czwartek, 12 marca 2015

BLW w praktyce



To druga część artykułu o BLW.

Niewiele u mnie spontaniczności i decyzji z przypadku. Lubię, kiedy wszystko jest szczegółowo zaplanowane. Już na etapie planowania ciąży wszystko miałam ustalone. Przeczytałam cały Internet i dziesiątki książek. I chociaż przez kilka kolejnych lat każdy miesiąc był dla mnie rozczarowaniem (tak to jest jak się chce za bardzo; nie polecam!), to wiedziałam, że kiedy już w końcu doczekam się dziecka, i kiedy ono będzie miało sześć miesięcy – zaczniemy BLW. Nie wszystkie plany udało się zrealizować dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłam i wielokrotnie wpadałam w depresyjną dziurę „dlaczego mi się nie udało? co zrobiłam źle?” (tym bardziej nie polecam!), ale z BLW wyszło.

Myślę, że bardzo ukształtował mnie też obraz kiedyś widziany i zapamiętany po wieki wieków. Podróż poślubna, dziesiąty tydzień ciąży, londyńskie centrum handlowe. Rodzice i chłopiec mniej więcej półroczny. Chłopiec na kolanach matki, matka ze słoiczkiem w dłoni, bardzo na siłę karmiąca syna. Ojciec z tabletem, na tablecie pstrokata bajka, tablet z bajką w odległości dziesięciu centymetrów od oczu dziecka, które zapatrzone było w ekran tak bardzo, że zupełnie nieświadomie dało w siebie wepchnąć całą zawartość słoiczka. To nie było karmienie. To było całe przedsięwzięcie, z dokładnie wyznaczonymi rolami i zadaniami do wykonania, każdy działał sprawnie; widać było, że ten jedzeniowy rytuał odbywał się nie po raz pierwszy. Pomyślałam wtedy: u mnie nigdy tak nie będzie. 


 
Step by step

O BLW często mówi się jako o metodzie nowej, czy nawet rewolucyjnej. Dla mnie okazała się ona naturalną koleją rzeczy i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby rozszerzać dietę mojej córki inaczej. Metoda ma według mnie kilka niezaprzeczalnych pozytywów, ale bywa też rozczarowująca. Jeśli jednak Róża doczeka się rodzeństwa, to nie wyobrażam sobie, że miałabym robić jakieś papki, bawić się w łyżeczki i inne pierdoły. Po co?

Pewne było, że dietę zaczniemy rozszerzać po szóstym miesiącu. Przez pierwsze pół roku Róża była karmiona wyłącznie piersią; nie dostawała przetartej marchewki, herbatek koperkowych ani nawet wody. Dość wcześnie jednak zainteresowała się jedzeniem. Mając nieco ponad pięć miesięcy bardzo chciała złapać to, co się akurat jadło i złościła się, że nic nie dostaje. Ponieważ każda próba przemycenia czegoś do buzi kończyła się awanturą, uznaliśmy, że większych oznak gotowości do rozszerzania diety już być nie może i dokładnie tydzień przed ukończeniem sześciu miesięcy Róża po raz pierwszy spróbować mogła „prawdziwego” jedzenia. Pojawił się jednak problem – siadanie. W tym czasie nie potrafiła jeszcze samodzielnie siadać i nie zapowiadało się na to, że wkrótce zacznie (umiejętność tę nabyła dopiero miesiąc później). Spróbowaliśmy więc trzymać ją przy stole na kolanach, ale sytuacja okazała się ogromnym niewypałem. Równie interesujące jak jedzenie okazały się talerze, sztućce, kubki, a nawet sam stół. Wszystko to latało, wylewało się, osoba z dzieckiem na kolanach nie jadła nic; słowem: tragedia. Jako „niewielką pomoc”, na którą pozwala poradni, przyjęliśmy więc krzesełko. Róża siedziała w nim sztywno i stabilnie. Uspokoić pragnę wszystkie zaniepokojone matki, w których głowach już tworzy się zawistny komentarz „ale przecież niesiadających dzieci sadzać nie wolno”. Wiem. Nigdy nie robiłam tego bez powodu, nigdy nie chciałam, żeby dziecko „sobie popatrzyło”, bo doskonale rozumiem zagrożenia, jakie się z tym wiążą. Uznałam jednak, że jeśli półroczne dziecko raz dziennie spędzi w krzesełku dziesięć minut (tyle trwał obiad, do którego na początku była sadzana), to nie stanie się jej żadna krzywda. Zauważyłam, że wielu rodziców, widząc zainteresowanie niesiedzącego jeszcze dziecka jedzeniem, wprowadza w tym okresie przejściowym papki. Mi się nie chciało i naprawdę nie widziałam takiej potrzeby. Do niczego jednak nie namawiam, każdy powinien kierować się własną intuicją. Moja podpowiadała mi, że czas na BLW nadszedł już wtedy.  

