sobota, 1 sierpnia 2015

Karmienie piersią, czyli o tym, dlaczego jestem laktoterrorystką



Tego artykułu powinno w ogóle nie być; karmienie piersią nie powinno być tematem debaty, ono po prostu powinno być. Stało się tymczasem alternatywą, tylko jedną z dostępnych opcji. A skoro dyskusja się toczy – i ja biorę w niej udział.


Artykuł ten zaczęłam pisać jakiś czas temu. Kiedy jednak dobrnęłam do dziesiątej strony maszynopisu zdałam sobie sprawę, że absolutnie nikt nie przeczyta takiego długiego posta. Dzielę go więc na części i publikować będę w ramach cyklu oscylującego wokół karmienia piersią. Dziś część pierwsza – klasyfikacja, wprowadzenie i moje poglądy.

Obserwując internet, fora i blogosferę zauważyłam, że ze względu na stosunek do karmienia piersią, matki można podzielić na trzy główne grupy:

1. Laktoterrorystki
Kobiety, które nie dopuszczają w ogóle możliwości, że istnieje życie bez mleka matki. Swoje dzieci najczęściej chciałyby karmić do 18 roku życia, w sieci często licytują się, kto karmił dłużej. Mleka używają nie tylko jako pokarmu dla niemowlęcia, to także panaceum na wszelkie zło i choroby (każdą wysypkę , oparzenia, wypryski każą smarować „swoim mleczkiem”, jedna kiedyś polecała dodawać do kawy – true story!). W przestrzeni internetowej są agresywne i napastliwe; obrażają każdego, kogo zdanie na temat karmienia jest choć odrobinę inne od ich własnego.

2. Szwajcarie
Termin, z braku innego, wymyślony ad hoc.
Grupa bardzo liczna. Osoby wybitnie neutralne. Jednak ich neutralność nie polega na zachowaniu milczenia i nie wtrącaniu się do dyskusji. Wręcz przeciwnie! To osoby bardzo aktywnie biorące udział w debatach i niemal programowo nawołujące do zaprzestania wojen, do wzajemnego szacunku. Głoszą hasła, że wszystkie jesteśmy tak samo dobrymi matkami i że to bez znaczenia czym dziecko się żywi, ważne, że najedzone i szczęśliwe, a także „szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko”. Szwajcariami mogą być mamy karmiące piersią, jednak najczęściej są to kobiety, które próbowały karmić naturalnie, ale z jakichś powodów (bolące i poranione sutki, „chude mleko”, „nie najada się”, „brak pokarmu”; temat rozwinę w kolejnym wpisie) zaprzestały karmienia tłumacząc się tym, że przecież próbowały i „uwierzcie, nie zawsze jest tak łatwo”.

3. Matki mm
Świadomie i z premedytacją karmią swoje dzieci mlekiem modyfikowanym. I tu mamy dwie grupy. Pierwsza z nich zaczynała naturalnie, ale z pewnych powodów przeszła na pokarm sztuczny. W przeciwieństwie do grupy opisanej powyżej nie zasłaniają się chudym mlekiem; kobiety te nie lubiły karmić, sprawiało im to dyskomfort, nie miały na to czasu, marzyły o przespanych nocach itp. Druga grupa matek mm to kobiety, które już będąc w ciąży założyły, że karmić nie będą i konsekwentnie trzymają się swojego postanowienia. Ich koronnym argumentem jest „sama wychowałam się na mm i żyję” albo w formie silniejszej „pierwsze dziecko od początku karmione było mm – żyje, jest zdrowe i szczęśliwe”. Przytaczają też argumenty przemawiające za ich opcją, takie jak: przespane noce, wygoda. Uważają się za kobiety wyemancypowane i nowoczesne, które nie poddają się rytuałom tak pierwotnym jak karmienie dziecka własną wydzieliną. Energię skupiają na samotnych, swobodnych wyjściach, którymi się bardzo chlubią. Co ciekawe, w przeciwieństwie do swoich oponentek – laktoterrorystek – rzadko bywają agresywne.

