sobota, 4 kwietnia 2015

Ograniczona dwujęzyczność



Dość długo zastanawiam się, czy o tym napisać. Pewien czas temu na jednym z portali zauważyłam artykuł, w którym autor opisywał co robił, a robił mniej więcej to, co ja i komentarze pod tekstem okazały się zaskakująco nieprzyjazne. Autorowi tekstu zarzucano chore ambicje, a nawet próbę przedwczesnego wystawienia swojego dziecka do wyścigu szczurów. Tymczasem dla mnie dwujęzyczność, nawet jeśli niewynikająca bezpośrednio z konieczności, może być wspaniałą przygodą.

Dwujęzyczność zawsze mnie fascynowała. Możliwość perfekcyjnej znajomości wielu języków bez klasycznej ich nauki, bez ćwiczeń i zadań, jest czymś niesamowitym. Dlaczego jednak stanowić ma przywilej dzieci, które urodziły się w rodzinach emigracyjnych albo których rodzice mają różne narodowości? Choćby się bardzo chciało, to nie można zaprzeczyć, że w dzisiejszych czasach dobra znajomość języka obcego to podstawa. I fakt ten dostrzega wielu rodziców zapisując swoje coraz młodsze dzieci na kursy do szkół językowych. Nie chcę tu żadnej z postaw potępiać, ale sama nie jestem zwolenniczką posyłania małych dzieci na zajęcia dodatkowe. Wczesne dzieciństwo, okres przedszkolny powinien być czasem swobodnej, nieskrępowanej zabawy, możliwością zasmakowania nudy, nauki poprzez codzienne doświadczenia i praktyczne doskonalenie umiejętności.* Dlatego właśnie brak jakiegokolwiek programu i przyswajanie sobie języka od chwili narodzin tylko i wyłącznie poprzez jego słuchanie uważam za idealne.

[*Z całego serca popieram jednak wczesną edukację w rozumieniu Glenna Domana, wspomaganie rozwoju i uatrakcyjnianie otoczenia, o czym jednak innym razem.]

Nie jest to przejaw „chorej ambicji”, jak twierdzą niektórzy. Nie chodzi bowiem o to, żeby nauczyć dziecko na pamięć kilku angielskich wierszyków, które ono potem, ku uciesze rodziców i gawiedzi, prezentować będzie na wszelkiego rodzaju spotkaniach towarzyskich. Dwujęzyczność nie jest zbyt medialna; na pewnym etapie pojawia się etap mieszania języków i zastępowanie słów trudniejszych ich łatwiejszymi odpowiednikami. Tutaj chodzi przede wszystkim o przekazanie wiedzy i umiejętności, które na pewno przydadzą się w przyszłości. Nie jest to „męczenie dziecka”, bo znajomość języka przychodzi w sposób najbardziej naturalny i oczywisty. Wszystko odbywa się z bez jakiegokolwiek nakładu sił i żadna ze stron nie musi podejmować bodaj cienia wysiłku.

Nie jest trafny argument przeciwników wczesnego nauczania języka obcego, według którego dziecko najpierw powinno przyswoić sobie dobrze język rodzimy, ponieważ później będzie miało z nim problemy. Jestem pewna, że to niemożliwe. Język polski to ciągle podstawa w otoczeniu Róży. Słyszy go najczęściej w domu, u wszystkich babć, na ulicy i w sklepie. Bez przerwy ktoś do niej mówi, bez przerwy ktoś jej coś czyta. Nie martwię się o język rodzimy. Pamiętajmy też, że nie ma tu mowy o nauczaniu. Język obcy przyswajany jest jako język podstawowy, czyli równolegle, a nie zamiast czegoś. Gdzieś kiedyś czytałam (ale źródła nie podam, bo jest nim tylko moja pamięć), że dziecko jest w stanie w naturalny sposób przyswoić sobie aż siedem języków, jeśli tylko ma z nimi nieustanny kontakt od urodzenia. Niemowlę to ogromna inteligencja i już nigdy później nie będzie ono chłonęło wiedzy tak, jak teraz. Dziecko jest zbyt mądre, żeby mu się coś myliło albo mieszało. Warto to wykorzystać.  