Nie pomyliłam się. Gdzieś tam kiedyś słyszałam, żeby rozszerzając dietę podawać po jednym tylko rodzaju pokarmu, a potem czekać na ewentualną reakcję alergiczną. Zalecenia (jak wszystkie inne zresztą) totalnie olałam. Nasze rozszerzanie diety przypadło na październik, czyli ostatni dosłownie moment, kiedy na rynku królowała jeszcze obfitość świeżych warzyw i owoców. A ja tak bardzo chciałam, żeby Róża spróbowała ich wszystkich. Pierwszego dnia dostała więc chyba z pięć różnych rzeczy, potem tak samo. Wszystko jej smakowało, wszystko jadła ze smakiem. Choć autorki poradnika twierdzą, że na początku dziecko nie będzie w stanie niczego przełknąć, to Róża zaczęła połykać jedzenie od pierwszego dnia (i miałam na to twarde dowody!). Na początku wszystko ssała. Dokładnie tydzień zajęła jej nauka odgryzania kawałków jedzenia i ich przeżuwania. Od te pory wszystko idzie jak po maśle. Zaliczyliśmy kilka zakrztuszeń, z którymi Róża poradziła sobie sama, po czym niewzruszona kontynuowała posiłek. Nie doświadczyliśmy żadnego zadławienia ani żadnej reakcji alergicznej. 

Pierwszy posiłek w wersji klasycznej, czyli marchewka. Możliwość jedzenia i zainteresowanie jedzeniem było ogromne!


Jeszcze tego samego dnia zielona i żółta fasolka szparagowa. Idealna do ćwiczenia pierwszych chwytów!


Mięso w różnej postaci. Kurczak, czy to ugotowany, czy usmażony w panierce, jest łatwy do zjedzenia, ale nad pieczoną szynką lub karkówką trzeba się nieźle napracować.



Kręci się jakoś to nasze BLW. Róża świetnie daje sobie radę z przekazywaniem informacji o tym, że nie chce więcej jeść. Najpierw zdejmowała sobie śliniak. Niestety nienawiść do śliniaków (i kaftaników z Ikei też) okazała się tak duża, że od kilku miesięcy jej odzież nie jest chroniona niczym. Teraz, kiedy ma dosyć „czyści” swój stolik; wyrzuca wszystko co się na nim znajduje, a resztki stara się wetrzeć w plastik. To znak, żeby ją zabierać, za kilka sekund zacznie domagać się wolności nieco głośniej. 

Kiedyś - ściąganie śliniaka.


Teraz - "czyszczenie" stolika. Wszystko w ogromnym skupieniu.

