środa, 29 kwietnia 2015

Rok z życia matki (prawie bez lukru)



Kilka dni temu moja córka skończyła rok. Nie powiem popularnego „ale to zleciało!”, bo nie zleciało wcale. Mam wrażenie, że ostatnie dwanaście miesięcy trwało pięć lat. Czasy bezdzietne wspominam jako przeszłość bardzo odległą, niemal już zapomnianą. Coraz częściej łapię się na tym, że zastanawiam się jak to wtedy było, jak robiłam to i tamto, bo teraz robię to inaczej. To był trudny rok.
Uważam, że jak na 19 godzin porodu bez znieczulenia
i niespodziewaną cesarkę po nim,
wyglądam na tym zdjęciu kwitnąco!

Zawsze chciałam być mamą, a przynajmniej odkąd zaczęłam o tym myśleć. Ba! Nie jedno dziecko chodziło mi po głowie, ale duża rodzina. I choć w swojej feministycznej fazie dorastania, jakoś na przełomie gimnazjum i liceum, moje spojrzenie na macierzyństwo przypominało przekonania matki Garpa z powieści Irvinga i takie też plany jego realizacji miałam (kto wie, ten wie), to szybko wróciłam na swoje stare, utarte tory. Starania o Różę były długie, trudne i pełne smutnych momentów. W końcu jednak się udało.

Początki macierzyństwa mnie zaskoczyły. Nagle zaczęłam mieć mnóstwo wolnego czasu. Okazało się, że przez mniej więcej pierwsze dwa tygodnie swojego życia noworodek tylko je i śpi. Ponieważ przed porodem straszono mnie, że nie będę miała nawet czasu się wysikać, wraz z mężem zamroziliśmy sobie obiady, żeby nie gotować, nie chodzić na zakupy i sikać jak najmniej. Dziecko więc spało (a spało naprawdę dużo), a my staliśmy jak te słupy soli i nie bardzo wiedzieliśmy co robić, bo obiad zrobiony, a w domu czysto. Najpierw więc wyspaliśmy się za wszystkie czasy. Potem nadrobiliśmy seriale, na które mieliśmy ochotę od dawna. Kiedy załatwiliśmy już te wszystkie priorytetowe sprawy, napisałam i obroniłam pracę magisterską.


Jeszcze mniejsza niż kot.
Myślę, że była to też kwestia kontrastu. Przez całą ciążę byłam bardzo aktywna; studiowałam na dwóch kierunkach, próbowałam coś zdziałać z magisterką i całe dnie spędzałam na uczelni. Najczęściej zarywałam noce, żeby się uczyć – krótki i przerywany sen to moja specjalność. W dniu porodu zaliczyłam zajęcia i zakupy w drodze do domu. Odkąd pojawiło się dziecko nie musiałam nigdzie jeździć, mogłam leżeć, drzemać i czytać książki. Możliwość siedzenia w domu i niezdejmowania przez cały dzień piżamy, powolność życia codziennego i brak zmartwień większych niż przeciekająca przez pieluchę kupa, okazały się naprawdę kojące i łatwiejsze niż to, co znałam dotychczas, zwłaszcza że spodziewałam się najgorszego. Oczywiście, że dziecko czasem płakało i jedyne, co mogłam robić, to nosić je na ramieniu wokół komina, ale... co to dla mnie? Przecież jeszcze tydzień temu siedziałam na gramatyce opisowej języka francuskiego – najnudniejszym wykładzie świata – i odliczałam minuty do końca zajęć. Godzina noszenia, chodzenia i podrygiwania w takt muzyki? Phi! Ten pierwszy okres, w którym dziecko tylko śpi i je, a podczas krótkich okresów czuwania nie wymaga zbyt wiele uwagi ani kreatywności w wymyślaniu coraz to nowych zabaw (ponieważ i tak niczego jeszcze nie kuma i na wszelkie próby nawiązania kontaktu pozostaje obojętne) – ten okres okazał się dla mnie upragnionymi wakacjami. Odpoczęłam i zregenerowałam siły, a wszystko to bez ciążącego mi bez przerwy brzucha i innych ciążowych dolegliwości. 
Łatwe początki zawdzięczam przede wszystkim temu, że trafił mi się wyjątkowo bezproblemowy egzemplarz dziecka, który nie doświadczył żadnych typowo niemowlęcych problemów. Mam to szczęście, że nie wiem czym jest kolka, odparzona pupa, czy alergia. Róży nigdy nic nie bolało (tak myślę) i jeszcze nigdy nie była chora. Rzadko ulewała, nie miała wzdęć i nawet zęby wyszły jej bezobjawowo. Niewzruszona pozostała na ubranka prane w „dorosłym” proszku (czy wspomniałam, że nigdy nic jej nie prasowaliśmy?) oraz na fakt, że w środku nocy podjadałam frytki, czereśnie i kapustę kiszoną (nie w jednej potrawie, rzecz jasna!), a za dnia folgowałam sobie w McDonaldzie.


