czwartek, 21 maja 2015

Bez pracy, bez planów, bez ambicji


Kiedy urodziła się Róża właśnie kończyłam studia. Moi koledzy przygotowywali się do aplikacji, szukali staży w kancelariach i dużych firmach, a ja wiedziałam jedno: nie chcę. Dałam sobie rok. Tyle zazwyczaj dostają kobiety, które idą na urlop macierzyński. Rok dla mojego dziecka, rok na odpoczynek od życia w biegu, rok na przemyślenie tego, co chcę robić dalej. Wydawało mi się, że dwanaście miesięcy wystarczy. Wszyscy powtarzali, że potem będę miała serdecznie dosyć i z wielką chęcią podejmę się innych zajęć; na to liczyłam. Minął rok, a ja stoję w tym samym punkcie i wiem jeszcze mniej niż wtedy.

Nigdy nie miałam sprecyzowanych planów dotyczących swojego życia zawodowego ani jednej ścieżki, którą wytrwale i z pełnym przekonaniem bym podążała. W swojej akademickiej karierze sporo szukałam. Rozpoczęłam w sumie cztery bardzo różne kierunki studiów, ukończyłam dwa z nich, znam dwa języki obce, mam certyfikaty i inne bajery. Czy utorowałyby mi one drogę do kariery? Nie wiem, bo nigdy  nie próbowałam jej szukać. Nie mam żadnych planów ani ambicji zawodowych. Kiedyś je miałam, przynajmniej ogólny ich zarys, choć kiedy myślę o tym teraz, to dochodzę do wniosku, że były to pomysły zasugerowane przez rodziców albo takie, za którymi przemawiały jakieś korzyści (na przykład pieniądze). W rzeczywistości nigdy nie wiedziałam co chcę robić „kiedy będę już duża”. Nie o brak perspektyw tu chodzi, nie o możliwości, bo te może by się znalazły. Problem tkwi we mnie. Gdyby z magicznej lampy wyskoczył dżinn i obiecał, że obsadzi mnie na wymarzonym stanowisku – nie potrafiłabym takiego wskazać; nie istnieje nic, co naprawdę chciałabym robić.

Nie wiem skąd we mnie ta apatia i brak ambicji. Czuję się dziwnie wypalona, zmęczona życiem, chociaż przecież dopiero w nie wkraczam. Może za dużo energii poświęciłam na dążenie do niesprecyzowanego celu, zamiast skupić się na tym, co jest dla mnie naprawdę ważne. A co jest dla mnie ważne? Mój dom, dziecko, rodzina. Coraz częściej to kariera jest priorytetem młodych ludzi. Wśród moich znajomych ze szkoły i ze studiów jeszcze nikt nie ma dzieci. Decyzję o rodzicielstwie podejmują grubo po trzydziestce, kiedy wydaje im się, że osiągnęli odpowiedni ku temu poziom. Tyle, że zawsze będzie jakieś „ale”. Dla mnie zawsze oczywistym było, że dzieci to podstawa, na wszystko inne przyjdzie jeszcze czas.

Bywają matki, które z nastawieniem cierpiętnicy opowiadają jak nudny i nieekscytujący żywot, zamknięty w czterech ścianach mieszkania prowadzą. Dla mnie właśnie ta rutyna, nieprzejmowanie się światem zewnętrznym i rozciągnięte dresy na pełen etat są najprzyjemniejszymi elementami mojej codzienności i nie zamieniłabym ich na najcieplejszą i najlepiej płatną posadkę. Uwielbiam to, co robię teraz. Choć całodobowa opieka nad małym maruderem bywa wykańczająca, to daje mi ona satysfakcję i spełnienie, jakich nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Moją pasją stały się zabawy klockami, czytanie książeczek i przesypywanie piasku. Czasami dopada mnie skrajne wyczerpanie, czasami mam wszystkiego dosyć (wspominałam o tym TUTAJ), ale to normalne. Kiedyś, jak Rózia była mała, ataki bezsilności planować należało sobie z wyprzedzeniem, żeby zawczasu odciągnąć do butelki trochę mleka. Teraz – high life, mogę sobie wyjść, odreagować i po trzech godzinach znowu usychać z tęsknoty. Potrzebuję też czasu tylko dla siebie, żeby poczytać, popisać, ale od czego jest mąż, który wsadzi dziecko w krzesełko rowerowe i pojedzie w świat? Równowaga pozostaje zachowana.