Nasze odstępstwa od metody BLW

1. Produkty, które naturalnie występują w formie niepapkowej, czyli owoce, warzywa i mięso podaję Róży w kawałkach. Nie zdarzyło jej się nigdy jeść przecieru ani nawet rozdrobnionych, czy rozgniecionych jarzyn; nie widziałam takiej potrzeby. Od początku z jedzeniem w kawałkach radziła sobie bardzo dobrze. Jednak pokarmy, które zazwyczaj jada się w formie papkowo-płynnej (jogurt, wszelkie kasze albo zupy), podawane miała łyżką. Restrykcyjne BLW nakazuje tak dostosować posiłek, aby zjeść go mogło dziecko. Niektórzy więc gotują kasze na bardzo gęsto, robią z nich kosteczki, kuleczki i inne cuda-wianki. U nas sie to nie sprawdziło. Tak samo zupy. Jeśli akurat na obiad mieliśmy rosół albo pomidorową, to i Róża włączana była w posiłek. Jest to raczej sytuacja sporadyczna, bo i zupy jadamy od wielkiego dzwona, ale zdarza się. Zgodnie z teorią, powinnam dać dziecku łyżkę, żeby spróbowało jeść samo. Cóż... moje sześciomiesięczne niemowlę zainteresowane było jedynie samym narzędziem, które dostało do ręki oraz próbą wylania sobie zupy na głowę. Teraz, w wieku dziesięciu miesięcy, sytuacja wygląda w zasadzie tak samo. Róża nie podejmuje jeszcze prób naśladowania naszych stołowych zachowań. Jeśli tylko zacznie (może w okolicach roku), na pewno będzie miała okazję do samodzielnej nauki jedzenia sztućcami. Będzie bałagan i zupa na głowie też będzie, ale przynajmniej będzie w tym  jakiś sens. Na razie go nie widzę; swoje umiejętności ćwiczy na innych pokarmach. Zdarza mi się nabrać coś na łyżkę i pozwolić Róży zjeść jej zawartość samodzielnie, ale tak naprawdę rzadko celem okazuje się faktyczne jedzenie.

Nigdy też nie daję Róży pić samodzielnie z otwartego kubka, bo ona nawet nie próbuje wtedy pić. Kubek zawsze trzyma ktoś dorosły. Swoje umiejętności ćwiczy codziennie w wannie, z zapamiętaniem popijając swoją kąpielową wodę z „dziurawych” kubeczków z Ikei. :)
(Co do kubków, to muszę chyba stworzyć o nich osobny post, bo przetestowaliśmy wszystkie możliwe.)

Karmiąc łyżką pamiętamy jednak o innych zasadach BLW; to Róża decyduje kiedy zakończyć posiłek. Nie wymuszam zjedzenia „jeszcze jednej łyżeczki” ani nie trzymam dziecka w krzesełku dłużej, niż ma na to ochotę.

Trzeba też podkreślić, że karmienie łyżeczką wcale nie jest sposobem na to, żeby Róża zjadła więcej. Zazwyczaj nie chce być karmiona i wydaje mi się, że każde dziecko, które od początku jest przyzwyczajone do samodzielnego jedzenia, cały czas będzie próbowało przejąć inicjatywę. Wygodnym sposobem na niemal całkowite pozbycie się łyżki, jest podawanie zup i kasz ugotowanych na rzadko z otwartego kubka. Tę formę Róża toleruje, lubi i zazwyczaj w ten sposób dostaje wszystko to, czego nie potrafi jeszcze zjeść sama. 

Łyżeczka albo widelec zawsze musi się znaleźć w jej rękach chociaż na chwilę.


2. Z dość dużą regularnością popełniam jedną z największych zbrodni BLW, opisaną przez autorki poradnika jako skrajnie niebezpieczną: daję dziecku kawałki jedzenia prosto do buzi. Nie robiłam tego od początku i nie pamiętam nawet kiedy zaczęłam. Są jednak sytuacje, że jest to dla nas wygodne. Na przykład wspólna przekąska. Róża jest dzieckiem bardzo żywotnym, nie lubi siedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Kiedy więc próbuję posadzić ją w krzesełku tylko po to, żeby dać jej owoc – protestuje. I wcale nie chodzi o to, że nie chce jeść, bo chce, ale w biegu. Bywa więc tak, że ona sobie raczkuje po całym pokoju i co jakiś czas do mnie podchodzi, wstaje, otwiera buzię i czeka aż włożę tam kawałek banana. Zadowolona idzie dalej. Od kilku tygodni podczas posiłków bawimy się też w karmienie. Nigdy nie uczyłam córki czegoś takiego, sama zainicjowała ten zwyczaj. Róża bierze do ręki kawałek jedzenia i próbuje włożyć mi go do buzi, po chwili oczekuje tego samego ode mnie. Trudno, bobas lubi wybór i to jest właśnie jej wybór. 

