niedziela, 11 stycznia 2015

Christian o hełmie wiejącym kitami. "Pięćdziesiąt twarzy Greya" E. L. James

Wydawnictwo Sonia Draga
Stron: 608

Cykl: Pięćdziesiąt odcieni, tom 1

Opis wydawcy:
Książka „Pięćdziesiąt twarzy Greya” E. L. James opowiada losy studentki literatury Anastasi Steel i zabójczo przystojnego biznesmena. Młoda dziennikarka jedzie w zastępstwie swojej koleżanki przeprowadzić wywiad dla gazety studenckiej z rekinem biznesu, przystojnym i zamożnym Christianem Greyem. Od pierwszych minut spotkania mężczyzna zaczyna fascynować i urzekać Ann. Czuje, że ją onieśmiela, a powietrzu wisi coś elektryzującego, czego dziewczyna nie potrafi nazwać. Z ulgą kończąc rozmowę postanawia zapomnieć o intrygującym przystojniaku i wrócić do swojego poukładanego życia. Gdy wydaje się, że już nic się nie zmieni w życiu Ann, nazajutrz rano w sklepie, w którym dorywczo pracuje, zjawia się Christian Grey. I proponuje kolejne spotkanie... Niedoświadczona i niewinna dziewczyna nie wie jeszcze, że Christian opętany jest potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych, dość niezwykłych warunkach… 


Mimo ogromnej popularności Greya, mimo tego, że wszyscy wokół czytali „a tak tylko, żeby zobaczyć co to i się pośmiać”, ja pozostałam niewzruszona i Greya nie przeczytałam. Oczywiście, swoim starym zwyczajem, z tonem znawcy, który poznał kilka materiałów prasowych, wtrącałam gdzieniegdzie swoje trzy grosze na temat książki, przyjmując raczej stanowisko na „nie”. Teraz jednak, kiedy ludzie z ekscytacją czekają na ekranizację powieści (z bardzo przystojnym aktorem, skądinąd!), a cała promocyjna machina ruszyła ze zdwojoną siłą, zasypując Internet memami, cytatami i parodiami, nie mogę sobie pozwolić na bycie wyjętą spod tej popkulturowej histerii. Za bardzo to lubię.  
[No bo przecież komentarz na Pudelku pod zdjęciem aktorki, która zagra Anę: „Ona wygląda jak jego matka. I to nie biologiczna.” jest taaaaki śmieszny! Tak, tak, czytam już drugi tom!]