Jeszcze kilka lat temu patrzyłam na kobiety poświęcające się rodzinie (bo jak o poświęceniu o tym myślałam) z delikatną wyższością. Im się nie udało, one są głupie/niewykształcone/bez ambicji/leniwe – myślałam, nie zdając sobie sprawy, że opieka nad dzieckiem może stać się dla kogoś celem i sensem życia. Teraz to rozumiem. Nie twierdzę, że kobiety, które łączą życie rodzinne z zawodowym są gorszymi matkami (podobnie z ojcami, bo przecież i oni łączą zazwyczaj te dwie role). Nadal uważam, że to wspaniałe, zwłaszcza jeśli praca jest równocześnie czyjąś pasją. Możliwość samorealizacji na kilku płaszczyznach musi być czymś naprawdę ekscytującym. Żałuję, że tego nie potrafię. Ja nie lubię życia w biegu, pełnego zmian i wyzwań. Uwielbiam domowe zacisze, lubię mieć czas na niespieszne zabawy, nie chcę segregować czyichś dokumentów, kiedy Rózia zacznie stawiać swoje pierwsze kroki. Ona świetnie odnalazłaby się w żłobku – doskonale czuje się w towarzystwie innych dzieci, ale ja...? Co ze mną?

Obecnie tkwię w impasie. Sytuacja finansowa nie zmusza mnie do tego, żeby koniecznie iść do pracy. Parafrazując jednak popularne na portalach społecznościowych hasło dotyczące jednego z kandydatów na prezydenta: jest stabilnie, ale... no właśnie. ;) Chciałoby się czasem kupić kilka książek, a może i na wakacje wyjechać. Dobrze byłoby odłożyć trochę grosza w oczekiwaniu na kolejną, wymarzoną ciążę, która może się pojawić za miesiąc, ale może znowu kazać na siebie czekać dwa lata. Powinnam więc coś robić, szukać, wysyłać, ale nie robię nic, mając nadzieję, że problem, o którym nie mówi się głośno, zniknie sam. Poza tym czego mam szukać, gdzie wysyłać? Nie wiem nawet w którym kierunku się zwrócić. Boję się iść do pracy, nie chcę. Od kilku miesięcy (sic!), niemal każdego dnia siadam i próbuję napisać swoje CV (bo nigdy jeszcze nie miałam przyjemności). Rzecz jest banalnie prosta, wystarczyłoby wklepać dane w jakiś gotowy wzór, tyle tylko, że dziwna blokada psychiczna uniemożliwia mi jakiekolwiek działanie, bo jak napiszę, to nie będzie już odwrotu. Kilka razy dziennie z paniką uświadamiam sobie, że oto mija kolejny dzień, podczas którego nie posunęłam się do przodu (podczas pisania magisterki, kiedy zamiast pisać ogląda się seriale albo po raz trzeci szoruje się podłogę w łazience, „bo taka brudna i czekać nie może”, odczuwa się coś takiego).