Proszę, mamo, spróbuj jakie dobre.


3. Kiedy cała nasza trzyosobowa rodzina jest w komplecie, wspólnie jemy posiłki przy stole. Kiedy jestem z Różą sama, zdarza się (najczęściej jest to kolacja), że zostawiam ją samą sobie i zajmuję się sprawami, które naprawdę wymagają mojej pilnej interwencji. Posiłek to czasami jedyny czas, kiedy mogę pospiesznie załadować zmywarkę bez usuwania z niej córki albo nakarmić koty bez wyciągania Whiskasa z jej buzi. Poza tym ostatnio zauważyłam, że Róża stara się jakby popisywać. Podczas posiłku celowo wyrzuca całe jedzenie i z zadziorną miną „no i co mi zrobisz?” śmieje się. Kiedy udaję, że nie patrzę (choć oczywiście ciągle wiem co się dzieje i jestem gotowa na ewentualną interwencję) po prostu je i nie wygłupia się.

Co jest dla mnie najważniejsze w metodzie BLW?

1. Wspólny, rodzinny posiłek

Zdecydowanie najważniejsze. Do tej pory nasze posiłki wyglądały tak, że najpierw pospiesznie jadła jedna osoba, podczas gdy druga zajmowała się dzieckiem (nasze nawet jako małe niemowlę nie chciało nigdy zostawać samo), a następnie była zmiana. Teraz wszyscy siedzimy przy stole razem, każdy może zjeść ciepły obiad, każdy zajmuje się swoim talerzem. To też początek pięknej tradycji. Zanim Róża pojawiła się na świecie jedliśmy z Robertem posiłki na fotelach, w pozycjach półleżących, obowiązkowo w asyście serialu, który akurat oglądaliśmy. Teraz telewizor jest zawsze wyłączony, pojawia się okazja do rozmowy. Mam nadzieję, że tak będzie zawsze i nawet kiedy każdy będzie już zajęty własnymi sprawami zawsze znajdzie się jakaś godzinka wieczorem na wspólną kolację.

2. Prostota i wygoda

BLW to doskonała opcja dla leniwych (czyli, ekhem, ekhem, dla mnie). Nie ma tu żadnego długiego przygotowywania posiłku ani miksowania. Wystarczy wrzucić do garnka kilka warzyw, które akurat ma się pod ręką (w opcji zimowej i skrajnie leniwej garść „Bukietu wiosennego” firmy Hortex) i voilà! Wreszcie, zgodnie z założeniami metody, opcja najprostsza z możliwych – wszyscy jemy to samo. Choć na początku Róża jadała głównie warzywa i mięso gotowane na parze, a więc posiłek przygotowany specjalnie dla niej, o tyle teraz coraz częściej je to, co jej rodzice. Więcej na ten temat w kolejnym wpisie.

3. Nauka

Nauka w dwojakim znaczeniu. Po pierwsze umiejętności manualne. Moment rozpoczęcia rozszerzania diety stał się kamieniem milowym dla rozwoju małej motoryki naszej córki. Dosłownie każdego dnia zaskakiwała nas jakąś nową umiejętnością. Widziałam jak z każdym dniem coraz lepiej radzi sobie z łapaniem kawałków jedzenia o różnych konsystencjach, jak delikatny stawał się jej chwyt w spotkaniu z bardzo miękkimi warzywami i jak do perfekcji szlifowała swój chwyt szczypcowy na długo przed tym, nim „powinna” to umieć. Samo rzucie, czasami „trudnych” substancji (np. pieczona karkówka) jest dla niemowlęcej szczęki bardzo korzystne.

Drugi aspekt ma charakter typowo edukacyjny. Dziesięciomiesięczna Róża bez problemu wskazuje który z położonych na jej stoliku specyfików to marchewka, a który to mięso. Wie, że brukselka jest okrągła i zielona, a banan żółty i podłużny. Jest coś przykrego w tym, że dziecko, które z tej samej miseczki, je codziennie taką samą papkę nie ma szansy poznać jak wygląda, pachnie i z jaką prędkością leci na podłogę prawdziwy liść sałaty. Oczywiście, na wszytko jest czas, ale dlaczego ten czas nie miałby nastąpić już teraz? 

