środa, 7 stycznia 2015

Misja: klasyka!

Rzadko piszę o klasyce, chociaż klasykę bardzo lubię. Do tej pory przez mojego bloga przewinęły się recenzje książek „Północ Południe" Elizabeth Gaskell oraz "Shirley"Charlotte Brontë (choć żadna z nich do śmietanki nie należy). Nie jestem jednak klasycznym ignorantem. Swego czasu, jako przemądrzała nastolatka, czytałam przede wszystkim tego typu literaturę. Później natomiast studia (kulturoznawstwo i filologia romańska) umożliwiły oraz siłą egzaminacyjnej perswazji nakłoniły do tego, żeby się zmierzać z mistrzami. Z klasyką jest taka dziwna sprawa, że zazwyczaj wywiera na mnie duże wrażenie i pozostawia w stanie literackiego oczarowania. Prawie zawsze z zaskoczeniem odkrywam, że nie ma w niej niczego nudnego, nieprzystępnego ani trudnego. Powieści wciągają jak najlepsze kryminały, nie irytują głupimi protagonistkami, nie roi się w nich od błędów logicznych i nie rażą złym stylem. Język, którym je napisano jest piękny i staranny. Wiem to wszystko, a jednak za każdym razem moja ręka sięga po kolejne młodzieżowo-fantastyczne gówno. Nie wiem z czego to wynika. Może z obawy przed gabarytami książki, z którą mam się zmierzyć. Klasyka to niemal zawsze opasłe tomiszcza (o ile tylko jedno!) i odstraszająca jest wizja mnie przykutej do jednej książki przez kilka tygodni. Czasami boję się też rozczarowań. Bo choć dawne, znane dzieła najczęściej zachwycają, to zdarzają się też takie, przez które ciężko przebrnąć. Na przykład taki Balzac; chociaż chcę, to nie mogę.

Nigdy nie przyszło mi jednak do głowy, aby recenzować to, o czym czytam. Co do zasady recenzja powinna zachęcić bądź zniechęcić do przeczytania książki. Ale czy ma to zastosowanie w przypadku klasyki? Czy współczesny czytelnik ma prawo kwestionować coś, co przez pokolenia uznane zostało za kanon światowej literatury (bo klasyka to dla mnie utwór przede wszystkim niewspółczesny)? I wreszcie – czy jeśli owa klasyka wyda mi się... powiedzmy to wprost: słaba, to czy nie zostanę automatycznie posądzona o intelektualną płyciznę, nieznajomość kontekstu historycznego, niedostrzeganie podstawowych wartości? Pewnie tak. O książce, która uznana została za arcydzieło, nie można po prostu powiedzieć „dobra, przeczytajcie koniecznie” albo „nudna, a główna bohaterka jest głupia”. Ale czy na pewno? Czy powinniśmy spoglądać na kontekst powstania dzieła? Czy sama treść ukryta (tak zwane „podwójne dno”), które prezentuje dana powieść jest wartością samą w sobie i bez względu na całą resztę (na przykład idiotyczną fabułę) powinna być gloryfikowana? A może dzieło uznać trzeba za „wielkie” tylko dlatego, że zostało po mistrzowsku napisane? Nie wydaje mi się. Nie lubię sztucznych pochlebstw, wychwalania na siłę. Status klasyki nie oznacza dla mnie natychmiastowego uznania powieści za arcydzieło.