Każdy kolejny tydzień okazywał się być coraz bardziej wymagający, ale jednocześnie satysfakcjonujący. W ciągu dnia Róża zaczęła spać coraz mniej, zaczęła interesować się kontrastowymi planszami i książeczkami, które w ilościach hurtowych dla niej nabyłam (kto nie widział, niech czyta!), stawała się coraz bardziej kontaktowa. Zaczęła domagać się uwagi i zainteresowania. Pojawiły się pewne symptomy nadchodzącej katastrofy. Była całkowicie nieodkładalna; nie znosiła leżenia, nie można jej było po prostu odłożyć i wyjść. 
Nie akceptowała łóżeczka, wózka ani w ogóle żadnej innej formy, która nie byłaby rodzicielskimi rękami. Nie było to jednak bardzo uciążliwe; podobała mi się moja nowa rola, z wielką radością i niesłabnącym entuzjazmem wpatrywałam się w śpiące na moim brzuchu niemowlę. Było mi to nawet trochę na rękę; nic nie musiałam robić, ona spała, a bliskość mamy zapewniała jej spokój. Ja natomiast mogłam zając się w tym czasie swoimi ulubionymi sprawami, czyli leżeniem, czytaniem i oglądaniem seriali. 
Nagle, w wieku trzech miesięcy, Róża przestała spać. Z dnia na dzień, a właściwie z nocy na noc. Zaczęła budzić się co godzinę, płakać, miała problemy z zaśnięciem. Zbiegło się to z początkiem lata i falą upałów, która wtedy nastąpiła, jej zachowanie tłumaczyliśmy więc pogodą, a potem tradycyjnie – zębami, skokiem rozwojowym, różnorakimi bólami. Niestety, częste nocne pobudki stały się regułą i trwają aż do dzisiaj. Różnica była szalona. Nagle, z matki wyspanej, zadowolonej z życia i mającej czas na drobne przyjemności, stałam się matką-frustratką, która chodziła niewyspana i zła. W tamtym okresie poznałam pojęcie high need baby. Najpierw straciłam wieczory. Do tej pory, nawet jeśli w ciągu dnia nie miałam czasu na odpoczynek, wiedziałam, że jak Róża zaśnie – będę miała spokojne trzy, cztery godziny na robienie tego, na co tylko będę miała ochotę. Teraz zaczęło się wielogodzinne usypianie, pobudki co 15 minut, nieustanna potrzeba ssania niedająca się zmylić żadnym smoczkiem.
Brak jakichkolwiek reguł wkradł się w naszą codzienność. Czasami Róża zasypiała o dziewiętnastej, czasami o dwudziestej drugiej. Był taki epizod, trwał przeszło miesiąc, że zasypiała równo z wybiciem dwudziestej trzeciej, jak na komendę. Czasami miała trzy drzemki w ciągu dnia, czasami nie spała wcale. W ciągu dnia nie było lepiej. Rózia bardzo szybko nauczyła się przewracać na brzuszek, miała wówczas niecałe trzy miesiące.
Był to jeszcze okres, w którym leżenia na brzuchu nie lubiła. Sam proces obrotu fascynował ją jednak tak mocno, że przewracała się bez przerwy, a kiedy tylko nabierała świadomości sytuacji w której się znalazła – zaczynała płakać. Odchodzenie na jakikolwiek większy dystans nie miało sensu. Nie, żeby leżenie stało się nagle ulubioną rozrywką mojej córki. Podłoga, najróżniejsze leżaczki-bujaczki, wózek nie stanowiły dla Księżniczki większych atrakcji. Mata edukacyjna, grająco-świecące ustrojstwo nad leżaczkiem i inne tego typu bajery zajmowały ją, w porywach, do dwóch minut. Żywy człowiek krzątający się po kuchni albo łazience, koniecznie tańczący, śpiewający, ewentualnie gadający jak maszynka – pięć. Panienka chciała być nieustannie noszona. 
Podziwiać świat z wysoka, w ruchu, wtulona w ramiona mamy lub taty – to było to! Nosiliśmy ją bez przerwy, nie dało się inaczej; życie ratowała nam chusta. Ten etap właśnie, od trzech do sześciu miesięcy wspominam jako najtrudniejszy. To taki czas, kiedy inne dzieci „wychodzą” z kolek i innych sensacji, kiedy u innych jest coraz lepiej i wydaje się, że coś tu nie gra. To czas, kiedy dziecko w ciągu dnia już nie śpi, ale nie interesuje się jeszcze proponowanymi mu zabawami. W to wszystko zostałam wrzucona nieprzygotowana, niespodziewająca się niczego.


