środa, 9 września 2015

Szukaj i znajdź. Żłobkowa historia drogi


Tragiczno-komiczna historia o tym, jak żłobka szukaliśmy.

Nigdy nie planowałam żłobka dla Róży. Planowałam kolejną ciążę lub, ewentualnie, życie na skraju ubóstwa w trakcie starań o nią. Planowałam żywot matki i pani domu najpierw z jednym, a potem i drugim dzieckiem. Dopiero wtedy pojawić się miało kolejno przedszkole i żłobek. Albo trzecie dziecko; kto wie?! ;) To były dobre plany i stopniowa ich realizacja sprawiała mi wiele satysfakcji; lubię siedzieć z moim dziecku w domu i wciąż nie mam tego dosyć. Pojawiła się jednak pewna możliwość. Pani recepcjonistka do specjalisty, na którego miałam czekać co najmniej dwa lata, ni stąd ni zowąd w czerwcu zadzwoniła i powiedziała, że zaprasza za tydzień. Tam natomiast pojawiła się jeszcze jedna opcja: oddział dzienny, po wakacjach, codziennie od 9:00 do 14:00. Nie będę wdawała się na razie w szczegóły. Planuję post na ten temat, choć będzie to tekst bardzo osobisty i nie wiem czy jestem już na niego gotowa. Jestem natomiast gotowa na leczenie i wiem, że muszę to zrobić. Pojawił się jednak problem: co z Różą?

Pracujące babcie odpadają. Po pierwsze dlatego, że jak sama nazwa wskazuje – pracują zawodowo. Po drugie, swoje dzieci już odchowały i z pewnością nie w smak byłoby im zajmować się całymi dniami najukochańszą nawet wnuczką. Po trzecie – nie chcę. Odpada też niania. Po pierwsze, ta „zjadłaby” większą część mężowskiej pensji uniemożliwiając nam egzystencję nawet na skraju ubóstwa. Po drugie, nigdy, nawet za darmo i mając w pełni zaufaną osobę, nie zdecydowałabym się na powierzenie mojego dziecka jednej osobie. To, że jakaś obca baba szwędałaby się po moim domu – to jedno. Drugie natomiast jest takie, że niania to osoba, z którą dziecko spędza wiele godzin dziennie. To osoba, którą nieustannie obserwuje i której wzorce zachowań, mówienia przejmuje. A co, gdyby ta osoba (nawet zupełnie nieświadomie) przekazywała mojemu dziecku światopogląd i wartości sprzeczne z moimi? To dużo gorsze niż rozbita głowa. W żłobku wzorce są różne, a dziecko może je porównywać i analizować. Samo to jest już nauką.

Żłobek nigdy nie napawał mnie przerażeniem. Nie traktowałam go jako okropnej instytucji, w której moje dziecko będzie przywiązywane do łóżeczka, bite za nieposłuszeństwo, na siłę karmione przypaloną zupą mleczną i w której złapie wszystkie możliwe infekcje. Nie było go w moich planach, jednak powody decyzji były inne. Sama uczęszczałam do żłobka i choć sytuację tę pamiętam jak przez mgłę, to z opowieści rodziny wynika, że uwielbiałam chodzić „do dzieci” i trudno było mnie zabrać z powrotem do domu. Choć nie oddałabym do żłobka półrocznego malca, to uważam, że półtorarocznemu dziecku żłobek dostarczyć może ogromnej dawki atrakcji i zapewnić korzyści, których nie da się zrealizować w warunkach domowych.

Zaczęłam przeglądać oferty trzech toruńskich żłobków miejskich. Wszystkie miały bardzo dobre opinie, przyzwoity jadłospis, imponujący wykaz metod wychowawczych, którymi wspierają się podczas zajęć dydaktycznych i co najważniejsze – nie kosztowały dużo. Zaczęła mnie cieszyć perspektywa żłobka; będą tak lubiane przez Różę dzieci i zabawa, a dla mnie znajdzie się wolna chwila. Zaczęłam porównywać warunki, lokalizacje; wybierać. Następnego dnia ruszyliśmy na obchód.

