sobota, 11 lipca 2015

Nagrody to nie wszystko. "Cześć, wilki!" Dorota Kassjanowicz

Cześć, wilki!
Dorota Kassjanowicz
Wydawnictwo Dwie Siostry
Stron: 228
Wiek: 8+

Łasa jestem na nagrody, oj łasa. Nike, Noblem i innymi wyróżnieniami można mnie kupić. Kupiła mnie więc debiutancka powieść Doroty Kassjanowicz „Cześć, wilki!”, która zdobyła tytuł książki roku 2014 w konkursie Polskiej Sekcji IBBY. Okazuje się jednak, że nagrody to nie wszystko.

Jedenastoletni Filip to chłopiec o bardzo bujnej wyobraźni. W swoim pokoju zwiduje dziwne stwory, a podczas jazdy na rowerze wita się z przyjaznymi wilkami. Ponieważ trwają wakacje, a rodzice nie są zainteresowani niczym, poza własną pracą, coraz częściej odwiedza swoją ciotkę – pisarkę, aby odkrywać własny talent.

Całe mnóstwo rzeczy irytuje mnie w tej książce. Po pierwsze, nie lubię pisarzy, którym wydaje się, że jeśli tworzą książkę dla dzieci, to mogą pozwolić sobie na schematy i uproszczenia. Tych jest tu natomiast bez liku. Fabuła jest niezwykle przewidywalna i w zasadzie od początku wiadomo w jakim zmierza kierunku. Poza tym jest nudna. Filip jako pisarz nie zachwyca i jedyne, co wywołuje, to ziewanie. Cały dramatyzm tej opowieści opiera się na tym, że wyrodni rodzice zabrali chłopcu komputer z pokoju (bardzo słusznie zresztą, bo potrzebowali go do pracy, a Filip, zgodnie z ich stanem wiedzy, całe dnie spędzał na buszowaniu po internecie i graniu w strzelanki). Chodzi więc chłopak zmartwiony i niespokojny, ponieważ nie ma gdzie pisać. Ma czas na przemyślenia, nie przychodzi mu jednak do głowy, żeby wziąć kartkę i długopis. To by chyba było zbyt retro...

Postacie są jednocześnie płaskie i karykaturalnie przerysowane. Dorośli dzielą się na dobrych (ciotka) i złych (rodzice). Podział jest bardzo oczywisty, wręcz czarno-biały. Zwłaszcza rodzice chłopca to kompletny niewypał. Nieustannie zajęci są swoją pracą, ciągle zmęczeni, niezadowoleni, sfrustrowani i pokłóceni. Sytuacje z ich udziałem są skrajnie nieprawdopodobne. Ojciec niesłuchający swojego syna tak bardzo, że na wieści o padającym z nieba śniegu z kapustą i dziwnych zachowań kalarepy odpowiada tylko „taaaak” mógłby pojawić się w marnej kreskówce, ale nie w prawdziwym życiu. Myślę, że przeciętnej inteligencji czytelnik nie potrzebuje aż takich dosłowności, żeby zrozumieć z jakim typem człowieka mamy do czynienia. Ale nie! Rodzice Filipa to postaci jednowymiarowe, bez żadnych pozytywnych cech.

To nas prowadzi do kolejnego zarzutu wobec powieści, a jest nim nachalny dydaktyzm, czyli coś, czego nie znoszę (zwłaszcza w literaturze dla dzieci!). Lubię, kiedy literatura pokazuje dobre wzorce. Będą nimi mama Basi (KILK!), mama Tsatsikiego (KILK!) i ciabcia Majki z powieści Szygielskiego (o których wkrótce). Te wzorce są dobre, bo one po prostu są i swą postawą świecą przykładem. Kiedy jednak postawę dobrą (ciocia Agnieszka) zestawia się z wymagającą nagany postawą mamy chłopca, która kłóci się z ojcem, marudzi, że jej syn nie zjadł kanapki z szynką, zdrabnia imię Filipa i najgorsze ze wszystkich – w niedzielę woli poleżeć na kanapie zamiast jeździć na rowerze – wtedy właśnie zaczyna się dydaktyzm. Mnie, jako czytelnika, sprowadza to do poziomu kretyna, który nie potrafi sam rozróżnić postaw nagannych od pożądanych. Zwłaszcza, że w moim odczuciu największą winą matki chłopca zdaje się być to, że jest księgową, a nie jakąś artystką i zajęcie to jest dla niej źródłem utrapienia. Stoi w wyraźnej opozycji do swojej siostry – twórczej i zrelaksowanej pisarki. Daje nam to jasną naukę, że wszyscy możemy być pisarzami i w ogóle wykonywać pracę, którą kochamy, a kasy w Biedronce obsługiwać się będą same. Te dwie skrajne postawy są ze sobą nieustannie porównywane i konfrontowane. Jakbyśmy nie zrozumieli po pierwszych dziesięciu razach, to mamy jeszcze pięćdziesiąt kolejnych przypomnień. Poza tym nie polubiłam zarozumiałej ciotki Agnieszki i stawianie jej za wzór po prostu mnie wkurzało.

Nie mogę przestać porównywać powieści z czytanym niedawno „Tsatsikim” (KILK!). To dwie zupełnie różne książki, choć skierowane do czytelnika w podobnym wieku. Tamta bez wielkich słów i zbędnych morałów potrafiła przekazać tak wiele pozytywnych wartości. Pamiętam, że swego czasu próbowałam je nawet spisać, ale się nie udało; było ich zbyt wiele, żadna niewyrażona wprost. Tutaj przesłanie widoczne jest aż za bardzo, a każda nauka, której przekazanie należy do misji autorki – powtórzona wprost kilkukrotnie, na dodatek najczęściej w postaci coelhizmów. Skoro już przy tym jesteśmy, to dodam, że warstwa językowa też nie zachwyca; dialogi wołają wręcz o pomstę do nieba.

Rozczarowana jestem tegorocznym werdyktem jury, bo zamiast kawałka dobrej literatury dostałam powieść marną, mniej nawet niż przeciętną. I tak, wiem, że nie należę do jej grupy docelowej, ale prawda jest taka, że jak coś jest dobre, to grupy docelowej wcale nie potrzebuje.

1 komentarz :

  1. Tak to już jest, że książki muszą się wkupić w gusta Jury, a te bywają różne. Możliwe, że książka jest bardzo dobra, ale dla krytyka literackiego z popularnej gazety, a niekoniecznie dla zwykłego czytelnika. Werdykty Jury w różnego rodzaju festiwalach bywają często zrozumiałe tylko dla jej członków. Tej książki nie będę polecał matkom z mojej rodziny. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...