Kiedy Róża skończyła sześć miesięcy poczuliśmy chwilową ulgę. Dokładnie z wybiciem tej daty Młoda zaczęła pełzać. Nie było żadnych przygotowań ani prób. Przed kąpielą nie umiała, po kąpieli zaczęła gonić kota z prędkością torpedy. Umiejętność przemieszczania się, tak bardzo upragniona i pożądana, zadowoliła ją na tyle, że możliwe stało się odłożenie jej na podłogę bez awantury i protestów, a także szybkie załatwienie spraw wymagających wolnych rąk. Ona w tym czasie penetrowała najbliższą okolicę, docierała do niedostępnych do tej pory szuflad, kabli i sprzętów elektronicznych. Pozwalałam. No bo jak nie pozwalać, jak się zyskuje nagle całe 5 minut wolnego? Sielanka nie trwała długo. 
Dwa tygodnie później ambitna Rózia wstała na nogi. I znowu – na całego! Nie że na kolanka, że ostrożnie, badając podłoże. Wstawała bez przerwy, wszędzie i bez świadomości czyhających na nią zagrożeń. Kolejne pół miesiąca zajęła jej nauka spadania na pupę, a nie na głowę, podczas której to nie można było odstąpić jej na krok. Mając siedem miesięcy – usiadła, znowu bez żadnych zapowiedzi, a spojrzenie na świat z innej perspektywy sprawiło, że zaczęła się bawić, oglądać książki. Wszystkie te czynności nie trwały długo, ale przynajmniej na chwilę pozwalały naszym rękom odpocząć. Wkrótce potem raczkowanie, które wyparło coraz bardziej nielubiane pełzanie znowu na pewien czas zajęło ją na dłuższą chwilę.


