środa, 4 lutego 2015

Czarno-biały świat

Jeszcze kilka lat temu rodzicielska świadomość na temat wzroku noworodków bliska była zeru. Kiedy na tak zwanym zachodzie wydawnictwa prześcigały się w coraz to nowych i coraz bardziej kontrastowych zabawkach i książeczkach, u nas wciąż królowały pastele, a o jakichkolwiek czarno-białych publikacjach można było jedynie pomarzyć. 

Wydaje mi się, że przełomem był rok 2011, kiedy to wydawnictwo Sierra Madre wypuściło swoją serię „Oczami maluszka”. Potem potoczyło się lawinowo; teraz większość wydawnictw zajmujących się literaturą dziecięcą ma w swoim dorobku coś kontrastowego. Pastele nadal królują wokół dziecięcych łóżeczek; niektórzy o zbawiennym wpływie żywych kolorów ciągle nie wiedzą, inni uważają, że czerń nie pasuje do najbliższego otoczenia noworodka, jednak kontrastowe połączenia kolorów dziwią coraz rzadziej.

Nie chcę zgrywać eksperta. Nie będę się rozpisywać na temat wzrokowych możliwości niemowląt, bo po pierwsze niewiele wiem na ten temat, a po drugie napisano już wiele artykułów i warto się z nimi właśnie zapoznać. (Na przykład TU albo TU). 


Dla tych, którym się nie chce, krótkie, wizualne zestawienie.




Subtelne zestawienia kolorystyczne, pięć odcieni zielonego i małe, uśmiechnięte buźki nie wywrą na noworodku żadnego wrażenia. Dziecko po prostu tego nie widzi. Cóż.... Kubuś musi trochę poczekać. To prosta, czarna kropka na białym tle sprawi, że nasz kilkudniowy maluch oniemieje z zachwytu – będzie w stanie ją zobaczyć.

Liczne publikacje rozwodzą się na temat tego, jak fantastycznie na rozwój niemowlęcego mózgu i inteligencji wpływa wzrokowa stymulacja na wczesnym etapie życia. Naczytałam się o tym u Domana i w wielu innych książkach traktujących o wczesnej edukacji. 

Choć większości rodziców wydaje się, że noworodek jest bytem całkowicie niekumatym i jedyne, co można z nim zrobić, to położyć je w łóżku, zatkać butlą i pozwolić spać, to okazuje się, że im dziecko jest młodsze, tym większy jest jego potencjał. To właśnie trzy pierwsze miesiące życia są kluczowe dla rozwoju dziecka. W tym czasie, dzięki odpowiedniej stymulacji, w mózgu tworzą się unikalne połączenia komórek mózgowych, których powstanie nie będzie możliwe w późniejszym okresie. Dadzą one o sobie znać kilka lat później. 

Zdjęcie z "Zabaw Fundamentalnych"

Wierzę w to. Naprawdę, daleko mi do rodzica, który swojemu niemowlęciu czyta nad kołyską encyklopedię, mając nadzieję, że dzięki temu będzie mieć w szkole lepszą średnią niż koleżanka z ławki. Uważam takich ludzi za kompletnych idiotów. Jeśli jednak można w łatwy i przyjemny sposób wspomóc jakoś rozwój dziecka sprawiając mu tym samym mnóstwo radości, to jestem jak najbardziej na tak!

No właśnie, bo o radość tu chodzi przede wszystkim. Być może wszyscy piszą głupoty, być może nic to wszystko nie daje. Jedno jest pewne: noworodek, który do tej pory nie przejawiał żadnego zainteresowania światem, nagle skupia uwagę, okazuje ciekawość, a nawet coś na kształt fascynacji. Sama więc pełna entuzjazmu dostarczałam coraz to nowych obiektów do oglądania.

