środa, 1 lipca 2015

Tsatsiki-Tsatsiki



Pięć tomów, cztery lata z życia chłopca. Książki będące mocnymi kandydatkami do najlepszych, jakie przeczytałam nie tylko w tym roku, ale w całym życiu. Nie sądziłam, że jakakolwiek książka może bez zadęcia poruszać ważne tematy i przekazywać tak wiele pozytywnych wartości, nie moralizując przy tym swojego czytelnika w najmniejszym nawet stopniu. Ale może!

Książki o Tsatsikim nie mówią o wielkich i ważnych sprawach. To zapis szkolnej i wakacyjnej codzienności chłopca, jego przyjaciół i niekonwencjonalnej rodziny. Sytuacje, choć na pierwszy rzut oka wydają się sięgać poziomu absurdu, okazują się bardzo bliskie każdemu dziecku. Tsatsiki to chłopiec bezkompromisowy. Jego spostrzeżenia na temat świata i relacji międzyludzkich są do bólu trafne. To takie igiełki, które każdy podświadomie czuje, ale zazwyczaj nie ma śmiałości ich nazwać nawet we własnych myślach. Dziecko nie ma barier; nie wstydzi się i ma w nosie, że czegoś nie wypada.

Czuć Szwecję w tych książkach, przebija zza liter i widać ją nawet na wypukłościach druku. Jest przy tym tak różna od tego, co w Polsce znane! Oto w książce dla dzieci pojawia się ateizm, nagość (penis ojca, kto to widział!), homoseksualizm, samotna matka z synem będącym pamiątką pewnych greckich wakacji (na dodatek mająca czelność być szczęśliwą!), śmierć, poród i karmienie piersią, robienie kupy i brudne majtki (sic!), problem rasizmu. Co najważniejsze, żadna z tych rewelacji to nie kontrowersja, o którą warto zaczepić fabułę ani tym bardziej nośny temat do dyskusji. To po prostu elementy codzienności tak doskonale wkomponowane między szkołę, przyjaciół, McDonalda i lody z dziadkiem, że ledwo zauważalne. Dziwiło mnie to wszystko niezmiernie i zachwycało coraz mocniej. Dużo bardziej utożsamiam się z tym, co napisała Joanna Bator w „Wyspie Łzie” (KLIK!) – „bo jestem w końcu z Polski i moje oko bezbłędnie namierza krzyże, jak zaprogramowany na ten kształt obiektyw automatycznego aparatu.” (s. 122) Kto by się więc spodziewał, że w książce dla dzieci to nie morały, ale takie lubieżności będą wiodły prym? Przykre zamyślenie mnie też dopadło, kiedy uświadomiłam sobie, że daleko nam jeszcze do Szwedów, daleko. W Polsce można co najwyżej obrazić kogoś tęczową Matką Boską. A jak się jeszcze pomyśli, że pierwsza część przygód Tsatsikiego ukazała się w Szwecji w 1995 roku, to już w ogóle...

Choć wiele mądrych słów pada w książkach Moni Nilsson (naprawdę, nie powstydziłby się ich nie taki znowu drugorzędny, starogrecki filozof), to Tsatsiki przede wszystkim bawi. Pierwsze dwa tomy (najlepsze, moim zdaniem), to historie o dziecku. Humor w stylu „Mikołajka” kipi tu z każdej strony. Percy Jackson i jego Greccy Bogowie (KLIK!) śmieszyli mnie chyba jeszcze mocniej, ale Tsatsiki ze swoimi kosmicznymi pomysłami, trafnymi uwagami i talentem do znajdowania się w dziwnych sytuacjach też rzadko pozwalał zachować powagę. Od trzeciego tomu charakter książek nieco się zmienia i coraz bardziej zaczynają one poruszać kwestie związane z dorastaniem, odkrywaniem płci przeciwnej. Wciąż jest zabawnie, wciąż jest rewelacyjnie, ale jednak trochę inaczej.

Jest też Mamuśka. Kiedy przeglądam w pamięci literackie matki idealne, to przed oczami mam oczywiście kolejne pokolenia lepiących pierogi Borejkówien (Musierowicz), mamę Basi (KLIK!) i od niedawna także Mamuśkę. „Idealna” oczywiście w dużym cudzysłowie. Mamuśka gra na basie w zespole punkowym. To osoba ekscentryczna, impulsywna, ktoś mógłby ją nawet nazwać dziwną (kto z miłości do ogórka w jogurcie nazywa swojego syna Tsatsiki-Tsatsiki?!). Przy okazji słucha i szanuje swoje dziecko, nie jest jego zwierzchnikiem, ale partnerem. Kocha syna bezwarunkowo, pozwala mu podejmować decyzje i nie ma monopolu na bycie nieomylną. Trudne to zadanie, ale chciałabym być taka jak ona.

