poniedziałek, 29 września 2014

"Opowieści z najdalszych przedmieść" Shaun Tan

Wydawnictwo Kultura Gniewu
Tekst i ilustracje: Shaun Tan
Stron: 97

Opis wydawcy:
"Opowieści z najdalszych przedmieść" to piętnaście historii, z których każda opowiada o niezwykłej sytuacji lub zdarzeniu, mających miejsce w na co dzień całkiem normalnej podmiejskiej okolicy. U kogoś w ramach studenckiej wymiany zamieszka osobnik malutki jak orzeszek. Ktoś inny na swoim trawniku natknie się na ogromne stworzenie morskie. W czyimś domu odnaleziony zostanie tajemniczy dodatkowy pokój, a w parku za osiedlowym centrum handlowym pojawi się olbrzymia niepokojąca maszyna... W swojej najnowszej publikacji Shaun Tan, jeden z najbardziej znanych na świecie australijskich autorów książek dla dzieci i młodzieży, przygląda się jak zwykli ludzie reagują na pojawiające się na granicy ich uporządkowanego świata tajemnicze, inne, nieznane. Czy odkryją jego prawdziwe znaczenie? Zrozumieją je? A może po prostu przeoczą zajęci swoimi sprawami? Tan, laureat prestiżowej nagrody im. Astrid Lindgren z 2011 roku i autor nagradzanej na całym świecie powieści graficznej "Przybysz", zaprasza do swojego oniryczo-fantastycznego świata zarówno czytelników dojrzałych jak i dzieci, oczarowując pięknymi historiami idealnie skomponowanymi z urzekającymi ilustracjami.
  
Pamiętacie to uczucie, kiedy w szkole omawiany był wiersz, a polonistka, jak zagubiony pocisk artyleryjski, wskazywała coraz to nowych uczniów i pytała o swoje interpretacje tego, co przeczytaliśmy? Ja doskonale pamiętam tę mieszaninę paniki i przyspieszonych operacji umysłowych podejmowanych, by wymyślić w miarę pasujące znaczenie. (Nigdy nie rozumiałam poezji.) 
Podobne odczucia towarzyszą mi podczas pisania tej recenzji. Czy będę musiała się przyznać, że nie do końca zrozumiałam to, o czym właśnie czytałam? Czy z pomocą zgrabnych frazesów o tym, że książka jest wyjątkowa i niezapomniana uda mi się ukryć swoją dezorientację i intelektualne spustoszenie? „Opowieści z dalekich przedmieść” to dziwna książka. To ten typ, gdzie z uporem maniaka szuka się ciągu dalszego historii. (Okazuje się jednak, że to już koniec i nie, nie dostaliśmy wybrakowanego egzemplarza.) To jedna z tych książek, przy których człowiek czuje się zagubiony, jakby trochę głupszy niż jeszcze pół godziny temu. Ale potem kończy historię i wie, że pozory mylą – w momencie, w którym odginałam okładkę nie była aż tak mądra. 



Nie wiem skąd autor czerpie pomysły na swoje opowiadania. Pociski batalistyczne w ogrodach, patyczaki przechadzające się po ulicach i diugoń (ssak morski) na przydomowym trawniku wyglądają jak majaki po ostrej imprezie z LSD. To przelana na papier mieszanka surrealizmu, oniryzmu i realizmu magicznego, gdzie zawieszone zostają zasady logiki. Marzenia senne mieszają się z trafnością dziecięcych spostrzeżeń. Bo narratorem opowiadań jest dziecko. Chyba. Wychodzi na to, że Shaun Tan ma po prostu nieziemsko wybujałą wyobraźnię. 

 



Ilustracjom poświęcić powinnam osobny akapit, jednak to nie miałoby sensu. Stanowią one bowiem integralną część „Opowieści...” (czasami wręcz zastępują tekst) i wszystko to, co napisałam na temat warstwy literackiej odnosi się także do nich. Ilustracje wykonane są różnymi technikami, często tworzą coś na wzór komiksu. Tan nie boi się eksperymentów formą. Tan w ogóle chyba nie boi się niczego.
(No i wyszedł akapit!)