Jak może pamiętacie, w poście o czytaniu wspomniałam o tym, że nasza przygoda z kontrastami zaczęła się, kiedy Róża miała dokładnie osiem dni. Oczywiście, już w szpitalu wymalowałam jej długopisem na jakiejś ulotce wielką, czarną kropkę, ale interakcji nie zanotowałam. Kiedy któregoś dnia moje dziecko nagle zatrzymało wzrok na jednej z podsuniętych mu plansz, przestało wierzgać nogami i z niejasnych przyczyn płakać, wiedziałam, że oto otworzyła się dla mnie najpiękniejsza sfera macierzyństwa.

Zupełne początki

Oczywiście przygotowywałam się na długo przed tym, nim Róża pojawiła się na świecie. Dbałam o to, żeby otoczenie, w którym będzie przebywać było jak najbardziej stymulujące.



Wkrótce okazało się, że z łóżka korzysta przede wszystkim kot. Nie było to jednak problemem. Plansze z obrazkami można było wieszać dosłownie wszędzie. Kilka na stałe „zamieszkało” w samochodzie, kilka w równie nielubianym jak łóżko wózku. Wspólnie, leżąc na plecach, oglądałyśmy książeczki.

Poniżej przegląd książek i gadżetów, z których korzystałyśmy. Zdjęcia są mocno archiwalne, większość pochodzi z czasów, gry Róża miała 3-4 miesiące.

To, co najważniejsze, czyli książki 


Zdecydowanie najważniejsze. Oczywiście, jak w każdej innej kwestii z książkami związanej, tak i tutaj swego czasu poddałam się zakupowemu szaleństwu. Gdyby ktoś się zastanawiał – taka ilość jest absolutnie niepotrzebna. Choć gdzieś, kiedyś wyczytałam (u Domana chyba, no bo gdzie), że plansze w otoczeniu dziecka zmieniać należy często, bo inaczej się nudzą, to Róża zaprzeczała temu faktowi; miała swoje ulubione obrazki, które mogła oglądać choćby i codziennie.

Look, Look!, Look at the Animals! Peter Linenthal KLIK, KLIK 



Zdecydowanie najlepsze z książek, jakie mieliśmy. Książki nie zostały wydane w Polsce, ale w księgarniach językowych można je kupić za mniej więcej 20-25 złotych. Warto! Obrazki w tej serii są bardzo dynamiczne, a autor często stosuje multiplikacje wzorów i odbicia lustrzane, które (podobno) przez swoje skojarzenia „niby to samo, a jednak jakoś inaczej” są wręcz niezastąpione przy pierwszych procesach myślowych. Książki z tej serii całkowicie zdetronizowały u nas pozostałe. Zwłaszcza po pierwszym miesiącu, kiedy proste kształty geometryczne stały się po prostu nudne.


Lato, ach, to lato!

Oczami maluszka, wyd. Sierra Madre KLIK



Wspomniana już pionierska, polska seria, do dziś chyba najpopularniejsza. Każdy, kto coś tam słyszał o kontrastach, że warto i że fajnie, kupuje właśnie to. W rzeczywistości, zwłaszcza w porównaniu z innymi pozycjami wypada dość blado. Proste kształty i wyraźne kontury na początek jak najbardziej tak, ale lepiej w tym celu kupić plansze (o których zaraz) lub samodzielnie stworzyć jakieś proste ilustracje. Dość głupi jest też dobór przedstawionych przedmiotów. No bo łyżwy, sanki, kapelusz.... Średnio to okołoniemowlęce.
  
Znacznie ciekawszym pomysłem jest wydana w tej serii nieco później „Harmonijka”. Prostota ta sama, ale przynajmniej zadbano o to, żeby nazywane przez rodzica przedmioty mogły zostać wcześniej usłyszane przez dziecko w swoim codziennym otoczeniu. Do tego fajna forma; harmonijka jeszcze długo będzie służyła jako zabawka.

 

Zwierzątka, Konrad Świtała, wyd. Bona KLIK

 


Totalne gówno. Twórcy tej książki bardzo silili się na to, aby była „artystyczna” (z głębokim, gardłowym „r”). Wypełniona jest bardzo szczegółowymi linorytami. Po jednej stronie jest zwierzątko, po drugiej ślad, który zostawia (ryba na przykład zostawia bąbelki....). Niewyraźne, mało kontrastowe, systematycznie olewane przez moje dziecko. Sam pomysł mógłby być ciekawy dla przedszkolaka, ale po co z tego robić czarno-białą książkę dla niemowlaka? Omijać z daleka!
 
