wtorek, 4 listopada 2014

"Metro 2033" Dmitry Glukhovsky

Wydawnictwo Insignis
Stron: 592 (wewnątrz wklejona bardzo praktyczna mapka metra umożliwiająca śledzenie trasy wędrówki Artema)

Opis wydawcy: (o boże, jaki długi!)
Rok 2033. Świat w wyniku konfliktu atomowego został obrócony w stertę gruzu. Jednym z ostatnich – może ostatnim? – ze skupisk ludzkości pozostaje moskiewskie metro. Od ponad 20 lat ludzie, którzy ocaleli z piekła wojny, próbują uchronić co tylko się da z minionej przeszłości. Zamknięci w podziemnym świecie, w którym brakuje wszystkiego, a nade wszystko energii, skazani są na regres. Na powierzchni pojawiły się zmutowane pod wpływem promieniowania nowe gatunki i będąc lepiej przystosowanymi do życia w warunkach ciągłej radiacji zastąpiły człowieka. Zaczynają też przenikać do metra. Czas człowieka przeminął. Ale czy na pewno? Moskiewskie metro, dzięki swej unikalnej konstrukcji i stumetrowej głębokości, uratowało życie kilkunastu tysiącom moskwian, którzy nie zdają sobie sprawy, że najprawdopodobniej są ostatnim przyczółkiem ludzkości. Stworzyli tu swój własny świat. Pamięć o świeżym powietrzu, błękitnym niebie, trawie pod stopami stopniowo umiera. Na mrocznych stacjach, rozświetlanych światłami awaryjnymi i blaskiem ognisk, mieszkańcy próbują wieść życie zbliżone do tego sprzed katastrofy – tworzą mikropaństwa, których spoiwem może być ideologia, religia czy ochrona filtrów wodnych… Zawierają sojusze, toczą wojny. W bocznych tunelach uprawiają grzyby, hodują świnie i kury. Opał i potrzebne rzeczy dostarczają im stalkerzy, którzy wyprawiają się na powierzchnię. WOGN to wysunięta najbardziej na północ stacja metra, a zarazem przyczółek ludzkości. Mocna grupa kilkuset ludzi żyje tu połączona przyjaźnią. Była to jedna z najpiękniejszych stacji i wciąż pozostała bezpieczna. Jednak od pewnego czasu pojawiło się na niej śmiertelne niebezpieczeństwo. Artem – młody mężczyzna mieszkający na stacji WOGN – otrzymuje zadanie: musi przedostać się do serca moskiewskiego metra, do legendarnej stacji Polis, aby ostrzec wszystkich przed możliwością ostatecznej zagłady. W rękach Artema spoczywa nie tylko przyszłość jego stacji, ale być może i całej ocalałej ludzkości.


Był taki moment, mniej więcej w jednej czwartej powieści, w którym wydawało mi się, że „Metro 2033” okaże się dla mnie książką roku. Niestety, stało się inaczej. Bo choć zdarzały się fragmenty, które pozbawiały mnie kontaktu ze światem zewnętrznym, to zdarzały się też takie, które chciałam skończyć jak najszybciej. I w ostatecznym rozrachunku nie wyszło tak, jak myślałam, że będzie. „Metro 2033” to bardzo dobra książka, ale jednak coś w niej zgrzyta. Zdecydowanie za bardzo udziwniona i pozostawiająca wrażenie, że można by to zrobić lepiej.

„Metro 2033” to połączenie powieści postapokaliptycznej, fantastyki i science-fiction. Tych dwóch ostatnich się nie spodziewałam zupełnie. Oczekiwałam raczej chłodnego realizmu i bardziej prawdopodobnej wizji przyszłości, chociaż nie wiem dlaczego właśnie tak to sobie wyobrażałam. Trzeba jednak przyznać, że wątki fantastyczne wypadły nieźle, chociaż – tak, to chyba mój największy zarzut – było ich zbyt wiele, a przez to atmosfera w powieści zrobiła się naprawdę „ciężka”. „Ciężka” to zresztą dobre określenie na całe „Metro”. Nie jest to książka lekka, którą można by przekartkować w jeden wieczór. Zbyt wiele wątków pobocznych (o których zaraz) i zbyt wiele treści natury metafizycznej, które – jak dla mnie – nierzadko podpadały pod banalne komunały ukryte pod iluzją mistycyzmu; męczyło mnie to. Do tego przeszkadzały mi oczywiste uproszczenia społeczno-socjologiczne (naprawdę faszyzm rozwijał się tylko na kilku stacjach? Czy to w ogóle możliwe, żeby – mimo przecież dość dużej migracji ludzi – jakiś system ideologiczny utrzymywał się tylko na zamkniętym obszarze?) Śmieszne. I choć starałam się czytać „Metro” jako swoistą parabolę, gdzie nie należy brać wszystkiego dosłownie, to jakoś nie do końca w to wszystko uwierzyłam. Inna sprawa – zabrakło mi dokładnego wyjaśnienia co się właściwie stało i co dokładnie doprowadziło świat to stanu, w którym się znalazł. Opis wydawcy wspomina coś o konflikcie atomowym i przez większą część książki na tym właśnie bazowałam, zbierając informacje o świecie. Zabrakło szczegółów, które w powieściach postapokaliptycznych interesują mnie właśnie najbardziej (zastanawiam się wtedy, czy taki scenariusz faktycznie może się ziścić).