Czy się jednak podoba, czy też nie, klasykę trzeba znać. Nie dlatego, że „Słowacki wielkim poetą był”, ani nie dlatego, że jest wspaniała i czytając Balzaca obcować możemy z wielką literaturą, wielkimi emocjami i ponadczasowymi prawdami o człowieku. Nie! Czytając Balzaca nie obcuję z niczym wspaniałym, a męcząc Słowackiego doświadczam jedynie bólu i cierpienia. Nie przekonamy się o tym jednak dopóty, dopóki danej książki nie zmordujemy. Jestem poza tym zdania, że człowiek kulturalny i wykształcony klasykę zna. Wie kim była Emma Bovary i co symbolizuje Proustowska magdalenka. Nie tylko dlatego, że niektórych rzeczy wstyd nie wiedzieć, ale też dlatego, że literatura współczesna pełna jest odwołań i aluzji literackich, a odwołania te najczęściej odnoszą się do dzieł znanych, przez opinię publiczną poważanych i pochodzących z poprzednich epok. I żal byłoby tej wspaniałej intertekstualności nie wyłapać.

Kilka dni temu na jednym z blogów książkowych (z uprzejmości nie napiszę na którym) w komentarzu pod recenzją pojawiła się informacja, że autorka owego komentarza lubi Marqueza. Autorka bloga odpowiedziała: „Nie kojarzę tego autora, o którym piszesz. Może nadrobię.” Nigdy nie zapomnę też mojej wyprawy do Empiku sprzed kilku lat, kiedy to pani pracująca w dziale księgarnianym poprosiła mnie o przeliterowanie nazwiska „Dickens”. Nie będę owijać w bawełnę i powiem wprost: obie panie z powyższych opowieści uważam za kretynki, a związanie z branżą literacką tym bardziej kształtuje moje odczucie. Oczywiście, można nie znać treści powieści, wciąż jest mnóstwo znanych pisarzy, których dzieł nie miałam okazji poznać, ale niektóre nazwiska, te największe znam. Wiem w którym wieku i kraju tworzyli, potrafię też rzucić tytułem najbardziej znanego dzieła. Za usprawiedliwione uznałabym pomylenie XVII z XVIII wiekiem i pochodzenia kolumbijskiego z brazylijskim. Ale żeby „nie kojarzyć” nazwiska? Nie. To już świadczy o człowieku.

Nie lubię blogowych wyzwań. Nie bardzo rozumiem po co ktoś, kto czyta niemal cały czas fantastykę, pod każdą recenzją umieszcza informację: „Książkę tę przeczytałem w ramach wyzwania »czytam fantastykę«”. Przecież nie przeczytał jej ze względu na wyzwanie, tylko dopasował jedno z wielu wyzwań (bo istnieją już chyba wyzwania związane z każdym możliwym gatunkiem) do tego, na co akurat miał ochotę. Inna sprawa to tworzenie takich wyzwań. Mam wrażenie, że ich głównym celem jest produkowanie ogromnej ilości postów-zapchajdziur z podsumowaniami kto w czym bierze udział i ile czego przeczytał. Niezbędne i konieczne jest też wklejenie pod każdą recenzją informacji o pomysłodawcy wyzwania, grafiki, linku. Zupełnie jakby ktoś miał prawa autorskie do tego, co czytam. Jeśli kogoś to bawi – super, ale to zupełnie nie dla mnie. Jednak w tym roku jedno z wyzwań mi się spodobało, widziałam je już na wielu blogach. Chodzi o to, żeby ze swoich zawalonych regałów wybrać 12 książek i czytać po jednej w miesiącu. Może nawet wzięłabym w nim udział, ale zniechęca mnie ten cały formalizm, linkowanie. Pomyślałam jednak, że tego typu zobowiązanie mogłoby być świetnym środkiem motywującym. A do czego potrzebna jest największa motywacja? Do klasyki. Istnieje już pewnie z dziesięć wyzwań związanych z klasyką. Trudno. Swój plan, z przekory, zamiast wyzwaniem, nazywam misją.