Najprawdopodobniej, za kilka lat, dojdzie w końcu do tego, że na poważnie będę musiała rozejrzeć się za jakimś etatem. Dzieci pójdą do przedszkola, do szkoły i nie będą już wymagały mojej nieustannej opieki. Nie wiem co wtedy zrobię. Ludzie w pracy zazwyczaj chcą się rozwijać, pragną satysfakcji, zawodowego spełnienia. Ja chcę zajęcie, które odbębnię, zostawię za zamkniętymi drzwiami i o którym zapomnę na następne kilkanaście godzin. Nie chce się angażować w swoja pracę, nie chcę myśleć o niej w domu, nie chcę, żeby wymagała mojej kreatywności ani zaangażowania, nie uważam że mogłaby mnie w jakiś sposób wewnętrznie wzbogacić. Jako jeden z najwspanialszych okresów swojego życia wspominam wakacje przed klasą maturalną, które to wraz ze swoim mężem (wówczas jeszcze nie mężem, rzecz jasna) trudniłam się pakowaniem wędlin w fabryce pod Liverpoolem. Pomijam inne oczywiste zalety takiego wypadu, nie uwzględniam też faktu, że po roku takiego zajęcia być może miałabym serdecznie dosyć, ale te dwa miesiące były idealne. Bezrefleksyjna praca przy taśmie, urozmaicana pogawędkami i śpiewami, która na dodatek zapewniała mi życie na bardzo wysokim poziomie to szczyt moich zawodowych ambicji. W Polsce to niewykonalne. Nie mam jednak ochoty sięgać wyżej. Wiem, brzmi to nieco żałośnie, ale co mogę poradzić? Żeby tak się chciało chcieć! 

17 komentarzy :

  1. Miło jest mówić nie robię, bo nie lubię. Póki co, sama mam ten komfort, ale mam w sobie dużo zrozumienia dla kobiet, które muszą, albo chcą. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja dobrze Cię rozumiem! Panicznie boję się pracy. A muszę wysyłać te podania, bo jestem od paru dni na zasiłku i żeby go otrzymywać, muszę wysłać określoną pulę podań w miesiącu. I za każdym razem modlę się, by tej pracy nie dostać. Bo się jej boję. Praktyki w teatrze i później "praca" tam to była inna bajka, bo atmosfera była wtedy tam rodzinna i chciało się pracować, bo to sprawiało przyjemność. To była zabawa, nie praca. I mogłam się zamęczać fizycznie siedemdziesiąt godzin tygodniowo, bo emocjonalnie było wspaniale. Ale na myśl o "prawdziwej" pracy wpadam w panikę, nawet jeśli nie wypowiadam tego na głos. Gdybym mogła, zostałabym na zasiłku do końca życia, ale finansowo nie mogę sobie na to pozwolić, bo pieniędzy jest za mało. Planuję zacząć inny kierunek studiów, połączony już od razu z pracą, żeby musieć i żeby się dało i w ogóle...

    Czasem jest fajna oferta i się staram i chcę, żeby mnie zatrudnili, ale podskórnie wciąż jest ten strach, ta panika, że praca, że co ja zrobię. Autentycznie się boję. I jedyne zawody, jakie chciałabym uprawiać, to te artystyczne. Czyli generalnie niezależne. Taki tłumacz literatury, pisarz, aktor... Blogger. YouTuber. Cokolwiek, co nie każe mi pracować z innymi, od ósmej do szesnastej, co jest normalne.

    Przez jakiś czas marzyło mi się, byśmy wpadli, bym zaszła w ciążę i musiała siedzieć w domu z dzieckiem i nie szukać pracy, nie pracować. W sumie się cieszę, że się tak nie stało, ale czasem myślę, że ułatwiłoby mi to podejmowanie decyzji.

    Wybacz ten paniczny chaos w komentarzu, ale trochę popłynęło... Nacisnęłaś odpowiednią strunę swoim tekstem ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Cokolwiek, co nie każe mi pracować z innymi" - trafiłaś w sedno! Nienawidzę pracować w grupie, w szkole jak się musieliśmy dobierać w pary - byłam bardzo nieszczęśliwa. W ogóle nie przepadam za ludźmi i zajmowanie się ich sprawami uważam za bardzo niefajne zajęcie.
      Alino, musimy zostać słynnymi blogerkami, ale żeby to się udało musimy się pozbyć naszych książek, bo to się podobno nie sprzedaje. :D

      Usuń
    2. A ja chciałam oba blogi połączyć w jeden... xD. Nie sprzedaje się, mówisz? Cholera. Zostaniemy szafiarkami i sprzedamy się, jak należy! (Chyba właśnie jestem wredna wobec szafiarek, choć w sumie nic do nich nie mam - popadam w stereotypy).

