poniedziałek, 16 lutego 2015

Krople rozgrzanej miłości. Chruściki



To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień. Kuchnia u Dziadków i chruściki w skwierczącym oleju. Wspomnienie tym silniejsze, że utrwalane co roku, bez żadnych wyjątków. Chruściki, zwane też faworkami, robimy zawsze w okolicach końca karnawału. Są idealne, ale nie tylko siła wspomnień czyni je tak doskonałymi. Choć, przyznaję, faworki już chyba zawsze, zupełnie jak pryskający na około gorący tłuszcz, rozpylać będą w moim sercu uczucia ciepła i miłości. 

Mój autorki instruktaż z 1998 roku. Obrazek nr 5 autorstwa Dziadka. No to w końcu "u" czy "ó"? :)

Idealny chruścik jest cienki, cieniusieńki. Musi się rozpaść na drobne kawałki, kiedy się w niego mocniej dmuchnie. I nasze takie są. Nie są idealnie proste, ich rozmiar to zawsze dzieło przypadku, ale ta niezwykła kruchość to nieodłączny element. Trudno je donieść do ust, chwytać je trzeba z największą ostrożnością.


Każdy ma swoje zadania. Dziadek wyrabia ciasto, a potem rozwałkowuje je na paseczki. Nie ręką, nie wałkiem; maszynką do makaronu. Wtedy wychodzą najcieńsze. Poza tym Dziadek do gadżeciarz; z wałkiem nie współpracowałby aż tak chętnie. 



Potem do akcji wkraczam ja. Dzielę paski na krótsze, dziurkuję i zawijam.


Babcia stoi przy garach. To znaczy: smaży. Na głębokim tłuszczu, który z niejasnych powodów czasami pieni się zbyt mocno. Trochę narzeka, że boli ją kręgosłup i że jest na to wszystko za stara. 


Jeśli ciasto było dobrze wyrobione, na powierzchni chruścików pojawią się bąbelki.
Cukier-puder sypie ten, kto akurat nie ma nic do roboty.

Cieszę się, że ta nasza tradycja przetrwała. I choć w tym roku było trudniej (wyrywające się z chusty niemowlę, które koniecznie chce złapać kawałek ciasta jest, powiedzmy to sobie szczerze, kiepskim pomocnikiem), to było. I za rok będzie, i jeszcze później, z kolejną chętną do pomocy. 

Tłusty czwartek już wprawdzie za nami, ale jutro ostatki, może ktoś się skusi. Roboty jest po łokcie, a mycia i sprzątania po tym wszystkim jeszcze więcej. Mimo wszystko – warto!

U nas bez proszku do pieczenia! Proszek niepotrzebnie "utuczy" nasze chruściki.



10 komentarzy :

  1. Nigdy nie jadłam takich cienkich. U nas zawsze były grubsze :). Patent z maszynką do makaronu zapamiętam!

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie też grubsze, ale wykorzystam przepis, bo u nas gdzieś taki dobry, tradycyjny się zagubił! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mama zrobiła i zajadałam z smakiem, choć zawsze wolę pączki mojej babci, tego smaku też nigdy nie zapomnę. ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zjadłam już dzisiaj całą czekoladę (nie wiem jak to się stało, sięgnęłam tylko po kostkę) ,ale jakbym dostała takie chruściki to zjadłabym czym prędzej ze smakiem i dokładką haha. Tak na serio to nie pamiętam już kiedy jadłam chruściki, ostatnio tylko oponki cioci, ale chruściki hmmm, muszę w wolnym czasie przyrządzić, ale pewnie nie byłyby już tak dobre jak w dzieciństwie :) A rysunek sprzed kilkunastu lat boski :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Pysznie wyglądają. Szkoda, że ja nie lubię takich zabaw z ciastem.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja się wzruszyłam! Tak pięknie piszesz o swoich Dziadkach. To miłe, że nie są dla Ciebie jakimś punktem do odhaczenia tylko wciąż dużo was łączy. Ja faworków (bo u mnie tylko taka nazwa funkcjonuje) nigdy nie robiłam, nawet kupnych nie jadłam. :P Chociaż chętnie bym schrupała. ;)
    A powiedz co to za zaszyt? Taki jakby pamiętnik? Pozwalałaś w nim komuś pisac?!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to był taki jakby dziennik tego, co robiliśmy w ferie zimowe; wklejone bilety z kina, rysunki, wierszyki, opisy. Bardzo fajna rzecz! :D

      Usuń
  7. Piękny tytuł posta ;) pamiętam jak ja porysowałam zeszyt z przepisami babci :D namalowałam wszystkie możliwe ciasta :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mmmmm mniam, mniam, mniam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale cieniutkie. Lubię faworki, ale nie cierpię, gdy są posypane cukrem pudrem.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...