 



Shaun Tan dokonał tego, czego nie udało się jeszcze żadnej poezji – poruszył moje emocje, sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad znaczeniem przeczytanych słów. Wreszcie udało mi się poczuć literaturę. Każdy kolejny rozdział, każda ilustracja pozostawiają w podświadomości uczucie niepokoju, a na ciele gęsią skórkę. Nie potrafię streścić żadnego z opowiadań i powiedzieć „co autor miał na myśli”. Ale nie dlatego, że brakuje mi pomysłu; mam ich po prostu zbyt wiele. Dezorientację i intelektualne spustoszenie, które pojawia się po przeczytaniu opowiadań Tana uznać należy za najlepszą dla nich rekomendację.

5+
„Opowieści z najdalszych przedmieść” to książka ponadgatunkowa i wymykająca się wszelkim szufladkom. Bez grupy docelowej. Tym razem bez etykiet.


Dziękuję Panie Tan!

niedziela, 28 września 2014

Pojawia się i znika, i znika, i znika....

Tak, tak, moi drodzy. To chyba o mnie. Bo nikt tak często jak ja nie pojawia się tylko po to, żeby za chwilę zniknąć. Tym razem nowy start, nowy początek, wszystko nowe, już po raz trzeci. No bo czemu nie? To w końcu moje miejsce, mogę sobie robić co tylko mi się podoba, prawda? Są takie momenty, kiedy nie mogę się obejść bez blogowania (chyba właśnie teraz taki nastał) i takie, kiedy wszystko, co w blogosferze złe, irytuje mnie to tego stopnia, że muszę się odciąć. I choć zawsze mam w końcu zamiar wrócić, to czasami po prostu okazuje się to zbyt dużym przedsięwzięciem, bo wiem, że nie będę miała czasu na regularne wpisy albo jeszcze coś innego; same kłody pod nogi. Zawsze następuje jednak ten moment, kiedy codziennie myślę o powrocie, a każda bardziej twórcza refleksja sprawia, że mówię: „fajnie byłoby o tym napisać na blogu”.

Więc wracam. Z żelaznym postanowieniem, że na stałe, na długo i bez wymówek. Bo potrzeba psychiczna, aby znów być "blogerę" jest, czasu na pisanie też jakby trochę więcej; słowem: lepszej okazji nie będzie. Od początku jednak odetnę się od wszystkiego tego, czego w blogosferze nie lubię. Debilne komentarze tylko po to, żeby zaznaczyć swą obecność, pierdzenie różem, wiecie o co chodzi. Nigdy więcej! Potrzeba pisania wynika natomiast z faktu, że nagle zabrakło miejsca, gdzie mogłabym to robić. Moje kochane forum o książkach, które przez wiele lat skupiało większość moich literackich zmagań umiera powoli śmiercią tragiczną, a pisanie dla portalu, który skraca i zmienia moje recenzje tak, że powstają z nich idiotyczne sprawozdania bez charakteru dobija mnie już kompletnie. Jednak co na swoim, to na swoim. Można o wszystkim i w sposób, w jaki się tego naprawdę chce.