Pozostaję jednak pod wielkim wrażeniem ostatnich stron. Uwielbiam takie otwarte i dające do myślenia zakończenia, w którym nie wszystko jest dopowiedziane, a autor pozostawia nas z szalejącą w mózgu gonitwą myśli; „ale jak to?”, „dlaczego tak?”, „czy na pewno?”. Cudowne uczucie! I choć z czymś podobnym spotkałam się stosunkowo niedawno (nie zdradzę jednak gdzie!), to tutaj przeżywałam to naprawdę mocno.  

Całe „Metro” jest zresztą pełne niedopowiedzeń, co strasznie mi się podobało. W powieści znajduje się całe mnóstwo wątków, które zostały tylko poruszone, zaciekawiły do granic możliwości, ale nie zostały całkowicie wyjaśnione. Mówię tu o tych wszystkich nadnaturalnych zjawiskach, jak chociażby Polianka. To sprawia, że nawet po zakończeniu lektury nie przestajemy myśleć o książce, wciąż roztrząsając wszelkie domysły i niejasności. Rzecz zupełnie niespotykana w kręgu amerykańskiej papki kulturowej. Z drugiej jednak strony – żeby nie było zbyt różowo – w pewnym momencie czułam stanowczy przesyt wszystkich wątków pobocznych. Za dużo, za gęsto, za ciężko, za rozwlekle. Przygód miał ten Artem bez liku, spotkał mnóstwo ważnych postaci (większość z nich przybierała względem niego rolę mentora), a niewielkie opanowanie tego niepotrzebnego w sumie natłoku wyszłoby tylko z korzyścią dla książki. I może to po prostu wina obranej formy; w powieści drogi należy liczyć się z pewną sekwencyjnością. Nie powiem – każda kolejna stacja była dla mnie ciekawym miejscem do odkrycia. Po prostu w którymś momencie miałam już serdecznie dość tego, że poszczególne wątki poboczne są ze sobą za słabo powiązane, że nie tworzą spójnej całości (tak! właśnie spójności mi brakowało!).

Podobał mi się nastrój grozy panujący w powieści. Wędrówka przez tunel z Burbonem i jego „Umarłem. Mnie już nie ma” to chyba najbardziej przerażający fragment jaki kiedykolwiek zdarzyło mi się przeczytać! Ale znowu – bywało, że miałam palce obgryzione do krwi, ale zdarzały się też fragmenty, których końca nie mogłam się doczekać. Wiem, że nie można stworzyć powieści idealnej, w której każdy fragment zachwycałby tak samo mocno, ale tutaj różnice były zbyt duże.

Na koniec pochwalić muszę audiobooka. Oficjalną wersję „Metra 2033” nagrała Audioteka wykorzystując głos Krzysztofa Gosztyły. Nie mogłam przebrnąć nawet przez pierwszy rozdział! Aktorskie popisy lektora, nieznośne modulacje głosu i niekończące się pauzy doprowadzały mnie do stanu przedrzucawkowego. Interpretacja Gosztyły to idealny przykład tego, czego nienawidzę w audiobookach. Na szczęście istnieje jeszcze jedna wersja; krótsza o przeszło cztery godziny (bo bez zbędnych przerywników typu „hehe”), przeznaczona dla osób niewidomych i słabo widzących, którą czyta (czyta, a nie po swojemu interpretuje) Marcin Popczyński. I choć zdarzają mu się wpadki (Hunter czytany jak /hUnter/ i przynajmniej dwukrotne przemianowanie Młynarza na Marynarza), to jestem bardzo zadowolona z jego pracy. Audiobooka w wersji Popczyńskiego z całego serca polecam!

