czwartek, 26 marca 2015

O hipokryzji zwanej chrztem


Trzy grupy ludzi chrzczą swoje dzieci.

Po pierwsze, ludzie wierzący. Nie lubię fanatyzmu. Dziwolągi pokroju Cejrowskiego albo popularnych ostatnio Terlikowskich najchętniej wysłałabym na Marsa. Jednak konserwatyści, ludzie z przekonaniem opowiadający o swojej wierze potrafią wzbudzić mój szacunek, choć w duchu żal mi trochę człowieka, że wierzy w takie brednie. Bardzo cenię w ludziach przywiązanie do wyznawanych wartości, wierność przekonaniom, a także mądre i sensowne zaangażowanie w dyskusję oraz umiejętność uzasadniania swoich racji (a nie tylko zasłanianie się argumentem „bo tak”). I choć chrzest (o katolickim obrządku mówię tu przede wszystkim, bo, jako Polka, taki właśnie znam najlepiej), te wszystkie głupie rytuały i obrzydliwe białe wdzianka na dzieciach wciąż budzą mój sprzeciw, to potrafię zrozumieć decyzję rodziców. To dla nich ważne, to część ich życia i kultury.

Jest też inna grupa, którą reprezentuje znany nam wszystkim doskonale typowy Polaczek. Polaczek ten w każdą niedzielę zakłada starannie wyprasowaną białą koszulę (żona prasowała!), do tego spodnie w kant i idzie na mszę. Podtyp ortodoksyjny uważnie słucha tego, co jest mówione z ambony. Mądrościami tymi wymieni się potem z rodziną przy niedzielnym rosole i będzie wiedział co myśleć i kogo krytykować, gdy w Wiadomościach zaczną mówić o jakiejś islamizacji, o pigułce „dzień po” albo o nowym prezydencie Słupska. Podtyp: olewak ma raczej w nosie zawodzenie kapłana, woli swoje odsiedzieć, nie angażować się zbyt mocno, może nawet się zdrzemnąć. Ważne, żeby być na miejscu, żeby grzechu zaniedbania nie było! Ta grupa nabywa prawo do wszystkich kolejnych sakramentów niejako z urzędu, przez zasiedzenie. Skoro już odsiedział swoje na niewygodnej ławce, może sobie pozwolić na kilka kropel święconej wody. Dla takich ludzi chrzest jest po prostu punktem obowiązkowym, raczej bezrefleksyjnym, co najwyżej świetną okazją do imprezy. Tak jest, tak było i tak będzie. Tak być musi! Naprawdę, nie mam nic przeciwko. Niech sobie chrzczą, niech wrzucają zdjęcia na fejsa, należy im się!

Jest wreszcie trzecia grupa, a grupa ta jest wcale niemała i co chwilę natykam się na nią w czeluściach internetu, a nawet na zapomnianych rubieżach własnego życia. To ci, którzy otwarcie, bądź przez niedopowiedzenie deklarują się jako ateiści. Nie uczestniczą w życiu kościoła, od czasu do czasu wrzucą na swojego walla nawet mema z papieżem. Czasami, zamiast postawy roszczeniowej przyjmują całkowitą obojętność, jakby na co dzień zapominali, że gdzieś tam na zewnątrz ich życia istnieje duchowość wymagająca od nich zaangażowania. Gdzieś jednak, w strategicznych punktach ich życia coś poszło nie tak i najpierw nie zrezygnowali z bierzmowania („a, bo kasę za to dostanę”), potem przyszedł czas na ślub kościelny („wiesz, babci tak zależy, a mi to bez znaczenia”), a wreszcie, kiedy na świecie pojawił się pierworodny, jest i chrzest.

Tutaj powody są różne, a każdy bardziej głupi od poprzedniego. Od tradycyjnego „bo tak” i „niech ma”, poprzez „żeby się inne dzieci w szkole nie śmiały”, aż po najgłupszy ze wszystkich możliwych – „żeby na komunię dostał prezenty”. Bawią mnie też te wszystkie slogany w stylu „aby miał łatwiej w życiu”. Zupełnie jakbyśmy żyli w średniowieczu i brak chrztu (wypisany przecież na czerwono na czole) powodował społeczny ostracyzm. Nie przekonuje mnie też argument ludzi, którzy zasłaniają się popularnym „wierzę, ale nie praktykuję”, no bo czym jest chrzest, jeśli nie praktyką? Na dodatek ujętą w najsztywniejsze ramy procedur i konwenansów. Dla innych fakt niechrzczenia dziecka równoznaczny jest z buntem wobec jakiejś nieznanej siły i władzy. „Wiesz – mówi osoba tego pokroju. – Ja jestem ateistą, nie wierzę w Boga, nie chodzę do kościoła, ale pozostaję neutralny wobec tego wszystkiego. Nie mam zamiaru ostentacyjnie palić Biblii albo nie chrzcić dziecka tylko dlatego, żeby komuś coś udowodnić.” Tu chrzest przyjęty jest jako norma, nawet jeśli całkowicie sprzeczna ze wszystkimi innymi zwyczajami danej osoby. Czasami mam wrażenie, że obawa przed nieochrzczeniem dziecka ma jakieś pradawne korzenie. Że wywodzi się z czasów, kiedy za takie bezbożne praktyki przychodziła dziwożona i podmieniała niemowlę w kołysce. Że ja, owszem, mogę sobie pozwolić na krytykę kościoła, ale z dzieckiem lepiej uważać. Sama już nie wiem co gorsze.

