środa, 18 marca 2015

I love touchy-feely books! Seria "That's not my..."



Tekst: Fiona Watt
Ilustracje: Rachel Wells

Seria „That’s not my...” była moją faworytką od samego początku. Wydana przez Usborne – moje absolutnie ulubione anglojęzyczne wydawnictwo, o którym będę pisać jeszcze dużo, dużo, dużo! Do tej pory w serii zostały wydane 43 tytuły i ciągle powstają nowe (wszystkie do zobaczenia TUTAJ). Naszą kolekcję zasila silna reprezentacja aż ośmiu. Siedem oryginalnych, angielskich i jedna po francusku. A niech Młoda znosi moje gardłowe „r”! 


Każda z książek opiera się na tym samym schemacie. Każda posiada bohatera – zwierzę, postać lub przedmiot. Jest też narrator, którym najprawdopodobniej jest mała, biała myszka pojawiająca się na każdej stronie. Można by się kłócić i wdawać w spory teoretycznoliterackie, ale dla dobra recenzji przyjmijmy, że tak w istocie jest. Ta myszka właśnie poszukuje tytułowego przedmiotu, niech będzie to dinozaur. Na każdej kolejnej stronie (łącznie z okładką!) znajdziemy dokładnie to samo zdanie: „That’s not my dinosaur...”, a następnie cechę charakterystyczną dinozaura, która wyraźnie wskazuje na to, że nie jest to nasz egzemplarz prehistorycznego stwora. Jeden ma ciało zbyt gąbczaste, kolejny ma zdecydowanie zbyt kędzierzawy ogon, jeszcze kolejny ma niesamowicie szorstkie rogi. Dopiero na ostatniej stronie – spoiler alert! ;) – mysz znajduje swojego dinozaura. To właśnie ten! Jego kolce są takie mięciutkie! 


  
Książki są u nas w obiegu od dawna i nie wypadną z niego przez długie jeszcze miesiące. Rysunki są duże, kontrastowe, w żywych kolorach i z wyraźnie zaznaczonymi konturami. Według mnie idealne. Interesowały już trzymiesięczną Różę. Nieco później kierowałam jej rączki na dotykowe elementy, co bardzo jej się podobało. Na kilka dni przed ukończeniem dumnie brzmiącego półrocza sama zaczęła się interesować wspomnianymi elementami. Bez wahania i bez problemów trafiał tam, gdzie powinna i wyraźnie sprawiało jej to radość. Nad ulubionymi, włochatymi wstawkami potrafi spędzić błogosławione 10 minut. Dotyka, maca, przebiera paluszkami, ogląda ze wszystkich stron. Myślę, że ten właśnie wiek – sześć miesięcy będzie idealnym momentem, aby rozejrzeć się za książkami. Na tym jednak nie koniec. Przed nami jeszcze wiele zabawy. Na razie zrozumienie tekstu jest, podejrzewam, znikome. Na kolejnych etapach dojdzie więc świadomość, że ta faktura nazywa się tak, a tamta jeszcze inaczej. Że to są ręce, a to zęby, tu guziki, a tu grzywa. Powoli zaczynają ją też cieszyć powtarzające się wyrażenia. Kiedy dochodzimy do końcowego „That’s my...” cieszy się jakby bardziej. W końcu będzie szukała białej myszki, która chowa się gdzieś na każdej stronie. Zadanie trudne nie jest, ale na pierwsze „look & find” – idealne. 

Różnorodne faktury dostarczają skrajne doznania dotykowe. Myślę, że w świecie, gdzie wzrok i słuch pełnią dominująca rolę, takie zabawy są bardzo potrzebne. To świetne ćwiczenie nie tylko dla małych paluszków; Róża dotyka stron nie tylko dłońmi, ale także stopami i językiem. Faktury są nazwane, a ich nazwy, poprzez ciekawą formę, zapamiętywane. Razem z bodźcem idzie jego opis. Na polskim rynku pojawiły się już książeczki dotykowe, ale – powiedzmy sobie szczerze – są kompletnie do dupy. Te które ja widziałam, a były to "Dotykanki" z wydawnictwa Olesiejuk, na pewno zainteresują niemowlę ciekawymi fakturami na poszczególnych stronach (choć nie są one tak zróżnicowane jak te tutaj), ale większych wartości poznawczych z tego nie będzie.