Z wytęsknieniem czekam aż zacznie chodzić. Na razie wciąż musi się czegoś trzymać, a widzę, że już jej to nie wystarcza, że znowu narasta to rozdrażnienie i pragnienie zmian; chce przejść przez pokój, a nie może. W ciągu roku niezliczoną ilość razy słyszałam ostrzeżenia w stylu „czekaj, czekaj, jak się zacznie przemieszczać, to się dopiero zacznie!”, czytałam rodzicielskie opowieści jak to ich słodko uśmiechające się i leżące na leżaczkach dzieci nagle stały się mobilne i zaczęły wymagać większej uwagi. U nas jest inaczej. Odciąganie od kontaktów jest lepsze niż noszenie, wielokrotne zbieranie zawartości wszystkich kuchennych szuflad (bo wszelkie blokady ma rozpracowane, taki geniusz!) jest lepsze niż słuchanie podirytowanego bezczynnością i nudą płaczu.


Roczna Róża wciąż nie toleruje tego, gdy mama lub tata oddalają się na odległości tak niebezpieczne jak zasięg wzroku. Babcia, dziadek – owszem, ale muszą nosić, zabawiać, rozmawiać. Zabawki też są super, ale tylko jeśli ktoś pokazuje, ktoś się bawi, a już obowiązkowo siedzi obok na podłodze. Jeśli pozwoli sobie na stojący obok fotel – dostanie w zestawie wspinające się dziecko. Każda zabawka poza tym, nawet taka wzbudzająca największy entuzjazm, jak na przykład kabel albo tekturowa rolka po papierze toaletowym, po kilku chwilach się nudzi. Kiedy gdzieś czytam, że jakiś maluch ma swoją ulubioną zabawkę, taką z którą wszędzie chodzi i która nigdy mu się nie nudzi – nie rozumiem tego fenomenu. 
I tylko ulubione książki są podawane raz za razem, ciągle te same, piętnasty raz z rzędu, a tu by się jednak chciało na odwrót. Roczna Róża jest niecierpliwa, nie znosi sprzeciwów i zakazów, bardzo szybko się złości. Uwielbia książki, muzykę, zabawy w piachu, swojego psa i koty. Nie jest w stanie wytrzymać w bezruchu. Wciąż niewiele je, a od dziewięciu miesięcy nie przespała (a ja wraz z nią) ciągiem okresu dłuższego niż dwie godziny, choć najczęściej nie dobija nawet do sześćdziesięciu minut. Umie całe mnóstwo rzeczy; tańczy, je widelcem, buduje wieżę z klocków i – moja największa duma – korzysta z nocnika. Jest mądra, zdolna i piękna; jest najwspanialsza na świecie!


A ja?  Tak naprawdę od kilku miesięcy żyję w dziwnym stanie. Ktoś mógłby pomyśleć, że taki szmat czasu po ciąży, hormonalna rozpierducha powinna już minąć. Tymczasem sprawa nie tylko nie cichnie, ale ma się wręcz coraz gorzej. Pamiętam, że kilka dni po porodzie, kiedy moje samopoczucie sięgało nieba i całymi dniami miałam ochotę patrzeć na to moje cudowne, idealne, piękne i cichutkie maleństwo, pomyślałam, że jestem szczęściarą, bo nie dość, że udało mi się nie mieć żadnego rozstępu i ważyć mniej niż w momencie poczęcia, to jeszcze poporodowa depresja mnie ominęła. Stan ten kojarzył mi się tylko z dzieciobójczyniami, które pod wpływem szalonych emocji poporodowych porzucają swoje świeżo narodzone niemowlęta na śmietnikach. Nie przypuszczałam, że baby blues pojawić się może znacznie później. Ale pojawił się i puścić nie chce. Co to naprawdę – nie wiem, bo diagnozę postawiłam sobie sama. 
Oczywiście nie wpadam bez przerwy w czarną rozpacz; bez wahania powiedzieć mogę, że jestem spełniona i szczęśliwa. Są jednak momenty i są one częstsze niż bym chciała, że jakiś drobiazg, najczęściej bez znaczenia, całkowicie wyprowadza mnie z równowagi; zaczynam płakać, wrzeszczeć, rozpaczać i lamentować. Huśtawka nastrojów sprawia, że takie historie są na porządku dziennym i każda kolejna wprawia mnie w fatalny nastrój. Wyczytałam gdzieś informację, że depresja żniwa swe zbierać może nawet do roku po porodzie. Z zegarkiem w ręku czekałam więc na wybicie rocznicy, ale wczoraj znowu siedziałam i ryczałam. 
Dużo więc płaczę. Trochę przez hormony, trochę ze zmęczenia, a trochę przez to, że nie doświadczam samotnych wizyt w łazience. Czasami chodzi o błahostki, które w mojej znękanej głowie rozrosły się do katastrofy, czasami przyszłość rysuje mi się w czarnych barwach, czasami wydaje mi się, że nie sprostałam zadaniu, które przede mną postawiono i że mogłabym być o wiele lepsza. Zdarza mi się płakać o czwartej w nocy, kiedy kopniakiem w twarz zostaję obudzona piętnasty raz tej nocy, a młody ssak nie ma zamiaru puścić moich ledwo zipiących już piersi. 
Nie mam już wtedy siły, a moją kochaną córeczkę mam ochotę zawinąć w zbyt śliski kocyk i w ogóle zrobić takie straszne rzeczy, że nawet ich tu nie powtórzę, bo jeszcze opieka społeczna przeczyta i będę miała kłopoty. Ale wtedy ona się uśmiecha, woła „mama”, przytula się i choćby nie wiem jak bardzo bolała mnie głowa i jak bardzo smutna, zła, zmęczona i głodna bym była – nie mogę się dłużej złościć; nagle znowu jest dobrze.