Nie jest żadną tajemnicą, a w zasadzie informacja ta rozrosła się już do rozmiarów miejskiej legendy, że „Grey” był początkowo funfickiem do „Zmierzchu”. Czemu spośród setek naprawdę znakomitych ficków akurat ten, tak kiepsko napisany, zdobył popularność – pozostanie zagadką już pewnie na zawsze. Podobieństw do „Zmierzchu” znalazłam podczas czytania bez liku. Przede wszystkim główni bohaterowie. Anastasia to wykapana Bella. Tak samo niezdarna i ciamajdowata. Tak samo nudna, nijaka i na wskroś beznadziejna. Bardzo zwyczajna i przeciętna. Skromna, kompletnie niezdająca sobie sprawy ze swej urody. Everygirl. Musi taka być, bo tylko dzięki temu będą się z nią mogły utożsamić tysiące kobiet w podobnej sytuacji. Jeśli nie polubiliście Belli (da się ją lubić?!), to Any nie polubicie tym bardziej. Jest nieznośnie irytująca i głupia, intelektualny poziom dna bohaterek paranormal romance osiąga tu poziom ujemny. To pierdoła w pełnym tego słowa znaczeniu i chyba najgorszy ze wszystkich elementów tej kiepskiej powieści. Bez przerwy się rumieni, bez przerwy się czegoś boi, wstydzi się nawet powiedzieć „dzień dobry”. Nieustannie się strofuje, łaje i gada do siebie; na przykład mówi na głos coś, co według niej jest kompletną wpadką (oczywiście nie jest to nigdy nic wielkiego), po czym w duchu upomina się: „o cholera, dlaczego ja to powiedziałam?!”. Co ona ma, zespół Tourette’a? (Takie wewnętrzne rozterki zdarzają się mniej więcej ze trzy razy na każdej stronie.) Wszystko wyolbrzymia, jest znerwicowana. Jeśli uzna, że zwykłe wewnętrzne „cholera” nie wystarczy, uwypukla je mówiąc „cholera do kwadratu”. Jeszcze inną formą ekspresji jej bogatego wnętrza jest ciąg: wypowiedzenie niechcianych słów – „jasny gwint!” – groźna mina Greya – „jasny gwint do kwadratu!” – „Ano, nie przygryzaj wargi” – [panika, „o nie, znowu to zrobiłam”] – „jasny gwint do sześcianu!”. Tradycyjne stopniowanie przekleństw: „kurde” – „cholera” – „kurwa” nie wchodzi więc w grę. Jedną z najbardziej ekscytujących rzeczy, którą zrobiła Ana (tak, nazwała ją „ekscytującą”!) było umycie zębów szczoteczką Christiana. Po wyczynie tak szalonym zachichotała i powiedziała „Ależ ze mnie niegrzeczna dziewczynka!”. (W nawiasie dodam tylko, że pożyczanie cudzej szczoteczki uważam za skrajnie obrzydliwe i nie, mycie zębów nie jest tym samym co całowanie. Swoją drogą i w jeszcze większym nawiasie wspomnę, że bohaterowie całują się rano bez mycia zębów w ogóle, co jest chyba jeszcze bardziej obrzydliwe.) We wnętrzu Any boje toczą ze sobą Wewnętrzna Bogini i Podświadomość. Byty te są tak zindywidualizowane, że sprawiają wręcz wrażenie, że bohaterka ma roztrojenie jaźni. Wewnętrzna Bogini potrafi wstać dumnie z szezlonga, ma swoje własne podium i inne sprzęty domowe. Strasznie irytujące to było. Opisywanie bowiem każdej reakcji przez bohaterkę wyglądało tak, że najpierw dowiadywaliśmy się co zrobiła Ana (najczęściej przygryzała wargę), następnie czytaliśmy, że zachwycona Wewnętrzna Bogini wykonywała potrójne salto, a w tym czasie przestraszona Podświadomość schowała się za fotelem. No ja pierdolę! Ile można?!