Nie myślcie sobie, że spadłam z Księżyca. Oczywiście doszły mnie słuchy jaka to beznadziejna sytuacja jest w związku z miejscami w żłobkach i przedszkolach. Jakimś jednak sposobem świadomość ta nie przeszkodziła mi w zachowaniu optymizmu. Na żadnej ze stron internetowych nie znalazłam informacji o rekrutacji, o tym, że coś takiego w ogóle istnieje. Żłobki proponowały odbywające się raz w tygodniu „drzwi otwarte” (w celu sprawdzenia reakcji dziecka na tamtejsze warunki) oraz wydrukowanie karty zgłoszeniowej i dostarczenie jej do placówki. Wszystko skwitowane było hasłem „Zapraszamy serdecznie. Tu zapisy trwają cały rok!”. Nie wiem jaki to komunikat dla Was, ale dla mnie to jasny sygnał, że miejsca są, że można przychodzić i choćby od jutra dziecko zostawić. Ba! Nawet tu, w komentarzu się komuś chwaliłam, jaka to w Toruniu jest świetna sytuacja. A jednak nie...

Wizyta w pierwszym żłobku okazała się dla mnie druzgocącym rozczarowaniem. Miejsc nie ma, a bzdury o „drzwiach otwartych” wiszą na stronie od kilku lat. Możemy przejechać się do innych placówek, ale tam sytuacja jest identyczna. Możemy wpisać się na listę rezerwową, ale przed nami znajduje się już kilkaset (!) nieprzyjętych dzieci.

Czego nie wiedziałam i co naprawdę mnie zaskoczyło i wkurzyło:

  • Miejsc nie ma i nie będzie. Każdy z trzech żłobków przyjmuje 40 dzieci, z czego część miejsc zajmują te, które kontynuują swój pobyt. Pozostaje więc niewielka garstka wolnych miejsc, na które najpierw wcisną się zalegające od lat listy rezerwowe, a dopiero później ktoś rozważy świeżą kandydaturę, o ile zgłoszono ją rok wcześniej. Dodajmy, że chętnych jest jak mrówków! 
  • Nawet, gdybyśmy byli na tyle zapobiegawczy i podanie złożyli tuż po narodzinach Róży, a potem jakimś cudem ona zostałaby przyjęta, to do funkcjonującego przez cały rok żłobka mogłaby zacząć chodzić dopiero od września. Dlaczego?! Co, jeśli jakiejś mamie urlop macierzyński kończy się w styczniu? Co ma zrobić przez kolejne 8 miesięcy? Bez pensji, bez zasiłku, a wkrótce pewnie też bez pracy (bo który pracodawca będzie czekał aż przyjdzie wrzesień i pracownica łaskawi wróci?). 
  • Nie mieszkamy w administracyjnych granicach miasta Toruń, więc żłobek i tak nam się nie należy. To, że właśnie tu pracuje mój mąż i tu odprowadza podatki nikogo nie interesuje. Koniec tematu. Czy w mojej wsi, w mojej gminie znajduje się żłobek, o miejsce w którym mogę się ubiegać? Nie. Co mogę więc zrobić? Proste! Stracić źródło dochodu i żreć tynk.  
  • W żłobkach prywatnych sytuacja jest identyczna! Miejsc nie ma, a na te kilkanaście dostępnych zapisy zaczęły się w ubiegłe wakacje (sic!). Co więcej – tam też obowiązuje kryterium zamieszkania i dla dzieci wiejskich – dotacji nie będzie. Gdybym więc nawet się zapisała i co miesiąc chciała płacić niemal tysiaka, to niestety, nie mogę. 

Wyjdzie roszczeniowo, ale wyjść musi. Jak żyć?! Nie domagam się zasiłków, cudów i darmowego bóg wie czego. Wydaje mi się jednak, że państwo powinno zapewnić oczywiste minimum. Albo więc placówkę, w której bez strachu pozostawię swoje dziecko i pójdę do pracy albo możliwość godnego utrzymania rodziny z jednej tylko pensji naprawdę ciężko i uczciwie pracującego człowieka. Niestety, nie da się!