Wybór dwunastu powieści okazał się niezwykle trudny. Chodziłam między półkami, zastanawiałam się, w końcu zgromadziłam niemal 50 książek. Wprowadziłam więc pewne ograniczenia i po pierwsze wywaliłam całą literaturę dawną. Poszedł więc „Faust”, „Boska komedia”, „Dekameron”, „Don Kichot”, „Odyseja” i jeszcze kilka innych dzieł, które chciałabym wreszcie poznać. Przyjdzie jeszcze ich pora. Swoją tegoroczna listę lektur ograniczyłam do XIX i XX wieku. Długo wybierałam i przebierałam, z bólem serca odrzuciłam Prousta, Dickensa, Woolf, Szołochowa, Singera, Hemingwaya, Steinbecka, Gravesa, Undset, Hugo, Vonneguta, Waltari i wielu, wielu innych. Bezlitośnie też ograniczyłam autorów polskich, kierowana wewnętrznym przekonaniem, że literatura powszechna jest w jakiś sposób bardziej klasyczna. Postawiłam na różnorodność. Jest więc literatura anielska, amerykańska, francuska, niemiecka, rosyjska i polska.

Mojego osobistego wyzwania nie chcę ograniczać jedynie do czytania klasyki; chcę o niej pisać. Nie wiem, czy będą to recenzje. Mam polecać książki? Już teraz mogę napisać, że oczywiście, warto przeczytać je wszystkie. Nawet jeśli okażą się nudne, głupie i ciągnące się w nieskończoność. Bo stworzenie własnej opinii i umiejętność jej uzasadnienia jest ogromną wartością. Będę raczej chciała opowiedzieć co ja sądzę o danym dziele, czy mnie zaskoczyło, czy rozczarowało, czy wyciągnęłam z niego jakieś wartości. Trochę luźnych rozważań, pogawędek. Chciałabym także napisać kilka słów o książkach, które już przeczytałam, nierzadko kilkukrotnie, i które wywarły na mnie największe wrażenie. Chcę opowiedzieć o mojej miłości do „Niebezpiecznych związków”, „Germinala”, „Blaszanego bębenka”, „Tessy d'Urberville” i tylu jeszcze innych powieści. Nie wiem czy starczy mi na to czasu, ale postaram się.

Przechodząc do sedna, w tym roku będę czytać (od góry):

 