Od pewnego czasu Róża najchętniej je małe kawałki. Lubi takie rzeczy jak groszek (u góry) albo ryż (na dole). Najlepszym sposobem na zajęcie jej przez kilka minut jest wysypanie garści kaszy lub ryżu preparowanego. Będzie je pieczołowicie zbierała i wkładała do buzi, po jednym ziarenku.


Wady BLW

Autorki poradnika wskazują na jedną tylko wadę BLW – bałagan. Tymczasem słowo to jest mocno nadużywane w  stosunku do BLW.  Owszem, jedzenie jest na podłodze, czasami pod koszulką, a czasami w zupełnie zaskakujących miejscach, ale jego sprzątnięcie to kwestia 2-3 minut. Najpierw zmiotka i usunięcie kawałków-gigantów (w międzyczasie dziecko wyjada z podłogi co smaczniejsze kąski, bo widomo, że w takiej formie smakuje najlepiej!), potem mokra chusteczka. Na koniec opłukanie tacki, w ekstremalnych przypadkach także krzesełka. Gdybym robiła papki, za każdym razem musiałabym coś blendować, myć stosy naczyń. Myślę, że roboty przy tym jeszcze więcej. Istnieją jednak inne wady BLW, które na razie są nie do przeskoczenia.

Naprawdę nie rozumiem obawy przed brudem. Czyszczenie nawet najbardziej ekstremalnych przypadków, takich jak brokuły wtarte we włosy albo kotlet w oku to kwestia kilku minut.



1. Jedzenie poza domem

Łatwość jedzenia poza domem opisywana jest przez poradnik jako jedna z największych zalet BLW; nie trzeba się bowiem martwić o jedzenie dla dziecka, zawsze można podzielić się swoją porcją. Moje zdanie jest zupełnie inne. Jedzenie poza domem z dzieckiem BLW, przyzwyczajonym do wspólnych posiłków, to droga przez mękę. Bo łatwe to może być co najwyżej zabranie słoiczka i nakarmienie nim brzdąca. Problematyczne jest więc samo jedzenie. W wykwintnych restauracjach nie bywam, jeśli jadam „na mieście” to będzie to najczęściej pizzeria, McDonald’s albo bar mleczny. Z barem mlecznym pół biedy; wszystko jest oczywiście słone i smażone w pięciokrotnie odgrzewanym tłuszczu, ale że sytuacja jest wyjątkowa, to niech ma! Nawet w pizzerii jakoś sobie radzimy – Róża, miłośniczka chleba, z uwielbieniem pałaszuje brzegi od pizzy (cheesy bites w Pizzy Hut uwielbia!), czasami wygrzebie sobie jakąś paprykę albo kukurydzę. Ale czym mam się podzielić w McDonaldzie? Oczywiście niczym. Z reguły spożywa więc po prostu suchą bułkę, która jest w stanie zająć ją na dłużej (całe 5 minut), aby w tym czasie ktoś inny mógł szybko zjeść swojego cheesburgera. Jeśli wyjście do knajpy zastępuje nam obiad i czuję wyrzuty sumienia, że dziecko tego dnia nie zje niczego wartościowego, mam swój sprawdzony sposób na danie podróżne. Rozmrażam porcję siekanego szpinaku, pakuję go do pojemnika i na surowo daję poza domem. Widelcem!

No właśnie, widelec. O ile bałagan w domu kompletnie mi nie przeszkadza i kawałki jedzenia lecące na wszystkie strony świata są akceptowalną normą, o tyle nie czuję się z tym komfortowo w miejscu publicznym. Bo bałagan może być naprawdę duży, a kawałek obślinionego ziemniaka może wylądować na głowie siedzącej obok osoby. Potrafię uszanować innych gości restauracji, którzy niekoniecznie chcą jeść w syfie i nie czułabym się dobrze lustrowana karcącymi spojrzeniami obsługi. Róża więc poza domem jest karmiona bądź to jedzeniem zabranym z domu lub (o ile nie jest to fast food) tym, co jemy my. Jedzenie podawane widelcem dostaje w kawałkach. Świetnie sobie radzi z ich żuciem, bardzo nam ta metoda odpowiada.