Hello, Animals! Smriti Prasadam-Halls, Emily Bolam KLIK

 

Nasz kolejny hit! To w zasadzie jedyna książka czarno-biała, której z wielką radością używamy do dziś. Obrazki są dość szczegółowe, więc polecam powyżej pierwszego miesiąca. Na każdej stronie jest inne zwierzątko, na przykład ryba i napis „Hello, Fish!”. Trzymiesięczna Róża cieszyła się za każdym razem, gdy machałam do zwierzątek, dziewięciomiesięczna – z prawdziwą pasją macha sama, wkrótce zacznie wołać „Hello!”. :) Książka niestety niewydana w Polsce, ale w dzisiejszych czasach to naprawdę nie problem. Dodatkowo książka ma najgrubsze kartonowe strony jakie kiedykolwiek widziałam, wytrzyma więc pokolenia. Bardzo mocno polecam!

Latem, kiedy chodziłyśmy każdego ranka nad staw karmić rybki (ach, co to były za cudowne, letnie czasy!) też wołałyśmy „Hello, fish!”. 

Hello Fish!
Hello, Cat!
Maluszek patrzy, Chez Picthall, wyd. Galaktyka KLIK


Seria czterech książeczek, które są (sprawa niewyjaśniona) w różnych rozmiarach. Ilustracje zbyt pstrokate, zbyt kolorowe i zbyt szczegółowe, by mogły służyć od pierwszych dni życia, ale w kolejnych okazały się rewelacyjne. Całkowita abstrakcja okazała się przyciągać uwagę znacznie bardziej niż wizerunki figuratywne. ;) 

Książeczki kontrastowe. Świat dzidziusia, Nasze buzie, Krystyna Bardos, wyd. Wilga

 

Seria składa się z większej ilości tytułów, ja mam tylko te dwa. Umieszczam je tu w zasadzie tylko ze względu na szatę kolorystyczną. Książek używamy dopiero teraz, ucząc się gdzie nos, a gdzie uszy. Uśmiechnięte wizerunki dzieci wywołują uśmiech na twarzy dziecka oglądającego. Przyjemne książki. Po co czarno-białe? Nie wiem.

Baby shapes, Helen Dorman KLIK 


Cztery cienkie książeczki, w całości z laminowanej, ale miękkiej tektury, niezbyt więc trwałe. Książki kupiłam w komplecie z czarno-białą karuzelą (o której poniżej) i nie spodziewałam się aż takiej rewelacji. Książki stopniują trudność ilustracji. W jedynce proponują proste kształty. Im dalej, tym nieco więcej chaosu, lustrzanych odbić, negatywów i „okienek”, dzięki którym początkowo widać tylko kawałek ilustracji. Różę szczególnie interesowały schematycznie narysowane twarze z różnymi minami. Świetna rzecz!

 
Zamiast książek...

Plansze. Plansze można oczywiście przygotować samemu. Internet jest pełen gotowych obrazków do wydrukowania. Osoby z zamiłowaniem do prac plastycznych mogą nawet same coś namalować. Ja, jako osoba całkowicie pozbawiona talentów w tej dziedzinie, a na dodatek mająca prawdziwą awersję do DIY, postawiłam na coś, co lubię, czyli zakupy w księgarni.

Plansze są znacznie wygodniejsze niż książki, ponieważ można je w łatwy sposób przymocować w dowolnym miejscu, na początku są też łatwiejsze do trzymania.

Miałyśmy dwa gotowe zestawy z planszami. 

Sokole oczka, wyd. Canca KLIK


Zestaw dziesięciu dwustronnych kart (dwadzieścia obrazków). Karty są laminowane, ale niestety bardzo cienkie. Nie stanowi to problemu w przypadku noworodka, któremu obrazki powiesimy w najbliższym otoczeniu. Karty zostaną jednak zgniecione natychmiast, gdy tylko ów noworodek zamieni się w chwytająco-ssące niemowlę. Niemniej jednak warto. Wydawnictwo proponuje kolejność pokazywania kart (od kształtów prostych, do bardziej skomplikowanych), co jest bardzo dobrym pomysłem.  