Wielu rzecz nauczyłam się będąc matką. Przede wszystkim organizacji czasu. Kiedy uda mi się wyłuskać jakiś wolny kwadransik albo kiedy mąż zabierze dziecko na plac zabaw na całe trzy godziny, potrafię wykorzystać ten czas, zamiast bez sensu scrollować fejsa. Nie na jakieś głupoty, typu prace domowe, rzecz jasna. Dom niech zarasta brudem, ja wolę sobie na leżaczku poczytać. Gdybym tak mogła spędzić wraz komputerem i ulubionym serialem cały dzień w łóżku, tak jak to miałam w zwyczaju czynić w odległej przeszłości – chyba bym oszalała z radości. Narzekać jednak nie mogę, mam dużo pomocy ze strony męża. Czasami ludzie nie wierzą mi, że kiedy Robert ma wolne, to bierze Rózię w chustę i z dzieckiem na plecach robi obiad i sprząta dom albo bierze ją na przejażdżkę do zoo i na zakupy. To zdecydowanie najlepszy tata na świecie.


Macierzyństwo dodało mi też siły i nauczyło radzić sobie z problemami. Zawsze byłam typem histeryczki i kiedy coś szło nie po mojej myśli – odwracałam się na pięcie i nie dopuszczałam do siebie problemu. Teraz, kiedy w domu jest Robert, dalej lubię sobie trzasnąć drzwiami. Często jednak jestem z Rózią sama i nie mogę sobie pozwolić na takie luksusy, bo przecież ani to wszystko nie jej wina ani nie mogę zostawić jej samej. Jakkolwiek źle by więc nie było, muszę się spiąć, przykleić do twarzy najpiękniejszy uśmiech i zaśpiewać „Pałacyk Michla” albo coś równie ulubionego. Nagle, z ogromnym zdumieniem odkrywam, że nie jest wcale tak źle, jak myślałam i druga zwrotkę śpiewam już z nieco większym entuzjazmem. 