Wreszcie ostatnia niedogodność jedzenia poza domem to problem z krzesełkiem. Tak, wysokie krzesełka dla dzieci są stałym wyposażeniem większości lokali (choć nie wszystkich, bo moja ulubiona pizzeria Piccolo takiego nie ma!), to medal dla tego, kto w oddalonym o ponad 250 kilometrów od najbliższej Ikei Toruniu znajdzie gdzieś klasycznego Antilopka. Nie ma! W niemal każdym toruńskim lokalu stoi za to potężna, drewniana kolubryna, pod której stolikiem (sięgającym Róży trochę powyżej uszu) mogłoby wypaść nawet dwuletnie dziecko. Jako, że jedzenie na kolanach się u nas nie sprawdza, Róża najczęściej spożywa posiłek siedząc w swoim wózku, co fajne nie jest, bo nie lubi w nim siedzieć dłużej niż to naprawdę koniecznie.

2. Wkurzam się

Co począć? Jestem tylko człowiekiem. Wkurzam się, kiedy przygotuję coś pracochłonnego (na przykład ostatnio pasztet z soczewicy), a Róża nie chce nawet spróbować i konsekwentnie wszystko zrzuca na podłogę. Wtedy namawiam, proszę, robię samolociki.

3. Nie zawsze możemy jeść to samo

To nawet nie tyle wada BLW, co wada żywienia dziecka w ogóle i problem, którego BLW, mimo szumnych zapewnień, nie rozwiązuje.
Rodzice często chwalą BLW, ponieważ dzięki przygotowywaniu zdrowych i pożywnych posiłków dla swoich dzieci, sami także zaczynają odżywiać się zdrowiej. To prawda, sytuacje takie się zdarzają, o czym trochę szerzej napiszę następnym razem. Niemniej jednak produkty, których nie chcę podawać swojemu niemowlęciu to ciągle norma na naszym stole. O ile bez soli wszystko smakuje mi znakomicie, tak nie mogę odmówić sobie koncentratu pomidorowego w spaghetti. I nie interesuje mnie zdanie innych, że przecież ze świeżych pomidorów lepsze, bo gówno prawda – mieszanka keczupu Heinz i koncentratu Dawtona to najlepsza rzecz na świecie i żadne pomidory nigdy tego smaku nie przebiją. A wiadomo, że to przetworzone, posolone i z dodatkiem różnych „E”. Takich przykładów jest pełno. Inna sprawa: zdrowe jedzenie. Ponieważ uznałam, że nie można jeść bez przerwy marchewki i fasolki, w naszej kuchni pojawiły się warzywa, obok których wcześniej nigdy nawet nie stałam. Okazało się jednak (i co mogę na to poradzić?), że bakłażana nie jestem w stanie przełknąć ani usmażonego ani w zapiekance, a cukinia wywołuje u mnie odruch wymiotny? I próbowałam robić te wszystkie wymyśle przepisy tak modnej obecnie kuchni roślinnej, że niby pyszne, że niebo w gębie, ale nigdy nic nie dorównało schabowemu z ziemniakami. Nie zawsze jemy więc to samo (choć akurat schabowego jak najbardziej). Zależy mi na tym, aby moje dziecko nie było tak wybredne jak ja i aby po otworzeniu karty w restauracji każda kolejna rzecz nie wydawała się jej bardziej obrzydliwa od poprzedniej. Róża je obecnie dużo bardziej różnorodne potrawy niż jej rodzice, a niestety coraz większą uwagę zwraca na to, że nasze posiłki są różne. I pewnie ktoś powie, że jestem wyrodną matką i że dziecko powinno być najważniejsze, ale nie jestem w stanie zmusić się do zmiany nawyków żywieniowych. Nie umiem i nie chcę.


