poniedziałek, 14 września 2015

Madeline



Animowana Madeline to jedno z pięknych i wyrazistych wspomnień mojego dzieciństwa. Pamiętam, że co tydzień (czy była to środa?) siadałam do swojej ulubionej Dobranocki z prawdziwym podekscytowaniem i zniecierpliwieniem. Madeline była inna niż znane mi bohaterki – była niesforna, pewna siebie, miała swoje zdanie, potrafiła wyrażać emocje (dziś te same cechy znajduję u Basi –KLIK!). Cieszę się, że moja córka ma szansę poznać oryginalną Madeline autorstwa Bemelmansa i być może związać z nią swoje własne wspomnienia. 



Dla wielu istnienie literackiej wersji przygód Madeline było sporym zaskoczeniem. Nie dla mnie. O fakcie dowiedziałam się kilka lat temu, przypadkiem znajdując wydane przez Prószyńskiego pod koniec lat 90-tych pojedyncze książeczki z przygodami dziewczynki. Poszperałam w internecie i znalazłam piękne wydanie po angielsku zawierające wszystkie historyjki; kupiłam. Tłumaczenie dokładnie tego wydania ukazało się jakiś czas temu nakładem wydawnictwa Znak. Na dodatek książkę udało mi się wygrać w konkursie! 



W tomie „Madeline w Paryżu” znajdziemy wszystkie wydane opowiadania z Madeline w roli głównej (jest ich sześć), wstęp Anny Quindlen na temat fenomenu Madeline oraz posłowie autora, w którym wyjaśnia on okoliczności powstania charakterystycznej postaci. Wszystko zamknięte zostało w grubym, naprawdę pięknie wydanym tomie. Nie dość, że ładne to, to jeszcze pachnie jak marzenie! 


To, co mnie zaskoczyło, kiedy po raz pierwszy otworzyłam książkę, to fakt, że ilustracje autora wydają mi się tak bardzo znajome. Wygląda na to, że twórcy serialu bardzo dokładnie się im przyjrzeli i zaczerpnęli inspirację tworząc własne obrazy. Nie tylko rodzaj kreski jest tu podobny, ale także dynamika. Dziewczynki idące na spacer albo myjące zęby... dokładnie pamiętam te kadry.  A pamiętacie biegającą nerwowo pannę Clavel? :) 


Tekstu w „Madeline” jest niewiele, zazwyczaj jedno, pół zdania na stronie. Nie wiem nawet jak wiekowo ocenia tę książkę wydawca, ale moje oko znawcy uważa, że jeśli Wasz półtoraroczniak lubi rymowanki (bo tekst się rymuje!), to „Madeline” jest w sam raz dla niego. Opowiadania są krótkie i taka Róża potrafi cierpliwie wysiedzieć aż przy trzech, dokładnie kontemplując po drodze wszystkie obrazki. Starsze dzieci też będą uradowane, zwłaszcza jeśli zainteresuje je świat szkół z internatem (ja przechodziłam ten etap), jednak mam wrażenie, że pięcio, sześciolatkowi tekst może wydać się już nieco infantylny. Pod względem zapętlenia fabuły i dynamiki akcji serial też mocno nad swym pierwowzorem góruje. 





O obrazach jeszcze słów kilka, bo są tu ich aż dwa rodzaje. Jest więc prosta, z pozoru niedbała estetyka komiksu oraz piękne, barwne ilustracje przedstawiające znane miejsca w Paryżu (ich spis znajduje się pod koniec, nie ma więc stresu, że rodzic nie rozpozna niczego oprócz wieży Eiffla). Im dalej w las (im później wydana historyjka), tym kolorowe obrazki dominują coraz bardziej, nie łączy się to niestety z ich jakością. Obraz zdecydowanie dominuje tu nad tekstem. Obroniłaby się „Madeline” jako picture book. 





