wtorek, 11 listopada 2014

Bóg jako Teletubiś. "Chata" William Paul Young

Wydawnictwo Nowa Proza
Stron: 288

Opis wydawcy:
Podczas rodzinnych wakacji zostaje porwana Missy, najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa. Na pustkowiach Oregonu, w opuszczonej chacie, znaleziono ślady wskazujące na to, że ktoś ją brutalnie zamordował. Po czterech latach pogrążony w ogromnym smutku ojciec dostaje tajemniczy list. Wnioskuje, że napisał do niego sam... Bóg. W treści listu było zaproszenie do chaty, gdzie popełniono okropną zbrodnię na Missy. Wbrew rozsądkowi Mack postanawia pojechać do chaty i zmierzyć się ze swoimi największymi koszmarami. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie. Spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatuśkiem, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu , Azjatką uosabiającą Ducha Świętego. Ta niecodzienna książka to piękna historia o tym, jak Bóg przychodzi do nas wtedy, kiedy najbardziej go potrzebujemy. Nigdy nie zostawia nas tam, gdzie nas znajduje, jeśli się przy tym nie upieramy.


O „Chacie”, swego czasu, było głośno. Też coś tam słyszałam, nawet chciałam przeczytać, bo doszły mnie słuchy, że to o Bogu, a wiadomo, że jak każda wojująca ateistka – Biblią i zagadnieniami teologicznymi interesuję się bardziej niż przeciętny katolik. Lubię poznawać inne punkty widzenia i zbierać argumenty do dyskusji. O „Chacie” przypomniał mi Facebook. Kilka tygodni temu, w erze „10 książek, które zmieniły moje życie”, „Chata” we wpisach znajomych pojawiała się zaskakująco często. W końcu przeczytałam. Podobno o gustach się nie dyskutuje, wykazując się więc szacunkiem oraz wyrozumiałością – nie organizuję masowych czystek na fejsie.

„Chata” to opowieść o Macku, który doświadczył okrutnej straty; jego 6-letnia córka – Missy, została porwana i prawdopodobnie zamordowana. Po tej tragedii w życie Macka i jego rodziny wkrada się Wielki Smutek [pisownia oryginalna...], a on sam zaczyna mieć dziesiątki pytań. Kilka lat po zdarzeniu otrzymuje list od samego Boga, który pragnie się z nim spotkać.

Bóg wykreowany przez Younga jest nietypowy i oryginalny, przyznaję. To tęga, czarnoskóra, lubiąca kucharzyć kobieta. Do tego Jezus o wschodnich rysach i niewielka Azjatka – Duch Święty. Rozumiem, że miało to łamać stereotypy, pozytywnie zaskakiwać i w najbardziej możliwy sposób humanizować wizerunek Boga. Nie odebrałam jednak jego (ich) postaci pozytywnie. Co robi Bóg, kiedy na świecie mordowane są niewinne dziewczynki, a przysłowiowe dzieci w Afryce głodują? Śpiewa, tańczy i obżera się przy suto zastawionym stole (chociaż, jak sam zauważa, jeść nie musi). Cała Trójca bez przerwy się śmieje, skacze, dokazuje i przytula, jak jakieś pieprzone Teletubisie. Niejednokrotnie miałam ochotę uderzyć Boga w twarz, krzyknąć „ogarnij się!”, bo denerwowały mnie te zabawy i swawole. No i Jezus (przystojny, śniady i w ogrodniczkach) mówiący Mackowi, że go kocha, na dodatek kiedy to leżą na pomoście i wpatrują się w gwiazdy... That’s so gay!  

Okazało się, że autor, mimo szczerych chęci, nie umiał wytłumaczyć najważniejszych wątpliwości dotyczących religii, z którymi zmierzyć się musi człowiek. Na przykład istnienie zła na świecie. To dla mnie jedna z tych spraw, z którymi religia chrześcijańska zawodzi na całej linii (może i inne też zawodzą, nie znam się). 