Grafika i jakość

Wspomniałam już jak bardzo podobają mi się ilustracje w tej serii – są proste, czytelne i przykuwają uwagę. To samo dotyczy wyraźnie zapisanego tekstu. Książki są świetnie zrobione, mają bardzo grube strony i twardą okładkę. Elementy dotykowe, mimo intensywnego użytkowania, pozostają niezniszczone. Szczególnie jestem zadowolona ze wszystkich włochatych wstawek. Mamy inne dotykowe książeczki, w których mocniej pociągnięte włosy wyłażą całymi garściami. Tutaj, jak się człowiek zaprze, to oczywiście też coś wyrwie, ale trzeba się naprawdę mocno postarać.



Językowo

Wiem, że dla niektórych barierą będzie język obcy. Dla mnie to zaleta, ale rodzice, którzy nie potrafią poprawnie przeczytać angielskiego tekstu albo po prostu nie chcą tego robić, mogą nazywać cechy faktur po polsku. Poziom językowy nie jest zaawansowany. Najczęściej pojawiają się nazwy części ciała i oczywiście nazwy faktur lub cech, które, poprzez częste powtórzenia, szybko zostaną zapamiętane; małe dzieci zapamiętują na pamięć treść swoich ulubionych książeczek. Cóż, ich rodzice, czytający pięćdziesiąt razy dziennie to samo – też.

Co i ile kupić

Książeczki są piękne, każda jest inna i oczywiście chciałabym mieć je wszystkie. To znaczy Róża by chciała, Róża.... Oczywiście pomysłu tak szalonego, żeby kupić je wszystkie nie miałam nawet ja i bardzo wątpię, żeby istniał ktoś, kto się na to porwie. Ja mam osiem i nawet to jest za dużo. Wszystkie są w stałym użyciu, ale naprawdę nic by się nie stało, gdyby było ich o połowę mniej. Myślę też, że teraz zupełnie inaczej dobrałabym tytuły. Swoje wybierałam na podstawie recenzji na Amazonie i innych anglojęzycznych serwisach, brałam też pod uwagę własne preferencje tematyczne (wszak nie miałam wówczas pojęcia czym Róża będzie się interesować, śmiem nawet wysnuć tezę, że na razie nie interesuje się niczym i to właśnie ja poprzez dobór zabawek i książek preferencje te kształtuję). Wszystkie książeczki są do siebie podobne, niektóre faktury powtarzają się. Z tych, które mamy najbardziej lubię tę o lwie, o psie i o smoku. Najbardziej jednak cieszę się, że zdecydowałam się na pociąg. We wszystkich innych częściach, które opowiadają o stworzeniach mniej lub bardziej zwierzęcych, powtarzają się łapy, ogony, uszy. Pociąg natomiast operuje zupełnie innym, nowym zakresem słownictwa i żałuję, że nie mamy więcej tytułów przedmiotowo-motoryzacyjnych.

Swoje książki, jak niemal wszystkie pozycje obcojęzyczne, kupowałam na brytyjskim Amazonie (KLIK). Tam cena jest zdecydowanie najkorzystniejsza, a jeśli poczeka się na promocje (ceny na Amazonie zmieniają się nawet kilka razy dziennie) można ustrzelić naprawdę dobrą okazję (żadna z moich książek nie kosztowała więcej niż 3 funty). Książki dostępne są też w polskich księgarniach obcojęzycznych, na przykład TUTAJ, chociaż są już droższe. 

Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak obowiązkowe „polecam”, bo też polecam naprawdę mocno. „That’s not my...” to seria mądra, ciekawa i wyjątkowa, jedna z naszych ulubionych. 




13 komentarzy :

  1. Niesamowite, te książki są piękne! Mam córkę 3 miesiące, ale już tworzę listę zakupów. Przeglądam twojego bloga i widzę, że zbankrutuję. ;-)
    Agata

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę je mieć! Zamówiłam już Księgę dźwięków i karty CzuCzu :) Dzięki za inspiracje!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie zamawiałam niczego z Amazona. Nie mogę tam znaleźć informacji o koszcie wysyłki. Wiesz może ile kosztuje wysyłka do Polski?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie, ta nieszczęsna wysyłka. Jak ja robiłam zakupy, to wysyłka do Polski była jeszcze za darmo. Teraz kosztuje. :( TUTAJ szczegóły.
      Za książki jest 4,70 funta, co wychodzi niestety drogo i przy zakupie małej ilości książek się nie opłaca, wtedy chyba lepiej będzie kupić w polskiej księgarni.