1. „Hrabia Monte Christo” Aleksander Dumas. Marzę o tej książce od zawsze. Zawsze była za długa (trzy tomy!). Tym razem to bez znaczenia.
2. „Wojna i pokój” Lew Tołstoj. Chyba jedna z najbardziej znanych powieści. Nie czytałam, więc czas to zmienić. „Annę Kareninę” znam i cenię.
3. „Martin Eden” Jack London. Amerykański klasyk. Na mojej liście od zawsze. Podobno lektura tej powieści zmienia życie. Zobaczy się.
4. „Paragraf 22” Joseph Heller. Paragraf 22. Nic dodać, nic ująć. Fakt, że jeszcze jej nie znam po prostu mnie zawstydza.
5. „Wichrowe wzgórza” Emily Brontë. Romans wszechczasów? Czy jest w stanie przebić mój absolutny numer jeden, czyli „Przeminęło z wiatrem”? (Bardzo wątpię!) Czy Emily okaże się tak dobra jak jej siostra Charlotte w „Dziwnych losach Jane Eyre”? Dam znać.
6.  „Moby Dick” Herman Melville. Myślę, że to będzie najtrudniejsza i najcięższa lektura z mojej listy. Czytając jednak literaturę amerykańską, a nawet oglądając głupie filmy i seriale, znajduję tak dużo odwołań do tej powieści, że nie mogę jej wreszcie nie poznać.
7. „Buddenbrookowie” Tomasz Mann lub „Saga rodu Forsyte’ów” John Galsworthy. Dwie sagi rodzinne, obie nagrodzone Noblem, na obie mam straszną ochotę. Po nigdy nieukończonych, bardzo ciężkich Mannowskich „Czarodziejskiej górze” i „Doktorze Faustusie” mam traumę. „Buddenbrookowie” są podobno bardziej przystępni. Ale ten Galsworthy, ta Anglia... Nie wiem. Może ktoś zna i pomoże dokonać wyboru? A może uda mi się przeczytać obie? Recenzja porównawcza? Hm, hm, hm...?
8. „Wielki Gatsby” Francis Scott Fitzgerald. Kolejna wielka powieść, ale przy okazji najkrótsza książka z mojego stosu. Zgodnie z zasadą, że nie oglądam ekranizacji książek, które chcę przeczytać, wciąż nie widziałam jeszcze filmu z Leonardo. Taki ból!
9. „Bracia Karamazow” Fiodor Dostojewski. Z Dostojewskim nie ma u mnie tragedii. Czytałam „Zbrodnię i karę” oraz „Idiotę”. Obie książki uważam za arcydzieła. Ale to właśnie „Bracia Karamazow” są moim niezdobytym szczytem. To się wreszcie zmieni.
10. „Władca much” William Golding. Moje odczucia są takie, jak przy „Paragrafie 22”. Na dodatek Nobel. No jak nie znać? Jak?
11. „Portret damy” Henry James. Kolejna powieść, którą mam w planach od zawsze i od której zawsze było coś ważniejszego. Henry James nie jest chyba aż takim czytelniczym przymusem jak Dostojewski czy Tołstoj, niemniej jednak w moim tegorocznym stosie zajął miejsce takim sławom jak Dickens, Proust, czy Steinbeck. Mam na niego po prostu ochotę i tyle.
12. „Noce i dnie” Maria Dąbrowska lub „Ziemia obiecana” Władysław Reymont. Mój ukłon w stronę twórczości rodzimej. Pierwsza księga (z czterech) „Nocy i dni” była moją lekturą w liceum. Pochłonęłam ją z wypiekami na twarzy, nie spodziewając się tak znakomitej powieści. To był chyba pierwszy raz, kiedy tak mocno poczułam i zrozumiałam uczucia bohaterów. Książkę planowałam kiedyś dokończyć, ale wyszło jak wyszło. Chciałabym wreszcie poznać zakończenie tej historii. „Ziemia obiecana” to z kolei nasza narodowa duma. Dodatkowo „Chłopi” autora byli dla mnie jedną z najważniejszych książek w życiu (sic!) i sentyment do Reymonta pozostał. I znowu: może uda się przeczytać obie książki, jeśli nie, to jedna z nich na pewno przejdzie na kolejny rok.


Kolejność nie jest ściśle ustalona, nie wiem jak będzie się ona kształtować. Nie wiem nawet od czego zacznę swój rok. Choć na zdjęciu piętrzą się tysiące papierowych stron, to wiem, że nie zawsze znajdę czas, żeby przeczytać tak wiele. Myślę, że nie raz wspomogę się audiobookiem, który znacznie usprawnia większość moich czytelniczych zmagań. Z każdej lektury będę oczywiście zdawała relację na blogu. Może uda mi się kogoś zachęcić do sięgnięcia po klasykę, może ktoś włączy się do dyskusji. Na to liczę! :)

11 komentarzy :

  1. Mam podobnie, chcę klasykę czytać, ale jakoś po nią nie sięgam, a to następnym razem, a ta cieńsza,a tu fabuła lżejsza... W tamtym roku przeczytałam ,,Wielkiego Gatsby'ego" i polecam :)) Teraz moim priorytetem jest ,,Zbrodnia i kara", zobaczę czy mi się uda :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurde, to już naprawdę trochę trochę dziwne nigdy nie słyszeć o Marquezie i jeszcze polecać książki innym (oczywiście wygooglowałam i jeśli ktoś daje 6/6 książce o Hello Kitty to czego można się spodziewać?). :) A cel bardzo szczytny, trzymam kciuki żeby się udało. Ja chyba w ogóle w ciągu roku tyle nie przeczytam. Z Twojej sterty czytałam Paragraf 22 i Wichrowe wzgórza. Wichrowe mnie trochę rozczarowały, ale Paragraf bardzo polecam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mogę się podpisać pod Twoimi słowami - klasykę trzeba znać, nie tylko wypada, ale jest to konieczne dla zrozumienia wielu współczesnych książek. Również otrzymuję informacje od czytelników, że nie znają tego, czy tamtego KLASYKA i wtedy nie wiem, co powiedzieć.
    Ale nie tylko w blogosferze panuje ignorancja: ścięła mnie informacja, że na wieść, że Kanye West nagrał piosenkę z Paulem McCartneyem, na co fani rapera bardzo się ucieszyli, że Kanye wspiera młode gwiazdy, bo nie kojarzyli Beatlesa!