      Usuń
  3. Bardzo dobrze rozumiem i podpisuję się wszystkimi łapami pod tym. Przy czym mnie dodatkowo realizuje dbanie o dom. Żałuję, że mam mało czasu na siebie, ale gdybym poszła do pracy, nie miałabym go ani trochę. A mimo tego mało-dla-siebie, jestem bardzo szczęśliwa, że jest tak, a nie inaczej. Ze strachem patrzę w przyszłość, bo jeszcze jedno dziecko może, ale wszystkie te dzieci podrosną i chyba tylko edukacja domowa dałaby mi alibi na dalsze siedzenie w domu (które oczywiście dalekie jest od siedzenia itd).

    I chociaż w domu i okolicy panuje pełna akceptacja i poparcie dla takiej naszej drogi, to jednocześnie czuję presję społeczeństwa,, czuję jak otoczenie dalsze i bliższe (własna mama i sąsiedzi) patrzy krytycznym wzrokiem na takie niepracowanie, które przecież czyni mnie gorszą. Nie raz słyszę, że co jeśli Mężowi odpukać coś i zostaniecie bez środków, boję się, że za ileś lat z brakiem doświadczenia to o pracy w zawodzie będę mogła zapomnieć. Zresztą cóż za zawód- druga ciąża w ostatniej chwili uratowała mnie przed podjęciem "pracy przy wypełnianiu tabelek" (brzmi jak spełnione marzenie...). I przypominam sobie te koleżanki, których mamy "siedziały" w domu i jaką wyższość czułam nad nimi ja- dziecko mamy pracującej.

    A jeszcze jest taka kwestia, że w środowisku, w którym pracuje Mąż, panuje moda na niepracujące żony i ja chętnie bym się takiej modzie poddała, ale to krzywe spojrzenie społeczeństwa wbija mnie w chodnik tak nisko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że też o tym myślałam! Naglę obudzę się za kilka lat z trzydziechą na karku i zupełnie bez żadnego doświadczenia. Co wtedy? Moje środowisko najbliższe bardzo chce, żebym poszła na aplikację, bo siostra jest po aplikacji i to wydawało się naturalną koleją rzeczy. Ale ja po pięciu latach prawa tak bardzo prawa nienawidzę, że nie ma mowy o dalszej edukacji w tej dziedzinie. Zresztą też o tym napiszę za jakiś czas, bo to ciekawe, tak myślę. :) Ach, pamiętam tę wyższość, kiedy opowiadałam, że moi rodzice to lekarze. :)
      Mnie niestety dbanie o dom nie interesuje wcale. Ciekawe, bo zazwyczaj łączy się społeczną funkcję matki z panią domu, a dla mnie to dwie zupełnie różne sprawy i jakby ktoś zobaczył nasza kanapę, na którą właśnie przed chwilą zrzuciłam trzecią stertę prania (bo miejsca na suszarce potrzebowałam na nowe), to chyba by się przekręcił.

      Usuń
    2. Ja też zrzucam sterty prania za praniem, ale na biurko, bo nie mamy kanapy. Zrezygnowaliśmy z kanapy w salonie żeby wstawić dodatkową półkę na książki. Trochę mnie wczoraj poniosło z tym 'dbaniem o dom'- po prostu lubię ten moment kiedy cały syf i gruz z kuchni znika w zmywarce- ot całe moje dbanie:) Lubię też gdy dzieci idą spać i można porzucone zabawki zebrać. I znów tak dobrze rozumiem- ja po 5 latach matematyki tak samo (a Mąż widziałby mnie na doktoracie).