Grey to Edward, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Jest oczywiście okropnie przystojny i wszystkim obcym kobietom na jego widok miękną kolana. Jest też niesamowicie bogaty, zasypuje swoją ukochaną prezentami typu samochód, laptop, telefon i inne sprzęty RTV. Wąchająca go Ana nie czuje na jego skórze po prostu żelu pod prysznic. Ona czuje zapach drogiego żelu pod prysznic! Grey ma też mroczną tajemnicę, której – jako typ małomówny i zamknięty w sobie (no wiecie, cierpiętnicze spojrzenia) – nie chce zdradzić. Myślę, że gdyby wyjawił, iż jest stuletnim wampirem, nie poczułabym się zaskoczona. Chyba nawet fabuła powieści by na tym nie ucierpiała, bo fabuły tu w zasadzie niewiele i nie może być już gorzej pod tym względem. Ktoś mógłby powiedzieć, że znaczna większość bohaterów romansowych jest przystojna i bogata, ale tu jest coś więcej. Jego „Anastasio, powinnaś trzymać się ode mnie z daleka. Nie jestem mężczyzną dla ciebie.” jest edwardowskie w każdym calu. Nawet rodzinę ma w stylu Cullenów. Bardzo przyjazną i uśmiechniętą, z przyjacielską siostrą. Powróćmy jednak do Pana Greya, bo to postać naprawdę ciekawa. Na przykład jego wachlarz umiejętności. Nie wiem, czy udało mi się zapamiętać choć połowę z nich, ale spróbuję je wymienić. Grey mówi biegle po francusku, doskonale zna się na winach, literaturze i muzyce klasycznej, jest wybitnym biznesmenem, posiada puchary z zawodów wioślarskich, z gracją porusza się na parkiecie, jest fortepianowym wirtuozem, po mistrzowsku pilotuje szybowiec i helikopter (ma oczywiście swoje własne samoloty), no i seksualny czarodziej z niego. W zasadzie czekałam aż zacznie stepować i grać łyżką na zębach, bo już chyba tylko tego typu umiejętności nie zaprezentował. Do tego ma zaledwie 27 lat! (Choć wciąż liczę na to, że pod koniec trzeciego tomu zdradzi, że jest wampirem. Chyba tylko to mogłoby usprawiedliwić te jego liczne talenty i – paradoksalnie! – uczynić powieść mniej absurdalną). Dla wielu kobiet Grey to ideał mężczyzny i oczywiście w pełni rozumiem tę fascynację. Niejedna pani, która od dwudziestu lat ma u swego boku ciągle tego samego, coraz bardziej tyjącego i łysiejącego, zarabiającego 1600 brutto dziada, który wieczorami ogląda mecze, z pocałowaniem ręki zamieniłaby się na romantyczno-perwersyjnego Christiana, który na loty szybowcem zabierałby właśnie ją – tak zwyczajną i przeciętną. Ja niespecjalnie lubię takie wyniosłe, aroganckie i chmurne typy, dlatego nie mogłam zachwycić się panem Szarym. Zdecydowanie bardziej urzekło mnie jego ciepłe, troskliwe i opiekuńcze oblicze, moje serce szczególnie rozczulił książkowymi prezentami (no o ile przyjemniejsze niż kwiaty!).   

Jest więc idealnie, sielsko – czarodziejsko, a wszystkie wady („No jak on mógł mi kupić samochód?! To nieodpowiednie!”) są oczywiście zaletami. Wszystko jest przerysowane i tak doskonałe, że już nic nie dałoby się tu upchnąć. No bo jak już drogie żele pod prysznic wchodzą w rachubę, to naprawdę jest grubo!

Tym bardziej więc „Pięćdziesiąt twarzy Greya” mnie zaskakuje. To książką głupia, źle napisana, z fatalnymi bohaterami. Wszystko to się zgadza. Zdarzają się jednak fragmenty, które są... dobre. Na przykład maile, które wymieniają ze sobą Ana i Grey. Bije z nich coś zabawnego, ciekawego, a nawet błyskotliwego. Przyznam, że uśmiechałam się pod nosem czytając te inteligentne pogawędki. Dziwne, ale przyjemne.

