niedziela, 24 maja 2015

Wagowa paranoja



Z siatki centylowej wypadła Róża około piątego miesiąca. Przez chwilę dyndała na piętnastym centylu, nieco dłużej zawisła na trzecim. Upadek był jednak nieunikniony.

W pierwszym miesiącu Róża przybrała na wadze jak mały niedźwiadek – pełen kilogram, w kolejnym już tylko 300 gram, potem jeszcze mniej. Jako młoda, niedoświadczona matka, w której głowie głupia pielęgniara od pomiarów zasiała wątpliwości (o pielęgniarze i jej fatalnych pomysłach pisałam TUTAJ) oczywiście trochę się niepokoiłam. Zasięgnęłam jednak języka, popytałam, dowiedziałam się, że dla dzieci karmionych piersią WHO uzgodniła inne normy i siatki centylowe* i przestałam się słabymi przyrostami przejmować w ogóle. A wiedzieć musicie, że nieprzejmowanie się 13-to miesięcznym dzieckiem o wzroście 80 centymetrów, które waży 8 (słownie: osiem!) kilogramów i miewało zerowe przyrosty wagi w ciągu nawet kilku miesięcy to nie lada wyzwanie.

[*Siatki do pobrania TUTAJ. Te w książeczkach zdrowia i gabinetach lekarskich uwzględniają, nie wiedzieć czemu, żywienie sztucznym pokarmem.]

No bo o co się martwić? Dziecko rozwija się prawidłowo, jest wesołe i nie sprawia wrażenia jakby mu czegoś brakowało. Jest chude, owszem, ale czy chudość to zawsze coś złego? Poza tym dlaczego miałaby być grubsza? Jej rodzice są szczupli i nie tyją, mimo diety raczej niezbyt fit; są więc dobre geny. Ona sama natomiast jest w nieustannym ruchu: nie potrafi siedzieć w miejscu, nawet kiedy stoi, to bez przerwy podryguje, przebiera nogami, spalając tym samym wszystkie nadprogramowe kalorie. Dla świętego spokoju pediatra kazała zrobić morfologię – zrobiliśmy; wyniki są idealne. Czy naprawdę powinnam panikować, że masa ciała mojej córki nie przebiega dokładnie pomiędzy dwiema kreskami zaznaczonymi na wykresie?

Skąd w nas takie przywiązanie do ustalonych norm i tabelek? Skąd ta bezgraniczna ufność do czegoś, co napisał omylny człowiek albo, co gorsza, koncern spożywczy próbujący nam sprzedać to, co produkuje? Dlaczego nie wciskamy w siebie dodatkowego ziemniaka, kiedy nie jesteśmy już głodni, a zakładamy, że każde niemowlę wymaga dokładnie takiego samego traktowania i że to my wiemy lepiej czego potrzebuje?

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie kilka wpisów na innych blogach i forach. Część z nich czytałam jakiś czas temu, inne niedawno. Nie będę nikogo wytykać palcem, nie znam historii medycznej dzieci matek, które wpadły na głupie pomysły. Nie zmienia to jednak faktu, że włosy zjeżyły mi się głowie. Nie rozumiem postępowania niektórych ludzi i wydaje mi się, że świat bez nich byłby lepszy. A już na pewno szczuplejszy!

Pół biedy ze starszymi dziećmi. Wszechobecne suplementy diety, w których składzie znajdziemy wyciągi z porostu islandzkiego, miłorzębu japońskiego albo mojego ulubieńca – curcuma longa i które pomogą na wszystko, od wysokiego cholesterolu bo niespokojne nogi, a nawet jak mąż wkurza albo konar nie płonie, służą też pomocą „niejadkom”. Wszystko to raczej pic na wodę, bo te egzotyczne składy syropków i tabletek można pewnie o kant tyłka roztrzaskać, choć smutny jest sam fakt, że ktoś postanawia podać to dziecku. To, co przeraża mnie najbardziej to podobne praktyki w stosunku do niemowląt. Zaczyna się od noworodków, które zamiast 100 gram przybrały 80 i położnych, które głowy mają pełne nauk z lat ’60-tych i nakazują obowiązkowe dokarmianie malca sztucznym mlekiem. Niczym opowieść z horroru czytam, że czyjaś czteromiesięczna córka nie zjadła dokładnie takiej ilości papkowatego „obiadku” ze słoiczka ile „powinna” zjeść według zleceń producenta opisanych na etykiecie. Inna matka panikuje i szuka rozwiązania palącego problemu. Do tej pory waga jej syna utrzymywała się na poziomie pięćdziesiątego centyla. Niestety, ostatnio spadła do dwudziestego piątego; co robić?! Najokrutniejsze i tak bardzo smutne są jednak praktyki matek, które z powodów powyższych (często ze sobą skorelowanych) podejmują bezpośrednią ingerencję i podają niemowlęciu leki dla alergików, których skutkiem ubocznym przyjmowania jest wzmożone łaknienie, a tym samym przyrost masy ciała.

