakupami czekam na większą obniżkę. Tu pojawia się jedyna wada księgarni – kiepsko zbudowana strona; brak schowka, przechowali, fakt, że nie mogę się zalogować i obejrzeć historii swoich zamówień. Zdecydowanie do dopracowania!
Inne księgarnie bardzo mnie zawiodły. W szczególności internetowy Matras. O braku dziesiątek interesujących mnie tytułów już pisałam. Czarę goryczy przelał fatalny wygląd książek, które zawsze od nich otrzymuję. Nie wiem jak oni to robią, ale zawsze przyjdzie coś pogiętego, brudnego, ze zmiażdżonymi rogami. Zdarzyło mi się dostać książkę z okładką zgiętą na pół i taką, która wyglądała, jakby przeczytało ją wcześniej 10 osób. Brudne odciski palców to norma. No i pakowanie! Za każdym razem, kiedy zamawiałam książki z odbiorem w stacjonarnej księgarni, Matras skąpił mi bodaj kartonika. Bez względu na to, czy zamówiłam jedną książkę, czy dwadzieścia, zawsze dostawałam je ściśnięte folią, ułożone w kilka kolumn, zgniecione, zniszczone, nadające się do natychmiastowego zwrotu. Porażka na całej linii! Poza tym Matras jedyne, co mi może zaproponować to marne -25% od czasu do czasu. Phi!

Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy wiedząc przecież o promocjach, kupują drożej. Szczytem burżujstwa jest dla mnie wejście do księgarni i kupienie książki po cenie okładkowej. A widuje sie przecież ludzi przy kasach z całymi stertami. Aż się serce z żalu ściska.

Przejdźmy jednak do stosu, bo znów nie o tym, o czym być miało.

 


Książki (od góry):

1. „Mam oko na miasteczko”. To w zasadzie nie książka, a sterta kart spakowana w pudełko. O „Miasteczku Mamoko” pisałam kilka dni temu TUTAJ. Recenzja kart w przyszłym tygodniu.
2. „Miasto niebiańskiego ognia”. Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia co to robi na moim stosie. Do tej pory udało mi się przeczytać tylko „Miasto kości”, które na dodatek... nie podobało mi się. Sumiennie jednak gromadzę całą serię mając zamiar ją przeczytać. Finału historii nie mogło oczywiście zabraknąć.
3. „Krew Olimpu”. Kolejny finał. Tej serii też jeszcze nie czytałam, z Riordanem jednak polubiliśmy się podczas czytania „Percy’ego”. Kolejna seria autora jest więc moim zakupowym must have. 
4. „Monument 14. Wściekły wiatr” i...
5. „Monument 14. Niebo w ogniu”. Po wspaniałym tomie pierwszym (którego jeszcze nie recenzowałam, ale nadrobię) nie mogło być mowy o tym, żeby pominąć dwa kolejne tomy. Zwłaszcza, że to trylogia, skończona, w całości wydana, nic się nie będzie ciągnęło w nieskończoność. To lubię!
6. „Wnuczka do orzechów” Musierowicz. Przeczytana, planuję dłuższy wpis o Musierowicz i jej najnowszej „twórczości”. Nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że „Wnuczka...” jest fatalna i że taka będzie, wiedziałam jeszcze zanim ją kupiłam. Kolejne tomy Jeżycjady też kupię, chociaż na pewno też będą popisem grafomaństwa. Bywa i tak.
7. „Tuczarnia motyli” Szczygielskiego. Czyli przechodzimy w kierunku książek dla dzieci. Szczygielskiego uważam za najlepszego współcześnie tworzącego pisarza literatury dziecięcej. Nigdy jeszcze o nim nie pisałam, ale może i to uda mi się nadrobić. „Tuczarnia...” obecnie w czytaniu. Przez najbliższy miesiąc wyłączność na sprzedaż książki ma Empik, dlatego też tam ja kupiłam swój egzemplarz. Ale było akurat -25% na wszystko, więc tragedii nie ma.
8. „Pomelo się zastanawia”. Z Zakamarków. Wydane już jakiś czas temu. Moje pierwsze spotkanie z Pomelo, bardzo udane.
9. „Cynamon i Trusia. Wierszyki od stóp do głów”. Dokładnie jak wyżej. :)
10. „Basia i narty”. Egmont. Najnowszy tom przygód Basi. Mam wszystkie części, uwielbiam Basię. O niej także kilka słów w przyszłości.
11. „Wróg”. Zakamarki. Niesamowita, poruszająca książka, która każe się zastanowić na sensem istnienia wojen. Recenzja będzie.
12. „Opowiem ci, mamo, co robią żaby”. Po niezbyt, według mnie, udanej „Opowiem ci, mamo, co robią mrówki” całkiem olałam kolejne części o pająkach i samochodach. „Żaby” mają jednak to, czego przy mrówkach mi brakowało – ciekawostki teoretyczne. Obie książki pokażę, kiedyś tam. ;)