Miałam kiedyś znajomą, która po każdych naukach przedmałżeńskich, na które chodziła przed własnym ślubem, publicznie się z nich naśmiewała. Czyniła to na fejsie, szczegółowo opisując jakich to głupot dowiedziała się tym razem. Na moje pytanie po co więc na nie chodzi odparła, że przecież musi. Najgorsza w tym wszystkim jest ta ich obłuda. Ślub kościelny to nie jest powód do wstydu, jeśli komuś na nim zależy. Ale mówienie o tym, jaka to beznadzieja i zasłanianie się idiotycznymi argumentami o umierających członkach rodziny i odwiecznym marzeniu o białym welonie sprawia, że naprawdę powstaje powód do rumieńca.

Ja i mój mąż uważamy, że chrzest to pusty, nic nie znaczący obrzęd, niezgodny z naszymi przekonaniami. Traktujemy go nie tylko jako rzecz kompletnie nieistotną, ale wręcz głupią. Właśnie dlatego nasze dziecko nie będzie ochrzczone, podobnie jak nie zostanie zanurzone w Gangesie ani nie odbędzie pielgrzymki do Mekki. Chyba, że kiedyś samo się na to zdecyduje. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem zwolenniczką bardzo popularnej obecnie przesłanki o tym, żeby nie chrzcić, bo dziecko, w odpowiednim dla siebie czasie samo zdecyduje jaką religie wyznawać. Uważam, że rodzice są od tego, żeby zaszczepiać w dziecku światopogląd i wartości zgodne z ich sumieniem i z ich rozumieniem świata. Od kogo ma się tego nauczyć jeśli nie od mamy i taty? Z Internetu? Z drugiej jednak strony nie rozumiem argumentu, który często przywoływany jest przez ludzi, o których piszę powyżej. Mówią oni, że chrzczą dziecko, ponieważ chcą mu dać wybór. Żeby w przyszłości mogło zadecydować, czy wierzyć w Boga, czy też nie; czy należeć do Kościoła, czy całkowicie wzgardzić wiekową instytucją. Gdzie tu wybór? – pytam. Alternatywa, w której do wyboru jest bycie katolikiem i niewierzenie wcale stanowi opcję raczej kiepską.

Życie bez chrztu, w rodzinie ateistycznej wcale nie oznacza życia bez wartości. Świadomość własnych przekonań, rozmowy na temat wiary i krytyczne spojrzenie na otaczający świat to najważniejsze, co mogę przekazać córce. Co może przekazać osoba, której własne zasady są tak kruche? Nie znajduję w sobie szacunku i zrozumienia dla takich ludzi. Nie lubię fanatyzmu, ale nienawidzę hipokryzji, obłudy i jakichkolwiek prób jej maskowania. 


33 komentarze :

  1. Dajesz dziecku taką plakietkę? Naprawdę? Rozumiem, że jesteś niewierząca, ale dziecko ma prawo wyboru, a Ty już kształtujesz w nim określone postawy poprzez dawanie takiej plakietki. Nie pisz też, że współczujesz ludziom, iż wierzą w bzdury, niejeden mógłby napisać, że współczuje Tobie, a to raczej nie jest zbyt miłe, współczucie często kojarzy się z pogardą, u Ciebie dużo tego pobrzemiewa, gdyż jesteś przytłaczająco pewna siebie. Nie pisz też, że Chrzest to szczyt hipokryzji- może dla Ciebie, ale dla wielu, to coś bardzo ważnego, obrażasz masę ludzi, okropnie irytujący jest ton Twoich wypowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Chrzest to szczyt hipokryzji- może dla Ciebie" --> Tak, dla mnie. Wszystkie teksty piszę w swoim imieniu, a nie w perspektywy jakiejś większej zbiorowości, dlatego i tu napisałam co sądzę JA. Po drugie, jeśli kogoś moje wypowiedzi irytują, to oczywiście nie ma obowiązku ich czytać. ;) Jestem pewna siebie, ponieważ jestem przekonana, że to, co piszę, jest prawdziwe i istotne. I wreszcie, po trzecie wiem, że chrzest (piszemy to słowo małą literą) to dla wielu ludzi rzecz ważna, o ludziach tych piszę w pierwszym akapicie i uważam, że jeśli ktoś wierzy i praktykuje, to takie wydarzenie jest jak najbardziej dla niego. Z wielkim szacunkiem podchodzę do ludzi, którzy są w swych wyborach i przekonaniach konsekwentni. Jak jednak nazwiesz sytuację, w której rodzice na chrzcie przysięgają, że wychowają dziecku w wierze katolickiej, a potem nie będą go zabierać na niedzielne msze i nie usłyszy z ich ust ani słowa o Bogu, poza "nie dyskutuj"?

      Usuń
    2. Apetyt na książki chyba nie zrozumiał powyższego tekstu. Albo jesteś wierzący i chrzcisz bo wierzysz, albo jesteś smutnym małym hipokrytą. Ot i co.

