poniedziałek, 27 października 2014

Bajki Baletowe


Na „Bajki baletowe” byłam napalona bardzo i tylko jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu nie kupiłam od razu wszystkich (a wyszło ich już sześć). Bo to przecież świetny pomysł, żeby na podstawie czegoś tak niedookreślonego i niejednoznacznego jak balet wysnuć fabułę. I idea szczytna – promowanie tańca, muzyki, kultury. Ostatecznie kupiłam tylko dwie „Bajki”: „Jezioro łabędzie” i „Dziadka do orzechów”. A wybór padł właśnie na nie, bo te dwa balety Czajkowskiego to w zasadzie jedyne, jakie znam dosyć dobrze. To też prawdopodobnie jedyne jakie zna większość ludzkiej populacji w ogóle. Nawet jeśli nigdy nie widziało się ani fragmentu, to przynajmniej tytuły brzmią jakoś tak znajomo. A że co znane to dobre, a co nieznane, to nie wiadomo i lepiej nie próbować – padło na nie.

Sam pomysł genialny! O tym już wspomniałam. Balet, taniec, ruch sceniczny, nawet jeśli klasyczne, trudno jest zrozumieć. Zwłaszcza, kiedy jest się dzieckiem i aspekty techniczne tego tańca, czy odczytywanie z niego emocji, nie są tym, co interesuje nas najbardziej. A czemu to takie nudne? A czemu nic się nie dzieje? A o co w tym w ogóle chodzi? Na takie pytania (na które rzecz jasna sami nie odpowiemy, bo choć jako lekko snobistyczni dorośli lubimy mówić po wyjściu z teatru „ależ to było poruszające!” albo coś równie bez sensu i bez znaczenia, to tak naprawdę sami nie do końca wiemy o co w tym chodzi) – bach! proponujemy książkę i dowiadujemy się wszystkiego. I jest fajnie. Z takim fabularnym zapleczem będzie można wreszcie obejrzeć balet, skupić się na szczegółach, wynieść z niego jakieś wartości i ogólnie cieszyć się spektaklem. Z drugiej strony, nawet jeśli akurat nie planowaliśmy wypadu do teatru, to po przeczytaniu „Bajki baletowej” nadarzy się ku temu wspaniała okazja; w końcu nie ma nic przyjemniejszego niż taka intelektualna konfrontacja swoich wyobrażeń z rzeczywistością, zwłaszcza jeśli po lekturze książki jest się już niemal znawcą tematu. A nawet jak wypad do teatru nie wypali (wszak nie zawsze i nie wszędzie grają akurat balet, z którym akurat mamy ochotę się konfrontować), to zawsze można sobie jakieś ładne wykonanie ściągnąć z Internetu i obejrzeć na ekranie telewizora. Może to nawet i lepiej, będzie można w trakcie przedyskutować to i owo, bez karcących spojrzeń snobistycznych i naburmuszonych dorosłych, których akurat porusza nie wiadomo co.

W ten sposób pomocna nam właśnie będzie pierwsza część „Bajki baletowej” (bo części w każdej książce są dwie). Część pierwsza to po prostu bajka na podstawie libretta baletu. Niezbyt długa i niezbyt zawiła, bo też co tam można takiego wymyślić, urozmaicona szczegółami wydarzeń i wizualizacją pewnych wyobrażeń. Powinno być rewelacyjnie. A nie jest. Bo choć idea jest świetna, to wykonanie już nie. Treść bajki jest... infantylna; słodziutka, głupiutka i... pisana jak dla dziecka (sic!), a wiadomo przecież, że żadna dobra literatura dla dzieci nie jest pisana w ten sposób. Znacie ten styl, ten ton przeznaczony „specjalnie dla dzieci”? Ten który w oczywisty sposób zakłada, że dziecko jest głupsze i pewnych rzeczy nie zrozumie? Albo, że pewne konkretne treści, zwroty i sformułowania są przeznaczone specjalnie dla dziecka, bo takie podobno dziecko lubi? O to to! Właśnie to! Ciężko nawet wskazać konkretne fragmenty, które mi się nie podobają; przytoczenie poszczególnych zdań nie odda tego, co mam na myśli. Skutek tego wszystkiego jest taki, że po pierwsze bajka jest nudna jak flaki z olejem (brak polotu zupełny!), a po drugie, ten nieznośny ton poważnie zaburza wewnętrzną zasadę decorum czytelnika, że tu balet, że Czajkowski, i że na to wszystko, na ten teatr, na biel spódniczek taki literacki chłam. No nie pasuje to do siebie.
I nie wiem co jest przyczyną tak złego stanu rzeczy, bo możliwości są dwie. I jest to albo kiepski warsztat autora albo swoista specyfika baletu; wszystko powinno być raczej odbierane wrażeniami, a tutaj szczegółów multum i w zasadzie nie wiadomo z czego one wynikają . To zestawienie baletu (który od razu kojarzy mi się z czymś wzniosłym, magicznym, może nawet lekko arystokratycznym) z naprawdę infantylną, marnie napisaną bajką gryzie się jak dwa kocury. Szczególnie w oczy raził mnie „Dziadek do orzechów”, którego fantastyczną wersję E. T. A. Hoffmanna znam i posiadam. Porównanie wypadło marnie... oj, marnie.