Gry:
Rzadko kupuję gry przypadkowo. Zazwyczaj moje zakupy są wynikiem silnie mnie kształtującej opinii innych graczy, zwłaszcza jednego. Wookie z GryPlanszowe.net to mój ulubiony recenzent (kto nie zna, niech ogląda!) i przekonałam się już niejednokrotnie, że poleca naprawdę dobre gry, a jego zestawienia „Najlepsze gry” to po prostu mistrzostwo... i klęska dla portfeli. No bo jeśli coś jest najlepsze... Moje ostatnie zakupy to wynik dwóch fantastycznych videocastów: Najlepsze proste gry rodzinne KLIK oraz Najlepsze proste gry 2-osobowe KLIK.

1. „Przebiegłe wielbłądy”. Wielbłądy przyniósł mi Mikołaj, ale jeśli ktoś byłby zainteresowany, to zdradzę, że kupił je w możliwie najtańszej wersji TUTAJ. ;)  
2. „Schotten Totten”. Prosta, 2-osobowa gra karciana. Na dodatek jej autorem jest Reiner Knizia, który stworzył też moje ukochane „Pędzące żółwie”. Kupione na Rebel.pl. KLIK 
Na stronę Rebela wchodzę nawet kilka razy dziennie. To idealna baza wiedzy o grach. Można tam podejrzeć zawartość pudełka, są tam wszystkie najważniejsze informacje o grze i o dodatkach do niej, odnośniki do recenzji, a jeśli komuś nie chce się czytać – krótkie komentarze. Rzadko jednak kupuję tam gry. Chciałabym częściej, bo sklep jest rewelacyjny – ich spersonalizowany kontakt z klientem i dbałość o realizację zamówienia są dla mnie niezastąpione. Ich ceny jednak bywają zaporowe. Ta sama gra na Allegro, nawet z kosztami wysyłki kosztuje najczęściej dużo mniej niż tam. Szkoda, bo tak duży sklep mógłby sobie pozwolić na jakieś promocje. Tym razem jednak udało mi się załapać na dzień darmowej dostawy i oferta okazała się najlepsza.



A jak tam wasze stosiska? Rosną przed świętami? Gdzie kupujecie książki i gry? 

Miłego weekendu!

środa, 10 grudnia 2014

Miasteczko Mamoko

 
Uwielbiam książki obrazkowe! I choć Róża dopiero za kilka miesięcy uszczęśliwi swą matkę tym, że będzie z nich korzystać „jak należy”, to już lubi je oglądać. Ona więc ogląda po swojemu, a ja patrzę przy okazji, no bo przecież też mi się coś od życia należy.