      Usuń
  2. A ja Cię doskonale rozumiem i piszę to z perspektywy osoby wierzącej. Bo moje dziecko zostało ochrzczone i było to wydarzenie dla mnie ważne, dlatego też denerwuje mnie spłycenie tego obrzędu, traktowanie go przez wielu ludzi z trzeciej grupy, o której piszesz, jako punktu obowiązkowego, nawet jeśli nie jest to dla nich wydarzenie duchowo ważne. Obśmiewanie się, a potem i tak branie w tym udział.
    Hm, osoba powyżej chyba nie przeczytała dokładnie artykułu, przecież jest tam napisane, że to rodzice powinni kształtować światopogląd dziecka. Poza tym na tym chyba polega blog, żeby przekazywać swoje opinie. Mi się to bardzo podoba, chociaż faktycznie jest dosyć ostro. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autorka wpisu krytykuje wszystko, co odstaje od jej punktu widzenia. Bardzo nie podoba mi się też ta plakietka. Bo określenie "złe" narzuca patrzenie na coś, co odstaje od punktu widzenia matki, jako coś negatywnego, nie widzę tu wolności danej dziecku, tylko z góry narzucony punkt widzenia i kształtowanie postawy negatywnej wobec czegoś , co jest odmienne. Ja jako osoba wierząca nie dałabym mojej córce plakietki z napisem "ateizm jest zły", nigdy. Bo uważam, że to kształtowanie wrogiej postawy wobec czegoś, co jest inne. Rodzice powinni kształtować światopogląd, ale mają też obowiązek dawać dziecku wolność w jego wyborach. Ciekawe, co zrobi autorka, gdy jej dziecko będzie chciało np. iść do pierwszej Komunii? Zabroni? Ja też jestem mamą, moja córka była rok temu Chrzczona i myślę, że moje podejście nie jest płytkie i to było dla mnie bardzo ważne wydarzenie. Każdy może na blogach pisać swoje opinie i swoje zdanie, jasne, trzeba to jednak umieć robić mądrze, mieć co nie co pokory i nie buchać zarozumiałością.

      Usuń
    2. Plakietka to mówiąc szerze symbol zespołu punkowego, który nazywa się Bad Religion i stanowi na zdjęciu raczej element symboliczny. Choć, jako matka, jestem przekonana o wybitnie rozwiniętym intelekcie swojego dziecka, to raczej mało prawdopodobne, że treść tej naszywki jest dla niego zrozumiała. Przechodząc jednak do sedna to tak, uważam, że religia jest zła; godzi w moje ważne przekonania i jak najbardziej zamierzam pokazać ten punkt widzenia swojemu dziecku. Oczywiście moja córka będzie mogła uczestniczyć w wybranych przez siebie sakramentach religii dowolnej, jeśli tylko będzie to dla niej ważne (ilu znasz 9-latków, którzy w związku z komunią nie liczą tylko na nowego tableta i smartfona?).
      Nie wiem jakie jest Twoje podejście. Jeśli faktycznie chrzest był dla Ciebie ważny i wynikał z prowadzonej od dawna praktyki religijnej, to tekst nie jest o Tobie.
      Nie zgodzę się też, że bloga należy pisać z pokorą, bo jest to właśnie miejsce na moje przekonania i nie mam zamiaru używać eufemizmów ani nacechowywać ich pokorą.

      Usuń
    3. Uwielbiam Bad Religion i uwielbiam ten post! :)

      Usuń
    4. pokorą, a może i szacunkiem do czegoś, co jest odmienne od Twoich poglądów, wiele sformułowań w Twoim tekście świadczy o braku szacunku wobec ludzi, którzy myślą inaczej, niż Ty. Niestety. Oczywiście masz prawo pisać tu, co chcesz, jednak w parze z mądrością idzie szacunek wobec odmiennych punktów widzenia. Brakuje mi tutaj tego bardzo. Pozdrawiam. Marysia

      Usuń
    5. Czytam regularnie wszystkie wpisy tutaj i wydaje mi się, że to jeden z jej najbardziej wyważonych tekstów. Zuza często pisała już w dużo ostrzejszych słowach. Ja widzę tutaj wiele zrozumienia dla odmiennych poglądów, ale właśnie – poglądów, bo jak nazwać czyjąś niekonsekwencję?

      Usuń
    6. Apetyt na książki, może faktycznie brakuje mi zrozumienia, ale nie szacunku dla innych poglądów. Jak jednak nazwać poglądy osób, które mówią jedno, a robią drugie? Co mam szanować? Ich ateizm czy przebłyski katolicyzmu? Jaki jest punkt widzenia tych ludzi?

