czwartek, 19 marca 2015

Luzackie BLW. Co je i jak je dziesięciomiesięczne dziecko?

To trzecia część artykułu o BLW.
Część pierwsza - BLW w teorii
Część druga - BLW w praktyce


Jeśli chodzi o jedzenie, to jestem totalnym luzakiem. Po pierwsze, doskonale pamiętam swoje własne dzieciństwo i to, że nigdy nie byłam głodna, nigdy nic nie chciałam i wyglądałam jak kościotrup obleczony skórą. Jako matka nie spinam się więc, nie lamentuję, że moje dziecko je mało i daję sobie na wstrzymanie. Moja córka jest chuda. Ma dziesięć i pół miesiąca, a waży niespełna osiem kilogramów. Ale dlaczego miałaby ważyć więcej? Jej rodzice są szczupli (ach, te dobre geny...), a ona sama przez cały dzień jest w ruchu, nie ma ochoty siedzieć w jednym miejscu dłużej niż kilka sekund. Choć pediatra, do której trafiliśmy okazała się rozsądna i nie siała niepotrzebnej paniki z powodu mocno umownych norm siatek centylowych i naszego się w nie niewpasowywania, to nieprzyjemna pielęgniara, która przed każdą wizytą dokonuje pomiarów wzrostowo-wagowych nigdy nie może sobie odmówić przyjemności pognębienia mnie. Najpierw więc nasłuchałam się bredni o „chudym mleku”, a ponieważ uparcie nie dokarmiałam młodej sztuczną mieszanką, w trzecim miesiącu życia (sic!) otrzymałam zalecenie podawania deserków ze słoiczka. Nie przekonał jej wzorowy wynik morfologii. Jedyne, czego żałuję, to że nie złożyłam wtedy skargi do jakichś wyższych władz przychodni. Bo ja machnę na to ręką i zrobię swoje, ale niestety ktoś inny ślepo zawierzy babie w białym kitlu i zastosuje się do tych jej głupich i szkodliwych rad.

Wreszcie, wracając do sedna, mój żywieniowy luz dotyczy też tego, co jem ja i moje dziecko. Oczywiście, tak jak ostatnio pisałam, zależy mi na tym, żeby zbudować u swojej córki zdrowe nawyki żywieniowe, staram się też, żeby poznawała różnorodne smaki. (Nie uważam jednak, że koniecznie powinna coś zjeść, bo nadal jest karmiona piersią i dostaje wszystko to, czego potrzebuje.) Ta moja potrzeba różnorodności jest wielka i naprawdę trudno mi wskazać produkty, których nie dałabym dziecku tylko dlatego, że jest za małe. Odpowiadając więc na pierwszą część pytania zadanego w temacie: Róża je wszystko. I mówiąc „wszystko” dokładnie to mam na myśli, także produkty wyjątkowo z dziecięcymi się niekojarzące, jak kapusta kiszona, surowa kiełbasa polska, zapiekanka z pieczarkami, czy wreszcie – o, drżyjcie narody! – smażone grzyby. A żeby z „wszystko” uczynić regułę dodam do niej wyjątki.

1. Fast food
Chociaż sama bardzo lubię zawitać do McDonalda, Róża nie dostała jeszcze swojego pierwszego Happy Meala. Zdarzyło jej się jeść pizzę, hamburgera i pół frytki domowej roboty, ale co domowe, to wiecie. Ale, ale! Kiedy dziecko poprosi mnie o wspólne pójście na cheesburgera (być może za rok, może trochę wcześniej) – nie odmówię. Uważam, że wizyta w Macu raz na jakiś czas, na przykład podczas większych zakupów w galerii handlowej, nie jest niczym złym, nie prowadzi do otyłości, ani nie kształci złych nawyków. Wszystko jest dla ludzi. To samo tyczy się czipsów i innych „śmieciowych” przekąsek. Ludzie, którzy kategorycznie odmawiają dzieciom tego typu specjałów, są dla mnie co najmniej dziwni i jest niemal pewne, że ten „zakazany owoc” stanie się bardzo prędko dziecięcą obsesją.