W moim starym i pięknym, choć zarządzanym bardzo złą ręką Toruniu (KLIK!) dokonano w ostatnich latach kilku naprawdę złych inwestycji. Jest więc nowa, brzydka hala widowiskowo-sportowa, która przed kilkoma miesiącami przeżyła moment triumfu, kiedy to wystąpiła w niej Budka Suflera. Od tego czasu stoi pusta. Jest też dumnie wznoszące swe mury Centrum Sztuki Współczesnej, do którego nie chodzi nikt poza studentami, którzy raz w tygodniu oglądają tam w miarę nowe filmy za 5 złotych. Pełni rezygnacji i z poczuciem bycia oszukanymi przejeżdżaliśmy obok i aż rozmarzyliśmy się, jak wielki i wspaniały żłobek można by z tego zrobić. 

Na koniec iskierka nadziei. Cudem jakimś i niezbadanym zrządzeniem losu trafił nam się żłobek, jak ślepej kurze ziarno. Uniwersytet postanowił otworzyć swój – dla dzieci studentów i doktorantów, silnie dotowany. Trzeba więc było być studentem (dziekanka „a nuż się przyda” – przydała się) i, a jakże!, zamieszkiwać w Toruniu (od czego jest jednak rodzina z toruńskimi adresami?). Żłobek jest nowy i rekrutacja odbywała się później. Na tyle późno, że zdążyliśmy złożyć dokumenty, a Róża zajęła jedno z 15 miejsc. Można sobie nawet o nim poczytać (KLIK!), i nawet Różę na zdjęciu podziwiać!

A wszystko to piszę nie tylko po to, żeby dać upust swojej frustracji i niezadowoleniu, ale też po to, żeby żłobkowy temat w kolejnych wpisach (niebawem!) pociągnąć. Zostańcie więc z nami! :) 


P.S. Mąż mówi, że teraz nas wywalą ze żłobka. :( 


Koniecznie przeczytaj też:

12 komentarzy :

  1. Początkowo też myślałam o żłobku. Jak Maluch się urodził zapisałam go na listę rezerwową. Jednak jak miał 4 miesiące miałam spore problemy zdrowotne i na gwałt z dnia na dzień musiała pojawić się u nas niania. Jest z nami do dziś, chociaż Maluch chodzi już do przedszkola. I nie wyobrażam sobie, żeby jej nie było, traktujemy ją jak członka rodziny, chociaż wcześniej miałam takie podejście jak Ty ;) Fajnie, że stworzyli taki żłobek u Was. Najważniejsze, żeby Wam się podobało! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobny wpis chciałam stworzyć o poszukiwaniu przedszkola na początku czerwca czyli po zapisach. Bo my przedszkola nie planowaliśmy.w okolicy było przedszkole publiczne, które odrzuciliśmy i przedszkola prywatne. Znaleźliśmy przedszkole publiczne z oddziałami integracyjnymi kawałeczek dalej i udało nam się dostać do oddziału integracyjnego, ale z różnych nie do opisywania publicznie przyczyn chodzimy do przedszkola prywatnego i mamy za znajomych wielu bogatych ludzi nie z naszej sfery ekonomicznej (pewnie jesteśmy tam najbiedniejsi).

    W kwestii żłobka to przy starszaku miałam opiekę babć, a teraz nie mam. Twój żłobek opisuje się tak atrakcyjnie, że aż chciałoby się żeby zapewniał i mi kilka godzin wolnego, ale żywię głębokie nadzieje, że przestanę być matką nieudolną zanim zmarnuję przyszłość swojego młodszego dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwie się, że masz chrapkę na nasz żłobek, bo jest on w istocie wspaniały! I jak przychodzę po Różę to sama mam w nim ochotę zostać i się pobawić.
      A czemu chcieliście oddział integracyjny?