Miało być bez lukru, ale tutaj się nie da. Chciałabym coś wyjaśnić, choć tak naprawdę nie ma komu. Ci z dziećmi wiedzą to doskonale, bezdzietni i tak nie zrozumieją. Dziecko kocha się inaczej, mocniej; nigdy nie przypuszczałam, że uczucie może być aż tak silne. Kochałam już wcześniej. Kochałam mojego męża, rodziców, innych członków rodziny, pokrajać bym się dała za swoje psy i koty (darzę je pewną odmianą miłości rodzicielskiej). Ale kiedy dostałam do rąk moją małą córeczkę okazało się, że kocham ją dużo mocniej niż wszystkich wspomnianych. Na dodatek to uczucie pojawiło się nagle, w chwili, kiedy zobaczyłam czubek jej włochatej głowy. Kiedy Rózia śpi – patrzę na nią i jestem taka szczęśliwa, że płaczę. Tym razem to łzy innego rodzaju. Choć tego dziwnego pogmatwania emocji, nieuzasadnionych żalów i zmęczenia jest sporo, to jeszcze więcej jest spontanicznych uśmiechów, radości i zabawy. Znacznie więcej niż wcześniej. 

Nie wyobrażam sobie życia bez tej małej istotki i za nic na świecie nie chciałabym wrócić do czasów, kiedy jej jeszcze nie było. To był gorszy świat. Chociaż powinnam, to wciąż nie mam sprecyzowanych planów na przyszłość. Praca zawodowa napawa mnie przerażeniem, nie interesuje mnie wspinanie się po szczeblach kariery. Dzięki dziecku czuję, że robię coś ważnego, że moje życie ma sens. Jestem mamą i naprawdę to uwielbiam.


 







17 komentarzy :

  1. Strasznie mnie wzruszyłaś tym tekstem - nie mam dzieci, owszem, ale chyba rozumiem Twoje emocje, bo moja siostra dwa lata temu urodziła synka i byłam obok od samego początku, pomagając przy dziecku na ile umiałam. Róża jest przepięknym łobuziakiem, naprawdę serdecznie Ci gratuluję i trochę zazdroszczę - także tych nieprzespanych nocy, kup w pieluchach i ciągłej frustracji. Bo wszystko to bierze się z miłości do dziecka. A miłość wszystko łagodzi i pozwala spojrzeć na sytuację z większą wyrozumiałością :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trzeba się teraz postarać o własne! :D Ale wspaniale miała Twoja siostra z taką pomocą!

      Usuń
  2. Sto lat dla Waszej gwiazdy :*
    Post bardzo wzruszający, bardzo! Odnajduje swoje uczucia w tym tekście <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoja Róża jest mega słodka. A tekst doprowadza do płaczu :) Zazdroszczę Mamo Zuziu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Ika! :) :* Fajnie, że napisałaś! :)

      Usuń
  4. Czytając to, próbowałam sobie wyobrazić siebie jako matkę. To będzie kiedyś (niekończąca się) przygoda...

    Wszystkiego najlepszego dla Róży! I dla Ciebie też.

    OdpowiedzUsuń
  5. u nas tak samo... chociaż zupełnie inaczej :P
    w każdym razie w ciąży też się przepracowywałam (chociaż już wtedy obie magisterki miałam obronione), ale odpoczynku bez kolek nie zaznałam (gorzej - Jane nie dawał czytać przy karmieniu - szelest mu przeszkadzał!), byłam jednocześnie w naszym niemowlaku całkowicie zakochana, zafascynowana jego rozwojem i wykończona... pierwszy rok zdecydowanie nie zleciał ot tak
    może Cię nie pocieszę, ale kolejny też nie - ona się teraz dopiero nauczy chodzić i gadać!
    niestety - co paradoksalnie równie mało pocieszające - ostatnie dwa lata umknęły już dużo, dużo szybciej...
    miło Was bliżej poznać :)
    a i Tobie pewnie ta pamiętnikowa notka jeszcze kiedyś się przyda, bo (ok, to może też banał, ale u mnie się sprawdza) zobaczysz, że pewne etapy równie silnie się przeżywa, jak potem szybko zapomina...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W którymś momencie też Rózi zaczął przeszkadzać szelest. :D Wtedy przerzuciłam się na audiobooki. A teraz znowu mogę czytać. :D

      Usuń
  6. Piękny tekst:D. W którymś momencie zaczęłam Ci zazdrościć, że miałaś takie "łatwe" początki ;-). Dopóki nie zaczęłam czytać dalej. Życzę Ci ustabilizowania samopoczucia, dużo zdrówka dla całej Waszej rodzinki i wszystkiego, co najlepsze;). Też już marzę, żeby zostać mamą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Ja przez dwa lata tak marzyłam, że wychodziło wielkie nic, a potem odpuściłam i byłam przekonana, że w tym cyklu jest już za późno i dopiero wtedy się udało. :) Powodzenia!