2. Słodycze
Ze słodyczami jest jeszcze łatwiej, bo w naszym domu nie ma żadnych batoników, cukierków i czekoladek. Po prostu takich rzeczy nie jemy. Nie trafiają do mnie argumenty „wszystkie dzieci lubią czekoladkę”, bo ja sama nigdy jej nie lubiłam. Poza tym jak nie znają, to nie lubią. Ale znowu: nigdy nie będę robić awantury o przyniesiony z przedszkola cukierek, nigdy wyraźnej prośbie nie odmówię. Nie chcę być jednak osobą, która na siłę będzie budowała potrzebę jedzenia słodkich rzeczy już teraz, kiedy taka nie istnieje. Do słodyczy zaliczam też wszystkie te specjały „specjalnie dla dzieci”, które cukier mają w składzie na drugim miejscu: wszelkie biszkopciki, kaszki instant, Danonki i inne jogurciki wzmacniające kości i będące źródłem setki syntetycznych i nieprzyswajalnych witamin.
Od słodyczy zdarzają się odstępstwa. Na przykład domowe ciasta, pieczone raz na jakiś czas. Róża miała więc okazję spróbować placka drożdżowego, sernika i muffinek z jagodami. Wszystko przeszło bez większego echa. Nie robię też afery o powidła śliwkowe i inne dżemy domowej roboty raz na jakiś czas. 

Poranna grzanka z dżemem. Omnomnomnomnom!


3. Gotowe jedzenie
I na myśli nie mam tu jedynie zasłoikowanych klopsików i gołąbków (które z tego wszystkiego są najlepsze), ale przede wszystkim gotowego jedzenia dla dzieci. Róża nie dostaje więc wspomnianych już kaszek, których główne składniki to mleko modyfikowane i cukier ani gotowych słoiczków tak bardzo przetworzonych, że nie mających w sobie już nic naturalnego. O tym chyba jednak napiszę osobno. 

Mamy w domu kilka słoiczków. Dostałam je na jakichś spotkaniach dla mam. Nie bardzo wiem co z nimi zrobić. Postawiłam je w spiżarni obok żarcia dla kota, bo jawią mi się jako podobny typ produktów. A Whiskas chyba nawet trochę ładniej pachnie.Wiecie, że "gerber" to po francusku "rzygać"? :)
Dzieci naprawdę nie muszą jeść czegoś, co jest słodkie, przetworzone i ma na pudełku uśmiechnięte misie. Zwykłe, "dorosłe" kasze i inne półprodukty są nie tylko dużo tańsze, ale także zdrowsze, a także, wbrew temu, co wmawiają nam producenci słoiczków - jak najbardziej odpowiednie dla najmłodszych brzuszków.
4. Jest jeszcze oczywiście milion innych rzeczy, których Róża nie je, bo po prostu nie miała okazji ich spróbować. Nie jada więc parówek, chińskich zupek i innych tego rodzaju dań. Staram się, żeby jej posiłki były zdrowe, ale zawsze daję ugryźć to, co akurat sama jem. Nie wykluczam też, że w przyszłości trafią się nam potrawy, od których włos się jeży na głowie. 
Nie mamy żadnego specjalnego garnka ani parowaru. Wkładka do gotowania na parze z Ikei kosztowała kilka złotych i sprawdza się znakomicie. Do środka wystarczy wrzucić to, co akurat ma się w domu i obiad gotowy.
Przykładowe śniadania. Najczęściej Róża je to, co ja, czyli kanapki w wersji nieco mniejszej. Na zdjęciach z szynką, twarogiem i powidłami, serem z mikrofalówki albo z samym masłem. Jajka w postaci jajecznicy (podane widelcem) albo omletu. Twaróg z jogurtem (podany łyżką) albo w kawałku. I wreszcie kasza ugotowana na sztywno i pokrojona w kostkę, która się rozpadała i w ogóle nie był to dobry pomysł.
Przykładowe obiady. Brokuły, fasolka szparagowa, brukselka, kalafior, marchewka, kalarepa, dynia, ziemniaki, makaron, seler, buraki, papryka i... (lewy, dolny róg) domowa pizza.
Od pewnego czasu młynek z lnem jest w stałym użyciu. Wsypuje wszędzie, gdzie się da; do jogurtu, do kotletów, na kanapki. Podobno zdrowy. ;)

A co do picia?