Do zestawu dołączona jest także płyta DVD z dwudziestoma czarno-białymi animacjami. Zerknęłam na animacje. Kształty przesuwają się w rytm muzyki, na pewno będzie to lepsze niż włączenie bajki. Ja jestem jednak przeciwna sadzaniu dziecka przed telewizorem zanim skończy ono przynajmniej rok (bez względu na potencjalne korzyści, które sadzanie to mogłoby przynieść), dlatego z płyty nie korzystam
 
Oczami maluszka. Karty, wyd. Sierra Madre KLIK


Drugi zestaw pochodzi z opisywanej już wcześniej serii i jest naprawdę fantastyczny! Dwustronnych kart jest dziewięć. Karty te górują nad opisywanymi przed chwilą tym, że są bardzo grube, a tym samym całkowicie dziecioodporne. Z powodzeniem posłużą jeszcze kolejnym maluchom. Niestraszne im ślina, rzut na podłogę, próby podarcia. Na dodatek cena tych kart to (przy uwzględnieniu oczywiście rabatów w księgarniach internetowych, bo kto by kupował po cenie detalicznej?) 20 złotych, więc brać trzeba koniecznie. 

Polecam te dwa tanie, a dobre zestawy kart. Można też kupić super drogie coś, co w liczbie sztuk sześciu kosztuje 50 złotych (KLIK), ale myślę, że nie warto. Zwłaszcza, że znowu do głosu dochodzi tu „ach, jakie to artystyczne”, jak w przypadku książeczki „Zwierzątka”. Czemu miałyby służyć niemowlęciu te pełne zawijasów napisy „snail” i „owl” naprawdę nie wiem.   

Karuzela

Karuzela to na większości list wyprawkowych jeden z punktów obowiązkowych. Oglądając te wszystkie plastikowe, świecąco-grające, słodko-różowe gówna doszłam do wniosku, że nie chcę czegoś takiego. Znowu postawiłam na czerń i biel, co było strzałem w dziesiątkę, bo Róża była swoją karuzelą zafascynowana. Zdecydowałam się na wydawnictwo zagraniczne, bo to było właśnie to, czego szukałam, na dodatek za nieduże pieniądze (KLIK). W teczce, poza wszystkimi niezbędnymi częściami do złożenia karuzeli, znajdują się cztery opisywane już wcześniej książeczki. Całość, w czasie promocji, 8 funtów. 

Gotową karuzelę powiesiłam na pozytywce za 5 złotych (notoryczne nakręcanie pozytywki bywało uciążliwe, więc na przyszłość pomyślę o innym rozwiązaniu) i całość, po długich i bezowocnych poszukiwaniach lepszego rozwiązania, przymocowałam do giętkiego druta (w plastikowej obudowie) dla roślin pnących (3 złote). Nie jest to może szczyt dizajnu, ale swoje zadanie spełniło znakomicie. 


  

Karuzela gotowa i karuzela w użyciu, na wszelki wypadek pod czujnym okiem opiekuna. ;)
I w użyciu po trzech miesiącach.
Mata

Gadżet nadobowiązkowy. Zanim jeszcze nadszedł etap maty z pałąkami i z zabawkami, stwierdziłam, że koniecznie muszę mieć czarno-białą matę, na której mój noworodek będzie leżał na brzuchu i licznymi zwojami mózgowymi wchłaniał znajdujące się na niej obrazki. Niestety, noworodek wspomniany bardzo długo podnosił dzikie lamenty, kiedy tylko jego brzuch zetknął się z podłożem. Leżał więc na macie na plecach i stymulujących kontrastów nie wchłaniał wcale. Mata służy nam do dziś; jako dodatkowa warstwa do leżenia albo ciekawe tło do zdjęć. Oczywiście cholerstwo było drogie niesamowicie, a leżeć to sobie można na kocu z Ikei...