Aby w pełni wyrazić, co sądzę o pomysłach tego typu, musiałabym użyć zbyt wielu niecenzuralnych słów, więc ograniczę się do stwierdzenia, że według mnie za farmakologiczne ingerencje w organizmie zdrowego dziecka powinni odbierać prawa rodzicielskie, tak jak za głodzenie; te dwa rodzaje okrucieństwa wcale nie różnią się zbyt mocno. Najgorsze jest to, że w przypadkach, na które trafiłam dzieci były zdrowe i rozwijały się prawidłowo. Ich jedynym przewinieniem był delikatny spadek krzywej w tabelce (wciąż jednak utrzymujący się w normie!). Czy sztuczne sterowanie uczuciem głodu i sytości może przynieść jakiekolwiek pozytywne rezultaty? Jedyne, co gwarantuje to późniejsze problemy wagowe. Sprawa niepokoi tym bardziej, że to właśnie otyłość staje się bolączką współczesnych dzieci, która doprowadzić może w przyszłości do wielu poważnych chorób. Statystyki z każdym rokiem są coraz gorsze, coraz młodsze dzieci w coraz większej liczbie cierpią z powodu nadwagi i otyłości. Nie potrzeba jednak danych i statystyk, wystarczy przyjrzeć się spacerującym maluchom, wielu z nich daleko do chudzielców. A to dopiero początki!

Każda ingerencja w naturalnie rozwijający się proces, zwłaszcza u niemowlęcia, jest zła. Zarówno tuczenie na siłę jak i odchudzanie małych dzieci to okropny pomysł. Współcześnie jednak rzadko pozwala się dzieciom na podejmowanie żywieniowych decyzji, ufa się natomiast poradnikom i sezonowym specjalistom. Nieustannie mówi się o dietach-cud, które zapewnić nam mają zdrowie i długowieczność. Dzieci poddawane są jakimś dziwnym ograniczeniom i muszą najpierw przeczytać, czy to co spożyją jest bez glutenu, cukru, białka jaj kurzych i pochodzi z ekologicznego gospodarstwa (co sądzę o diecie bezglutenowej poczytać można TUTAJ), zamiast po prostu cieszyć się jedzeniem i dozować je sobie zgodnie z własnym instynktem oraz potrzebami. Posiłek musi być „zbilansowany” i zawierać doskonałe części ułamkowe określonego typu produktów.

Doskonale pamiętam swoje dzieciństwo – byłam typowym szczypiorkiem; wysoka i chuda, z żebrami przebijającymi nawet przez koszulkę. Rzadko bywałam głodna, od śniadania do kolacji wystarczała mi sucha bułka, czasami posmarowana śmietaną i posypana cukrem. Ukrywanie kotleta pod ziemniakami albo topienie klopsików w wazie z zupą w szkolnej stołówce opanowane miałam do perfekcji. Nigdy nie będę zmuszała swoich dzieci do jedzenia tego, na co nie mają ochoty ani w ilości większej niż potrzebują. Każdy, bez względu na wiek, ma prawo decydować o tym sam.