Wspólne posiłki, ze względów praktycznych, to coraz większa norma. Mniejsza porcja tego samego na obiad (po prawej) albo wręcz wspólna micha owsianki na śniadanie (po lewej). Po co brudzić dwie miski?
4. Być może wszystko jeszcze przed nami, być może są to konsekwencje długoterminowe, ale póki co nie zauważyłam, żeby moje dziecko miało wyrosnąć na smakosza. Fakt, jest otwarta na nowe smaki, zazwyczaj próbuje wszystko to, co jej się zaproponuje, ale często kończy się to bezsłowną (ale doskonale zrozumiałą i dosadną) odmową. Istnieje spora lista produktów, których Róża nie lubi i choć są jej od czasu do czasu proponowane, to reakcja jest ciągle taka sama. Za to najchętniej żywiłaby się suchymi bułkami. Typowo dziecięce, prawda? Choć może ma to po mnie, bo dieta suchobułkowa to mój ideał.

Słowem: BLW nie jest dla mnie jakimś fenomenem, który działa cuda. Doraźnie, jest to najlepsza metoda rozszerzania diety, ale nic poza tym.


Kalafior to u nas przykład na to, że nie można od razu zakładać, że dziecko czegoś nie lubi. Pierwsze spotkanie z tym dziwnym warzywem udało mi się uwiecznić na zdjęciach. No, ambrozja to nie była. ;) Od czasu do czasu podsuwałam jednak Róży kalafiora. Dziś to jedno z jej ulubionych warzyw.
Sprzęty i gadżety

Przy BLW gadżeciarze cierpią; sprzętu potrzebujemy niewiele. Niepotrzebne są nam talerze czy miseczki. Wszystko podane jest na tacy krzesełka. I w zasadzie jedyne, co jest niezbędne, to krzesełko.

Tutaj prosto i bez ekscesów. Dysponujemy ikeowskim krzesełkiem Antilop. Krzesełko to jest małe (z więc dobre dla półrocznych szkrabów; dodatkowo nie zajmuje dużo miejsca), tanie (50 złotych czyni z niego najtańsze krzesełko na rynku), wygodne, stabilne, bezpieczne (nie sposób się z niego wydostać; my nie zamontowaliśmy nawet pasów bezpieczeństwa, bo są one zupełnie niepotrzebne) i, co najważniejsze, łatwe do utrzymania w czystości. Krzesełko w całości wykonane z plastiku po każdym użyciu opłukuję w wannie, od biedy można by to nawet umyć w zmywarce. Nie ma żadnych szczelin i zakamarków. Dodatkową zaletą jest to, że świetny, stabilny pchacz można sobie zrobić z tego Antilopka. :) Krzesełko-ideał!



W kolejnym (i ostatnim) wpisie z cyklu o BLW, który ukaże się wkrótce (choć chyba poprzedzony będzie czymś innym, żeby nie przedobrzyć): co je i jak je dziesięciomiesięczne dziecko.
 


11 komentarzy :