Warga, purpura i foliowa paczuszka

To, co chyba najbardziej irytuje mnie w „Greyu” to ciągłe powtórzenia. Istnieje grupa wyrażeń, które pojawiają się dokładnie na każdej stronie, najczęściej niejednokrotnie. Niektóre przyjęłam obojętnie. No na przykład ta słynna przygryziona warga. Ana bez przerwy ją przygryza, a Grey za każdym razem ostrzega „Ano, nie przygryzaj wargi, wiesz jak to na mnie działa”. Przyznam, że choć na początku częstotliwość podobnej wymiany zdań i czynności mnie przytłaczała, to szybko do niej przywykłam. Podobnie z „oblewam się purpurą”. Już mi się i tak ta cała Ana w wyobraźni świeciła na czerwono, więc było mi wszystko jedno. Nieco bardziej wkurzały mnie wykrzykniki. „Rany Julek!”, „Święty Barnabo!” (kto to w ogóle jest?!) i kilka innych. Do szewskiej pasji natomiast doprowadzało mnie to, że dosłownie cały czas, we wszystkich możliwych okolicznościach, ktoś głośno wciągał powietrze. Próbowałam to sobie wyobrazić (no, spróbujcie!); efekt jest powalający. Zaskoczenie, strach, rozbawienie i każda inne emocja kwitowana jest tym głośnym wciągnięciem. Inne często występujące przedmioty też mają swoje nazwy. Na przykład prezerwatywy nigdy nie są prezerwatywami, ale zawsze (dosłownie: zawsze!) „foliową paczuszką”.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest trochę jak „Iliada”. Być może pamiętacie, że styl homerycki charakteryzował się ustalonymi formułami; śpiewak zawsze miał ich gotowy zapas. Rzeczowniki występowały ze stałym epitetem. Zamiast więc „Achillesa”, był „szybkonogi Achilles”, a zamiast Hektora – „Hektor o hełmie wiejącym kitami”. E. L. Jemes też stosuje ten zabieg! Christian nie ma więc penisa, tylko „pokaźnych rozmiarów męskość”. Żeby nie zapomnieć i ku przestrodze!
[Ironia, Czytelniku. Ironia bije z tego akapitu.]

Seks

Podtytuł bez owijania w bawełnę, wszak seks w książce erotycznej to rzecz ważna. Swój chrzest bojowy przeszłam w gimnazjum, kiedy to wraz z koleżankami potajemnie czytałyśmy „Emmanuelle” (omijając oczywiście długi, nudny, „filozoficzny” fragment; kto wie, ten wie) i w zasadzie już nigdy później literatura erotyczna nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Oczywiście zdarzają się powieści lepsze i gorsze. „Greya” zaliczam do gorszych, także pod względem seksu. Problem chyba polega na tym, że „Grey” miał być książką skandalizującą, „niegrzeczną”, ocierającą się wręcz o granicę perwersji. Okazało się jednak, że o BDSM się tu trochę mówi, ale robi już niewiele. Sadomaso więc, którego jest jak na lekarstwo, sprowadza się głównie do wiązania rąk (uuu! prawdziwa perwa!). Autorka stara się zadbać o różnorodność, inicjuje swoim bohaterom zbliżenia w wannie czy w gościnie (chociaż tu też bez większych szaleństw), ale tak naprawdę ten seks jest zawsze taki sam, a za sprawą wspomnianej już homeryckiej poezji formularnej – dokładnie taki sam. Gra wstępna, rozwinięcie i zakończenie. Zwłaszcza to zakończenie boli zawsze tak samo mocno. Grey zawsze doprowadza Anę „do samej krawędzi”, a ona „rozpada się na milion kawałków”, podczas gdy on „podąża za mną i woła moje imię”. Emocje więc najczęściej jak przy czytaniu książki telefonicznej. Nie uważam też, aby było coś podniecającego w tym, jak Christian uroczyście deklaruje: „Ano, zamierzam cię teraz posiąść”. Wszystkiego też by mi się odechciało, gdyby ktoś za każdym razem, w kulminacyjnym momencie krzyczał: „dojdź dla mnie, mała”. Jest w tym coś bardzo nieprzyjemnego.

Sama James trochę się jakby wstydziła  mówić o seksie. Z pewną nieśmiałością omija niektóre sformułowania. O „męskości” i „foliowej paczuszce” już wspomniałam. Ana, analogicznie, wyposażona jest w „kobiecość” oraz czuje, że Christian dotknął ją tam. Sformułowanie „tam” pojawia się bardzo często i oczywiście zmyślny czytelnik obdarzony wyobraźnią doskonale rozumie co to „tam” oznacza. Śmiesznie też czasem wychodzą te seksualne ekscesy, no bo jeśli ktoś na widok „potężnej męskości” woła „rany Julek!”, to naprawdę nie da się zareagować inaczej niż zdrowym, serdecznym śmiechem.