Główny cykl o Mamoko to: „Miasteczko Mamoko”, „Dawno temu w Mamoko” i „Mamoko 3000”, z czego ja posiadam dwie pierwsze części tej artystycznej rozpusty i właśnie o nich będzie dziś mowa. Dociekliwy Czytelnik zapyta może skąd u mnie takie braki i gdzie podział się tom trzeci. Odpowiem więc, że brak ten dotkliwy nie ma żadnego drugiego dna. Choć od wielu lat staram się udowodnić, że powiedzenie „nie można mieć wszystkiego” jest głupie, to z przykrością stwierdzić muszę, że kiedyś, czegoś było za dużo i na biedne „Mamoko 3000” padł śmiertelny cień przycisku „usuń z koszyka”. Żałuję więc, ale nie mam. Z pominięciem tej więc części snuć będę niniejszą rozprawę.

Nawiasem jeszcze wspomnę, że w serii o Mamoko ukazały się też „Mam oko na liczby” oraz „Mam oko na litery” (prawdziwy geniusz!) oraz – wydane dosłownie na dniach – „Mam oko na miasteczko”. O każdej z tych cudnych rzeczy kilka słów pojawi się w najbliższym czasie.

 
Co to za fenomen te książki pełne obrazów? Ano taki, że w książce nie pojawia się ani jedno słowo pisane. Nie jest to wcale potrzebne! Bo tutaj całą treścią są ilustracje. To one tworzą fabułę (i to nie byle jaką, o nie!) oraz snują opowieść.

Mamoko to ulice, domy, sklepy. Życie codzienne miasteczka i jego mieszkańców. Nieskończenie wiele historii, relacji, wątków i zagadek do rozwiązania. (Nie wiem, czy uda się odkryć je wszystkie, dam Wam znać za kilka lat.) Szczypta humoru i szczypta dramatyzmu, no bo czym byłoby życie bez któregoś z nich?
 
 


„Dawno temu w Mamoko” to w zasadzie to samo, ale akcja przeniesiona zostaje do średniowiecza. Będzie więc gotyk, rycerze, zamki i smoki. Nowe ilustracje, nowi bohaterowie i nowe historie do odkrycia. 
 
 

„Miasteczko Mamoko” można „czytać” na różne sposoby. Moim ulubionym jest chyba śledzenie konkretnych postaci. Bo każda z książek to dziesiątki postaci, a każda postać to inna historia. Przechodząc od strony do strony możemy zobaczyć, co w ciągu dnia przydarzyło się naszemu bohaterowi; kogo spotkał, z jaką inną postacią skrzyżował swe losy. Zadanie, choć z pozoru niezbyt wyjątkowe, okazuje się być rozrywką mogącą wciągnąć obserwatora na naprawdę długie godziny. 
 

Oglądać można po cichu, można też nakazać rodzicowi, aby ten opowiadał historię po swojemu, a na starszych etapach absorpcji lektury – opowiadać samemu. I jak wspaniale ćwiczyć przy tym zdolności językowe, snucie narracji i budowanie zdań! No bajka po prostu! Książka należy do tych, które będą rosły wraz z dzieckiem i które z czasem będą dostarczały coraz to nowych aktywności i rozrywek. Oglądanie i opowiadanie to tylko jeden z pomysłów. Równie ciekawe okazać się może wyszukiwanie na obrazkach szczegółów, przedmiotów, które pojawiają się w najbardziej zaskakujących miejscach. Albo nazywanie przyczyn i skutków. Możliwości jest wiele.
Każda postać i każdy przedmiot mają swoją historię

„Czytanie” Mamoko okazać się może dla rodzica nie lada wyzwaniem. Mały, tłusty paluszek co rusz wskazywać będzie na stronie kolejne elementy, prosząc o ich nazwanie. To jednak nie takie łatwe. W innych książkach tego typu, na przykład w „Ulicy Czereśniowej” tego samego wydawnictwa, wszystko jest oczywiste: dom, chłopiec, pani z psem. Mizielińscy to jednak zupełnie inna bajka. Mamoko to nieposkromiona wyobraźnia i bardzo osobiste postrzeganie świata, do opisu którego nasz podstawowy zasób słownictwa może się okazać niewystarczający. 