  1. To wygląda jakby Róża sprzątała po skończonym jedzeniu, boskie !
    Przeczytałam cały post z dużym zainteresowaniem, bo odkąd zaczęłam rozszerzać dietę Tosi dookoła słyszę same "super rady", każdy musi wtrącić coś od siebie i najczęściej są to skrajne opinie.
    I tu moje pytanie: czy spotykasz się z krytycznymi uwagami rodziny/znajomych odnośnie BLW ? Mnie doprowadza do szału wtrącanie się i wymądrzanie osób trzecich.
    Bardzo podoba mi się w BLW różnorodność smakowa, nie ogarniam tych wszystkich tabelek żywieniowych, które zmieniają się z roku na rok, każda podaje inne wytyczne co do czasu wprowadzania kolejnych warzyw tak np. kalafior widnieje w jednej tabeli od 4m-ca w innej od 7 czy 8 m-ca. Poza tym podpisuje się pod zaletą wspólnych posiłków, u nas niestety też serialowe jedzenie i chcę to zmienić, na razie Tosia je oddzielnie i tak jak piszesz, ja najczęściej zjadam zimny lub mega gorący obiad.
    Czekam na więcej, jestem też ciekawa jakie masz podejście do podawania gotowych słodyczy typu batoniki itd., bo w tym temacie też już walczę z rodziną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Każdy lubi dawać dobre rady i każdemu się zawsze wydaje, że pozjadał wszystkie rozumy (zwłaszcza tym, którzy nie mają dzieci ;) ). Mi się jakoś udało i złotych rad uniknęłam, najbliższa rodzina podeszła do wszystkiego z dużym entuzjazmem i aprobatą. Poza tym, tak jak pisałam ostatnio, moja babcia pamiętała BLW ze swojego dzieciństwa jako naturalne następstwo po mleku, więc może i u Ciebie tak będzie! Oczywiście czasami w restauracji jakaś obca baba się przyczepi i przekaże garść ostrzeżeń, ale tylko kiwam głową i robię swoje. Też się nie przejmuj. ;)
      Batoniki??? W ogóle jeszcze nie daje dziecku słodyczy. Po co? Myślę, że powinnaś powiedzieć swoim bliskim wprost, że wprawdzie cenisz ich pomoc i wsparcie, ale zdecydowałaś, że na razie nie chcesz przyzwyczajać dziecka do niezdrowych przekąsek i żeby uszanowali Twoją decyzję. Zwłaszcza, że batoniki to naprawdę nie jest najlepszy pomysł.
      Spróbuj z BLW koniecznie, zobaczysz ile jest zalet! :)

      Usuń
  2. Właśnie na to czekałam! Moja córcia ma już prawie 6 miesięcy i zastanawiam się nad BLW. Twoje agumenty mnie bardzo przekonują, chociaż boję się zakrztuszeń. Zdjecie z kalafiorem świetne! :] I w ogóle rewelacyjny blog, liczę na jeszcze więcej postów o Róży!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę nie ma się czego bać. :) W ekstremalnym przypadku dziecko głową w dół i po sprawie, ale myślę, że nie dojdzie do tego. :)
      I dziękuję! :)

      Usuń
  3. Ja o blw w ogóle nie słyszałam jak Michas miał pół roku (taaaaak) i wydawało mi się naturalne, że musi dostawac papki, żeby nauczyć się jeść, czyli to co pisałas ostatnio. Ale jak miał chyba 8 miesięcy nie chciał jeść łyżeczką, zaczął nam podbierać jedzenie z talerzy i wyszło nam to blw jakoś tak naturalnie. :) Ale też wielkim smakoszem nie jest i najchętniej nie jadłby nic. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dość mocno nosiłam ze sobą ten tekst i zdjęcia Róży, bo mi się przyśniłyście :). W każdym razie Róża powiedziała przy mnie swoje pierwsze słowa, a mianowicie: "Ciężej!" i "radioaktywna sarna" :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany... :D :D Na razie umie "mama" i "gej" (...) i Apa (Gapa - imię psa). Ale, żeby nie było, chyba nieświadomie. :P

      Usuń
  5. Nie podoba mi się, że tak się zmienia Twój blog. Pisałaś naprawdę dobre recenzje, wyróżniające się wśród blogów i szkoda, że zmieniasz tematykę. :( Myślę, że stracisz przez to dużo czytelników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Po pierwsze, nie ma potrzeby ukrywać swojej tożsamości. Nie obrażę się, szczere opinie zawsze w cenie!
      Po drugie - mi się zmiany podobają. Pisanie na tematy okołodziecięce interesuje mnie teraz najbardziej i mam w tej sferze bardzo dużo do powiedzenia. Poza tym wcale nie rezygnuję z książek, ciągle pojawiać się będą recenzje, bo książki to ważna część mojego życia.
      Zapraszam więc do śledzenia mimo wszystko. :)

      Usuń
    2. Ale pojawią się nowi czytelnicy i wszystko się wyrówna :)-

      Usuń
    3. Ja tu trafiłam szukając informacji o blw i na pewno zostanę na dłużej, więc pisz pisz koniecznie!!! Świetne masz artykuły, bardzo rzeczowe, super napisane. Czekam na wiecej!!!
      Też anonim bo nie mam bloga. Kasia, mama Frania. :-)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...