Wspominałam już kiedyś, że zawsze muszę mieć wszystko zaplanowane. W ciąży więc ustaliłam szczegóły. Zgodnie z regułą „jeden rodzic – jeden język” będę mówić do dziecka tylko po angielsku. Od narodzin, w ciągu dnia, w nocy, wszędzie. Tylko konsekwencja może przynieść rezultaty! Kiedy jednak Rózia zjawiła się na tym świecie mówienie do niej w języku innym niż polski bardzo często wydało mi się dziwne, sztuczne, nie na miejscu. Były to sytuacje, kiedy spędzaliśmy czas w większym gronie. Uznałam, że tak przecież być nie może. Dwujęzyczność ma być zabawą, przyjemnością, naturalnym stanem rzeczy. Nie można pewnych rzeczy robić na siłę, bo tę sztuczność i przymus każde dziecko natychmiast wyczuje. Zignorowałam wszelkie reguły i sztywne zasady. W moim postanowieniu utwierdziły mnie „Zabawy fundamentalne” (moje wyrocznia, co do której miałam już nawet prośby o opisanie, co też na pewno uczynię, obiecuję!) podają, że rozumienie języka obcego kształtuje nawet kilkudziesięciominutowy z nim kontakt każdego dnia.

Wszystko się powoli układało, pewne sytuacje ustaliły i pozostały niezmienne aż do dnia dzisiejszego. Zazwyczaj mówię po angielsku kiedy jestem z Różą sama. Przestawiam się wtedy i przez cały dzień zdarza mi się nie wypowiedzieć słowa po polsku. Rózia potrzebuje nieustannego kontaktu, choćby tylko werbalnego, więc motywacji mi nie brakuje. Opisuję każdą wykonywaną przez siebie czynność. Wszędzie gdzie chodzimy, także poza domem, nazywam napotykane przedmioty, zwierzęta, sytuacje. Czytamy po angielsku i obrazki w książkach (a faza na pokazywanie palcem każdego szczegółu obrazka właśnie rozkwita) też opisuję w tym języku. Zdarza mi się także czytać po polsku, zwłaszcza jeśli czytam na głos swoją powieść (a ciągle jest to jedyny akceptowany sposób mojego czytania w ciągu dnia), ale dla Róży wybieram zazwyczaj anglojęzyczne książki. W przyszłości chcę wprowadzić gry i bajki w tym właśnie języku.

Dbam też o to, żeby zapewnić Róży dostęp do źródeł, z których korzystać mogłoby dziecko w jej wieku mieszkające w kraju anglojęzycznym (choć nie ograniczam się do konkretnej kultury). Wiem, że nigdy to osadzenie w kulturze nie będzie trwałe ani mocne i wcale do tego nie dążę, ale chcę, żeby Róża znała nursery rhymes i piosenki takie jak „This old man” albo „London bridge is falling down”. Chcę, żeby znała książki Dra Seussa i Julii Donaldson. Będę się także starała, żeby z postępem czasu dostarczać jej coraz to nowych materiałów. Jest to dla mnie nie lada wyzwanie, bo sama wszystko to poznałam pośrednio.

