czwartek, 19 lutego 2015

Literatura piękna. "Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

Wydawnictwo W.A.B.
Stron: 528

Nie wiem kto jest autorem opisu z okładki, ale streszcza on (opis) dokładnie całą powieść, zdradzając nawet istotne elementy zakończenia. Nie wklejam więc i z życzliwości polecam NIE CZYTAĆ i omijać z daleka.







Lubię poczytać marną literaturę. Uwielbiam nastolatki w amerykańskich highschoolach i z lubością pochłaniam łzawe historie o zakochanych wampirach i seksownych wilkołakach (choć te wampiry, to nie w wilkołakach zakochane, a w nastolatkach, niestety). Czytam też literaturę wyższych lotów, potrafię ją docenić (a już w szczególności odróżnić od „kategorii B”), ale – rzecz głupia i nawet wstydliwa – to właśnie te małe szmirki pozostawiają mnie najczęściej w stanie osłupienia. Swoimi tanimi, marnymi chwytami emocjonalnymi, które przecież bez problemu rozpoznaję i demaskuję, wyciskają ze mnie zły i sprawiają, że obgryzam paznokcie; zapewniają więc to, czego w literaturze przede wszystkim szukam – przyjemności.

Czasami jednak trafiam na taką Bator. Bo ktoś, kiedyś wspominał, że dobre, bo trafiła się nagroda „i trzeba sprawdzić” (Nike 2013 , drodzy państwo!), ale przede wszystkim z przypadku. Wieża z książkami do najpilniejszego przeczytania rośnie w oczach i o tym, że coś okaże się pilniejsze od czegoś innego decyduje zazwyczaj chwila. Do tego ta moja dziwna niechęć do polskich pisarzy, których systematycznie olewam, dopóki ktoś nie powie mi jasno i wprost: „to przeczytaj!”. A później już leci lawinowo, seryjnie. Trzeba przeczytać wszystko, co Bator napisała. Kończę właśnie jej najnowszą książkę.

Historia opisana w powieści jest tak złożona, że nie będę nawet próbowała jej streszczać. „Ciemno, prawie noc” czytane na podstawowym poziomie będzie kryminałem (reporterka rozwiązuje zagadkę znikających dzieci). Do tego jednak dochodzi wiele (naprawdę wiele!) innych wątków, które koncentrują się przede wszystkim wokół wspomnień narratorki* i teraźniejszych wydarzeń w Wałbrzychu. Można by zarzucić autorce, że zbyt wiele treści, zbyt wiele motywów wrzuciła do jednego wora. Być może. „Ciemno...” to powieść przejmująca smutkiem, a nagromadzone w powieści zło i patologia potrafią przytłoczyć. Ale chyba właśnie dlatego książka uderza w czytelnika z tak wielką siłą. Kotojady potrafią pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie.

Zachwyca mnie Bator przede wszystkim tym, jak mistrzowsko żongluje słowem. Rzadko zdarza się aż taka lekkość pióra. Bator czaruje! Jej język jest klasyczny, ale przy tym soczysty, pełen wyrazu. Zdarzało mi się zatrzymywać przy niektórych zdaniach tylko po to, żeby podziwiać ich konstrukcję. Zwłaszcza porównania, które autorka używa, zmuszają do każdorazowej wizualizacji tych niezwykłych popisów językowych. No bo na przykład „ktoś zapłakał przejmująco jak włączona nagle syrena w rocznicę powstania warszawskiego”, „Skóra kanapy była szorstka i popękana jak pięta starego człowieka”, „powtórzył, dzieląc wyraz na części miękkie i wilgotne jak zasmarkane chusteczki” albo „Lekarz, wyglądający jak zmięta kartka papieru z nieudanym wierszem”. To takie nietypowe, oryginalne, a jednocześnie do bólu trafne.