Ja znajduję się gdzieś pomiędzy laktoterrorystkami a Szwajcariami, chociaż bliżej mi do tych pierwszych, i gdybym musiała znaleźć nazwę dla swojej postawy, to nazwałabym się laktoentuzjastką. Bycie Szwajcarią przede wszystkim uniemożliwia mi to idiotyczne i uparcie powtarzanie przekonanie, że „nieważne co dziecko je”. Otóż ważne! Chyba najważniejsze. Nie utożsamiam się jednak z laktoterroryzmem w pełnym zakresie. Rzadko wdaję się w dyskusje (poza tym tu wpisem), nie atakuję i nie obrażam, chociaż wewnętrznie zawsze oceniam i zawsze swoje myślę. Drażni mnie ta napastliwość. Jakiś czas temu na fejsbukowej grupie dotyczącej karmienia piersią (bardzo skądinąd pomocnej) zadałam pytanie na temat nocnego odstawienia od piersi; Róża budziła się co pół godziny, sytuacja stała się nieznośna. Dostałam wówczas wiele pomocnych rad i wskazówek, pojawiło się też jednak sporo mądralińskich głosów, że o takich rzeczach to mogę sobie zacząć myśleć jak moje dziecko będzie miało... trzy lata. Haha!!! :) Kolejnym odstępstwem na rzecz opcji wyśrodkowanej są moje własne chęci. Chociaż nadal karmie piersią swoją piętnastomiesięczną córkę, to gdyby ta okazała w temacie choć odrobinę wsparcia – chętnie bym już przestała.

Czym jest dla mnie karmienie piersią?

Podstawą macierzyństwa, jego nieodłączną i niezbywalną częścią; tak, tu przebija laktoterroryzm. Mleko to najlepsze i tak naprawdę jedyne, co mogę dać mojemu dziecku tylko ja. Karmienie dziecka to całkowicie naturalny obowiązek, który przydzieliła mi natura. Daleka jestem od idealizowania karmienia piersią jako czynności, oblekania jej w mistycyzm. Owszem, bywają chwile i okresy, kiedy bardzo to lubię, jednak nigdy nie zdarzyło mi się poczuć dzięki temu „magicznej więzi” z córką. Po wielu miesiącach nieudanych prób złapania kontaktu i patrzeniu sobie w oczy karmienia stały się dla mnie przede wszystkim intymnymi momentami z książką albo komputerem.

Nie da się jednak zaprzeczyć jednemu – mleko matki jest dla dziecka idealne i choć matki mm przekonują, że w ich syntetycznych mieszankach jest „wszystko, czego potrzeba”, to nie wierzę, że można tak naprawdę sądzić. Nie będę się rozpisywać nad zaletami prozdrowotnymi naturalnego karmienia, bo są one chyba dla wszystkich oczywiste. (Dla kogo nie są: KLIK lub KILK). 



Koniecznie zerknijcie też na to: 

Kliknij, aby powiększyć; źródło
I do poczytania: KLIK!

Czy to się komuś podoba czy nie, jest mleko matki tym, co się dziecku należy i żadne zamienniki nie zastąpią mu tego eliksiru życia. Karmienie to, według mnie, obowiązek każdej matki, przynajmniej na początku. Okres ten dla każdego będzie inny; dla mnie na przykład wyznacznikiem był moment, kiedy będę mogła podać córce zamiennik, czyli zwyczajne mleko krowie, a nie mm (granica ta, według mądrych ekspertów od żywienia przebiega około roku), później jednak wiadome było, że na roku to się nie skończy.

Karmienie piersią nie jest łatwe, zwłaszcza początki okazują się trudne, czasami o mleko trzeba walczyć. Karmienie bywa męczące, a złote wizje świętego spokoju opisywane przez matki, które przeszły na mm – najczęściej prawdziwe. To jednak nie są wystarczająco dobre powody. Zdaję sobie sprawę, że moja postawa jest nieco cierpiętnicza. Boli czy nie boli, zmęczona czy nie – karm. Tak to jednak widzę. Owszem, zmień to, co Ci przeszkadza, nie musisz karmić ze łzami w oczach tylko dlatego, że „dziecko tego potrzebuje”; poszukaj pomocy i spraw, żeby karmienie było wygodne przede wszystkim dla Ciebie, ale nie rezygnuj! Wychodzę z założenia, że to ja jestem na tym świecie dla dziecka, a nie dziecko dla mnie i moim zadaniem jest dać maluchowi to, co dla niego najlepsze. Nie, przez wiele miesięcy nie będziesz się wysypiała (choć zdarzają się wyjątki), nie napijesz się alkoholu i nie oddalisz się od niemowlęcia na dłużej niż kilka godzin, ale czy pół roku, rok w skali życia Twojego i Twojego dziecka to naprawdę tak dużo? Czy nie można w tym okresie pozwolić sobie na ustępstwa, a nawet poświęcenia i rezygnację z pewnych przyjemności? Zwłaszcza, jeśli ceną jest zdrowie maluszka. Gdybym chciała mieć święty spokój to nie zdecydowałabym się na dziecko. Dla mnie macierzyństwo to praca na pełen etat, a bycie matką traktuję nieco zadaniowo. Wykarmienie dziecka to jedno z zadań, które powierzyła mi natura i muszę się z tym liczyć. 