      Usuń
  3. Uwielbiam Twoją szczerość, nie znoszę ludzi pokroju Twojej znajomej, która nie lubi, ale musi.
    Jestem własnie na etapie bojów o chrzest, silne parcie odczuwam ze strony jednej z babć mojej córki, słyszę co chwilę, że "dziecko trzeba ochrzcić", a najgorsze jest to, że za wszystkimi argumentami popierającymi chrzest stoi ten o którym głośno się nie mówi, czyli "co ludzie powiedzą ? ", obie rodziny zarówno moja, jak i partnera cechują się prowincjonalnym myśleniem, a takie kwestie jak chrzest traktowane są jak tradycja rodzinna. Wpadłam na pomysł z ochrzczeniem cywilnym, ale wszyscy myślą, że żartuję.
    Syn mojej koleżanki nie był ochrzczony, ale w podstawówce uparł się, że chce przystąpić do komunii, jak wszystkie dzieci w klasie, oczywiście przeważał tu aspekt prezentów, ale też wykazywał silne zainteresowanie do poznawania historii kościoła. Inna historia, córka koleżanki była wytykana palcami, nie chodziła na religię, inne dzieci ją odtrąciły.
    Żyjemy w Polsce, wydaje mi się, że wiele schodów jest do pokonania, gdy ktoś chce odłączyć się od stada :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zła Zołza, mam nadzieję, że pozostaniesz twarda i niewzruszona. :) Doskonale rozumiem Twoją sytuację, bo moja babcia, choć przełknęła jakoś brak ślubu kościelnego i wnuczkę bez białej sukni, nie rozumie jak mogę skazywać dziecko na takie nieszczęście przywołując wszystkie argumenty przeze mnie przytoczone. Jednak chociaż bardzo ją kocham, to nie mogę tego zrobić nawet dla niej.
      Ja sama nie chodziłam na religię i byłam raczej kimś w rodzaju buntowniczki, co wiązało się z pozytywnymi reakcjami. Inne dzieci też nie chciały chodzić, bo religia była u nas wyjątkowo beznadziejna. ;) Poza tym teraz są "inne czasy" i raczej takich reakcji nie ma. Dzieci naprawdę nie interesuje czy ktoś był ochrzczony czy nie. To tylko głupie gadanie rodziców może je zachęcić do jakichś docinków.

      Usuń
  4. Jak doskonale wiesz zgadzam się z każdym Twoim słowem, sama nie chrzciłam i nie masz nawet pojęcia jak irytują mnie ludzie o których piszesz. Gdyby chrzcili tylko ludzie dla których to jest ważne, to kościelne statystyki byłyby dużo niższe i może nie obowiązywałby już konkordat i sytuacja w Polsce byłaby inna. Nie rozumiem chrztu, dla mnie to głupie i sama napisałabym to jeszcze dosadniej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale co w tym właściwie złego? No dobra, nawet jeśli to wszytko prawda, czemu ludziom niewierzącym, którzy powinni to po prostu olewać przeszkadza, że inni sobie chrzczą, nawet jeśli robią to tylko dla imprezy, zdjęć, babci, zwyczaju?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bycie ateistą nie oznacza dla mnie bycia biernym, a wręcz przeciwnie. Nie podoba mi się silnie przesiąknięta religią sytuacja polityczno-społeczna. To co pisała Monika – statystyki kościelne są sztucznie zawyżane. Ale nawet w oderwaniu od rzeczywistości; nie podoba mi się taka postawa, nie lubię hipokryzji i ludzi, którzy się nią cechują. I tyle. Nie podoba mi się też jak ktoś pluje na ulicy, nawet jeśli ślina we mnie nie trafia. I może ktoś to robi, z jakiegoś powodu, którego nie rozumiem, ale swoje o człowieku już myślę. Nie wiem czy to trafne porównanie, ale nie jestem w tym najlepsza.

      Usuń
  6. Ja jestem typem ateisty olewaka. Moje córki nie były chrzczone, chociaż szczerze mówiąc nie wynikało to z tego, że jakoś się temu sprzeciwiam, ale dlatego, że nam się nie chciało. Tak jak Ty – nie widzieliśmy w tym sensu, nie było ani jednego argumentu „za”, a na imprezy nie jestem szczególnie łasy.

    Ja w tym tekście widzę sporo szacunku do ludzi religijnych, ale brak szacunku dla hipokryzji, zresztą piszesz, że go w sobie nie znajdujesz. Jak dla mnie to bez znaczenia, dopóki mnie nie dotyczy, ale rozumiem Twój punkt widzenia, bo hipokryzją takie postępowanie jest w istocie. Koniecznie muszę też nie zgodzić się z Apetyt na książki, jakoby tekst nie był mądry i przemyślany, bo jest! A za pewność siebie uwielbiam właśnie Pannę Swawolną! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzieci nie mam, więc nie wiem czy wypada mi się tu wypowiadać, ale powiem tak - grunt to szanować zdanie każdego człowieka :) Jeśli takie jest Twoje to nikt nie może Ci wytykać, że robisz źle a Twoja córka za kilka lat będzie mogła poprzeć Twoją decyzję bądź wybrać swoją drogę :)
    Najgorsze w tych 'fanatycznych katolikach' jest to, że często pokazują oni innym jak należy żyć, co mnie okropnie irytuje. Musisz mieć tak jak mają oni, bo jak nie to hen do piekiełka.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja jestem wierzącą, ale nikogo nie potępiam za przekonania jakie ma. Swego czasu przechodziłam kryzys wiary... Daleko mi do typowego POLACZKA - o jakim wspominasz...Po prostu mam potrzebę pomodlić, to się modle.. - Moje dzieci są ochrzczone, ale dlatego, że tego chciałam Ja. Każdy ma prawo decydować o sobie, ale taka jak piszesz - rodzice mają wpajać swój światopogląd,. Ja swoje pociechy uczę według moich przekonań, gdy będą dorosłe zdecydują co dalej :) Mąż mojej znajomej był ateistą - bo jego matka też była ateistką - przyszedł czas, że przestudiował wszystkie religie i wybrał katolicyzm - ochrzcił się mając dwadzieścia parę lat. Ale to nie prawda, że mając chrzest lub go nie mając, nie można dokonać wyboru - bo zawsze masz prawo "przejrzeć na oczy". Ja jestem ochrzczona, a jednak przez parę lat musiałam dorosnąć do pewnych rzeczy...
    Trochę chaotycznie napisałam, ale wiele myśli mi kotłuje w głowie. Ciekawy wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Piszę też z perspektywy osoby wierzącej i też nie czuję się urażona tym tekstem. No dobra, nie uważam że to w co wierzę to brednie.. ;) Ale przewrotnie popieram to co napisałaś. Zastanawiam się też jaki jest stosunek Kościoła do takich ludzi. Nie spotkałam się jeszcze z odmową dania chrztu. Co jednak sądzi KK o tym, że ktoś podczas obrzędu wyznaje wiarę, wyrzeka się Szatana, a w duchu ma to wszystko w d... Nie powinno tak być i powiem Ci że ja też nie znajduję usprawiedliwienia i zrozumienia dla takiego zachowania.
    Kasia, mama Frania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja spotkałam się z odmową - proboszcz w parafii, do której kiedyś należałam, odmówił kobiecie chrztu jej dziecka, bo ta nie miała ślubu kościelnego, tylko cywilny.