Trafność spostrzeżeń to zresztą kolejne, co u pisarki zachwyca. Bator z dokładnością badacza analizuje rzeczywistość. Tapla się w tej naszej polskości, wałbrzyskości, rozgarnia je i kształtuje w piękne słowa. Do tej pory Witkowski był dla mnie mistrzem wyłapywania tego, co niby oczywiste, ale rzadko świadomie opisywane. W omawianej powieści Bator dogania Michaśkę, a w czytanej przeze mnie później „Piaskowej górze” – nawet ją prześciga. Nie zaniedbuje przy tym Bator innych ważnych elementów. Jej powieść pełna jest ukrytej symboliki i nasycona metaforami, a delikatny realizm magiczny (tak delikatny i tak znakomicie wkomponowany w całość, że nie jestem pewna, czy rzeczywiście tam był) połączony z chłodnym naturalizmem tworzą niepowtarzalny charakter. Liczne wątki i poziomy powieści przenikają się jak warstwy rozdeptanego, piętrowego tortu (porównanie w stylu Bator...). Prawdziwa to pożywka dla mojego poczucia estetyzmu i potrzeby obcowania z naprawdę dobrą literaturą. A „Ciemno...” to także znakomity, wciągający kryminał. Bator doskonale buduje ponury nastrój, a jej opowieść pełna jest zaskakujących zwrotów akcji.

Lubię też u Bator te drobne niteczki, które wciągają czytelnika w subtelną, intelektualną grę. Jej książki non-fiction (recenzje wkrótce) są nimi wypełnione po brzegi, ale i w powieściach znajdziemy ich kilka. Bator, nawet jeśli zamydla czytelnikowi oczy i przestawia literki nazywając główną bohaterkę Tabor, to zawsze pisze o sobie. Jej własna osoba zdaje się być dla pisarki niekończącym się źródłem inspiracji. I nie ma w tym cienia szyderstwa. Uwielbiam szukać i analizować te autobiograficzne wtręty.

Joanna Bator pisze z klasą. Dziwię się, że dostała Nike. W literaturze współczesnej ceni się inne wartości. Mam wrażenie, że ci wszyscy krytycy od siedmiu boleści podciągają daną książkę na skali wybitności, jeśli posiada ona przynajmniej dziesięć wulgaryzmów na każdej stronie i napisana jest dziwacznym strumieniem świadomości, całkowicie niezrozumiałym dla przeciętnego czytelnika (dla nieprzeciętnego zresztą też, ale ci nie mogę się do tego przyznać). Joann Bator tworzy literaturę piękną w dosłownym tego słowa znaczeniu, a ja właśnie tego od literatury wymagam. W tym względzie jestem tradycjonalistką; ma wzruszać, ma zachwycać, ma wywoływać katharsis. Z powieścią związały mnie tak silne emocje, że kiedy kilka tygodni temu wiadomości radiowe podały informację, że płonie dach wałbrzyskiego Zamku Książ – zrobiło mi się przykro. Trochę tak, jakbym się dowiedziała, że ktoś obrzucił jajkami kamienicę przy Roosvelta 5 w Poznaniu. Autorce udało się to, czego nie dokonali cie wszyscy nudni, „poważni i wielcy” pisarze – oprócz doznań estetycznych najwyższych lotów pozostawiła mnie w stanie odrętwienia, wewnętrznej pustki. Jej historia trafia do serca i wywierca w nim dziurę na wylot.

Mogłabym tak chwalić jeszcze długo i obszernie. „Ciemno, prawie noc” to jedna z najlepszych książek jakie kiedykolwiek przeczytałam, a Joanna Bator okazała się najciekawszym odkryciem kilku ostatnich lat. I choć literackie spotkania tego typu wpędzają mnie w przykre poczucie własnej marności (nigdy, przenigdy nie napiszę nawet jednego zdania, które mogłoby dorównać temu, co pisze Bator), to jedyne co mogę zrobić, to ukłonić się bardzo nisko i krzyknąć: „witaj, Mistrzyni!”.

_________
*Ktoś mnie ostatnio poprawił i uświadomił, że nie istnieje coś takiego jak „narratorka”, bo teoria literatury wyróżnia tylko istnienie „narratora” w formie męskiej. Nie bardzo jednak rozumiem, dlaczego w świecie, w którym istnieje „dyrektora” i „ministra”, nie mogłaby funkcjonować także „narratorka”. Używać więc będę tej błędnej formy konsekwentnie! 