Po zamknięciu ostatniego tomu rozbeczałam się nie na żarty. Nie dlatego, że zakończenie było smutne, ale dlatego, że zawsze żal mi kończyć dobre lektury. Świadomość, że oto skończyłam serię wyjątkową, taką, której długo nic nie dorówna – też nie pomaga. Tsatsikiego trzeba przeczytać, co do tego nie mam wątpliwości. Dzieci (6+) będą miały ubaw po pachy i pokochają literaturę, rodzice nieco inaczej spojrzą na swoje potomstwo, być może przypomną sobie niektóre dziwne rzeczy, które robili, kiedy sami byli dziećmi (ja, o zgrozo!, przypomniałam sobie). Żałuję, że to już koniec, bardzo żałuję. 



Autorka – Moni Nilsson – w 2010 roku uhonorowana została nagrodą im. Astrid Lindgren. 




Tsatsiki i Mamuśka
Tsatsiki i Tata Poławiacz Ośmiornic
Tylko Tsatsiki
Tsatsiki i miłość
Tsatsiki i Retzina
Moni Nilsson
Wydawnictwo Zakamarki
Stron: 130-160
Wiek: 6+
 

Koniecznie przeczytaj też: 


9 komentarzy :

  1. Bardzo cenię sobie szwedzką literaturę, tak dla dzieci jak i dla dorosłych (zdarzyło ci się rzucić okiem na kryminały Mankella albo trilery Larssona?). Ma swój niepowtarzalny klimat i rzeczywiście jest inna niż nasza czy bardziej nam bliska pruderyjna literatura brytyjska. Zasadzam się już na Tsatsiki, wpisany na listę ^_^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie skandynawskie kryminały, które miały być takie świetne to dla mnie wielkie rozczarowanie. Zwłaszcza Larsson, czytałam tylko pierwszy tom, ale myślałam że umrę z nudów. Ostatnio jednak zabrałam się za coś innego ze Szwecji - "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknąl" i to jest rewelacja!!!
      No i literatura dla dzieci. To, że jest świetna wiedziałam już oczywiście jako dziecko czytając Lindgren, ale teraz, kiedy odkrywam kolejne książki wyd. Zakamarki - jestem po prostu w jakimś literackim niebie. ;)

      Usuń
    2. Larsson zachwycił mojego tatę, ja też ugrzęzłam na początku drugiego tomu, on natomiast pochłonął wszystkie, a nie czyta specjalnie wiele :D Natomiast Mankell mi się podoba, u niego akcja również toczy się nieco powolnie (to chyba już taki skandynawski styl i ich natura ^_^ ), natomiast historie są ciekawsze i bardziej wciągające. A Stulatek obił mi się gdzieś jakoś o uszy, nie mam pojęcia gdzie, w każdym razie poczytam o nim i może się też skuszę.

      Usuń
  2. Coś całkiem odmiennego od tego co znamy :) sama chętnie to przeczytam, serio! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurde, jak tak czytam o tych książkach, nie mogę się doczekać, aż będę miała dziecko, by mu je czytać! I mam tak przy każdej polecanej przez Ciebie pozycji :D. (Wiem, że mogę przeczytać je i bez dziecka, ale odczuwam wewnętrzną potrzebę dzielenia się tą - nieznaną mi jeszcze - mądrością).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale rozumiem to uczucie, bo sama je miałam na długo przed posiadaniem dziecka. Tyle, że ja juz wtedy czytałam. Zresztą taki Tsatsiki, no nijak nie mogę tego podczepić pod moją roczną Różę. :D

      Usuń
    2. U mnie to bardziej kwestia kupowania (poza dzieleniem się wiedzą, bo - jak sama mówisz - czasem wiek nie jest odpowiedni xD)... Do kupienia potrzebuję sensownej wymówki - do czytania niekoniecznie :D. A czytanie ebooków książek dla dzieci to już jakaś perwersja :D.

      Usuń
  4. Książki nie dla mnie, także spasuję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakieś dwa lata temu przypadkiem w naszym domu pojawiła się książeczka "Tsatsiki i Tata Poławiacz Ośmiornic" . Z myślą, że będzie "na później". Ale jak się okazało przypadła do gustu Oli (wtedy lat około 5). A Dominik (wtedy lat około 3) i Kajtek (wtedy 1.5 roku) słuchali "przy okazji" wieczorem przed snem. I tak do dziś bardzo lubimy ją czytać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...