Przede wszystkim woda. Od wody zaczęliśmy i Róża wodę polubiła, w miarę. Pije kranówę. Mamy własne ujście czystej, gruntowej wody, ale nawet jak jesteśmy u babci na blokowisku, to też  kranówa daje radę. Być może to kolejny przejaw skrajnego luzactwa z mojej strony, ale jak słyszę, że ktoś daje dziecku przegotowaną wodę nawet do mycia zębów, to mam ochotę popukać się w czoło. Wodę pije Róża bez większego entuzjazmu. Prawdziwe emocje ujawnia przy różnych rodzajach zsiadłego mleka; da się pokrajać za jogurt, kefir i maślankę. Zwykłe mleko też chętnie siorbnie ode mnie z kubka (krowie, świeże, którego nie uważam za zło wcielone, a już na pewno za lepsze od mleka w proszku). Lubi też świeże soki owocowe i warzywne, zwłaszcza najczęściej robiony przez nas sok pomarańczowy. I koktajle owocowe! Z mrożonych truskawek chłeptała aż miło. 

Nie muszę chyba dodawać, że nie czekałam z tabelą w jednej dłoni, a ze szklanką soku w drugiej. Wszystko pite było od początku, to jest od momentu ukończenia sześciu miesięcy. Pamiętajmy, że BLW kpi z tabel i zaleceń

Maślanka ze szklanki, woda samodzielnie z różnego rodzaju niekapków.


Jogurt - najpyszniejsza rzecz na świecie
Przekąski

Róża nie potrzebuje przekąsek, bo w zasadzie nie bywa głodna. Jeśli jest – domaga się mleka. Przekąski wykorzystujemy więc wtedy, kiedy musimy coś zrobić, na przykład w kuchni, a dziecko nie ma ochoty zając się czymś we własnym zakresie (dodajmy, że nigdy nie ma na to ochoty). Niezastąpionym numerem jeden, a przy okazji jedyną rzeczą, którą Róża jest w stanie zjeść w każdej ilości jest opłatek. Specjał ten uwielbiany także przeze mnie kupuję w okolicach Gwiazdki w ilościach i cenach hurtowych (około 1000 sztuk) i mam na cały rok. (Wiem, dziwne, ale ja naprawdę uwielbiam opłatek!). Kolejnym genialnym pomysłem, o którym pisałam już ostatnio, jest coś małego i preparowanego. Ja akurat mam kaszę jaglaną, ale może to być też dużo bardziej popularny ryż. Rzucam na podłogę pełną garść, a dziecko zbiera ziarenko po ziarenku. To znakomita rzecz dla dzieci, które opanowany już mają chwyt szczypcowy. Klasyczne dziecięce specjały, czyli chrupki kukurydziane i wafle ryżowe (wybieram takie bez soli w składzie) zawsze mam na stanie, ale Rózia ma je zazwyczaj w głębokiej pogardzie. Lubi za to suszone owoce. Obecnie na tapecie suszone mango (prezent z Tajlandii, jak się skończy będą musiały wystarczyć morele i śliwki), a także, w erze fascynacji drobnymi kawałeczkami – rodzynki.