Drugi tom cyklu –  „Metro 2034” dostępny jest niestety tylko w interpretacji Gosztyły, dlatego na razie daruję sobie słuchanie. Poza tym muszę trochę odpocząć, bo tak długie przebywanie w ciemnych i dusznych tunelach moskiewskiego metra należy sobie dozować. :)

„Metro 2033” to bardzo dobra książka, jednak – jak dla mnie – zbyt męcząca, abym mogła ją uznać za wybitną i liczyć na to, że jeszcze kiedykolwiek do niej wrócę. I mimo kilku naprawdę obiecujących fragmentów, daleko jej do znakomitej. Polecam fanom cięższych, postapokaliptycznych wizji, od których powieść wymagać ma ciągłego skupienia i głębszych przemyśleń natury metafizycznej.

Kolejna trudna do oceny książka. Gdybym miała kierować się emocjami i oceniać swoje wrażenia na podstawie zakończenia, to kto wie, czy nota nie byłaby najwyższa. Sprawiedliwość jednak każe mi wziąć pod uwagę wszystkie aspekty powieści i wystawić mocne 4+.

Warto wspomnieć, że Glukhovsky napisał także twór pod tytułem „Ewangelia według Artema”, której opis obiecuje alternatywne zakończenie „Metra 2033”. Z czystej ciekawości przeczytałam więc „Ewangelię...”. Ta nie podobała mi się zupełnie. Tak jak za najlepszy aspekt „Metra” uważam jego zakończenie, tak „Ewangelię” uważam za kompletnie niepotrzebne i bezsensowne dopowiedzenie czegoś, co powinno zostać niedopowiedziane. Zdecydowanie nie polecam. Ot, zwykły chwyt marketingowy, żeby kupić coś tam innego (nowelki nie można kupić samodzielnie, a jedynie w komplecie z inną powieścią z cyklu „Uniwersum Metro”; można ją jednak bez problemu znaleźć w Internecie). Nie należy spodziewać się niczego nadzwyczajnego i psuć wrażenia po „Metrze”. Tym bardziej, że ta wersja zakończenia jest po prostu dużo słabsza; naciągana i naiwna.

10 komentarzy :

  1. Mam na półce prawie całą serię (kupuję mężowi), ale jakoś na razie nie mogę się za nią zabrać, choć mąż usilnie namawia - m.in. właśnie na ten tom, o którym piszesz i na kolejny, też Glukhovsky'ego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Książkę mam, ale jeszcze nie miałam okazji po nią sięgnąć i chyba nieprędko to zrobię, gdyż piszesz, że „Metro” jest pełne niedopowiedzeń, wątki zaczęte i nieskończone, a to dla mnie dość istotny mankament. Mimo wszystko w wolniejszej chwili spróbuje zaryzykować i przeczytać tę pozycję.

    OdpowiedzUsuń
  3. O serii "Metro 2033" chyba słyszał każdy ;) Kiedyś nie lubiłam takich książek, ale ostatnio trochę mi się gust zmienił. Więc może w końcu się skuszę ;)

    http://pasion-libros.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój brat ma dwie pierwsze części tej serii, więc nic nie szkodzi mi sie z nimi zapoznać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja byłam tą książką zachwycona :) Najbardziej przemawia do mnie narracja - autor świetnie poradził sobie z nadawaniem bohaterom indywidualnych cech charakteru za pomocą ledwie kilku słów.

    OdpowiedzUsuń
  6. hejka, a czemu piszesz o audiobooku a na gorze w info o ksiazce piszesz o mapce? w audiobooku tez jest ta mapka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo to moja klasyczna przypadłość. ;) Tzn. mam książkę, chciałam ją już dawno przeczytać, ale czasu coś nie ma i zawsze jest coś pilniejszego. W końcu znajduję audiobooka i postanawiam słuchać. Ale książkę zawsze tez mam gdzieś w zasięgu ręki i tak łączę to słuchanie z czytaniem. :) W audiobooku oczywiście mapki nie ma. :) A szkoda, bo naprawdę się przydaje!

      Usuń
  7. Chyba ją w końcu kupię, bo jakoś nie mogę w biblio upolować :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ksiązka mnie niczym nie kusi od poczatku. Długa ale ciekawa opinia :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Przeczytałam co ciekawe tylko Metro 2034, które było... dobre, ale bez szału, ale z tego co wiem, poprzednik jest zdecydowanie lepszy, toteż i po 2033 sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...