Podobno w naszym społeczeństwie istnieje duża presja, aby karmić piersią. Ja tego nie zauważyłam. Coraz więcej kobiet zakłada jedynie, że będzie karmić „o ile się uda”. Epidemia „braku pokarmu” i innych tym podobnych przypadłości szerzy się natomiast jak zaraza. Wiele kobiet rezygnuje już na wstępie. Mówią, że nie chcą się czuć jak dojne krowy, spotkałam się nawet z panią, która z niejaką chełpliwością zauważała, że karmienie piersią jest obrzydliwe (ale czego się brzydzić? własnych piersi? swojego dziecka?!). Powiem to szczerze i wprost, choć postawa jest dość radykalna i na pewno nie spodoba się wielu osobom. Nie uważam, że sposób karmienia jest bez znaczenia i że wszystkie jesteśmy super bez względu na to, co robimy. Bo jeśli kobieta od początku stawia swój czas, wygodę, czy (o zgrozo!) cycki ponad własne dziecko, to coś tu chyba jest nie tak. Równie naganna jest dla mnie rezygnacja z karmienia po kilku zaledwie dniach „bo boli” albo „bo płacze”. Wiedząc jak ważne dla rozwoju dziecięcego organizmu jest karmienie piersią – to zwyrodnialstwo i zabieranie dziecku tego, co dostać powinno. Jeśli natomiast z zadowoleniem wylicza się każdą syntetyczną witaminę ze składu sztucznego mleka wierząc, że jest to rzeczywiście „wszystko to, czego potrzeba” – jest to głupota.

Bo tym jest właśnie mleko modyfikowane – paszą, „suplementem diety”, sztuczną chemią w proszku wzbogaconą w syntetyczne, trudno przyswajalne witaminy; wymyślone by ratować dzieci, które naprawdę nie mają innej możliwości żywienia. Owszem, zapewni dziecku tak zachwalane przez matki mm życie i względne zdrowie (choć podatność na infekcje będzie znacznie większa); organizm poradzi sobie z największym syfem i przetrwa bez choćby kataru żywiąc się jedynie zupkami chińskimi. Do czasu; długofalowe konsekwencje w końcu się ujawnią. Słusznie zauważył Frank Oski – słynny amerykański pediatra i autor licznych książek z tej dziedziny: karmienie mlekiem modyfikowanym to najdłużej trwający w historii medycyny niekontrolowany eksperyment, na który nie wyrażono świadomej zgody.* Nigdy, przenigdy nie dałabym tego swojemu dziecku.

[*Formula feeding is the longest lasting uncontrolled experiment lacking informed consent in the history of medicine.]


W kolejnym odcinku cyklu: Powody i „powody”, dla których kobiety nie karmią piersią. Ostateczne rozliczenie!

Tymczasem zapraszam do dyskusji! 



Druga część cyklu: Powody i "powody" dla których kobiety nie karmią piersią


16 komentarzy :