No bo jak nazwać te stwory? No jak?
 

Wszystko to duże, solidne, kartonowe. Nie znudzi się, zapewni wiele godzin zabawy, nauczy cierpliwości, koncentracji, wzbogaci zasób słownictwa, dostarczy wrażeń estetycznych, rozwinie kreatywność. Dałabym 6, ale nie mogę, bo Mizielińscy strzelili sobie w stopę i wydali „Mam oko na litery”, które swoim geniuszem przyćmiło „zwyczajne” Mamoko. I to ono zasługuje na notę najwyższą z najwyższych. Ale o tym już wkrótce! Z rozpędu, że się tak wyrażę. 

 
 
 
 

Miasteczko Mamoko,
Dawno temu w Mamoko,
Aleksandra i Daniel Mizielińscy 
Stron: 14 (każda); (7 dużych rozkładówek)
Wiek: 3+ (wg wydawcy, co uważam za duże nieporozumienie); 1+ (wg mnie)

Recenzje innych książek w serii:

***
Pewnie część z Was myślała, że znów zniknęłam. Ale nie, nie! Nic z tych rzeczy! Ot, zapierdol miałam po pachy. Okazało się, że przy 7-miesięcznym dziecku raczkująco-do-kota-wstającym-bez-przerwy-i-spadającym-na-łeb czas się magicznie nie mnoży. Szkoda! Do tego 7 zaległych recenzji dla portalu, które wreszcie skończyłam i definitywnie zakończyłam znajomość z portalem tymże. (Tak jakby, bo tam znowu cisza, znowu nic się nie dzieje i pewnie się jeszcze będzie toczyć miesiącami.) Ciężko się pisze, jeśli otrzymane „z góry” wytyczne ograniczają mnie do 2000 znaków (akapit, który czytacie ma znaków 1206 !) i nakazują „styl przezroczysty” oraz niestosowanie zdań współrzędnie złożonych i metafor. Uwierzcie, że ciężko! Męczyłam się, odkładałam z dnia na dzień, nie mogłam sklecić nic, pod czym nie wstydziłabym się podpisać (a trochę jednak ciągle się wstydzę). Przechodziłam z tym wszystkim męki jak podczas pisania magisterki. Naprawdę! Ten sam typ czarnej rozpaczy. Skończone jednak i mogę się wreszcie zabrać za przyjemności.
Swoją drogą może warto stworzyć osobny tekst o tym, jak do czytelnictwa podchodzi portal, który czytelnictwo powinien promować. I to wśród najmłodszych! Ale o tym innym razem.

wtorek, 11 listopada 2014

Bóg jako Teletubiś. "Chata" William Paul Young

Wydawnictwo Nowa Proza
Stron: 288

Opis wydawcy:
Podczas rodzinnych wakacji zostaje porwana Missy, najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa. Na pustkowiach Oregonu, w opuszczonej chacie, znaleziono ślady wskazujące na to, że ktoś ją brutalnie zamordował. Po czterech latach pogrążony w ogromnym smutku ojciec dostaje tajemniczy list. Wnioskuje, że napisał do niego sam... Bóg. W treści listu było zaproszenie do chaty, gdzie popełniono okropną zbrodnię na Missy. Wbrew rozsądkowi Mack postanawia pojechać do chaty i zmierzyć się ze swoimi największymi koszmarami. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie. Spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatuśkiem, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu , Azjatką uosabiającą Ducha Świętego. Ta niecodzienna książka to piękna historia o tym, jak Bóg przychodzi do nas wtedy, kiedy najbardziej go potrzebujemy. Nigdy nie zostawia nas tam, gdzie nas znajduje, jeśli się przy tym nie upieramy.


