sobota, 14 lutego 2015

"Gra Endera" Orson Scott Card

Wydawnictwo Prószyński Media (książka)
Stron: 328

Biblioteka Akustyczna
(audiobook)
Czyta:
Roch Siemianowski

Czas trwania: 13h 2m

Opis wydawcy:
Wobec śmiertelnego zagrożenia nadciągającego z kosmosu Ziemia przygotowuje swoją broń ostatniej nadziei. Zagrożona zniszczeniem przez robale - praw- dopodobne, obce istoty spoza układu słonecznego - ludzkość ucieka się do niecodziennej metody: wybiera spośród urodzonych na całym świecie dzieci te najinteligentniejsze i od najmłodszych lat szkoli je na żołnierzy, którzy mają  pokierować ziemskimi siłami kosmicznymi w rozgrywce o śmierć i życie. Najlepszym spośród kadetów jest Andrew Wiggin nazwany przez siostrę Valentine "Enderem"  - chłopiec, w którym odkryto niezwykły geniusz wojskowy. Czas nagli, a przyszłość dwóch cywilizacji spoczywa w rękach dziecka…


Nad „Enderem” nasłuchałam się już tylu zachwytów, że tego miodu starczyłoby na jeszcze kilka książek i każda kolejna byłaby tak samo lepka. „Ender” to była „ta” książka, która od lat stała na półce i czekała na specjalną okazję. Specjalną okazją okazała się ekranizacja i znaleziony przypadkiem audiobook. Co było? Wielki, wielki zawód!

„Gra Endera” to według mnie jedna z najbardziej przereklamowanych książek w historii literatury popularnej. Ten niemalże już „klasyk” science-fiction pojawia się w wielu rekomendacjach, porównaniach oraz zestawieniach „top of the top”. Co ciekawe – rzecz niezwykła – ludziom naprawdę musi się to podobać. Akcje marketingowe wydanej wiele lat temu książki z pewnością zdążyły ucichnąć, a pieśni pochwalne czynione na cześć powieści Orsona Scotta Carda są pełne entuzjazmu i szczerej aprobaty. Skąd to wszystko? Nie wiem. Dla mnie „Gra Endera” to książka bardzo przeciętna, (a nawet znacznie poniżej średniej), której fenomenu zrozumieć nie mogę.

Wszystko rozchodzi się o małego (sześcioletniego) chłopca, który został wytypowany na ucznia elitarnej Szkoły Bojowej – miejsca gdzie odbierze staranne szkolenie, aby w przyszłości zostać dowódcą i poprowadzić swoją armię przeciwko tajemniczym robalom – najeźdźcom z kosmosu atakującym Ziemię. Tak w dużym skrócie. Ale w zasadzie szerszy opis nie jest konieczny, ponieważ poza kilkoma dodatkowymi wątkami pobocznymi, cała fabuła powieści to szkoła, ćwiczenia, gry.

Rany! Ależ to było nudne!!! Gry, gry i jeszcze raz gry! Ender w szkole prowadził gry – to takie ćwiczenia strategiczno-fizyczne. Uczniowie dzielili się na wrogie sobie drużyny i prowadzili rozgrywki. Mieli punktację, tabelę z wynikami, rankingi. Nic specjalnie ekscytującego, ale też nie było tragedii… na początku. Bo później się okazało, że 80% treści „Endera” to właśnie bardzo szczegółowe opisy owych turniejów, a historia w zasadzie żadna. Kto gdzie poleciał, kto gdzie krzyknął, kto kiedy wystawił nogę i zamachał ręką. W połowie miałam serdecznie dość i myślę, że gdybym książki nie słuchała, a zmagała się z tak nudną materią w wersji papierowej, to zostałaby ona przeze mnie porzucona na półmetku. Nic mnie nie przyciągało i nie zachęcało do kontynuowania tych tortur.

Bo to, że książka jest nudna, to oczywiście nie jej jedyna wada. Jest przecież wiele nudnych, a i tak znakomitych książek. Ale tu – ponad te bitwy i szkolne życie – nie dostrzegłam niczego więcej, żadnych większych wartości czy sensów ukrytych. Tylko absurdy i niedorzeczności.  