Miałam chwilę zwątpienia, czasami zastanawiałam się czy warto, czy tak ograniczony kontakt z językiem obcym może przynieść jakikolwiek rezultat. Jeśli zbyt długo nie widzi się efektów swoich działań (a u niemowlęcia nie widzi się ich przez wiele miesięcy), to wszystkiego chce się jakby mniej. I nagle, w wieku nieco ponad dziewięciu miesięcy, Róża zaczęła pokazywać paluszkiem różne rzeczy. Po polsku szło jej jak po maśle; okno, lampa, drzwi, lustro, kot, nos, noga... Po angielsku szło jeszcze lepiej! Zakres rozumianych przez nią słów po polsku i po angielsku jest w chwili obecnej bardzo podobny, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Róża potrafi wskazać kilkadziesiąt przedmiotów zarówno w swoim otoczenia, jak i na kartkach książki bez względu na to, w jakiem języku zostanie o nie zapytana. Podobnie z prostymi poleceniami (podaj, włóż itp.). Każde nowe słowo, którego zrozumienie widzę (a codziennie pojawia się coś nowego), napawa mnie dumą, zadowoleniem i satysfakcją z dobrze wykonanej roboty. Mam ochotę sobie gratulować, że w chwilach zwątpienia nie zrezygnowałam, tylko trzymałam się swojej idei wierząc, że ma to jednak sens.

Brakuje w tej naszej dwujęzyczności kontaktu z żywym językiem na ulicy, brakuje go nawet w domu. Mój mąż nie zna języka na tyle dobrze, żeby prowadzić swobodną rozmowę. Jest więc dwujęzyczność ograniczona. Termin ten wymyśliłam sama i chyba w dotychczas opisanych metodach nic takiego nie istnieje, ale wydaje mi się, że dość trafnie opisuje to, co robimy i byłoby dobrze, gdyby w wielu domach, w tych, w których rodzic poczuje się na siłach, stała się normą. Na siłach i z odpowiednimi umiejętnościami. Moje kwalifikacje językowe oceniam na znakomite i nie podjęłabym się jakichkolwiek prób nauki języka, gdyby takie właśnie nie były (nie polecam też tego innym). Oczywiście, mój akcent i wymowa odbiegają znacznie od tego, którym posługuje się księżna Kate. Zdarzają się też słowa, których albo nie rozumiem albo których, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie przekazać. Ostatnio Róża z uporem maniaka wskazywała palcem złączenie listwy przypodłogowej. Nie potrafiłam jej powiedzieć jak to się nazywa i użyłam nazwy polskiej (swoją drogą też niezbyt precyzyjnej). Trudno, jej słownictwo będzie ograniczone do tematyki, w której się poruszamy i z pewnością jako dwulatek nie osiągnie umiejętności rodowitego Brytyjczyka, ale otrzyma podstawy; rozumienie i znajomość pewnych pojęć. Coś jest zawsze lepsze niż nic. Jeśli w przyszłości będzie miała ochotę kontynuować swoją naukę, to w wielka przyjemnością będę to wszystko robiła dalej.

Nasza ograniczona dwujęzyczność to w pewnym sensie eksperyment, nie wiem jak rozwinie się dalej. Czy Róża zacznie mówić w obcym języku, czy poprzestanie na jego rozumieniu? Czy za rok stwierdzi, że to głupie i ostentacyjnie unikać będzie anglojęzycznych książek (oby nie, bo zapas jest duży!)? Nawet w warunkach dużo przyjaźniejszych dla języka obcego, język dominujący na pewnym etapie życia potrafi całkowicie wyprzeć ten używany rzadziej. Podstawy pozostaną jednak na zawsze, nawet jeśli nie do końca uświadomione; osłuchanie z melodyką, podstawowe słownictwo, struktury gramatyczne. Jestem pewna, że gra jest warta świeczki. 

A jak nam poszło? Podsumowanie po dwóch latach - KLIK! :) 

12 komentarzy :