  1. Powiem tak, zgadzam się w pełnej rozciągłości z tym, że mleko matki jest dla dziecka najlepszym, co tylko może ono otrzymać i według mnie każda mama powinna zrobić wszystko, co w jej mocy, żeby swoje dziecko wykarmić. Nie rozumiem kobiet, które się tego brzydzą, albo nie chciały nawet spróbować, boli mnie strasznie jak słucham opowieści o wyciekającym mleku, które niektóre kobiety blokują lekami, bandażami czy czym tam jeszcze. Ale nie lubię zabierać w tym temacie głosu, dlatego sama o tym posta nie napiszę. Bardzo lubię kobiety wyważone, nie próbujące oceniać, a doradzają, to bardzo cenne. Sama skorzystałam z wielu takich rad i bardzo za nie dziękuję. Dla mnie każdy dzień karmienia piersią był najcenniejszą rzeczą pod słońcem. Mleka modyfikowanego nienawidzę czystą nienawiścią. Musiałyśmy na nie przejść, ale nie będę wdawać się w szczegóły. Z chwilą, w której poniosłam porażkę na polu mleka, postanowiłam dać mojej córce kredyt na całe życie w postaci dobrych nawyków żywieniowych, w postaci zdrowych posiłków stałych i przyjaznego rozszerzania diety. Uważam, że zrobiłam i nadal robię kawał dobrej roboty, cokolwiek by o tym inni nie mówili :)
    Post ciekawy i podejrzewam, że z równym zainteresowaniem przeczytam następne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że robisz! :) Walczyłaś i to jest najważniejsze. Niestety bardzo często czytam o jednodniowych "walkach", które szczęśliwie kończą się niepowodzeniem. :(

      Usuń
  2. Świetne podejście - Twoje. Masz rację, to po prostu nasz naturalny obowiązek. A ja podchodzę do tego bardzo idealistycznie jednak i oblekam - jak napisałaś - w mistycyzm :) Miałam przy karmieniu wiele chwil naprawdę wielkich wzruszeń. Myślę sobie, że jest to jedna z najcudowniejszych rzeczy, jakiej w życiu mogę doświadczać. Taka już jestem, egzaltowana ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ja też bym bardziej idealizowała, gdyby nie kilka ostatnich miesięcy, kiedy bardzo częste karmienia i wręcz agresywne się domaganie ich stały się naprawdę męczące; zatarło to trochę moich najlepszych wspomnień. Też miałam kilka wzruszeń, ale dosłownie: kilka. Znacznie silniej zawsze oddziaływały na mnie głaskanie, buziaki, przytulasy. :D

      Usuń
  3. Bardzo ciekawe przemyślenia i w sumie zbliżone z moimi.
    Ja nie miałam "problemów" z karmieniem, fakt córka musiała się ostro namęczyć aby mój organizm na dobre rozpoczął produkcję, bo poszło dopiero w 3 dobę po cesarce, ale nie żałuję tej walki - po prostu nie wyobrażałam sobie tego inaczej. Karmiłam 8 miesięcy, planowalam pół roku, potem rok, ale wyszło jak wyszło. I nie wiem, ale zakładam że tak, że to dzięki naturalnemu karmieniu moje dziecko brało w życiu tylko 2 razy antybiotyk i to dopiero koło zerówki. Mimo styczności z wiecznie chorymi, starszymi dziećmi Gocha zawsze świetnie się miała, ba! nawet celowo spotykałam się z "nosicielami" aby co ważniejsze choroby (typu ospa) przeszła jak najwcześniej - nie udało się :) albo były bezobjawowe.
    Co do długości karmienia? To indywidualna sprawa, ale dla mnie karmienie 5 latka ( w tym wieku przestała moja młodsza siostra) jest lekką przesadą - to już nie jest posiłek i nie dostarcza już dziecku niczego co może ono otrzymać z zewnątrz. Pozostają TE momenty, cięzko z nich zrezygnować, wiem bo choć czasem narzekałam na mojego cyckowego wisielca, to jednak płakałam kiedy przestała o nie wołać.
    Inne mamy? Nie rozumiem tych które tego nie robią, spotkałam się z wieloma które odebrały to dzieciom, bo a to "mało pokarmu" , a to "nie takie" sutki - a moim zdaniem albo im się nie chciało, albo jeśli rzeczywiście problem istniał to nie poprosiły o pomoc. O pokarm, fakt, czasami trzeba powalczyć, ale moim zdaniem największy problem z karmieniem, to nieumiejętność przystawiania do piersi. Dla jednych to bardzo naturalne, od razu zgrywają się z dzieckiem, inne mimo zapału, robią to źle i potem wychodzi jak wychodzi, ona ma nerwy, wszystko poranione,a dziecko głodne się wydziera ... i jest po karmieniu.
    Myślę, że gdyby nie było wygodnej alternatywy, okazałoby się, że te wszystkie problemy to margines - bo że bywają to wierzę, ale często z błahych i do rozwiązania urastają do takich nie do pokonania, a szkoda.