O „Chacie”, swego czasu, było głośno. Też coś tam słyszałam, nawet chciałam przeczytać, bo doszły mnie słuchy, że to o Bogu, a wiadomo, że jak każda wojująca ateistka – Biblią i zagadnieniami teologicznymi interesuję się bardziej niż przeciętny katolik. Lubię poznawać inne punkty widzenia i zbierać argumenty do dyskusji. O „Chacie” przypomniał mi Facebook. Kilka tygodni temu, w erze „10 książek, które zmieniły moje życie”, „Chata” we wpisach znajomych pojawiała się zaskakująco często. W końcu przeczytałam. Podobno o gustach się nie dyskutuje, wykazując się więc szacunkiem oraz wyrozumiałością – nie organizuję masowych czystek na fejsie.

„Chata” to opowieść o Macku, który doświadczył okrutnej straty; jego 6-letnia córka – Missy, została porwana i prawdopodobnie zamordowana. Po tej tragedii w życie Macka i jego rodziny wkrada się Wielki Smutek [pisownia oryginalna...], a on sam zaczyna mieć dziesiątki pytań. Kilka lat po zdarzeniu otrzymuje list od samego Boga, który pragnie się z nim spotkać.

Bóg wykreowany przez Younga jest nietypowy i oryginalny, przyznaję. To tęga, czarnoskóra, lubiąca kucharzyć kobieta. Do tego Jezus o wschodnich rysach i niewielka Azjatka – Duch Święty. Rozumiem, że miało to łamać stereotypy, pozytywnie zaskakiwać i w najbardziej możliwy sposób humanizować wizerunek Boga. Nie odebrałam jednak jego (ich) postaci pozytywnie. Co robi Bóg, kiedy na świecie mordowane są niewinne dziewczynki, a przysłowiowe dzieci w Afryce głodują? Śpiewa, tańczy i obżera się przy suto zastawionym stole (chociaż, jak sam zauważa, jeść nie musi). Cała Trójca bez przerwy się śmieje, skacze, dokazuje i przytula, jak jakieś pieprzone Teletubisie. Niejednokrotnie miałam ochotę uderzyć Boga w twarz, krzyknąć „ogarnij się!”, bo denerwowały mnie te zabawy i swawole. No i Jezus (przystojny, śniady i w ogrodniczkach) mówiący Mackowi, że go kocha, na dodatek kiedy to leżą na pomoście i wpatrują się w gwiazdy... That’s so gay!  

Okazało się, że autor, mimo szczerych chęci, nie umiał wytłumaczyć najważniejszych wątpliwości dotyczących religii, z którymi zmierzyć się musi człowiek. Na przykład istnienie zła na świecie. To dla mnie jedna z tych spraw, z którymi religia chrześcijańska zawodzi na całej linii (może i inne też zawodzą, nie znam się). 

 

Dlaczego wszechmocny i dobry Bóg dopuścił do holocaustu? Dlaczego każdego dnia pozwala na to, żeby pedofile gwałcili dzieci, a inni zwyrodnialcy z zimną krwią mordowali niewinnych? „Usprawiedliwienia” typu „bez cierpienia nie docenimy szczęścia” albo inne równie absurdalne pierdolenie o Boskim planie, którego nie pojmujemy, kompletnie mnie nie przekonuje. Niestety, Young nie proponuje żadnego ciekawszego rozwiązania. Na pytania Macka Bóg odpowiada, że na razie ludzie nie potrafią tego zrozumieć, ale zaufać muszą w miłość Jezusa i uwierzyć, że gra jest warta świeczki. Bóg mówi, że mógł zapobiec śmierci Missy, ale tego nie zrobił „z powodów, których nie jesteś teraz w stanie zrozumieć” oraz „w tym momencie zamiast odpowiedzi mogę dać ci miłość i dobroć”. Kolejne więc sranie w banię.