12 komentarzy :

  1. Anonimowy24 maja, 2015

    Ze wszystkim się zgadzam!!! Dokładnie ze wszystkim!!! Chyba nawet wiem o kim piszesz w jednym miejscu bo też ten blog podczytywałam, ale potem już nie mogłam bo głupota tej matki biła mnie w oczy. Mój synek jeszcze się mieści w siatce, ale bardzo nisko, a u chłopca to już w ogóle być chudzielcem jest trudno, bo dla nich wymogi są jeszcze cięższe. Ale skoro jest zdrowy, rośnie, ciągle kp, to nie widzę powodu żeby się denerwować.
    Bardzo podoba mi się Twój blog, poruszasz świetne tematy. Bardzo dziękuję!
    Mama Frania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję za takie miłe słowa! :)

      Usuń
  2. To, o czym piszesz jest delikatnie mówiąc przerażające! Większość dzieci, które widuje się teraz na ulicach, jest wręcz otyła. A wszystko przez nadopiekuńcze mamusie, które muszą wciskać dziecku na siłę. Wiadomo, nie można pozwalać, żeby dziecko nie jadło nic, ale też nie można w nie wpychać na siłę. Dorosłym nikt nie wpycha jak nie jedzą, bo nie mają czasu.
    Biedne dzieci, które mają takich rodziców. Ostatnio szczytem wszystkiego dla mnie, była reklama syropku nasennego dla dzieci, które nie potrafią zasnąć. Pewnie! Najlepszym sposobem będzie nafaszerowanie dziecka lekami, żeby spało jak zabite. Brawo za pomysł.
    Ja sama mamą nie jestem, a mnie to rozwala na łopatki. Dobrze, że są jeszcze na świecie mamy takie jak Ty, które rozumieją, że zdrowie dziecka nie zależy od tabelek i gadania babci, która wie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy24 maja, 2015

    Wydaje mi się, że są dwie różne rzeczy i nie do końca masz rację. Może być tak, że dziecko je bardzo dużo, ale rzeczywiście ma świetną przemianę materii, dużo się rusza i rzeczywiście nie tyje. Wtedy jest O.K., ale jeśli dziecko po prostu nie je to chyba trzeba je jakoś zachęcić, może nie lekarstwem dla alergików, bo to niezbyt rozsądne (chociaż to chyba lekarz musi przepisać?), ale przyjmując jakieś minimalne porcje, które trzeba zjeść. Tak uważam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś, w jakiejś mądrej książce (której źródła nie podam, bo sama nie jestem go pewna) przeczytałam, że żaden żywy, zdrowy organizm mający swobodny dostęp do pożywienia nie zagłodzi się ani na śmierć ani do poziomu powodującego chorobę. Dzieci także to dotyczy. Moja córka jest właśnie przykładem drugiego typu dziecka, o którym piszesz - je bardzo mało, a wyniki jej badań są wzorowe! Dlaczego powinnam jej wydzielać minimalne porcje, skoro nie ma na nie ochoty? Nadal pije bardzo dużo mleka i najwidoczniej to jest dla jej organizmu ciągle najlepsze. Niemowlęta (i ciężko tu postawić wyraźną granicę, bo sztywna data 12 miesięcy na pewno nie może być brana pod uwagę) powinny pić przede wszystkim mleko, a dzieci do 6 miesiąca wyłącznie mleko i żadne mililitry i porcje które "trzeba" zjeść nie mogą być brane pod uwagę. To, co pisałam dotyczyło takich właśnie maluchów. Chociaż ja uważam, że starszym dzieciom też nie należy niczego wmuszać, na pewno nie będą chodziły głodne, organizm sam się upomni o jedzenie.
      Leki pewnie z zalecenia lekarza, ale akurat pediatrzy to grupa do której mam najmniejsze zaufanie. Jedyne co potrafią to z każdej najmniejszej krosty na ciele wyczytać skazę białkową. ;)

      Usuń
  4. Widzę, że zachowywałaś się za dziecka, tak jak moja córka teraz. Ja zawsze byłam skalowa, moja siostra nie. Tak naprawdę nie patrzę na te wagowo-wzrostowe tabele. Moja córka wylądowała w szpitalu na grypę żołądkową - wyniki miała dobre (badanie krwi, moczu), nie wygląda jak tyczka i nie jest gruba, a lekarka stwierdziła, że ma niedowagę - niech mnie pocałuje w cztery litery. Każdy je ile potrzebuje - doprowadzić do otyłości nie jest trudno, gorzej się jej pozbyć. Moje dzieci jedzą wszystko i nie patrze na żadne rady.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ostatni akapit idealnie o mnie jak byłam mała :D Byłam chuda aż do liceum, kiedy nagle zaczęłam jeść.. i tak polubiłam jedzenie, że od tego momentu nie mogłam przestać i wszystko nadrobiłam ;] Każdy je tyle ile może, praktyki niektórych matek są przerażające..