    Pzdr Ulka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno znajdzie się wiele takich, którzy powiedzą, że ich dzieci po mm też nie chorowały i w drugą stronę zdarzą się wyjątki, ale to już nie gdybanie, tylko wiedza potwierdzona naukowo - kp buduje odporność na całe życie. Róża nigdy nic nie miała, prawdziwy chrzest bojowy przejdzie we wrześniu, w żłobku. :)
      Tak, tak! Przystawienie do piersi i co się z tym wiąże - często brak jakiejkolwiek pomocy w szpitalu. Do tego bardzo wiele zabobonów typu "moja babcia i mama nie miały pokarmu, więc ja na pewno też nie będę miała". Następnym razem o tym też! Bo tak naprawdę karmić nie może 2% kobiet. Tylko 2%! A problemy nie do przejścia ma co druga. :(

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja klasyfikuję siebie gdzieś pomiędzy laktoterrorystką a matką mm. Szwajciaria się atrakcyjnie nazywa, ale ja uwielbiam hejt oraz pławienie się w ignorancji i nie miałabym nic przeciwko mm (słyszałam, że jest pełne chemii, ale to nie mój problem). Skoro jednak już karmię tą piersią, to buduję wokól tego swoją dumę. Mam koleżankę, która rodzila później niż ja i już nie karmi i ma taaką figurę. Albo pediatra nasza zapisała leki naszym kaszlącym dzieciom. Ursusowi zapisała dodatkowo coś na odporność (nie zapytawszy w ogóle czym on się żywi), to ja tego na odporność nie kupowałam, taka nadęta jestem. Albo taki rotawirus... Starszak wylądował w szpitalu, Mąż, teściowa i babcia też ciężko przechorowali, Ursus przechorował lekko (trochę gorączki, kilka biegunek, jedna zarwana noc), a ja, która karmię, to w ogóle nie przechorowałam:) Starszak miał 9 miesięcy kiedy przeszedł na mm (ale za to jedno z najdroższych) i może dobrze, że tak się stało,bo chwile później byłby w stanie rwać bluzkę i się domagać publicznie. Spodziewałam się, że drugie dziecko powtórzy jego los, ale wyszło jak wyszło i jest mi to bardzo na rękę, bo mm jest drogie, śmierdzi i w dodatku trzeba je przygotowywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Pomiędzy laktoterrorystką a matką mm. :D
      U nas niestety się właśnie szarpanie zaczęło po roku i nie było to fajne, bo np. jak ja się tylko wygodniej oparłam to był sygnał, że to karmienie. Ale poradziliśmy sobie z tym wykorzystując urlop męża na perswazję. Trzy dni były straszne, ale teraz jest super, karmię 3 razy dziennie i nawet mogę leżeć na plaży w staniku tylko! :)
      OOO, no właśnie, drogie to mm jak nie wiem, bardzo szkoda pieniędzy jak można dawać coś lepszego i co jest na dodatek za darmo.

      Usuń
  6. Może kobiety przestałyby rezygnować ,,po jednym dniu'' gdyby położne na oddziale poporodowym były bardziej przyjaźnie nastawione. Rodziłam w na Bielanach w Toruniu i to co tam się działo to koszmar. Pani położna dwa razy przyszłą by złapać i ścisnąć ręką główkę dziecka, ,,nałożyć'' na pierś i wyjść. Prosiłam kilka razy o pomoc i jej nie otrzymałam (byłam po cesarskim cięciu, to było moje pierwsze dziecko). Do dziś sobie nie mogę wybaczyć, że nie dałam rady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niestety bardzo przykra prawda, pomocy jest niewiele. O szpitalu w Toruniu też takie historie słyszałam, dlatego od razu zdecydowałam się na Chełmżę, gdzie pomoc była ogromna i gdzie każda położna naprawdę chciała pomóc w przyjazny sposób. Może następnym razem (o ile planujesz) to jest jakiś pomysł?
      Chociaż koli w oczy trochę na Chełmża w akcie urodzenia. ;)