Ale zmieni się u mnie trochę, oj zmieni. Uczciwie ostrzegam! Taaak, wiem, że już wspominałam o tym poprzednio. Obiecywałam gry planszowe, cuda, wianki. Wyszło jak wyszło, czyli całkiem do dupy. Ale nie tym razem! Nie tym razem...
Blog nadal będzie przede wszystkim o książkach, tak myślę. Recenzje mam zamiar wrzucać najczęściej jak to możliwe. Czytam trochę mniej niż wcześniej, mniej też słucham audiobooków, ale zawsze chętnie opiszę to, z czym się zetknęłam. Nadrabiam literaturą dziecięcą, której będzie tu pewnie na pęczki. Gry też będą, no po prostu muszą, nie wyobrażam sobie tego bloga bez nich. Do tego całkowita nowość – treści, nazwijmy je umownie: parentingowe. Bo podczytuję kilka blogów, bo to uwielbiam; po prostu pozazdrościłam. Też chcę! Daleko mi jednak będzie do codziennych wynurzeń na temat tego w co ubrałam swoje dziecko albo co też zjadło ono na śniadanie (pomijam fakt, że na razie, poza mlekiem, wciąż nie je nic). Chciałabym pisać o tym, co naprawdę uważam za istotne, co mnie w jakiś sposób fascynuje albo bulwersuje. Choć treści natury lajfstalowej zdarzyć się mogą. No i gadżetowe recenzje. Czemu nie? Na koniec coś, czego nazwać nie umiem i z przykrej konieczności otrzyma miano światopoglądu, choć zdaję sobie sprawę, że brzmi to raczej słabo. Chodzi o to, że z jednej strony nie mam sie gdzie wygadać (a wygadać sie lubię), a z drugiej chciałabym uczynić ten blog bardziej osobistym. Będzie więc szczerze, bez eufemizmów i po mojemu. Mój światopogląd jest dość hermetyczny, a ja sama jestem osobą nietolerancyjną i całkowicie zamknięta na zdanie i opinie innych ludzi, dlatego zdaję sobie sprawę, że nie każdy odnajdzie się w prezentowanej przeze mnie tematyce. Ale ja i tak spróbuję. Bo chcę! I tylko dlatego. Wreszcie, powoli zmienia się też graficznie na blogu. Choć kilka poprawek kosmetycznych jeszcze przede mną, to przynajmniej moje paintowe rewolucje nagłówkowe odeszły na zawsze w niepamięć. ;)

Jak będzie w rzeczywistości – się okaże. Bo tylko praktyka może zweryfikować najbardziej nawet sprecyzowane plany i założenia. Tak naprawdę chciałabym pisać o wszystkim, co tylko wywoła u mnie taka potrzebę.

Zapytacie pewnie skąd te zmiany! Ano stąd, że i u mnie się pozmieniało, a każde życiowe zmiany (szczególnie tak istotne) drastycznie zmieniają dotychczasowe priorytety i sposób patrzenia na codzienność.

W ciągu ostatniego roku w moim życiu miały miejsce trzy niesamowicie ważne wydarzenia i każde z nich zmieniło moją perspektywę. O każdym z nich z pewnością napiszę kiedyś osobno. 

1. Wydarzenie nr 1 – ŚLUB! 



Tak, tak... 24 sierpnia 2013 roku, po niemal 7 latach wspólnego życia zalegalizowaliśmy nasz związek. Na zdjęciu, choć jeszcze nie widać, a i w świadomości nie do końca jeszcze miejsce zagrzał – 5 tydzień ciąży. :) Podróż poślubna do Londynu, mimo obaw o lot samolotem i obaw w ogóle o wszystko, co nie jest 24-godzinnym leżeniem na wznak, także okazała się bardzo udana.
I teraz, nawiązując do oryginalnego tytułu dzieła Brantôme’a powinnam nazwać się „panią swawolną”. :)

2. Wydarzenie nr 2 – CIĄŻA i nierozerwalnie związane z tym faktem DZIECKO!



Dokładnie 8 miesięcy później, po niemal 3 latach od momentu, kiedy stwierdziliśmy, że chcemy ją mieć, 24 kwietnia 2014 roku, pojawiła się w naszym życiu wyczekana i wystarana Róża. :)
Ja: 37 tydzień
Róża z czachą: 4 dni
Różą z książką: 3 miesiące

3. Wydarzenie nr 3 – MAGISTER! 



4 lipca 2014 roku obroniłam pracę magisterską i ukończyłam studia prawnicze. Choć studiowałam niemało i dyplomy różnorakie już zdobyłam, to jest to mój pierwszy magister, na dodatek na kierunku, który zawsze uważałam za najważniejszy. Łatwo ani przyjemnie nie było, ale jest! I jestem z tego powodu okropnie dumna! Zwłaszcza, że praca pisana (dosłownie!) z dzieckiem przy piersi. :)

Nie przedłużając, bo długo, jak zwykle, jest i tak – zapraszam w to stare-nowe miejsce. Ciekawa jestem jak się sprawdzi nowa Panna Swawolna.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...