      Usuń
  7. Czekałam na ten wpis. Zapamiętałam, że Róża miała teraz urodziny i spodziewałam się po Tobie, że coś takiego będzie. Najchętniej skomentowałabym każde zdjęcie i połowę zdań z tego wpisu, który jest dla mnie taki bratnio-duszowy (na przykład też wiem z autopsji co to 'high need baby' i też nie bardzo mnie te szczeble kariery. A kiedy dzieci śpią i odpływa z nich cała wola, to są takie słodkie!). I te foteczki takie urocze wszystkie, że ich oglądanie sprawia mi prawie tyle samo radości, co oglądanie wyboru naszych najlepszych foteczek!
    Dzisiaj akurat Twój wpis był mi balsamem na skołatane nerwy. Cieszyłam się od mniej więcej 14-tej na myśl, że wieczorem skomentuję i to mi pomogło. Ale to wcale nie oznacza, że dobrze przemyślałam komentarz.

    Nasze pierwsze dziecko było ekhem, niełatwe. I nawet krzyczało głośniej niż każde inne (darło się!). Długo myśleliśmy, że dzieci po prostu takie są. Do czasu aż spotkaliśmy inne dziecko. Kiedy jednak uznaliśmy, że nasze dzieci po prostu takie są i my mamy trudniej, Ursus postanowił zrobić miłą niespodziankę. Do czasu ząbkowania był idealny, a ja chodziłam w miarę wyspana, potem trochę się zepsuł, ale wciąż jest spoko. Wydaje mi się, że moment zepsucia zbiegł się w czasie z końcem chustowania.

    Na koniec pytanie-dobra rada: czy w nocy karmisz Różę na leżąco? Moje doświadczenie sugeruje, że dziecko karmione 'porządnie' (a na leżąco jest nieporządnie, bo pierś ucieka) sensowniej się najada. Ja karmię zawsze na siedząco bardzo wygodnie odchylona do tyłu i jest to JEDYNA pozycja, w której nasz łatwy Ursus je. Trudno w nocy odchylić się do tyłu na krześle...

    I druga dobra rada: czy Róża odbija? Nasz łatwy Ursus odbija trudniej niż jeszcze niedawno, ale tylko odbicie zapewnia mu sensowną porcję snu. Za czasów naszego starszego syna nie przywiązywałam takiej wagi do odbicia i zbierałam plony tego.

    I jeszcze jedno- gdybyś spróbowała położyć Różę spać z samym tatą? Nasz łatwy Ursus kojarzy mnie z piersiami (lub czuje piersi w powietrzu) i jest bardziej niespokojny przy mnie niż beze mnie.

    Przepraszam za te dobre rady. Oczywiście każde dziecko jest inne, ale a nuż coś pomoże i się wyśpisz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, Cytrynno, spodziewałaś się? Nawet ja się nie spodziewałam! :D Cieszę się jednak, że wpis dzisiejszy podziałał na Ciebie kojąco.