Nasza mata wyprodukowana została przez polską firmę White&Black (KLIK). Jest duża, ma 155 cm x 90 cm, można ją prać w pralce. 

 

Zabawki

Przyznaję szczerze - czarno-białe zabawki są całkowicie zbędne. Dziecko zaczyna chwytać zabawki pod koniec trzeciego miesiąca życia, czyli wtedy, kiedy „wyrasta” już z największej potrzeby kontrastów. Niektórymi z elementów (takimi jak na przykład piszczałki) moja córka bawi się dopiero teraz, mając dziewięć miesięcy. Ja jednak, jako niedoświadczona młoda matka wrzucona w wir promocyjnego chaosu, nie miałam o tym pojęcia. Można sobie odpuścić kontrastowe zabawki i kupić inne, znacznie tańsze, a bardziej kolorowe odpowiedniki. Oczywiście, używaliśmy naszych zabawek, ale głównie do patrzenia. A patrzeć można też na wydrukowaną własnym sumptem kartkę z szachownicą.

To, co u nas się sprawdziło, to najulubieńsza z ulubionych grzechotka-panda i grzechotki na nadgarstki. Szybko też Róża poddała się urokowi wszelakich lusterek. 

Grzechota-panda - Lamaze
Zawieszka - Manhattan Toys
Grzechotka-gwiazdka - Tiny Love
 
Motyl - Lamaze


Miś - Ikea

Materiałowa książeczka-harmonijka - White&Black
Grzechotki na nadgarstki - Lamaze
Swego czasu grzechotki przyczepione do rąk bardzo, ale to bardzo ciekawiły małą Różę.


Świat wokół nas

Świat wokół nas pełen jest kontrastów. Żaluzje w oknie, obrazki na ścianie, gra światła i cienia. Wystarczy tylko dać dzieciom do nich dostęp i swoimi głupimi pomysłami nie szkodzić. Wywalmy więc zbierające kurz baldachimy (chyba pluskwy nie spadają Wam z sufitów na śpiące głowy, co? Po to baldachimy zostały wymyślone...) i zupełnie niepotrzebne ochraniacze (minie kilka miesięcy zanim noworodek będzie na tyle sprawny, żeby poobijać się o szczebelki; na razie jedyne, co robią, to zasłaniają dokładnie cały widok) i dajmy dzieciom patrzeć na świat! 


7 komentarzy :

  1. Znowu książek cały stos. ;)
    Jak Michaś był mały to miałam te "Oczami Maluszka" i patrzył w nie jak zauroczony. Kilka mu też wydrukowałam z płyty do Zabaw Fundamentalnych (mogłabyś o nich napisać, bo to naprawdę świetna książka)!!! Ale raczej wszyscy się jeszcze pukali wtedy w głowę, że pokazuje dziecku takie "paskudztwa". ;) Faktycznie, od niedawna dopiero dużo się o tym mówi. I dobrze! :)
    Świetne zdjęcia z kotami. :) Uważam, że to wspaniałe jak dziecko się wychowuje ze zwierzakami. :)
    A mogę spytać skąd macie te spodnie w czachy? Sama je robiłaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie tym razem. :) Zara, dział chłopięcy. ;) Moja jedyna rzecz z tego drogiego sklepu. :) Ale kupiłam je w zeszłym roku, więc obawiam się, że już ich nie ma.
      Tak, Róża i koty to naprawdę wielka miłość. :)

      Usuń
    2. Też bym chętnie przeczytała coś o tych "zabawach fundamentalnych", bo się właśnie zastanawiam nad kupnem, a już kiedyś je polecałaś. :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. u nas też łóżeczko służy do spania... kotom ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. ale cuda tu masz i ta karuzela ajjjj piekna

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny wpis. To bardzo ważne aby być świadomym rodzicem i od narodzenia wspierać rozwój dziecka. Jako mama 10 miesięcznika wiem jakie to ważne. Wiele takich kontrastowych produktów można teraz znaleźć na www.okiemmaluszka.pl

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...