      Usuń
    2. Ja się nigdy nie spotkałam z odmową, ale ja się w ogóle mało spotykam z czymś takim. :) Tirindeth, to brawo do proboszcza!
      Kasia, też jestem ciekawa! No bo to przecież kłamstwo. Czy można w ogóle mówić o nieważności sakramentu chrztu? Jak ją udowodnić?

      Usuń
    3. Ja również znam osobę której odmówiono chrztu dziecka z powodu braku ślubu kościelnego, ale wspaniałomyślny ksiądz zaproponował rozwiązanie w postaci promocji - w jednym dniu chrzest i ślub w atrakcyjnej zniżkowej cenie.

      Usuń
  10. Zajrzałam tu rano, gdy komentarzy było 6 i bardzo mi się podobało. Ucieszyła mnie szczególnie duża literka na początku przymiotnika odrzeczownikowego. Ja osobiście to najbardziej lubię duże literki w słowach "My", "Nasz", oraz, co już uzasadnienia żadnego nie ma, także "Mój". Zajrzałam jeszcze później i zawiodłam się, że dyskusja się uspokoiła.

    Ogromnie mi się podoba klasyfikacja i podklasyfikacja grup chrzczących, delektuję się nią. Jest genialna w swojej trafności. Bardzo chciałam się zbulwersować, bo lubię się bulwersować, ale chociaż ja nie jestem stuprocentową jedynką (tylko taką powiedzmy 90-procentową), to nijak nie mogę. Dla nas chrzest jest akurat ważny, ale chrzciny (tak nazywam after party) już nie. Starszy syn przetarł szlaki młodszemu, bo ochrzcił się w wieku 1,5 roku, a i to nie tak jak by się chciało. U młodszego też się nie zanosi na jakis rychły sakrament, bo nie mamy pod ręką dobrego katolickiego dziewczęcia. No ale nie ma co się obawiać dziwożon, czerwona wstążka na wózku obroni.

    Moja mama chciała mnie wychować po katolicku i wysyłała samą do kościoła a ja wówczas szłam na spacer. Po powrocie byłam pytana testowo o czym była Ewangelia. Nie pamiętam jak sobie radziłam z odpowiedzią. Pamiętam za to aspekt finansowy pierwszej komunii, a były to czasy gdy dostawaliśmy "tylko" pieniądze i rowery. Pamiętam, że były jakieś przeżycia, biała sukienka, ale one robiły mniejsze wrażenie. Dla przeciętnego 9-latka [w mojej klasie] liczyło się ile osób było i ile pieniędzy zebrał. Rok później na komunii kuzynki, już jako 10-latka z kuzynem (11) siedzieliśmy na schodach kościoła i graliśmy w jakieś żetony. Do świątyni weszliśmy na Komunię. Na bierzmowanie ja akurat wybrałam sobie imię nie jakiejś porządnej świętej, ale takiej, co miała najdziwniejsze. Jako taką dojrzałość to mam od niedawna dopiero. Także tego, popieram świadome przyjmowanie sakramentów, a nie wtedy gdy grupa to robi. Bardzo szanuję mojego Męża, który nie bierzmował się z klasą w liceum, bo nie czuł się dość dojrzały.

    Ten sam Mąż, którego tak szanuję, twierdzi, że to wiły podmieniały dzieci nieochrzczone. A ja bym "zwanej" w tytule zmieniła na "zwanym".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, najpierw miał być "zwanym" ale brzmiało mi to jakoś tak nie za dobrze. I postanowiłam, że "zwanej" odnosić się będzie do hipokryzji. I tak już niestety musi zostać, nawet jeśli niektórych razi ta niekonsekwencja językowa. :(
      Dziękuję za Twoją opowieść, bardzo mi się ona podobała. :)