      Usuń
    2. Miałam w planach Chełmżę, ale mąż powiedział, że jego syn nie będzie urodzony tam :D
      Drugie dziecko jest w odległych planach jednak wiem, że chcę znów spróbować karmić i mam nadzieję, że mi się uda. Wiem też na jakie traktowanie nie mogę sobie już pozwolić (co po pierwszym porodzie zaowocowało traumą, terapią, poczuciem winy, że nie mogłam nakarmić własnego dziecka). Zostaje liczyć na to, że standardy opieki poporodowej w tym także laktacyjnej kiedyś się podwyższą. :)

      Usuń
  7. Karmienie piersia dawno mam już za sobą, wychowałam dwójkę dzieci, każde było karmione piersią około 3 miesięcy. Ponad - stawalo sie dla zbyt męczące, uwiązujące (zwłaszcza, kiedy nie możesz być na okrąglo z dzieckiem). Tak więc chętnie rezygnowałam z karmienia piersią, a dzieci wcale nie chorowały dużo. Jestem za karmieniem piersia i rozumiem laktoentuzjastki, ale laktoterrorystki już mniej. Matka musi czuć sie ze swoją decyzją komfortowo, a nie karmić przez łzy czy z myślą - Boże, kiedy to się wreszcie skończy.

    OdpowiedzUsuń
  8. To ja jestem typową Szwajcarią. Dobre określenie! :-) Syna karmiłam prawie dwa lata, córkę karmię nadal i przyznam, że nie wyobrażam sobie, że to miałby być koniec (a więcej dzieci w planach nie ma), ale rozumiem, że można nie karmić. Może przechylam się nieco w stronę opcji pierwszej - naprawdę nie rozumiem kobiet, które z góry zakładają, że nie i koniec i jeszcze zaraz po porodzie proszą o leki na zatrzymanie laktacji, bo kurde, co im szkodzi?! Ale... tak, tak!... ja sama jestem wychowana na mm i może czeka mnie jeszcze sieć nowotworów w całym ciele, ale póki co jestem zdrowa jak ryba! :-)
    Pozdrawiam i czekam niecierpliwie na dalsze części wpisów z tego cyklu!

    OdpowiedzUsuń
  9. Kiedy czytam opinie typu "za malo, za krotko walczyly, powinny" nasuwa mi sie mysl o braku empatii i braku checi zrozumienia drugiej kobiety. Na zewnatrz czesto wyglada to tak ze komus "nie zalezy", a w srodku moze byc zal i poczucie kleski. Niektorzy przyjmuja postawe obronnna. Pierwszego malucha karmilam do 11 miesiaca i bardzo sie ciesze ze udalo mi sie nie patrzec z gory na matki karmiace mm. Bo jak bym sie wtedy z tym czula w obecnej sytuacji? Z moim synkiem walczymy o karmienie piersia od dwoch miesiecy, mam wsparcie pediatrow i doradcow laktacyjnych, jest ciezko, szkoda mi Malego jak tak cierpi, szkoda jego malej siostry ktora ze smutkiem i dezorientacja wpatruje sie w placzace niemowle. Ale walczymy, byc moze sie nie uda, ale wtedy moge byc wdzieczna sobie za to ze okazuje taki sam szacunek mamom karmiacym piersia jak i mm. Dlaczego? Bo ja nie jestem zadna bohaterka bo walcze, inne matki (mm) tez walcza tylko ze na innych polach, a my widzac butelke potrafimy je tak latwo okreslic i zaszufladkowac jako slabe czy leniwe. Wierze ze kazda mama stara sie z calych sil, a te ktore nie potrafia w pelni zajac sie dzieckiem - to jest ich osobisty dramat a nie wybor

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak czytam takie bzdury jak ostatni akapit to mi sie płakać chce. MM nie jest po to by truć dzieci, jest po to by pomóc. "choć podatność na infekcje będzie znacznie większa" - większej bzdury nie czytałam. Nie ma żadnych naukowych dowodów by poprzeć tę tezę. Siostra była na mleku matki, a ja na mm. Ja nie chorowałam na nic, ona zaś łapała wszystkie dziecięce choroby i infekcje. Kuzynka była na cycku i chorowała więcej niż wszystkie przedszkolaki razem wzięte. Twoje tezy nie są poparte żadnymi faktami, prawdziwość tego artykułu można o kant dupy rozbić. Sama karmię piersią, ale jak czytam takie bzdury to wcale się nie dziwię matkom mm, że rezygnują otoczona laktacyjnymi wariatkami.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...