      Dobre razy zawsze w cienie! Obawiam się jednak, że nie znajdą u nas zastosowania. Tak, karmię na leżąco. Z kilku powodów. Robiłam tak od początku i tak nam najwygodniej. Róża nie budzi się w nocy z głodu, ona czasami nie ma już nawet ochoty jeść, po prostu nie umie inaczej zasnąć. I w tym dostrzegam jeden z naszych rodzicielskich błędów, bo tak naprawdę nie daliśmy jej nawet szansy się tego nauczyć, od początku spała z nami, bo Searsowie napisali, że to jest super. Do dziś nie wiem ile hajnida jest w niej naturalnie, a ile przeze mnie. Ona się budzi co chwilę od takich wstrząsów jakby, czasami wystarczy przytrzymać jej na chwilę rączki i zasypia, ale najczęściej niestety nie. Najgorsze jest to, że jak nie dostanie cycka w ciągu kilku sekund to rozbudzi się na dobre i przez następne 3 godziny ze spania nici (nieważne która jest godzina i jak bardzo jest zmęczona). I właśnie - czemu karmię na leżąco. Jak ją podniosę to się obudzi, a nawet jeśli przy jedzeniu zaśnie to a) nie będzie chciała puścić cycka i przez najbliższe 45 minut zamiast spać razem z nią będę siedziała jak ten klocek albo b) obudzi się przy odkładaniu i wszystko będzie szło od nowa. Jej się naprawdę nie da odłożyć - ZAWSZE się budzi, wystarczy ją lekko trącić łokciem a ona już nie śpi. :( Poza tym ona nawet jak je to się rusza. Wstaje, czasem nawet na jedną nogę, robi jakieś akrobacje, siada mi na twarzy. Jeśli ją podniosę to nawet w nocy to wszystko wyczynia, a to gwarantuje oczywiście pobudkę.
      Róża nie odbija i nigdy nie odbijała. Na początku próbowaliśmy, ale ona i tak nie odbijała, dopiero sobie bekała potem, położona. I przez 3 miesiące jej to nie przeszkadzało; spała jak złoto, miała 1-2 krótkie pobudki w nocy.
      Spanie z samym tatą oczywiście testowaliśmy wielokrotnie, ale jak wszystko - zawiodło. Budzi się tak samo. Najlepiej śpi jak jest mocno do mnie przytulona, polik do polika i jak jej trzymam ręce, żeby nie drgały. ;P W ogóle wszystkiego próbowaliśmy, nawet nauczyłam ją pić z butelki mleko Łowickie (bo ja jestem laktoterrorystka i uważam, że mm to syf okropny) i w ciągu dnia nawet pociumka, ale w nocy wpada w histerię jak poczuje smoczek.
      Przed nami jeszcze jedna, ostateczna metoda, czyli mój całonocny wyjazd, podobno pomaga, ale myślę, że jeszcze na to trzeba trochę poczekać.
      Nie chcę jej natomiast całkiem odstawiać jeszcze, bo w ciągu dnia karmienie to moje ukochane momenty i najchętniej cały czas bym leżała i karmiła. Poza tym ona nic nie je i by się w jakieś choroby wpędziła tylko.

      P.S. Właśnie sobie przypomniałam, że Ci nie odpowiedziałam przy BLW, co też zaraz uczynię!

      Usuń
  8. Do mnie pijesz z tym, że Ci nie wierzyłam? :)))) Ale serio, takich mężczyzn jak Twój mąż to powinni klonować. :))) Piękne wspomnienia, myślę, że każdy ma czasami zrobić złe rzeczy swojemu dziecku. :P Poza tym tylko pogratulowac nocnika, sama się męczyłam dłuuuuuugo, bo jak się w odpowiednim czasie nie zacznie to juz przekichane. Pozdrowienia dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratuluję roczku! U nas trochę podobnie, choć całkiem inaczej... Na początku wielkie Łubudu ;) baby blues, krzyki, darcie, płacze, potem powolutku coraz lepiej. I choć nadal jest trudno, jak to przy HNB, to jednak myśl o zostawieniu Tośki w żłobku i powrocie do pracy napawa mnie lękiem i smutkiem..

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobrze napisane! moja Ala ma lekko ponad 3 miesiące i czuję się podobnie.
    Zdrówka dla Was! Fajny blog!!!:)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...