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzymam kciuki za Twoje prywatne wyzwanie - ja już nie raz sobie obiecywałam, że będę czytała więcej klasyki,a potem wychodziło jak zwykle... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest chyba tak, że jak sobie powiem "będę czytać klasykę", to tak naprawdę nie ma w tym nic konkretnego i może uda mi się przeczytać jedna książkę. A jak mam konkretne tytuły, to sprawa wygląda inaczej. I jeszcze je publicznie ogłaszam. Jak nie dam rady przeczytać jednej książki - ujdzie w tłumie, ale jak już nie uda mi się przeczytać dziesięciu, to będzie wstyd! :D

      Usuń
  5. Raz chyba brałam udział w wyzwaniu czytelniczym, ale szybko przestałam dopasowywać do niego czytanie :) jakoś nie dla mnie to :)
    co to klasyki to masz rację, klasykę znać trzeba. Teraz czytam Holmesa a to do klasyki się wpisuje, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Chociaż ja się Holmesem bardzo rozczarowałam.

      Usuń
  6. Miałam podobną sytuację do Twojej. Otóż pewna dama pod moją opinią dot. "Sklepów cynamonowych" Schulza napisała, że po tytule (bo po co czytać opinię?) mniema, iż jest to literatura dla kobiet.Jak opisałam "Pana Tadeusza', to pojawiły się zastępy ludzi, którzy czują się głęboko pokrzywdzeni przez system szkolnictwa i uważają, że jest zły, nie dlatego że nie przypadł im do gustu tylko dlatego, że im go nakazano. Właśnie dlatego jestem za tym, by szkoły nie były obowiązkowe.
    Myślę, że można krytykować klasyków, bo dlaczego by nie, ale krytykować z głową.
    Z zasady, podobnej do Twoich, nie biorę udziału w wyzwaniach czytelniczych. Nie lubię sobie narzucać tego, co mam czytać. Tak, wiem, natychmiast pojawiają się głosy, że przecież nie musze nic sobie narzucać, skoro i tak czytam książki o danej tematyce. Skoro tak to po co zawracać sobie głowę linkowanie i cholera wie, co jeszcze. Wolę poczytać w tym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgodzę się chyba z każdym słowem. Klasyka jest bardzo ważna. Oczywiście też mam ogromne braki, jak chyba każdy, ale zawsze staram się poznać chociaż ekranizację, albo przeczytać jakiś artykuł na temat pisarza. Tym bardziej jestem ciekaw Twoich spostrzeżeń. Myślę, że można krytykować klasyków, bo czemu nie? Nawet liczę na to, że spuścisz na kogoś gromy! Przyznam, że przez Moby Dicka nie przebrnąłem. Portret damy też był nudny jak cholera. Za to Dumas i Hrabia! Nie przesadzę jeśli powiem, że to jedna z moich książek życia. Zacznij od niej!
    Nawiasem mówiąc marzy mi się takie czytanie przy kominku, u mnie niestety tylko centralne ogrzewanie i szumiący kaloryfer wchodzi w grę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak zamierzam! :D Hrabia jest wprawdzie strasznie długi, ale mam nadzieję, że się wyrobię do końca stycznia. :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...