Weźmy na tapetę samego Endera – wierzchołek nagromadzonej pod nim góry głupot. Ender ma 6 lat, ale gdyby kilka razy nie wspomniał o tym fakcie głośno i wyraźnie, to nikt po lekturze powieści nie doszedłby do tak zaskakujących wniosków. Bo Ender, mimo krótkiego życia, nie jest dzieckiem. Zachowuje się, myśli, ma wiedzę i dysponuje emocjami dojrzałego dwudziestolatka. Albo i czterdziestolatka. Wiążą się z tym różne absurdy. Niektóre troszkę mniejsze, o których bardziej pobłażliwy czytelnik powiedziałby „ale on był genialny, to jest możliwe”. No dobrze. Sześcioletni Ender posiadał akademicką wiedzę z zakresu fizyki, chemii, astronomii, historii i polityki. Sześcioletni Ender dobrowolnie opuścił dom i rodziców, aby pomóc w obronie swojej planety. Sześcioletni Ender okazał się znakomitym strategiem i wyróżniał się niezwykłą wręcz sprawnością fizyczną. Tak, sześcioletni Ender mógł zrobić to wszystko, choć efekt był karykaturalny. Ale nie mógł, absolutnie nie mógł prowadzić wewnętrznych monologów, w których nurtował go problem własnego poczęcia. Nie mógł chłodno i bez emocji podchodzić do spraw, które decydowały o jego dalszym życiu. I nie mógł podejmować dojrzałych i samodzielnych decyzji opartych na doświadczeniu życiowym. Sześcioletnim doświadczeniu życiowym. A najgorsze jest to, że ani na chwilę nie zapomniałam, że Ender jest dzieckiem i cały czas myślałam tylko o tym, jak bardzo to wszystko jest głupie! Głupie do potęgi!

No bo nawet niech mu będzie! Tak sobie facet wymyślił i tak napisał, ale  – tu tkwi moja największe niezrozumienie – DLACZEGO Ender ma 6 lat??? Tak naprawdę nie ma większego znaczenia fakt, że Ender to dziecko. Równie robrze mógłby być nastolatkiem, a fabuła nie ucierpiałaby na tym w najmniejszym stopniu. Nie ma też to większego znaczenia ideologicznego. Autor nie stara się pokazać okrutnego świata, w którym to dzieci prowadzą wojnę. Nie! To nie jest powieść skupiająca się na problemach etycznych tego typu. Dlaczego więc to wszystko? Po co tworzyć coś tak absurdalnego i niepotrzebnego?

Sama fabuła powieści przypominała mi nieco książkę „Insygnia. Wojny światów” (RECENZJA, hop, hop!), choć to raczej „Insygnia” przypominają „Endera”, bo to on został opublikowany wcześniej, poza tym to „Ender” stał się już niejako dziełem „kanonicznym”. Główne podobieństwo polega na tematyce – szkoła, sterowanie maszynami, rozgrywki pomiędzy drużynami, bohater – młody, zdolny „wybraniec” i dość istotny motyw gier video, w które grają chłopcy. I choć wielu złapie się za głowę, że jak to?! Jak mogę tak zdetronizować „wielkie dzieło literatury s-f”, to moim faworytem pozostają „Insygnia” – za humor, za lekkość, za to, że nie było nudno i za to, że wszystko to, o czym czytałam nie było nadęte jak balon.

„Gra Endera” to książka, w której egzaltacja obficie cieknie z każdej kolejnej strony. Książka, która nie dorównuje swej sławie i dobrym recenzjom. Byłoby 2, gdyby nie zakończenie, któremu udało się mnie zaskoczyć. Jest więc 3. A do tego mały plusik za kilka ostatnich stron, które wprowadziły nowy wątek i nowe spojrzenie na cały dotychczasowy problem. (Szkoda, że nie wcześniej.) Wróży to ciekawą kontynuację, którą bym może nawet poznam.

Uwaga!
Orson Scott Card napisał także prequel do „Gry Endera”, pt. „Chłopiec z Polski”. Jego bohaterem jest ojciec Endera – Jan Paweł Wieczorek. Opowiadanie można przeczytać, ale brak jego znajomości nie będzie miał wpływu na lekturę „Endera”. Wartość literacką „Chłopca z Polski” oceniam miernie. To opowiadanie o niezwykle ordynarnym i zadufanym w sobie dzieciaku. Na dodatek stereotypowe i irytująco prokatolickie.

O audiobooku:
Roch Siemianowski to mój ideał lektora. W pierwszym momencie jego głos wydaje się monotonny i nieprzystępny. Ale wystarczy kilka minut, aby przyzwyczaić się do sposobu, w jaki czyta. On po prostu czyta i pozwala czytelnikowi samodzielnie interpretować tekst. Nie udaje, nie piszczy gdy wypowiada kobiece kwestie, nie szlocha i nie szepcze. Czyta. Lektor spisał się na 6!