Rodzynki w akcji
Co tam masz? Jagódki!
Obędzie się bez

Często mówi się, że pewne rodzaje mięsa albo warzyw są dla małych dzieci lepsze niż inne. Ja zawsze taką opinię słyszałam o mięsie królika. Róża nigdy nie miała okazji spróbować uszatego stwora. Po pierwsze, nie wiem skąd miałabym go wziąć. Upolować? Jeszcze nigdy w żadnym sklepie króliczego mięsa nie widziałam. Po drugie, mięso królika wydaje mi się dużo bardziej obrzydliwe niż na przykład kurczak.

Stała się też Róża ofiarą moich własnych dziwactw żywieniowych. Czy jest coś, czego nie lubicie naprawdę mocno? Coś, czego nie tylko nie jecie, ale też brzydzicie się tego dotknąć, powąchać, a nawet stanąć obok? Dla mnie są to jabłka. Jabłka to dla mnie największa obrzydliwość świata; śmierdzące i ohydne. Nie pytajcie dlaczego, nie wiem. Mąż jabłek jeść nie może, bo bym się go brzydziła. Siłą rzeczy jabłek nie je i dziecko. Na razie nie wiem jeszcze co zrobię, kiedy córka poprosi mnie o owoc. Przyznam, że to dla mnie duży problem.

Ile je?

Niewiele.
Początki rozszerzania diety to czas, kiedy Róża jadła najwięcej. Wszystko ją wtedy fascynowało, na wszystko miała ochotę, potrafiła zjeść naprawdę sporo. Z czasem jadła coraz mniej, stawała się coraz bardziej wybredna. Od mniej więcej miesiąca je naprawdę mało. Zdarza jej się przez kilka dni z rzędu nie zjeść nic. Nie przejmuję się jednak. Wiem, że potrafi; raz na jakiś czas zdarza jej się mieć większy apetyt. Ciągle pije też bardzo dużo mleka. Widocznie tego potrzebuje i na to ma ochotę.

Jak je?

Zabawa jedzeniem to ciągle podstawa każdego posiłku. Około dziewiątego miesiąca zrzucanie wszystkiego na podłogę zrobiło się nudne i zarezerwowane zostało dla rzeczy, których jeść nie zamierza. Obecnie na topie jest karmienie rodziców, o którym pisałam ostatnio, a także długa i wieloetapowa procedura wkładania jedzenia do buzi. Każdy więc kęs pokonać musi długą drogę i z różnymi wariantami i zmiennymi, znaleźć się musi kolejno: w jednej ręce, w drugiej ręce, na stoliku, na talerzu, na dużym stole, obowiązkowo w kubku z wodą, w buzi (ale tylko na chwilę), na dłoni taty, na dłoni mamy, znowu w kubku z wodą i dopiero następnie w buzi na stałe.

Róża bardzo lubi jeść poza swoim krzesełkiem, na przykład na stojąco. Uwielbia też podłogę. Nawet jeśli podczas posiłku nie zje niczego, zawsze skubnie coś z tego, co spadło. Pozwalam jej na to, chociaż naszej podłodze, po której notorycznie spacerują dwa regularnie wychodzące na dwór i polujące koty, daleko do stanu sterylności. Skoro jednak swego czasu ulubionym gryzakiem był kapeć, to co strasznego może być w ziemniaku z podłogi? Tu też jestem luzakiem. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że jeszcze nigdy nie umyłam dziecku rąk przed jedzeniem, nawet jeśli wcześniej bawiło się z kotem albo wyciągnęło zza listwy bardzo zakurzony kabel. Ale zawsze tak miałam. Kiedy Róża była malutka, a ja wciąż jako studentka musiałam kilka razy opuścić ją na dłużej niż trzy godziny, Młoda dostawała w butelce odciągnięte mleko. Nigdy nie zdarzyło nam się wyparzać butelki, nie mówiąc już o jakiejkolwiek sterylizacji. Może dlatego jest taka odporna i wszelkie choroby omijają ją szerokim łukiem. :)

Konieczny okazuje się też update. Jeszcze kilka dni temu pisałam (KLIK), że Róża nie dostaje do ręki łyżki, bo nie próbuje używać jej w celu zjedzenia czegokolwiek. Właśnie zaczęła! Czasami zamoczy ją w czymś płynnym, ale najczęściej po prostu kładzie na niej coś palcami. Droga do buzi okazuje się być pełna przygód, bo łyżka najczęściej obraca się kilka razy wokół własnej osi i gubi gdzieś po drodze cenną zawartość. Niemniej jednak próby się zaczęły, a skoro się zaczęły, to łyżka z widelcem do kompletu oddane zostały w ręce dziecka. 