Odpowiedzi na inne pytania są jeszcze gorsze. Naszpikowane wewnętrznym brakiem logiki i pseudomądrymi sentencjami; typowe paplanie o niczym. Wlatuje jednym uchem, a wylatuje drugim. Nie potrafiłabym odtworzyć większości z nich. Ludzie jednak lubią takie przeintelektualizowane dywagacje i jeśli ich nie rozumieją, to liczą na to, że przeczytali coś naprawdę mądrego; stąd zachwyty. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że te same komunały, które mnie zirytowały, przekonują Macka. Facet na każde „zaufaj mi” – ufa i nie próbuje uzyskać bardziej zadowalającej odpowiedzi. Jesteśmy więc świadkami kompletnie nieprawdopodobnej przemiany psychologicznej bohatera, który zaskakująco szybko i łatwo godzi się ze swym bólem. W ogóle niezbyt on autentyczny. No bo jak zachowałby się przeciętny człowiek, któremu ktoś porwał i zabił dziecko? Myślę, że zwątpiłby w samo istnienie Boga. Jednak to, że w Boga można nie wierzyć nie mieści się chyba w ciasnym mózgu autora „Chaty”. W powieści, codzienne rozmowy bohaterów dotyczą spraw wiary, wszyscy się za siebie modlą (jakie to amerykańskie!), a żona protagonisty nazywa Stwórcę Tatą. Mack nie poddaje w wątpliwość istnienia Boga; złości się, gada do niego, wygraża mu i oczywiście nadal przekonany jest, że ktoś go słucha.

Young to autor z misją. Podobnie jak niektórzy inni pisarze (np. Martel w „Życiu Pi”) próbuje przekonać swoich czytelników, że opisywana historia wydarzyła się naprawdę. I tak cały pierwszy rozdział swej książki sili się na autentyczność przekonując, że jest on jedynie skrybą spisującym rzeczywiste przeżycia swojego przyjaciela. Choć prawdziwość tych rewelacji można zweryfikować już pobieżną lekturą Wikipedii (no oczywiście, że sprawdziłam!), to zauważyłam, że ludzie w to wierzą, zwłaszcza na anglojęzycznych serwisach. Może to jest główną przyczyną popularności „Chaty”.

Innym zagadnieniem doktrynalnym, które zostało poruszone w powieści, a które od zawsze jest dla mnie kwestią pozostającą poza jakimkolwiek zrozumieniem jest jednoczesne istnienie Trójcy Świętej i nazwanie jej jedynym Bogiem. Oczywiście i tu, tak jak setki innych teologów przed nim, Young poległ i zaprezentował trzy odrębne postaci, które podobno są jednością, a świadczyć ma o tym fakt, że jedno wie, o czym rozmawiało drugie i trzecie. Aha.  

Mimo jednak, że ideologicznie książka sięga dna, sama w sobie jest całkiem niezła. Young pisze ciekawie i potrafi przykuć uwagę czytelnika. Mimo długich i nużących rozmów z Bogiem, powieść czyta się dosłownie jednym tchem i ciężko się od niej oderwać. Myślę, że Young świetnie sprawdziłby się jako autor kryminałów. Pierwsza część „Chaty”, opisująca uprowadzenie oraz poszukiwania Missy, wypadła znakomicie. Potem autor co chwilę wplata w swoją fabułę sygnały zwiastujące kolejne wydarzenia tak, że czeka się na nie z prawdziwą niecierpliwością. Czasem nawet z dreszczami i obgryzionymi paznokciami! Myślę, że trzeba mieć prawdziwy dar, żeby pisząc takie nudne bzdety nie pozwolić czytelnikowi odejść od książki.