  1. ja, jako lektorka języka angielskiego i hiszpańskiego zaczęłam mówić do mojego dziecka w języku angielskim już kiedy miało parę miesięcy, a a wieku 4 lat potrafi na każde moje pytanie opowiedzieć po angielsku i hiszpańskiego.Nigdy jej niczego nie uczyłam, hiszpańskiego i angielskiego nauczyła się intuicyjnie, a żeby nabrała odpowiedniego akcentu to puszczałam jej dużo bajek na youtubie w wersji oryginalnej.W wieku 7 lat jest już trójjęzyczna i mimo, iż trochę zrezygnowałam z hiszpańskiego, to nadal dobrze się nim posługuje. Ale mamy ubaw kiedy na jakieś proste tematy rozmawiam w miksie językowym ;) W porównaniu do rówieśników, wydaje się być bardziej dojrzalsza, jej zasób słów jest zdecydowanie większy, więc nauka nowych rzeczy idzie jej bardzo szybko. Tak samo jak wymyślanie historyjek, pisanie zdań czy rozwiązywanie różnych zagadek. Same plusy tej dwujęzyczności ;-)

    Och,może jakiś mały post o zgromadzonych przez Ciebie materiałach językowych?Jestem ogromnie ciekawa czego zamierzasz używać do przyszłej edukacji Róży, inspiracji nigdy dosyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Czyli nawet z trzeba językami nie było problemu! A mogę zapytać skąd jesteście? Bo z komentarza przy grach wywnioskowałam, że nie z Polski i zastanawiam się jakie było w tym wszystkim otoczenie.
      Co do zbiorczego posta o materiałach, to chyba nie ma na to szans, bo jest tego baaaardzo dużo. :) Oczywiście chciałabym opisać wszystkie nasze książki i w ogóle wszystko, ale czas... Staram się na bieżąco pokazywać to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, nie tylko w kategorii wiekowej 0+, więc na razie mogę obiecać tylko tyle. :)

      Usuń
  2. Oooo! Nawet nie wiedziałam, że tak robisz. Ale uważam, że to doskonały pomysł! Mnie oczywiście takie genialne pomysły nie przychodziły do głowy jak byłam w ciąży. :)))) Ale ja chyba nie czułabym się na siłach, żeby mówić tak dużo, nawet teraz próbowałam, ale co chwilę mi brakuje jakiegoś słówka. Ja od jakiegoś czasu z Michasiem ćwiczę słówka, on sam jest nimi bardzo zainteresowany, piosenki. Im wcześniej tym lepiej, chociaż taki żywy kontakt z językiem od urodzenia na pewno jest najlepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też często brakuje jakiegoś słówka, ale wtedy po prostu używam innego albo używam jakiegoś bardziej rozbudowanego opisu. :) Ćwiczcie, ćwiczcie! Na pewno przyniesie to sporo korzyści! :)

      Usuń
  3. Bardzo podoba mi się to podejście i wcale nie uważam, żeby było w tym coś zbyt ambitnego. Maluszki naprawdę uczą się z przyjemnością i z poczuciem zabawy. Sama też staram się wprowadzać trochę angielskiego od najmłodszych lat, chociaż nigdy tak po prostu nie mówiłam w życiu codziennym, zawsze tylko w towarzystwie jakichś książeczek, bo kilka mamy. Ale słówka z książek Kubuś rozpoznaje bez problemu zapytany o nie także poza domem. Zawsze go jednak pytam w stylu „Gdzie jest dog?” i teraz widzę, że to duży błąd, jeśli będę pytanie zadawała po angielsku to przecież zapamięta bardzo szybko też to pytanie. Dziękuję Ci za ten post, zmotywował mnie, żeby pójść krok dalej i żeby się nie bać. Trzymam kciuki żeby u Was dalej rozwijało się jeszcze lepiej i liczę na dalsze relacje za jakiś czas. Mama Kubusia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To podobnie jak ja, wprowadzałem dzieciom niewielkie ilości angielskiego, właśnie z jakimiś obrazkami, ograniczało się to tylko do słówek, ale jak zaczęły mówić, to bez problemu wypowiadały też te słówka. Starsza córka chodzi teraz na kurs i jest bardzo z niego zadowolona i nawet z takimi sobie podstawami było jej na początku nieco łatwiej, bo coś już wiedziała. Mówienie w obcym języku wydaje mi się dobry m pomysłem, choć nie wiem, czy by mi się chciało, trochę wysiłku to chyba wymaga.