 

Dlaczego wszechmocny i dobry Bóg dopuścił do holocaustu? Dlaczego każdego dnia pozwala na to, żeby pedofile gwałcili dzieci, a inni zwyrodnialcy z zimną krwią mordowali niewinnych? „Usprawiedliwienia” typu „bez cierpienia nie docenimy szczęścia” albo inne równie absurdalne pierdolenie o Boskim planie, którego nie pojmujemy, kompletnie mnie nie przekonuje. Niestety, Young nie proponuje żadnego ciekawszego rozwiązania. Na pytania Macka Bóg odpowiada, że na razie ludzie nie potrafią tego zrozumieć, ale zaufać muszą w miłość Jezusa i uwierzyć, że gra jest warta świeczki. Bóg mówi, że mógł zapobiec śmierci Missy, ale tego nie zrobił „z powodów, których nie jesteś teraz w stanie zrozumieć” oraz „w tym momencie zamiast odpowiedzi mogę dać ci miłość i dobroć”. Kolejne więc sranie w banię.

Odpowiedzi na inne pytania są jeszcze gorsze. Naszpikowane wewnętrznym brakiem logiki i pseudomądrymi sentencjami; typowe paplanie o niczym. Wlatuje jednym uchem, a wylatuje drugim. Nie potrafiłabym odtworzyć większości z nich. Ludzie jednak lubią takie przeintelektualizowane dywagacje i jeśli ich nie rozumieją, to liczą na to, że przeczytali coś naprawdę mądrego; stąd zachwyty. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że te same komunały, które mnie zirytowały, przekonują Macka. Facet na każde „zaufaj mi” – ufa i nie próbuje uzyskać bardziej zadowalającej odpowiedzi. Jesteśmy więc świadkami kompletnie nieprawdopodobnej przemiany psychologicznej bohatera, który zaskakująco szybko i łatwo godzi się ze swym bólem. W ogóle niezbyt on autentyczny. No bo jak zachowałby się przeciętny człowiek, któremu ktoś porwał i zabił dziecko? Myślę, że zwątpiłby w samo istnienie Boga. Jednak to, że w Boga można nie wierzyć nie mieści się chyba w ciasnym mózgu autora „Chaty”. W powieści, codzienne rozmowy bohaterów dotyczą spraw wiary, wszyscy się za siebie modlą (jakie to amerykańskie!), a żona protagonisty nazywa Stwórcę Tatą. Mack nie poddaje w wątpliwość istnienia Boga; złości się, gada do niego, wygraża mu i oczywiście nadal przekonany jest, że ktoś go słucha.

Young to autor z misją. Podobnie jak niektórzy inni pisarze (np. Martel w „Życiu Pi”) próbuje przekonać swoich czytelników, że opisywana historia wydarzyła się naprawdę. I tak cały pierwszy rozdział swej książki sili się na autentyczność przekonując, że jest on jedynie skrybą spisującym rzeczywiste przeżycia swojego przyjaciela. Choć prawdziwość tych rewelacji można zweryfikować już pobieżną lekturą Wikipedii (no oczywiście, że sprawdziłam!), to zauważyłam, że ludzie w to wierzą, zwłaszcza na anglojęzycznych serwisach. Może to jest główną przyczyną popularności „Chaty”.

Innym zagadnieniem doktrynalnym, które zostało poruszone w powieści, a które od zawsze jest dla mnie kwestią pozostającą poza jakimkolwiek zrozumieniem jest jednoczesne istnienie Trójcy Świętej i nazwanie jej jedynym Bogiem. Oczywiście i tu, tak jak setki innych teologów przed nim, Young poległ i zaprezentował trzy odrębne postaci, które podobno są jednością, a świadczyć ma o tym fakt, że jedno wie, o czym rozmawiało drugie i trzecie. Aha.  

Mimo jednak, że ideologicznie książka sięga dna, sama w sobie jest całkiem niezła. Young pisze ciekawie i potrafi przykuć uwagę czytelnika. Mimo długich i nużących rozmów z Bogiem, powieść czyta się dosłownie jednym tchem i ciężko się od niej oderwać. Myślę, że Young świetnie sprawdziłby się jako autor kryminałów. Pierwsza część „Chaty”, opisująca uprowadzenie oraz poszukiwania Missy, wypadła znakomicie. Potem autor co chwilę wplata w swoją fabułę sygnały zwiastujące kolejne wydarzenia tak, że czeka się na nie z prawdziwą niecierpliwością. Czasem nawet z dreszczami i obgryzionymi paznokciami! Myślę, że trzeba mieć prawdziwy dar, żeby pisząc takie nudne bzdety nie pozwolić czytelnikowi odejść od książki.