Daję „Chacie” 3 z baaaardzo dużym minusem. Oceniam ją stosunkowo wysoko, bo czytało mi się ją dobrze i to pomimo poruszenia wielu kwestii, które zazwyczaj – jako osobę nietolerancyjną i mającą w dupie cudze zdanie – po prostu mnie wkurzają. O dziwo (znowu!) – wobec rewelacji Younga zachowałam chłodną bezstronność. Skrytykowałam, ale bez przesadzonych emocji. Może dlatego, że i w książce ich brakuje, a naprawdę nie powinno. Warstwa znaczeniowa powieści zasługuje jednakże na soczystą jedynkę. Autor nie potrafił przedstawić tego, co sobie założył. Nie dlatego, że zabrakło mu umiejętności, ale dlatego, że w zasadzie nie miał jasnej i sprecyzowanej koncepcji co do tego, jak mają wyglądać odpowiedzi Boga. Zaprezentował w zamian garść wymijających wyjaśnień i kilka mocno stronniczych komunałów brzmiących w uproszczeniu „bez Jezusa nie da się żyć przyzwoicie, sprawiedliwie, a przede wszystkim – szczęśliwie”. Tym, którzy wyciągnęli z tego jakąkolwiek naukę dla siebie – szczerze gratuluję. Ja bez Jezusa sobie radzę, rzekłabym nawet, że znakomicie.

sobota, 8 listopada 2014

"Księżniczki i smoki" Christina Björk, Eva Eriksson

„Księżniczki i smoki” to osiem krótkich, zabawnych i wyjątkowo uroczych opowiadań, których bohaterami są (no, zbyt oryginalnie tego nie ujmę)... księżniczki i smoki. Jest więc tematyka baśniowa, znana i lubiana. Ale w tę sielskość i przewidywalność został włożony patyk i tak oto nie ma tu niczego, czego byśmy się po księżniczkach spodziewali. Są za to nowe role, jest nowoczesność i bardzo oryginalny pomysł.    
 
Chyba największą wartością tej książki jest „odksiężniczkowienie” księżniczki. No bo z czym kojarzy się królewna? Z niedołężną, nieporadną i całkowicie pasywną ciamajdą, która powierzając swe losy dzielnemu królewiczowi śpi albo jak idiotka bierze jabłka od nieznajomych. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie wzór do naśladowania to nie jest i aż mnie skręca na myśl, że moja Róża mogłaby kiedyś z podziwem wpatrywać się w te tępe mordy i – o zgrozo! – chcieć być taka jak one. Ku mojej wielkiej uldze, w książce Christiny Björk żadnego królewicza nie ma, a księżniczki świetnie dają sobie radę same. Każda z nich jest inna, ale wszystkie cechują się tym samym – potrafią przejąć inicjatywę i zamiast użalać się nad sobą – działać. Petunia, choć rozpieszczona, prowadzi świetne negocjacje, Piwonia na hulajnodze wyrusza na daleką wyprawę, aby uratować brata (nie, nie czeka na pomoc rycerza). Każda z księżniczek swym sprytem i przebiegłością potrafi sobie owinąć smoka wokół palca.
 


Księżniczki, mimo strojnych sukien i koron na głowach, to typowe chłopczyce; lubią wspinać się na drzewa, pyskują, sprzeciwiają się rodzicielskim zakazom, złoszczą, marzą o przygodach. Są też smoki, ale – tak jak księżniczki – w nie do końca przewidzianej dla siebie roli. Niektóre okrutne, inne przyjacielskie, jeszcze inne mające ochotę na wino poziomkowe. „Książniczki i smoki” to błyskotliwa gra z konwencją. W każdym opowiadaniu pojawia się z pozoru typowy dla baśni schemat (na przykład przybywa smok, by porwać księżniczkę), zakończenia historii dalekie są jednak od tych najbardziej znanych.
Świetną rzecz stworzyły Björk i Eriksson. Warto skonfrontować swoje baśniowe wyobrażenia z ich pomysłem. Z księżniczek natomiast warto czerpać inspirację.
  


Pozdrawiamy księżniczkowo!
 



Wydawnictwo Zakamarki 
Tekst: Christina Björk
Ilustracje: Eva Eriksson

Stron: 36
Okładka: twarda
Wiek: 3+
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...