      Usuń
  11. Chcę tylko pogratulować Ci szczerości, że nie bałaś się tego napisać, chociaż pewnie podpadłaś kilku osobom. Ja jestem teraz w ciąży, ale nie zamierzam chrzcić swojego dziecka, jestem za to na etapie ślubów. Moje znajome patrzą na mnie jak na dziwoląga, bo od wielu lat żyję z moim partnerem w konkubinacie i „nawet dziecko w drodze” tego nie zmienia. One, jak któraś wpadnie to bierze ślub z prawie obcym facetem „bo tak trzeba”. Oczywiście kościelny, z wielkim weselem „zastaw się a postaw się”, chociaż bardzo daleko im do cnotliwych, religijnych dziewic, które w każdą niedzielę zjawiają się w kościele i przestrzegają przykazań. Naprawdę świetny tekst, bardzo mądry i potrzebny. Puszczam go dalej w świat. ;)
    Pozdrawiam,
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  12. Maślany Mąż Cytrynny29 marca, 2015

    Droga Panno Swawolna, cieszy mnie bardzo, że przywróciłaś entuzjazm do pisania mojej Żonie (z Wielkiej Litery). Tym niemniej uzupełnię tu dyskusję swoim komentarzem.
    Podział na trzy od dawien dawna uchodzi za doskonały, ale w zasadzie jest zupełnie współcześnie typowy. Ludzie, którzy kultywują katolickie tradycje, to: 1) jacyś konserwatywni dziwacy którzy "naprawdę w to wierzą", oraz 2 i 3) polactwo, kołtuństwo i hipokryzja, czyli zmora "polskiego piekiełka", przez którego bezmyślność jesteśmy "zaściankiem Europy". Tak powie i "Szkło kontatkowe" i "Pytanie na śniadanie", i każda inna stacja kolorowej telewizji, a także większość gazet. Przy czym w dobrym tonie jest uznać grupę 2-3 za dominującą. Jak widać, również nonkonformistyczne blogi idą tutaj za głównym nurtem...:)

    Ja dodałbym tutaj jeszcze jeden typ ludzki, którego przedstawicielem jest np. prof. Bogusław Wolniewicz, "katolicki ateista". Chodzi mi w szczególności o ludzi, którzy nie wierzą w istnienie Boga, ale uznają szeroko pojętą tradycję łacińską, za fundament najwspanialszej cywilizacji. A tradycja łacińska obejmuje, obok prawa rzymskiego, oraz racjonalizmu w metodologii, właśnie symbolikę i moralność chrześcijańską.
    Doliczyłbym tutaj też jakąś podkategorię ludzi, którzy sami nie wierzą, ale z pobudek egoistycznych wolą, aby inni, przynajmniej w ich otoczeniu, wierzyli. Są to np. kobiety, które wolą, by ich mężowie drżeli ze strachu przed piekłem, niż by obce kobiety drżały w ich ramionach. Albo rodzice, którzy chcą mieć wsparcie katechetów i zakonnic w propagowaniu hasła "czcij ojca swego i matkę swoją".
    Doliczyłbym też jako jakąś kategorię tych, którzy *naprawdę*, a nie tylko przed sobą, nie chcą dokonywać wyboru za swoje dzieci. Czy jeśli w kraju rolniczym ktoś wyśle od małego swego syna do górskiego kraju, by uczył się na górnika, powie, że decyzję o byciu rolnikiem pozostawił jemu? Żadną miarą! Odrzucenie za dziecko wyboru "domyślnego" jest dokonaniem za niego wyboru.

    Podejrzewam, że mogą być też ludzie, który kierują się tym, że ich dzieci jeśli przez pewien czas nie będą wierzącymi chrześcijanami, to nie będą w stanie w pełni zrozumieć 15-tu wieków kultury i sztuki. "Na sucho", bez własnych wewnętrznych przeżyć, pewnych motywów tradycji zrozumieć się nie da! (Podobnie, nikt, kto nie kochał choć raz, nigdy nie będzie umiał w pełni przeżywać poezji romantycznej.)