Grey a feminizm

W dawnych czasach, kiedy to treść „Greya” stanowiła dla mnie ziemie nieznane, nasłuchałam się jak to ten „Grey” cofnął feminizm do czasów kamienia łupanego. Tak, coś w tym jest. Dawanie klapsów za bycie nieposłuszną, grożenie, karanie, odgrywanie Pana i Uległej, świerzbiąca ręka, bycie własnością mężczyzny... no szczyt feminizmu to nie jest. (Warto jednak zauważyć, że role Pana i Uległej nie są u James przypisane ściśle do płci. Autorka opisuje także odwrotną zależność; wszak sam Christian był kiedyś Uległym). Ja jednak współczesny feminizm (i to, do czego powinien dążyć) widzę trochę inaczej. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jest dla mnie ogromnym punktem przełomowym i mogę chyba nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest książką ważną. „Grey” usankcjonował bowiem istnienie pornografii dla kobiet. Temat to grząski i niezwykle wstydliwy. Pornografia jest dla facetów i przyznanie przez kobietę, że lubi oglądać seks na ekranie swojego komputera traktowane jest z rezerwą, jako kompletne dziwactwo, a nawet zboczenie. Kobiety to bowiem stworzenia uduchowione, które interesują się głównie uczuciami i które nie potrzebują żadnych seksualnych bodźców. „Grey” to zmienił i dał kobiecie łatwą sposobność, aby o seksie poczytać. To ciągle jest książka – forma uważana za jakościowo i kulturalnie wyższą od dziesięciominutowego filmiku w Internecie. To ciągle mówienie swojemu partnerowi: „A wiesz, wszystkie koleżanki o tym mówią, sprawdzę o co tyle szumu” i chowanie „Greya” w autobusie. Ale jest!

Grey a fenomen

Chyba właśnie tu tkwi siła fenomenu „Greya”. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to tak naprawdę kioskowy Harlequin podniesiony do rangi wielkiej literatury. Fabuła, styl, erotyzm, bohaterowie – wszystko to samo. „Grey” został jednak wydany w porządnej okładce, sprzedawany jest w księgarniach i, prawdopodobnie jakimś tajemniczym zbiegiem okoliczności (albo przez fakt, że był wcześniej popularny w Internecie), szybko zyskał statut bestsellera. Książkę o Greyu kupiło ponad sto milionów osób, kupiła ją każda kobieta, która wstydziła się obejrzeć pornola na swoim komputerze. A potem machina potoczyła się sama. Pozytywne recenzje, negatywne recenzje; sama nie wiem, które bardziej przysłużyły się powieści.


Czas na ocenę. Dawno nie czytałam tak złej książki, językowo – chyba nawet nigdy. Czytelnicy moich recenzji wiedzą jednak, że walory estetyczno-literackie, choć potrafią mnie zachwycić, nie zawsze stanowią wyznacznik oceny. Lubię czasem poczytać literaturę bardzo niskich lotów, o ile będzie ona wciągająca i zapewni dużą dawkę rozrywki. „Greya” czytało się względnie dobrze; szybko i z w miarę utrzymującym się zainteresowaniem. Mimo ciągłego przewracania oczami (od którego dupa by mi równo puchła, gdyby przyglądał mi się akurat Christian Grey), „Pięćdziesiąt twarzy...” uważam za książkę znacznie lepszą niż na przykład takie rażące swą głupotą „Kwiaty na poddaszu”. Daję więc 2. I plusik za maile. Ale raczej nie polecam. To już lepiej sobie RedTuba odpalić jak nikogo nie ma w domu.