Anna Quindlen pisze we wstępie o tym, jak wielkie znaczenie ma dla kultury amerykańskiej „Madeline”, jak bardzo kochana jest przez kolejne pokolenia dzieci. Historie autorstwa Bemelmansa porównuje do innych klasycznych, amerykańskich książek dla dzieci, które, co ciekawe, są także niemal nieznane polskim czytelnikom. Temat klasyki i jej statusu interesuje mnie od dawna, chciałabym niedługo napisać na blogu o Drze Seussie i przy okazji rozwinąć ten temat. Już teraz jednak wspomnę, że samo miano klasyka ma ogromną moc i fakt, że dana książka nie jest jedną z wielu kupionych na promocji w Arosie, ale tą, która na półce leży od zawsze i którą z łezką w oku wyciągają bez przerwy rodzice – z pewnością zapewnia powieści wieczny żywot. Zachwycają się więc Amerykanie „Madeline” i ja się zachwycam, bo wspomnień czar wywołuje u mnie określone emocje. Czy jednak książka broni się sama? Rymy się gryzą i czasami aż krzywię się czytając te wygibasy (choć po angielsku nie rażą, więc może to tłumaczenie?), a historie są tak naprawdę mocno przeciętne. To urocze opowiastki o dziewczynkach na pensji, jeszcze bardziej uroczy jest Paryż, w którym żyją. Ze względu na wspomnienia nie wyobrażam sobie, że tego pięknego, niemal kolekcjonerskiego wydania mogłoby u mnie zabraknąć. Czy jest to jednak książka, po którą za kilka lat będzie sięgał każdy maluch? Chyba nie. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby przekonać się o tym samemu. Ja polecam! 






Madeline w Paryżu
Tekst i ilustracje: Ludwig Bemelmans
Stron: 320
Oprawa: twarda
Wiek: 1+ (1,5+) 










Koniecznie przeczytaj też:

13 komentarzy :

  1. Przepiękne te zdjęcia z Tatą!! <3 <3 Oby jak najwięcej takich wspólnych chwil. Bajkę o Madeline pamiętam bardzo dobrze, to jedna z moich ulubionych. Chętnie przejrzę tę książkę jak gdzieś na nią trafię, u mnie to też będzie podróż sentymentalna.
    Pozdrawiam, KasiekM

    OdpowiedzUsuń
  2. "Przy wspólnym stole podczas jedzenia składamy sobie dobre życzenia." Bardzo często mi się to przypomina gdy siadam z rodziną do obiadu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też pamiętam tą psotkę! oglądałam tą bajkę bardzo często :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziś już nie ma takich bajek... :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak nieprzyzwoicie blogerka zamieniła zdjęcia regałów na zdjęcia męża!

    Lubiłam tą powtarzalność w Madeline, ale w książce dla dziecka wolę jak jest więcej treści niż obrazka do omawiania. Chociaż głupio mi jak czytam gotową treść zamiast omawiać obrazek,bo mam poczucie, że się nie staram. U nas 3 ogromne postępy w czytaniu niemowlaka- nie przerywa aż tak bardzo gdy czytamy starszakowi, pozwala mi czytać sobie (w sensie, że ja mnie) i zwala stertę książek z półki i sam sobie 'czyta' po kolei. Tylko jeszcze się nie skupia gdy chcieć jemu poczytać.

    OdpowiedzUsuń
  6. O bosze, chyba kupię sobie tę książkę - ilustracje są wspaniałe i mam sentyment do tej opowieści, nawet jeśli językowo wypada to słabo. Ile wspomnień mam z tą bajką :) Super, że Róża poznaje tę kultowa postać - mam nadzieję, że będzie lubiła Madeline tak, jak my :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Madeline <3 Ah uwielbiałam tę bajkę, gdy byłam mała, zawsze czekałam na środę :) Wspaniale, że można jeszcze poczytać o niej książkę. No przyznam, że sama bym do niej zajrzała :D

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja kompletnie nie kojarzę Madeline. Nie wiem czemu, bo zdarzało mi się dobranocki oglądać. Nie pozostało nic innego jak nadrobić braki literaturą, bo zaciekawiłaś mnie tą bają:)

    OdpowiedzUsuń
  9. jedna z ulubionych moich bajek - będziemy czytać ze szkrabem!
    www.puffa.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Pamiętam Madeline i bardzo miło wspominam tę bajkę, ale ja większego świra miałam na punkcie "Małej Księżniczki" w wersji książkowej, animowanej ( miałam chyba japońską wersję na dwóch kasetach video ) i później filmowej, co nie zmienia faktu, że książkę z Madeline bardzo chciałabym mieć :)

    OdpowiedzUsuń
  11. O tak ! również pamiętam tą bajkę, oglądałam ją z wielkim zainteresowaniem. Madeline była dla mnie dziewczynką wyjątkową i wszystkie historie były zadziwiające. Warto wprowadzać w życie dziecka takie bajki, które nie tylko bawią, ale i uczą :)
    Pozdrawiam
    www.matkapolka89.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję za przypomnienie tej wyjątkowej postaci :) Muszę moje córki z nią zapoznać.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jako dziecko uwielbiałam Madeline i gdzieś tam w moim sercu ona nadal jest. :) Jeśli kiedyś będę miała swoje dzieci, to z pewnością będę im czytać te bajki. :) Pozdrawiam.

    porozmawiajmy-o-ksiazkach.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...