    Oto historia, którą usłyszałem 12 lat temu, a był to dla mnie właściwy moment życia, by ją usłyszeć. Krótki i prosty dialog przebiegał tak:
    - Chcę odejść od Kościoła, bo jest w nim pełno obłudników.
    - Bardzo słusznie. A powiedz, czy w twojej pracy/szkole są może jacyś obłudnicy?
    - Są.
    - Odejdź więc i stamtąd. A czy wiesz, że mówiąc, że w Kościele są obłudnicy, pochwaliłeś Kościół? Czy słyszałeś, żeby ktoś podrabiał coś lichego? Podrabia się rzeczy najszlachetniejsze.
    Podejrzewam, że hipokryzja w dziedzinie religii jest szczególnie rażąca, gdyż dotyczy spraw, do których czujemy, że ona zupełnie nie pasuje i zupełnie mija się z celem. A temat obłudy daje doskonałą sposobność do uzasadnienia przed samym sobą odrzucenia religii: jeśli ludzie w Kościele nie traktują jej poważnie, to mogę przyjąć, że jest fałszywa.
    Na zakończenie cytat z La Rochefoucauld'a: "Hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Mężu Cytrynny! Bardzo się cieszę, że do mnie napisałeś. To trochę tak, jakby napisał do mnie bohater literacki, o którym codziennie czytam. Wiedz, że czuję się zaszczycona. Wiedz też, że bardzo trudno odpowiedzieć mi na ten komentarz z dwóch powodów. Po pierwsze, miałam już jakieś sto zdań napisanych rano, ale wciąż nie wydawały mi się one dokończone, więc odłożyłam to na potem. W międzyczasie zawiesił mi się komputer, co dzieje się bardzo często i po zresetowaniu wszystko oczywiście zniknęło, nad czym uroniłam nawet łzę (wyniosłam też z tego naukę i teraz piszę w Wordzie, a potem tylko wkleję wszystko elegancko w okienko), bo tak bardzo nie chce mi się pisać tego wszystkiego drugi raz, poza tym wiadomo, że drugi raz to już nie to. Po drugie, komentarz uważam za bardzo rzeczowy i mądry i nie wiem, czy intelektualnie mu podołam, ale spróbuję.
      Przyznaję, że mój podział może być niepełny. Zgodzę się z istnieniem „katolickiego ateisty”, chyba nawet sama nim jestem, choć nigdy bym się nie nazwała w ten sposób. Zdaję sobie sprawę z tego, jak ogromne znaczenie dla naszej kultury ma tradycja chrześcijańska i to, że bez jej znajomości nie jesteśmy w stanie zrozumieć wielu dzieł literackich oraz sztuk wizualnych. Dlatego więc mam zamiar w odpowiednim czasie czytać córce Biblię dla dzieci (choć raczej jako baśnie), odwiedzać kościoły wszelakie i prowadzić rozmowy na temat tychże. Sama obchodzę Boże Narodzenie, choć wielokrotnie zarzucano mi to jako niekonsekwencję. Ja jednak święto to uwielbiam i traktuję jako tradycję przede wszystkim polską, a nie chrześcijańską, lubię też komercyjny aspekt świąt. W żaden jednak sposób nie razi mnie nazwa „Boże Narodzenie” oraz śpiewanie nad pierogami „Bóg się rodzi”. Być może powinnam wzbogacić swoją klasyfikację o ludzi, którzy chrzczą przez szacunek dla tradycji, jednak sama takich nie spotkałam, a tożsamość tych, których opisałam jako grupę trzecią znam dokładnie i wiem z pewnością, że nie o tradycję w tym znaczeniu tu chodzi, a już tym bardziej nie o troskę o zrozumienie kultury dawnej przez ich dzieci. O co chodzi tak naprawdę – nie wiem.
      Dalej, o dokonywaniu wyboru za dziecko. Nie przekonuje mnie do końca Twój przykład o górnikach i rolnikach. Po pierwsze, nigdy nie zestawiłabym ze sobą pracy zarobkowej będącej jedyną szansą na utrzymanie się z wiarą i religią. Pozbawienie kogoś możliwości zdobycia kwalifikacji do czegoś, co będzie musiał robić w życiu nie jest tym samym co niewychowywanie go w wierze, którą podobno wyznaje większość, bo, jak wspomniałam, bycie ochrzczonym albo nieochrzczonym nie warunkuje obecnie naszych życiowych możliwości. Po drugie, czemu nie zostać na stałe w górniczym kraju? :)
      Z tych samych przyczyn nie przemawia do mnie historia końcowa. Szkoła to coś, co przejść musimy, aby nie zostać kompletnym tumanem i nieukiem. Oczywiście możemy zdecydować się na edukacje domową itd., ale jakaś forma edukacji jest konieczna. Religia – wręcz przeciwnie. Poza tym masz rację – hipokryzja w religii jest szczególnie rażąca. Nawet nie to, że nie pasuje, ale raczej to, że jej (religii) zasady na nią (hipokryzję) nie zezwalają, a nawet ją ganią.

      Usuń
  13. Bardzo podoba mi się ten wpis. Osobiście nigdy nie chciałam chrzcić dziecka. Chociażby z tego względu, że sama ochrzczona zostałam raczej "bo tak wypadało" a z religią chrześcijańską u mnie w domu było trochę na bakier. Tak, byłam jednym z tych dwóch dzieci w całej szkole, dla których trzeba było robić zajęcia etyki (drugim był mój brat).
    Ani ja, ani mój niemąż nie jesteśmy religijni i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby ciągnąć dziecko do kościoła. Z drugiej strony, z racji orientalnych studiów, posiadam sporą wiedzę na temat bardzo wielu religii i bardzo mnie to interesuje, jednak jedynie w kierunku badań nad nimi a nie wyznawania żadnych. Religia chrześcijańska i jej obrządki są mi równie bliskie i dalekie zarazem jak szamanizm mongolski. Ani chrzcić dzieci nie będziemy ani zabierać ich do lamy, żeby im imiona nadał.

    OdpowiedzUsuń
  14. Coraz bardziej lubię Twój blog i Ciebie, Panno! :) Pozdrawiam, Ania

    OdpowiedzUsuń
  15. Z ciekawością przeglądałam archiwum tego bloga, aż natknęłam się na ten fragment: Jest też inna grupa, którą reprezentuje znany nam wszystkim doskonale typowy Polaczek. Polaczek ten w każdą niedzielę zakłada starannie wyprasowaną białą koszulę (żona prasowała!), do tego spodnie w kant i idzie na mszę. Podtyp ortodoksyjny uważnie słucha tego, co jest mówione z ambony. Mądrościami tymi wymieni się potem z rodziną przy niedzielnym rosole i będzie wiedział co myśleć i kogo krytykować, gdy w Wiadomościach zaczną mówić o jakiejś islamizacji, o pigułce „dzień po” albo o nowym prezydencie Słupska."