Koty są stałym elementem zabawy w karmienie. Zwłaszcza, gdy wyczują, że na obiad jest rybka.


Niejadek

Podobno nie można używać przy dzieciach wyrażeń typu „niejadek”, a już tym bardziej nie można mu mówić, że czegoś nie lubi, bo usłyszane dziesięć razy „on nie lubi pomarańczy” stanie się w końcu faktem. Nie mówię więc i uparcie proponuję rybę, której Rózia nie chce w żadnej postaci (co rozumiem, bo i ja ryb nie lubię). Fakt jednak jest faktem i o tym też już wspominałam. BLW, które na okładce reklamuje się jako sposób na niejadka, nie przyniosło rezultatów. Na zdjęciach wszystko wygląda wspaniale, tak samo te ogromne porcje na zdjęciach, które duże być muszą, bo większość wyląduje na ziemi (i to kilka razy, bo wszystko co spadnie zawsze podnoszę, żeby spaść mogło ponownie), ale Róża to typowy niejadek bez większych perspektyw na poprawę. Z drugiej jednak strony są opowieści rodziców, których dzieci zaczęły "naprawdę" jeść dopiero po skończeniu roku. Czy jest więc nadzieja?
Tak czy siak BLW uważam za przygodę udaną, jedynie słuszną i polecam ją każdemu.


Idealnymi wspólnymi daniami na początku rozszerzania diety okazały się pierogi leniwe i kopytka. Próbowaliśmy jednak też takich dziwactw jak placki z cukinii, zapiekanka z pomidorów i bakłażana, czy placki z dyni i płatków owsianych. Róży wszystko smakowało, jej rodzicom trochę mniej. ;)

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę jadła na obiad kotlety z soczewicy, kaszę kuskus i mieszankę warzywną - popukałabym się w czoło. A jednak! Jest więc nico zdrowiej.

12 komentarzy :

  1. Nie lubię jedzenia z McDonalda, ale warzywa i słodycze uwielbiam.
    Patrząc na zdjęcia twojego dziecka wracają do mnie wspomnienia związane z moimi pociechami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Ci za ten post - nareszcie ktoś coś mądrego napisał. Moje dziecko (1,5 roku) też je wszystko, nie wychowuję go w sterylnych warunkach i jeszcze nie chorował. Nie krzywdzę go też słoiczkami ani mm. I po skończeniu karmienia piersią na pewno nie będę mu dawać mm do 3 roku życia, jak to jest przyjęte przez ogół. Inne matki łapią się za głowy, a ja mam to gdzieś. Jak słyszę, że ktoś myje podłogę trzy razy dziennie bo dziecko raczkuje to śmiech mnie ogarnia. Pozdrawiam. Martyna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przekąska - opłatek i Wigilia przez cały rok, nie wpadłabym na to, choć sama opłatek bardzo lubię :)
    Strasznie podoba mi się Twoje luzackie podejście, ja po urodzeniu dziecka dostałam pseudonim Sterylna Mama i efektem mojego szaleństwa z wyparzaniem, przegotowywaniem i podwójnym płukaniem była wysypka na skórze Tośki :/ Teraz, po paru miesiącach staram się nie świrować.