Recenzje innych książek Joanny Bator:
Rekin z parku Yoyogi
Wyspa Łza

11 komentarzy :

  1. Zachęciłaś mnie tą recenzją tak bardzo! Nie wiem dokładnie czym, ale chyba głównie Twoim ogólnym zachwytem, bo nie do końca wyczuwam te wszystkie szczególności, niteczki czy inne takie ;) Ale ta ponurość, o której wspomniałaś, odstrasza mnie niczym... zapach chińskiej gumy w sklepie obuwniczym? (starałam się stworzyć oryginalne porównanie, ale chyba głupio wyszło :P ) Ponurość w książce, ponurość za oknem, ja tyle nie zdzierżę ;) Chyba, że powiedzmy, jest to ponurość np. w stylu Metra.. Ale nie wiem, wytłumaczysz mi ją dokładniej? Ja po prostu nienawidzę książek wywołujących przygnębienie, zniechęcenie (nie mówię o smutku).
    Agnnes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahaha! Porównanie super! :D
      Cóż, książka jest ponura i przygnębiająca, ale mnie się to właśnie bardzo podobało, uważam to za zaletę! Bardzo ta ponurość pasuje do wątku kryminalnego. Zupełnie to jednak inna ponurość niż w Metrze. Spróbuj posłuchać, jest bardzo dobry audiobook! Ja nawet zaczęłam, ale to było takie dobre, że wolałam czytać. Albo zacznij od "Piaskowej góry" - równie dobra, a może nawet i lepsza, ale nie aż taka przygnębiająca. :)

      Usuń
  2. Bardzo, bardzo, bardzo chcę w końcu przeczytać coś Bator! Pamiętam, że jakiś czas temu czytałaś też jej jakąś książkę o Japonii. Ja zacznę od "Ciemno, prawie noc" - nie ma, za Nike! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Skoro Bator pisze z klasą i czaruje, to nie pozostaje mi nic innego jak przekonać się o tym osobiście.

    OdpowiedzUsuń
  4. widzę, że czytamy podobnie - to jest podobnie odbieramy pewne niuanse tekstu, "smakujemy" dobrą literaturę, a czasem nurzamy się w szmirze dla "tanich" emocji :P - kolejny raz odkrywam, że istnieje pokrewieństwo czytelniczych dusz!
    Joannę Bator znam z pojapońskich esejów-reportaży
    jej "Rekin z parku Yoyogi" kojarzy mi się właśnie z klasą, żonglerką słowem i łaskoczacymi intelekt "niteczkami" - czekam co Ty o nim (albo "Wachlarzu..") napiszesz
    kolejne książki tej autorki mam od dawna na liście must read - dobrze, ze przypomniałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Rekina" czytałam i niedługo wrzucę recenzje. To było zupełnie coś innego! Nawet trochę zbyt przeintelektualizowane, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. U mnie jednak zawsze chyba powieść będzie wyżej niż literatura faktu. Koniecznie przeczytaj! :)

      Usuń
  5. I teraz muszę przeczytać, a jak pojawia się Wałbrzych to już całkiem - wszak mieszkam nie opodal. Skutecznie zachęciłaś mnie do zapoznania się z twórczością Bator..

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałem, czytałem i byłem tak bardzo oczarowany jak Ty, chociaż "Piaskowa Góra" zachwyciłam mnie równie mocno. Książek japońskich ani najnowszej nie miałem przyjemności, ale jak już o nich napisze, to na pewno nie będę miał wyboru. ;) Jak zwykle znakomity tekst!

    OdpowiedzUsuń
  7. Polska autorka i taka dobra powieść? Jestem w szoku. Koniecznie muszę przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak można tak zaspojlerować koniec powieści już na okładce? Naprawdę, wydawcy mogliby się zastanowić co robią...
    Książkę jak najbardziej mam w planach :)

    www.maialis.pl

    OdpowiedzUsuń
  9. Skoro tak zachęcasz to nie wypada mi odmówić tej książce :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...