10 komentarzy :

  1. Widzę że szału nie ma, zatem bez żalu odpuszczam sobie tę książkę, tym bardziej, że i tak zbytnio nie przepadam za science-fiction.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię takie klimaty,ale po twojej recenzji chyba sobie odpuszczę przeczytanie tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam całkiem niedawno, ale mi się podobało. Co prawda wiek Endera jest z lekka absurdalny - tak jak wspominałaś, gdyby nie było wspomniane, że ma 6 lat to po treści książki nie da się tego stwierdzić. Ale tak, podobała mi się.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sci-fi to nie moja bajka, nigdy nie mogłam się przekonać do kosmosu, czy wszechobecnej techniki, gdy nie jest to skumulowane daje radę, ale w w takim wypadku. Czasem coś może mnie jednak zaskoczyć, mam nadzieję, że będzie tak z książką autora(inną), bo dostałam ją na urodziny. Wracając jednak to też nie rozumiem, czemu 6 lat, fakt nie czytałam, ale aż tak genialny 6 latek wydaje się dość dziwnym pomysłem. A może on był jakimś kosmitą w ciele dziecka? Nie, no cóż. ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. No to dziękuję bardzo, rozwiałaś moje wątpliwości - rzeczywiście każdy rzyga tęczą, kiedy zaczyna się dyskusja o Enderze. Teraz wiem, że nie ma sensu zaczynać przygody z tym dziełem ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakoś myślałam, że to dużo lepsza pozycja.. Chyba sobie ją odpuszczę, szkoda czasu na takie przeciętniaki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wolę poświecić tą namiastkę wolnego czasu, który mam, na inne książki :)

    OdpowiedzUsuń
  8. zaglądam do Ciebie już od jakiegoś czasu, ale dopiero 3+ dla Endera (po mocnym 4 dla Greya?!) każe mi się odezwać
    nie wiem czego się po "Grze.." spodziewałaś, ale nie za późno po tę książkę sięgnęłaś? bez urazy, ale może jesteś już nieco za stara na książkę dla młodzieży... a może tylko ja tak o niej myślę?
    Card jako autor ogólnie nie kojarzy mi się specjalnie ambitnie, nie będę się jednak wypierać, że jakąś dekadę temu pochłonęłam sporo jego książek
    jest szansa, że moja (bardzo pozytywna) opinia o cyklu o Enderze, wyrobiona przed kilkunastu laty, też brzmiałaby obecnie inaczej... choć absurdalny wiek bohatera w pierwszej części nadal uważam za zaniedbywalny szczegół (osobiście zaniedbałam do tego stopnia, że zwróciło mi nań uwagę dopiero Twoje oburzenie :P) - pozwolę sobie przypomnieć, że obecnie pięciolatki idą do szkoły, a do pierwszej komunii dzieci w wieku 8 lat, czemu by więc nie pozwolić (genialnemu) dziesięciolatkowi nie tylko prowadzić wojnę (doprawdy, mniej oburzające?), ale i przejawiać wysoką samoświadomość?
    przekonam się za kolejne 10 lat, kiedy zapewne przekartkuję "Grę..." ponownie, zanim podrzucę ją synkowi - bo że to zrobię, to niemal pewne! choćby tylko jako wstęp do "Mówcy umarłych" i "Ksenocydu", do których sięgnęłam znów po latach od pierwszego przeczytania i okazało się, że nadal mają w sobie to coś...
    cieszę się, że mimo wszystko planujesz poznać Jane, prosiaczki, Wang-mu, Hegemona i Demostenesa - może po prostu nie stawiaj im z góry poprzeczki zbyt wysoko?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim to super, że ujawniają się czytelnicy! Nawet jeśli się ze mną nie zgadzają. To nawet chyba dobrze, bo gdyby wszyscy się zgadzali, to byłoby nudno. :)
      Fakt, spodziewałam się po Enderze dużo, ale z jakiegoś powodu nie doznałam dużego rozczarowania, przyjęłam po prostu do wiadomości, że to marna książka. Nie jestem za to w stanie zrozumieć, co może się w niej podobać, ja nie znajduję (poza zakończeniem; może ono tak oddziałuje?) ani jednego elementu, dzięki któremu mogłabym powiedzieć "świetny pomysł" albo "no, to jest prawdziwy talent". Książki młodzieżowe uwielbiam, za stara nie będę na nie jeszcze bardzo, bardzo długo, ale "Gry Endera" z pewnością nie zaliczyłabym do typowych młodzieżówek.
      I ejjj, wypominanie mi Greya to cios poniżej pasa! Naprawdę się tego wstydzę. :D

      Usuń
    2. nie ma co kryć - i dla mnie Card to nie jest "prawdziwy talent", raczej dość sprawny rzemieślnik... "Grę.." pamiętam jak przez mgłę, co nie przeszkadza mi jej lubić (a pewnie pomaga :P), ale jeśli fauna Lusitanii i descolada to nie będzie dla Ciebie "świetny pomysł" to... będę musiała częściej zaglądać i zacząć czytać to, co polecasz, żeby się na przyszłość nie ekscytować byle czym :D
      też mam nadzieję, że jeszcze długo na wiele takich książek nie będę za stara :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...