      Usuń
  4. Bardzo dobre podejście i nie rozumiem jak ktoś może mieć negatywne nastawienie. Przecież w dzisiejszych czasach język to podstawa, ten kto go zna ma łatwiej w życiu.
    Bardzo bym chciała, żeby mój syn chłonął jezyk jak gąbka wodę, żeby nauczył się przynajmniej 1 j.obcego. Jak będzie zobaczymy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. My jako rodzina emigracyjna wychowujemy dwujezycznie, ale u nas to oczywiste i chociaz polski jest tylko w domu to starszy syn i mowi i wszystko rozumie a corka teraz jest troszke starsza od Twojej i zdaje sie tez rozumiec. :) podoba mi sie na Twoim blogu, ze pokazujesz te angielskie ksiazki bo sama jestem zupelnie nie w temacie i nie interesowalam sie, tylko te ktore syn przyniosl z przedszkola albo dostalismy. W poscie o czytaniu widzialam sporo po angielsku wiec niecierpliwie czekam na wszystkie te recenzje! :)
    Majka

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha! Miałam taki sam pomysł :) Myślę, że jest świetny :P
    Niestety u nas wyszło (nadal wychodzi) słabo, bo najpierw nikła interakcja podkopywała mi motywację, a potem stopniowo dobijały ją praca, praca, przedszkole i coraz mniej czasu razem + uczciwie rzecz biorąc moje niedoskonałe umiejętności (niewiarygodne ile razy w ciągu popołudnia musiałam czasem sięgać po słownik! a moje ulubione zdania wielokrotnie złożone - czy oby prawidłowo skonstruowane? - w dwóch słowach jakoś tak sztucznie, ale jak się rozpędzę, to czy błędnych konstrukcji nie będzie przyswajał?). Niemniej od czasu do czasu gadamy po angielsku i myślę, że co nieco mu te domowe "lekcje" ułatwią.
    Codziennego kontaktu Róży z "ograniczenie obcojęzyczną" mamą J. może tylko pozazdrościć!
    Czekam na podpowiedzi czytelnicze - może tu będziemy do Was mniej wiekowo niedopasowani niż w przypadku księgozbioru w języku ojczystym.
    Będę Wam kibicować i podglądać postępy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawy post - mam tylko jedno "ale" do tego fragmentu "(...)nie podjęłabym się jakichkolwiek prób nauki języka, gdyby takie właśnie nie były (nie polecam też tego innym)" - tu podparcie: http://learnenglishkids.britishcouncil.org/en/parents/articles/speaking-english-home Pozdrawiam i wrzucam bloga na swoją listę RRS :)
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz! Dzięki za link, bardzo ciekawy i pomocny.
      Ja bym się jednak bała przy miernej znajomości języka, że będę wypowiadała coś źle, że używam złych czasów. To tak jak z moim francuskim, który na studiach był już może całkiem niezły, ale teraz kuleje. Mamy kilka książek dla dzieci po francusku i nazywam w nich podpisane obrazki jeśli wiem, że wymawiam je dobrze, ale nie odważyłabym się prowadzić swobodnej konwersacji. W jakimś stopniu moje "nauki" przynoszą rezultaty i są wartościowe; Róża zna po francusku części ciała, zwierzątka itp. Trudno to jednak nazwać dwujęzycznością.

      Usuń
    2. Jak widać ja potrafię odpisać jeszcze później ;)
      Nie, no, nie mówię o miernej znajomości, ale o takiej powiedzmy średniej - że i przy niej można z dzieckiem pracować językowo. U nas angielski pojawia się tylko towarzysząco, ale też widzę, że młodszy syn, zaczynający właśnie intensywniej mówić, wybiera angielskie słowa, gdy mu je jakoś łatwiej wymówić niż polskie (bunny, owl, up).
      Pozdrawiam,
      Ania

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...