      Usuń
    2. Nie mieliśmy preferencji na oddział integracyjny, ale tak nas przypisali (mniej dzieci, dodatkowa pani, angielski w cenie i częstsze wycieczki, mieszana grupa 4-5 latków). Oczywiście oczy duszy już widziały te fale tolerancji, której dziecko się uczy od innych dzieci.

      Usuń
  3. Dobrze rozumiem Twoją frustrację. Ja złożyłam podanie do żłobka z naprawdę dużym wyprzedzeniem, ale i tak się nie dostaliśmy "z powodu braku miejsc". nie mam pojęcia kto zajął te miejsca.... A najlepsza była baba z dyrekcji, która naprawdę nie rozumiała co się stało i powiedziała że "przecież są babcie". Taaa, pracujące, 300 km stąd. Poza tym co to za rozwiązanie? W końcu musieliśmy się zdecydować na żłobek prywatny, który pochłania dokładnie połowę mojej pensji.Wkurza mnie to niesamowicie i uważam to za skandal, bo to nie jest moje widzimisię tylko realna potrzeba. Kasę lepiej wydać na głupie referendum (kogo w ogóle obchodzą te jowy, jak ludzie nie mają co do garnka włożyć???) albo inne stadiony i idiotyzmy.
    A jak tam w ogóle u Was adaptacja? U nas pierwsze kilka dni trudnych, nawet noc jedna chyba ze stresu nieprzespana, ale już dzisiaj małą musiałam wyciągać siłą, bo płakała, że nie chce iść. ;) Fajnie się ten Wasz żłobek prezentuje, ale nasz też się opisuje w superlatywach i nawet ma być angielski! :P Czekam na inne posty żłobkowe i trzymam też kciuki za Twoje zdrówko, mam nadzieję, że to nic poważnego, zwłaszcza teraz, w ciąży! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To u nas prawie tak samo. Pierwsze dni baaaardzo trudne i czułam się strasznie! Róża bardzo źle znosiła żłobek i widać to było nawet po przyjściu do domu. Ale teraz mogę już chyba nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest dobrze. Wprawdzie chętnie wychodzi jak po nią przychodzę (ale w ciągu ostatnich dni siedziała tam naprawdę bardzo długo), ale wchodzi też chętnie (dziś w ogóle bez płaczu). Nauczyła się nawet zasypiać w wózku i nie ma z tym problemu! :)
      Dziękuję!

      Usuń
  4. My mamy to szczęście, że Zosia ma babcię tutaj nie pracującą. Stety - niestety, bo konflikty pokoleniowe są nie do wyeliminowania, ale lepsze to niż niania. Druga ciąża będzie motywacją, by coś zmienić w kwestii zatrudnienia, ponieważ na tą chwilę żłobek czy przedszkole u nas nie wchodzą w grę, bo mam zmianową pracę, a mąż ma nienormowany dzień pracy i raz wraca wcześniej raz później. Straszą córkę chciałabym posłać do przedszkola na przyszłą jesień. Będzie miała 2.5 roku. Wkrótce mam zamiar zorientować się jakie ma ewentualnie szanse. Niestety, rzeczywistość jest brutalna, a polityka prorodzinna mocno kuleje, i nie sądzę, by cokolwiek miałoby się zmienić w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wywalą, będą raczej Was prosić, żebyście się do nich przenieśli, żebyś im opinii nie wysmarowała :P Blog to siła, pamiętaj :D A Rózia niech się bawi w żłobku wesoło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będą chcieli i będą mieli podstawy do tego, żeby wywalić to wywalą i nie będą bali się bloga. ;)

      Usuń
    2. Ej no, nie wywalą. ;) Poza tym nie mam czego obsmarowywać, bo żłobek jest super! :D

      Usuń
    3. no nie wywalą bo przecież nie czytają blogów :) do zobaczenia w poniedziałek

      Usuń
    4. Aha.... Pani Dyrektor! :) Ale nie będą chcieli, prawda? Stresowanie ciężarnej jest bardzo w tym momencie niewskazane!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...