12 komentarzy :

  1. Najgorsza książka jaką czytałam w swoim życiu, nie mogę sobie przypomnieć gorszej :D A fragment jak Ana zobaczyła prezent - laptopa (tableta, komputer - nie pamiętam co to było, bo czytałam ją jakoś ok. 1.5roku temu) i zachwyciła się, że jak to taki sprzęt i że będzie miała własnego emaila... (studentka XXI w.) no lol. I inne bzdury mnie mnie rozwaliły :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Twoja recenzja ubawiła mnie setnie! Mi się tam Grey podobał, bo mnie baaardzo rozluźnił. Taka głupotka na pełne stresu dni. Wprawdzie jakościowo nie powala, ale póki rozluźnia i wciąga to już nie jest taki zły. Moja ocena jest wyższa od Twojej, ale do zachwytów mi daleko.

    OdpowiedzUsuń
  3. To najlepsza recenzja tej książki jaką widziałam! Ile tu prawdy! Ugh, nie cierpię tej książki, zrezygnowałam po pierwszym tomie, bo nie dałam rady czytać dalej o namiętnej, wystraszonej Anie. Byłam w takim stanie, że sama robiłam się czerwona przegryzając swoją wargę :D
    Dziękuję Ci za tą wspaniałą recenzję, która poprawiła mi humor :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahahhahah, świetna recenzja fatalnej książki, nie wiem czy najgorszej jaką czytałam w życiu, ale "50 twarzy" na pewno plasuje się w na podium koszmarności w moim prywatnym rankingu gniotów. :D Też irytowały mnie te ciągłe powtórzenia, mam bardzo podobne spostrzeżenia, nie będe się tu rozwodzić, bo swego czasu dałam temu upust u siebie na blogu. ;) Ale recenzja naprawdę super! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Popiera! Lepiej RedTube odpalić;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Popłakałam się ze śmiechu! :))))))

    OdpowiedzUsuń
  7. Na szczęście od początku nie chciałam poznać tej książki. I dobrze. Jadnak jakby nie patrzeć wzbudza ona mieszane odczucia u czytelników :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetna recenzja. Książka jak książka. Nie powiem, że jest to coś wybitnego, ale tragedii też nie ma. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. No właśnie u mnie było podobnie - dno i kupa, ale te ich maile były całkiem przyjemne. Jedyna ciekawa część w tej historii.

    OdpowiedzUsuń
  10. Najlepsza (!!!!!!!!!!!!!!!!!!- wykrzykniki na podkreślenie mojego entuzjazmu) opinia jaką kiedykolwiek dane mi było czytać.. Jesteś niesamowita a ja zachwycona. Zmmierzch lubiłam (byłam wtedy bardzo mhhroczną nastolatką) i kochałam się wEdwardzie, teraz, gdy chciałam przeczytać po raz drugi aby zobaczyć jak to odbiorę, nie wiedziałam, co mogło mi się tak spodobać. Podziwiam Cię, że przeczytałaś Grey'a, ja po niego nie sięgnę, są lepsza książki jakie zasługują na czytanie. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie wiem nawet co napisać, bo recenzja rozłożyła mnie na łopatki, ale muszę przecież jakoś dać znać, że jestem i czytam. Jako mezczyzna, któremu WYPADA włączyć RT nie miałem przyjemności z panem Greyem, moja żona też nie miała, chyba, że jakoś potajemnie. ;) Zmierzchu też niestety nie znam, bo moje córki zbyt młode na świecące wampiry.
    Pierwszorzędna recenzja, genialny tytuł! Drogi żel pod prysznic... pewnie ten z górnej półki w Rossmanie. ;)
    Uwielbiam Cię, Zuzanno!

    OdpowiedzUsuń
  12. Napisałaś to tak, że kilkakrotnie prawie(prawie) nabrałam się, że książka Ci sie spodobała. Zasób umiejętności głównego bohatera poraża, ale cóż bez tego byłby nudny... A nie przepraszam wciąż jest. Główna bohaterka i jej przygryzanie warg również nieszczególnie zachęcają do lektury, a tym bardziej jej potrójna osobowość... To na pewno nie jest książka dla mnie.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...