Daję „Chacie” 3 z baaaardzo dużym minusem. Oceniam ją stosunkowo wysoko, bo czytało mi się ją dobrze i to pomimo poruszenia wielu kwestii, które zazwyczaj – jako osobę nietolerancyjną i mającą w dupie cudze zdanie – po prostu mnie wkurzają. O dziwo (znowu!) – wobec rewelacji Younga zachowałam chłodną bezstronność. Skrytykowałam, ale bez przesadzonych emocji. Może dlatego, że i w książce ich brakuje, a naprawdę nie powinno. Warstwa znaczeniowa powieści zasługuje jednakże na soczystą jedynkę. Autor nie potrafił przedstawić tego, co sobie założył. Nie dlatego, że zabrakło mu umiejętności, ale dlatego, że w zasadzie nie miał jasnej i sprecyzowanej koncepcji co do tego, jak mają wyglądać odpowiedzi Boga. Zaprezentował w zamian garść wymijających wyjaśnień i kilka mocno stronniczych komunałów brzmiących w uproszczeniu „bez Jezusa nie da się żyć przyzwoicie, sprawiedliwie, a przede wszystkim – szczęśliwie”. Tym, którzy wyciągnęli z tego jakąkolwiek naukę dla siebie – szczerze gratuluję. Ja bez Jezusa sobie radzę, rzekłabym nawet, że znakomicie.

sobota, 8 listopada 2014

"Księżniczki i smoki" Christina Björk, Eva Eriksson

„Księżniczki i smoki” to osiem krótkich, zabawnych i wyjątkowo uroczych opowiadań, których bohaterami są (no, zbyt oryginalnie tego nie ujmę)... księżniczki i smoki. Jest więc tematyka baśniowa, znana i lubiana. Ale w tę sielskość i przewidywalność został włożony patyk i tak oto nie ma tu niczego, czego byśmy się po księżniczkach spodziewali. Są za to nowe role, jest nowoczesność i bardzo oryginalny pomysł.    
 
Chyba największą wartością tej książki jest „odksiężniczkowienie” księżniczki. No bo z czym kojarzy się królewna? Z niedołężną, nieporadną i całkowicie pasywną ciamajdą, która powierzając swe losy dzielnemu królewiczowi śpi albo jak idiotka bierze jabłka od nieznajomych. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie wzór do naśladowania to nie jest i aż mnie skręca na myśl, że moja Róża mogłaby kiedyś z podziwem wpatrywać się w te tępe mordy i – o zgrozo! – chcieć być taka jak one. Ku mojej wielkiej uldze, w książce Christiny Björk żadnego królewicza nie ma, a księżniczki świetnie dają sobie radę same. Każda z nich jest inna, ale wszystkie cechują się tym samym – potrafią przejąć inicjatywę i zamiast użalać się nad sobą – działać. Petunia, choć rozpieszczona, prowadzi świetne negocjacje, Piwonia na hulajnodze wyrusza na daleką wyprawę, aby uratować brata (nie, nie czeka na pomoc rycerza). Każda z księżniczek swym sprytem i przebiegłością potrafi sobie owinąć smoka wokół palca.
 


Księżniczki, mimo strojnych sukien i koron na głowach, to typowe chłopczyce; lubią wspinać się na drzewa, pyskują, sprzeciwiają się rodzicielskim zakazom, złoszczą, marzą o przygodach. Są też smoki, ale – tak jak księżniczki – w nie do końca przewidzianej dla siebie roli. Niektóre okrutne, inne przyjacielskie, jeszcze inne mające ochotę na wino poziomkowe. „Książniczki i smoki” to błyskotliwa gra z konwencją. W każdym opowiadaniu pojawia się z pozoru typowy dla baśni schemat (na przykład przybywa smok, by porwać księżniczkę), zakończenia historii dalekie są jednak od tych najbardziej znanych.
Świetną rzecz stworzyły Björk i Eriksson. Warto skonfrontować swoje baśniowe wyobrażenia z ich pomysłem. Z księżniczek natomiast warto czerpać inspirację.
  


Pozdrawiamy księżniczkowo!
 



Wydawnictwo Zakamarki 
Tekst: Christina Björk
Ilustracje: Eva Eriksson

Stron: 36
Okładka: twarda
Wiek: 3+
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...