    p.s. zdjęcie z jagodową buźką Róży przecudowne :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jako mama wiesz najlepiej co dobre dla Twojego dziecka :) a z tego co piszesz to Róża jest idealną małą kopią Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Osobiście wolałabym dać dziecku czekoladę niż Macsyfa, ale jak będzie starsze i poprosi nie odmówię. Dzień dziecka można mieć kilka razy do roku :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wstręt do jabłek :D hahaha, nieźle! Gryzak z kapcia <3 Ostatnio przyłapalam moja Tosie z kocia zabawka w buzi... :) My też stosujemy blw z papkami na przemian. Nie mieliście przygód z zachlysnieciem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka odruchów wymiotnych, z którymi sama sobie poradziła, ale zadławienia żadnego. :)

      Usuń
    2. My dwa razy mieliśmy zadławienie, jejjj, jak ja się wtedy przestraszyłam... No ale na szczęście wiedziałam i co robić i nie spanikowałam, a Toś po wypluciu kawałka brokuła jadła sobie radośnie dalej.

      Usuń
  7. A ja Ci powiem, że patrząc na Twoją Rózię nie widać, że jest taka chudzinka, chociaż faktycznie waży niewiele. Ale skoro wszystko ok w badaniu krwi, to nie ma się czym martwić. :)
    Kaszek też nigdy nie dawałam takich gotowych ani mm. Bleeee, sama chemia. I podoba mi się Twoje luzackie podejście, sama też nigdy nie miałam problemów z podłogą i brudem.
    Aha, UWIELBIAM zdjęcie słoiczków z kocią karmą, jest takie symboliczne. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo ona tak wygląda przez te swoje wielkie poliki. :D Chyba cały tłuszcz jej się tam osadza. :P A ciałko to sama skóra i kości. :)

      Usuń
  8. Od dwóch miesięcy zbieram się żeby zostawić tu swój komentarz i tak jakoś mi łyso, bo przez te dwa miesiące nie za bardzo posunęliśmy się do przodu. Jestem tak samo beznadziejna jak byłam a jedynie mniej sfrustrowana, bo junior dołączył w posiłkach do starszaka, który jest leniuszkiem i jak mu (starszakowi) się nie poda, to nie zje. Więc siedzę sobie na łóżku, a oni stoją i czasem przewracają jakieś kartki w książkach, a ja na zmianę podaję kaszkę jaglaną lub banana. Banan w kawałku, ale kaszka w papce. Ursus jest lata świetlne do przodu względem swojego brata w jego wieku, bo je kurczaki i inne kotlety i jabłuszka w kawałku, ale wiele z tego zostawia po prostu wokół siebie. Kilka razy ugotowałam mu marchewkę, ale nie polubił, to się nie narzucam, bo wpienia mnie gotowanie marchewki. Z kubka to pociągnie i mleko krowie, ale nie mam do kubka cierpliwości. Dobrze, że jego tata ma, to ratuje sytuację. A cały czas trwają zakusy na pokrycie dywanem podłogi w salono-jadalni i gdzie wtedy dziecku jeść dam? I jeszcze ten fotelik, co to go nie mamy- na naszym taca jest tak oddalona, że się dziecko nie interesuje zawartością. Napisz koniecznie o kubkach, bo jako ułomna matka mam 4-latka na butelce ze smokiem. Wymiękam na każdej próbie przestawienia go na szklankę/słomkę/niekapek, bo mi się wtedy dziecko odwadnia. No i nie mam wsparcia ze strony miejsc, w które 4-latek chodzi i pije, więc w sumie nie jestem całkowicie winna.

    Ucieszyłam się, że taki stary ten wpis się zrobił, ale jednak temat zawsze na topie, więc zapewne tłumy jeszcze przeczytają moje żenujące uzewnętrznienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, przypomniałam sobie czemu nie odpisałam wcześniej - po prostu nie wiem co. :D
      Kubki nasze to takie dla niemowlaków raczej, więc chyba nie zainteresowałyby 4-latka. A próbowałaś jakąś taką wypasioną szklankę z poskręcaną słomką, na której na przykład byłby narysowany ulubiony bohater z bajki? Hmm...? Pewnie tak...
      Ubawiłam się trochę, że wpienia Cię gotowanie marchewki. :D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...