      Usuń
  4. O! też się chętnie dowiem, bo nawet kiedyś chciałam coś kupować, ale nie umiałam, bałam się tam podawać numer karty, Mogłabyś zrobić tutarial. ;))) O wyd Usborne też już coś tam słyszałam, może bym dla Michasia kupiła, widziałam na stronie całkiem fajne rzeczy.
    I zdjęcie z tatusiem przeurocze! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Usborne jest super! Ja się raz zacięłam, ale ogólnie można brać w ciemno. :)

      Usuń
  5. Zawsze sądziłam, że naukę języków trzeba zaczynać jak najwcześniej. :) Książki wyglądają znakomicie, świetna jest zmiana faktur. ;) Podobają mi się. ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajne, barwne. Ja niestety miałabym problem z wymawianiem słów, aby dziecko kojarzyło - nie uczyłam się nigdy angielskiego :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie spotkałam się jeszcze z tymi książeczkami, ale wydają się idealne dla maluchów, aby już za młodu zapoznawały się z obcymi językami. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam wszystkie posty z etykietą DZIECKO i jutro zabieram się za resztę :) i jestem zachwycona tym jak świetnie jest Róża zawsze ubrana. Jak czasami oglądam blogi i widzę te mikro dziewczynki w sukniach, opaskach, kokardach to rzygać mi się chce, bo to takie sztuczne, na siłę wystylizowane. U Ciebie jest tak normalnie, ale jednocześnie te wszystkie bluzeczki są zawsze takie kolorowe i ładne. To są body? Niestety ja trafiam zawsze tylko na różowe albo białe. To z tych zdjęć w parasole jest prześliczne. Gdzie je kupiłaś?
    Pozdrawiam, Morga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow! Takiego komentarza się nie spodziewałam! :D Bo jeśli czegoś na moim blogu nie będzie na pewno (no, na 99%; nigdy nie mów nigdy ;) ) to właśnie rewii mody i nigdy nie sądziłam, że ktoś się będzie przypatrywał ubraniom na zdjęciach. :D Mam zdanie bardzo podobne do Twojego. Dla mnie takie wystylizowane dziewczynki to koszmar! W ogóle małe dzieci w "dorosłych" ubraniach wyglądają dla mnie głupio. Dla niemowlaków są body, pajace, rajstopy i dresy - wszystko wygodne. Inna sprawa, że każdą rzecz, którą muszę kupić zawsze przeliczam na książki i naprawdę NIENAWIDZĘ kupować ubrań. :D Jak już kupuję to staram się, żeby nie były różowe (no nienawidzę różowych dziewczynek!) i żeby były kolorowe. Sieciówki zawodzą, bo tam jest syf i do tego drogo. Może Cię zaskoczę, w zasadzie to trochę wstydliwe wyznanie :P ale wszystkie body (bo tak, to body) kupuję w hipermarketach, w koszach; są piękne, kolorowe, w 100% bawełniane i bardzo tanie. Jakość bez zarzutu, nigdy mi się jeszcze nic nie zniszczyło. Za żadne nie zapłaciłam nigdy więcej niż 5 złotych. :D To w parasole i kotki (bo są tam jeszcze kotki!) jest chyba z Auchan, ale głowy nie dam. :) Ale w tych koszach jest nieustanna rotacja, więc pewnie asortyment zmienia się bez przerwy.
      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  9. Mamy 6 tytułów z tej serii i zdobyliśmy je (każdy osobno i przypadkowo) w polskich lumpeksach. Ale odkąd widziałam u Ciebie we wpisie o czytaniu z i pomimo dziecka inne tytuły, to wzdycham do brytyjskiego ebaya- są tam za 1 funt- problemem jest jednak przesyłka, znacznie mniej atrakcyjna niż 4,70 GBP.

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetna seria, nie dziwię się że ją polecasz, zabawa i nauka w jednym :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...