    OdpowiedzUsuń
  6. Jako dziecko też byłam chudziutka, mało jadłam i byłam straszliwie wybredna. Też miałam opanowane ukrywanie kotletów i tym podobne praktyki. :) Nie ma co zmuszać dzieci do jedzenia, każdy ma inne potrzeby, a takie karmienie na siłę zawsze mnie denerwowało. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Moje dziecko z tych grubszych, a to dlatego, że waga urodzeniowa była bardzo wysoka. Biorąc pod uwagę czas to dużo nie przytył. Urodził się 4702 g teraz ma około 12,5 kg.

    Nie zmuszam go do jedzenia, nie chce okej. Da znać jak będzie głodny. Sama wiem po sobie, że jednego dnia wystarczy mi jogurt a drugiego dnia musze zjeść dwa kotlety

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem tak bardzo wyluzowana, że nie wiem co to siatki centylowe. To znaczy wiem, że są i wiem z matematyki, o co tam mniej więcej, ale na oczy takiej nie widziałam. Wagę moich dzieci kontrolują przychodnie- jeśli przytyło to dobrze, a jeśli nie, to nie jest źle. Jako dziecko wychowane na kluskach i pierożkach (i bardzo przy tym szczęśliwe) staram się nie powtarzać tego swoim dzieciom. W kwestii starszaka podobno mamy szczęście, bo jest podobno jedzący. Był czas, że on ledwo zjadał część porcji posiłku, a normy trąbiły o obiadku z dwóch dań dla kilkumiesięczniaka, to postanowiłam olać normy. A nasze młodsze to niby wszystko je, żarte jak nie wiem co, ale po posiłku okazuje się, że większość tego, co niby zjadło, leży na krzesełku. Mamy także babcie, które bardzo się przejmują każdym niezjedzeniem obiadu lub częściowym tylko zjedzeniem, ale ja jestem wyluzowana. Prawie zawsze się okazuje, że dziecko miało ważny powód by nie zjeść- na przykład nie lubi ziemniaków, coś było za suche, bolał ząb albo się wkurzyło.

    I też pamiętam o sobie jak to pakowałam mnóstwo do buzi i szłam wypluć albo pakowałam pod stołem do woreczka, albo jeśli byłam sama w kuchni to odkładałam mięso na patelnię- tyle że teraz jestem po drugiej stronie barykady i wkurza mnie strasznie wielki proceder marnowania jedzenia przez dzieci. Najgorzej jest jak taki deklaruje, że chce, bierze pełno i po wystygnięciu, gdy jedzenie przestaje być atrakcyjne dla rodzica, stwierdza, że się najadł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To u nas w przychodni by takie luzactwo nie przeszło! Zawsze jesteśmy informowani, że mało, że źle i jak niski centyl i nawet nam do książeczki wpisują! Żeby w domu o tym podumać.

      Usuń
  9. Anonimowy30 maja, 2015

    Jestem właśnie taką ofiarą położnych, które po porodzie karmiły synka butlą. On w nocy płakał, a one jakby to była oczywista sprawa stwierdziły że przecież jest głodny i butla. Następnego dnia przybrał trochę mniej niż powinien i znowu butla, na kontroli domowej to samo. Ja wtedy nie miałam siły, nie wiedziałam tyle, ile wiem teraz i na to wszystko pozwalałam. Później bardzo ciężko walczyłam o przywrócenie laktacji, ale w końcu się udało i karmię piersią już ponad rok. :-) Dużo się nasłuchałam przykrych słów ze strony służby zdrowia o nieidealnym przystawaniu do siatek centylowych, nagłych spadkach wagi, ale na szczęście się trzymałam. Mam zdrowe i szczęśliwe dziecko, a to jest najważniejsze. :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...