      Usuń
  4. Uważam, że powinnaś korzystać z tego, że możesz być z dzieckiem, zamiast posyłać je do żłobka. Fajnie, że Róża lubi inne dzieci i że dobrze by się tam czuła, ale nie ma nic cenniejszego, niż patrzenie na to, jak dziecko uczy się chodzenia i reakcji na otaczający go świat. Kiedyś rzeczywiście trzeba będzie wrócić do pracy, ale masz jeszcze na to czas, nie zaśmiecaj sobie na razie tym głowy, ciesz się dzidzią i oczywiście trzymam kciuki, by pojawiło się rodzeństwo dla małej Różyczki ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Każdy powinien iść własną drogą. Nie rozumiem skąd ta presja na rozwój osobisty w pracy. Przecież można rozwijać się na wiele sposobów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak ja dobrze Cie rozumiem! Ostatnio zastanawiałam się gdzie chciałabym pracować, co robić gdy Antek pójdzie do przedszkola. I szczerze mówiąc nie wiem. Nie mam wymarzonej posady, pewnie przyjmę ta ofertę, która usatysfakcjonuje mnie finansowo. Na szczęście nie musze się spieszyć i mogę się cieszyć macierzynstwem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podpisuje się pod Twoim postem z przyklaśnięciem, gdybym mogła przyjąć etat " kura domowa " brałabym bez zastanowienia ( nie mylić z perfekcyjną panią domu ), niestety mnie sytuacja finansowa zmusza do podjęcia pracy po macierzyńskim.
    Nigdy nie czułam satysfakcji z wykonywanej pracy, nigdy nie szłam do pracy z radością, nigdy nie miałam szefa, którego mogłabym szanować i podziwiać. Nie pragnę sukcesów zawodowych, awansów, prestiżu. Męczą mnie ludzie z którymi jestem zmuszona wytrzymać osiem godzin, nie nadaję się kompletnie do towarzyskich pogaduszek. Jestem przerażona i gram w totka.
    Tak sobie myślę, że masz asa w rękawie - języki obce. Może jakieś tłumaczenie w domu, podobno ludzie się z tego utrzymują :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, najgorszy jest ten mus. :( To przykre, że w Polsce człowiek haruje po kilkanaście godzin dziennie, często jeszcze na umowę śmieciową i nie sposób utrzymać rodziny na jednej tylko pensji. :( W Toruniu jeszcze mamy ten komfort, że w miejskich żłobkach są miejsca, ale wiem, że nie wszędzie ludzie mają takie luksusy.

      Usuń
  8. Anonimowy22 maja, 2015

    Bardzo mądry post. Ja nie znoszę takiego stereotypowego myślenia, że młode kobiety, które chcą zostać z dzieckiem w domu są głupie, niewykształcone itd. Ja, będąc obecnie w 7. miesiącu ciąży, po roku pracy wcale nie rozpaczam, że nie przedłużono mi umowy. Też planuję dać sobie rok na pełnoetatowe macierzyństwo. Wiem, że tego czasu spędzonego z dzieckiem nikt mi nie odda...

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajnie móc sobie siedzieć w domu z dzieckiem, kiedy można sobie pozwolić na to finansowo.

    OdpowiedzUsuń
  10. Malo tak szczerych wypowiedzi mozna przeczytac. Wszedzie kariera, korporacje, rozwoj, ale tylko ten zawodowy. Kobieta w domu to zwykle ta gorsza w rozumienia spoleczenstwa, bo przeciez siedzi i nic nie robi. Sama skonczylam dwa kierunki, pracowalam zawodowo 2,5 roku, teraz jestem w domu prawie tyle samo i jest mi dobrze. Lubie dbac o porzadek, spedzac czas z synem, a niedlugo mam nadzieje z kolejnym maluszkiem. Owszem mysle ostatnio o sobie. Moze jakies kursy, moze jakis nowy pomysl na siebie, ale poki co stoje w miejscu i czekam... Moze po prostu to jeszcze nie ten czas.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. Moja mama całe życie zajmuje się domem i jest bardzo szczęśliwą kobietą, mamą i żoną. Miała ten komfort, by wybrać i nigdy nie żałowała decyzji. Jeśli masz taką możliwość i chcesz zostać w domu, zostań. Nie oglądaj się na oczekiwania innych. Ciesz się swoim życiem. Najważniejsze, byś to Ty była szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...