    Ile pogardy do ludzi w tych zdaniach. Skąd w Tobie tyle goryczy? Co Ci zrobiono w dzieciństwie, że tak strzykasz jadem?

    Do nas pasuje ten wpis. Coś jeszcze chcesz wiedzieć o nas? Proszę: mamy z męzem troje dzieci. Kilka kierunków studiów. Pracę. Mąż pracuje w jednej z największych obecnie w Polsce firm. Oboje z urodzenia warszawiacy. Też byłam "panną swawolną" i żyłam w myśl "róbta co chceta". Do czasu, gdy w wieku 32 lat, mając już dzieci, zachorowałam na raka. I nagle w tym wyśmiewanym przez Ciebie kościele znalazłam ulgę, szczelinę w piekle, w którym przez chorobę się znalazłam. Znalazłam tam nadzieję.
    To wszystko zmieniło.

    Myślę, że jesteś bardzo biedna.
    Ps:) Dużo podróżuje po Polsce, dobrze znam Słupsk ;) Funkcjonuje dzięki wsparciu, które wpłynęło za rządu poprzedniego rządu - z Twoich i moich podatków. Jednak cóż, nadal jest źle zarządzany. Ludzie stamtąd nadal wyjeżdżają. Nic się nie dzieje. Widziałam, wiem. I myślę, jeśli chwali się kogoś jako prezydenta miasta tylko za orientacje seksualną, a nie za to, jakim jest gospodarzem, to faktycznie: jest to średniowiecze:)
    Pozdrawiam
    Daria

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc: odnajdujesz się w słowach Autorki, czujesz, że są do Ciebie, a równocześnie czujesz, że są pogardliwe? To może jednak Ty sama odczuwasz pogardę do siebie? Coś mi tu nie pasuje. A jeżeli naprawdę znalazłaś ulgę w kościele, jak piszesz, i jest to dla Ciebie ważne, to chyba jesteś numerkiem 1 na liście? Hmm, pieniactwo dla pieniactwa? Też nienawidzę hipokryzji. Tekst Autorki świetny.

      Usuń
  16. Jeszcze dodam, co by zaspokoić Twoją niewątpliwą empatię- jestem zdrowa:) Już od kilku lat:)
    Po tych wakacjach czekam na wartościowy wpis na temat "islamizacji Europy" oraz najazdu Hunów (Polaczków) nad polskie morze. Spędzam tam w wakacje zwykle kilka tygodni, więc chyba też jestem Hunem - Polaczkiem. Nie czyż ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze zastanawiają mnie komentarze, z których jasno wynika, że mój tekst nie został zrozumiany w najmniejszym nawet procencie; po co one powstają?! Nie chcę się wdawać w polemikę, bo to tak jakbym rozmawiała ze ścianą, ale nie mogę pozostawić kilku kwestii bez odpowiedzi. Naprawdę utożsamiasz się z grupą, której opis zacytowałaś? Przeczytaj raz jeszcze, w całości, mój trójpodział (trochę schematyczny, zapewne niepełny, ale to nie dane statystyczne tylko lekki felieton). Mam wielki szacunek do ludzi prawdziwie wierzących, zgłębiających religię, samodzielnie myślących. A co ma do tego wszystkiego Biedroń? Czy gdziekolwiek wyraziłam poparcie dla jego osoby? Kolejny przejaw kompletnego niezrozumienia tekstu.

      Pytasz czy chce wiedzieć o Was więcej? Nie, nie chcę. Mimo wszystko zostałam obdarzona historią. Czy miała mnie ona wprawić w podziw i osłupienie? Że oto katole, a jednak wykształceni, bogaci i na dodatek ze stolycy...? Jeśli poprawi Ci to humor to my mieszkamy na wsi mocno od Warszawy oddalonej, mamy dwójkę dzieci (3:2 dla Ciebie!), a mój mąż nie pracuje w dużej firmie. Piszesz, że jestem biedna. Ja uważam się za mega szczęściarę, która radość życia, nadzieję i energię czerpie z tego co ma, z tego co wie, ze swojej rodziny i miłości, a nie z wyimaginowanej siły wyższej albo, co gorsza, z kleru. Niewiele we mnie swawolności, nazwa bloga pochodzi od jednej z ważniejszych w moim życiu książek – „Żywoty pań swawolnych”.

      Jest mi naprawdę bardzo przykro, że byłaś chora, widzę jednak, że choć nowotwór udało się wyleczyć (kolejna cenna informacja), to pozostał w Tobie okropny smutek. Zarzucasz mi zgorzknienie, jednak trudno mi sobie wyobrazić większe niezadowolenie ze świata niż to, które bije z Twojego komentarza. Widzę w nim niespełnione nadzieje, tęsknotę za tym, co dawniej i próbę dowartościowania samej siebie przez głoszenie krzywdzących opinii o innej osobie. Polemizowanie z tekstem (gdyby został przeczytany w całości, ze zrozumieniem) to jedno, ale głoszone z pełnym przekonaniem opinie o mnie i moich rzekomych poglądach (nigdzie na blogu nie ujętych; piję tu do ironicznie określonych oczekiwań dotyczących kolejnych tekstów) – to już zwyczajne pieniactwo.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...