Znacznie lepiej wypada za to druga część każdej z książek. Kiedy już bowiem uporamy się z opisem fabuły przejść możemy do rozważań teoretycznych na temat baletu i muzyki klasycznej, które napisane są prosto i klarownie, a jednocześnie nie ma się wrażenia, że czyta się wersję dla umysłowych retardów, jak ma to miejsce przy samej bajce. W „Jeziorze łabędzim” znajdziemy krótki esej na temat baletu, tańca, muzyki, a także samego spektaklu, krótkie streszczenie poszczególnych aktów „Jeziora” (co, moim zdaniem, można by pominąć, ponieważ w praktyce sprowadza się to do streszczenia bajki. Z drugiej jednak strony, najlepiej byłoby wyrzucić całą bajkę i zostawić tylko to streszczenie!). Dalej notki biograficzne na temat kompozytora i choreografa spektaklu, bardzo przyjemny słowniczek wyjaśniający podstawowe pojęcia dotyczące baletu (dowiadujemy się z niego na przykład, że tancerki nie lubią określenia „baletnica”, a pierwszy tancerz to wcale nie „primabaleron” ;) ), a także ilustrowany przegląd podstawowych pozycji nóg i rąk w balecie, które z pewnością zachęcą młodych (i starszych, a co!) czytelników do porównania swojej własnej postawy przed lustrem. W „Dziadku do orzechów” układ jest podobny, pewne treści się powtarzają (niektóre hasła ze słowniczka oraz biografia Czajkowskiego). Zamiast opisu pozycji rąk i nóg mamy baletowe stroje. Część eseistyczna wypadła ciut gorzej, ponieważ tym razem oprócz bajki i streszczenia poszczególnych aktów, autorka trzeci raz serwuje nam to samo i w jednym z podrozdziałów raz jeszcze opisuje całą fabułę, zupełnie nie wiem po co i czemu. Nie jest jednak źle i część ta znowu zasługuje na pochwałę. Fajnie byłoby zebrać te teoretyczne dywagacje z poszczególnych „Bajek” w jednej książce, wyszłaby z tego ciekawa publikacja!


 


Pewnym mankamentem całej serii jest dla mnie sam wybór baletów, na podstawie których napisano bajki. „Jezioro łabędzie” jest strzałem w dziesiątkę. To historia oryginalna, nie oparta na żadnym powstałym wcześniej tekście. Nie poznamy jej z innej książki, to nasza jedyna okazja. Z „Dziadkiem do orzechów” jest już trochę inaczej; w tym przypadku libretto powstało na podstawie istniejącej już historii, która jest przecież powszechnie znana. Dałam się jednak skusić i teraz trochę żałuję. Mimo że baletowe libretto znacznie różni się od wersji Hoffmanna, to znajomość jakiejkolwiek wersji historii „Dziadka do orzechów” pozwoli nam bez problemu zrozumieć fabułę baletu. Dlatego nie widzę najmniejszego sensu i nie czuję potrzeby, aby poznać historie opowiedziane w innych tomach serii „Bajki baletowe” takich jak „Kopciuszek”, czy „Romeo i Julia”, tym bardziej że – jak już wspomniałam – nie są to literackie majstersztyki. Te lepiej poznać z innych źródeł.
Myślę sobie, że świetnym pomysłem byłoby stworzenie serii „Bajki operowe”. Znanych oper jest znacznie więcej niż baletów, a problemy z ich zrozumieniem mogą być spore. Inny duet autorski byłby jednak stanowczo wskazany.

Na koniec przyczepię się jeszcze jak rzep do psiego tyłka i powiem, że opracowania teoretyczne „Bajek” przekazują teorię o programowości muzyki, z którą nie do końca się zgadzam, ale aby nie wdawać się w teoretycznomuzyczne dywagacje – zamilknę i zapewnię, że to w zasadzie bez większego znaczenia.

Książki są porządnie wydane; twarda oprawa, szyte kartki, gruby papier. Ilustracje niestety kompletnie nie w moim guście, pominę je więc milczeniem prezentując za to kilka zdjęć i pozwalając na ocenę własną. Nawet jednak ładne wydanie nie usprawiedliwia tego, że książki te są po prostu drogie. Cena detaliczna każdej z części do 35 złotych (34,90!). Stanowczo za dużo!


 
 

Nie jest idealnie, w zasadzie jest dość kiepsko, ale w braku lepszej alternatywy zmuszona jestem polecić „Bajki baletowe”, a przynajmniej jedną, dowolnie wybraną, jako wstęp i zachętę do obejrzenia baletu. Fajerwerków się jednak nie spodziewajcie. 

Wydawnictwo Studio Blok
Seria: Bajki Baletowe
Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów
Tadeusz Rybicki (bajka)
Katarzyna K. Gardzina  (esej)
Ilustracje: Klaudia Polak-Szewczyk
Oprawa: twarda
Stron: 64, 72

4 komentarze :

  1. "i tylko jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu nie kupiłam od razu wszystkich" Ech, cała Zuza... :))
    Pozdrawiam, Ania K.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałe wydania :) Kocham Dziadzia do orzechów :)
    + Obserwuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Baletnicą nigdy być nie chciałam, ale patrząc na tą książkę to troszkę żałuję :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie znam bajek dla dzieci poza tymi klasycznymi, na których sama wyrosłam, ale jakoś nie spotkałam się z tytułem, który powalałby swoją treścią i fabułą. Bajki baletowe to dla mnie nowość, może kiedyś sama sprawdzę.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...