czwartek, 8 października 2015

Wspólnie pieczemy bułeczki i ciasteczka oraz kilka słów o tym, dlaczego nie kupuję córce zabawek kuchennych



W ostatni weekend byłyśmy z Różą same, bez taty. Kiedyś takie dni były normą, dziś zdarzają się bardzo rzadko i tęsknię za nimi bardziej niż mogłabym przypuszczać. Chociaż najbardziej lubię, kiedy w domu jesteśmy wszyscy, to cieszyłam się na te nasze dwa wspólne dni. Ponieważ ciąża rządzi się swoimi prawami i na natychmiastową potrzebę ciepłych bułeczek drożdżowych niewiele można poradzić poza szybkim ich zrobieniem, postanowiłam, że zrobimy je razem, po raz pierwszy.

Gotowanie i krzątanie się po kuchni wspólnie z dzieckiem to jedno z tych wyobrażeń, które, obok wspólnego czytania, miałam na temat macierzyństwa, kiedy jeszcze matką nie byłam. Nie, żebym była zapaloną kucharką. Lubię jednak od czasu do czasu zrobić to, na co mam ochotę i w tych momentach mały pomocnik okazuje się być świetnym pomysłem!

Do pewnego czasu wszystko to Róży jeszcze nie interesowało. Nie przypatrywała się temu, co robię, nie próbowała powtarzać tych czynności samodzielnie, a jeśli próbowała to tylko po to, żeby grzmotnąć czym o podłogę. Od pewnego czasu zauważyłam zmianę. Pojawiło się zainteresowanie kuchennym sprzętem, chęć przelewania i przesypywania różnych substancji (a woda w wannie przestała być wystarczająco atrakcyjna); słowem: nadszedł czas. Ciasto drożdżowe jako przyjemna masa plastyczna wydało mi się idealne na początek i znacznie przyjaźniejsze małemu dziecku niż na przykład obieranie ziemniaków. Zakasałyśmy rękawy i wzięłyśmy się do roboty!

Gdyby kogoś interesowały składniki i proporcje naszych bułeczek to potrzebne będą:
  • Rozczyn drożdżowy (50 g drożdży, 100 ml ciepłego mleka, łyżeczka cukru, łyżeczka mąki)
  • 550 g mąki (choć zawsze na koniec jeszcze dosypuję)
  • 90 g cukru
  • szczypta soli
  • 3 jajka
  • 170 g masła
  • Ulubiony dżem jako nadzienie (u mnie obowiązkowo powidła!)
Wszystkie składniki mieszamy, zagniatamy ciasto i już! :)

Ponieważ byłyśmy tylko dwie, a bułeczki najlepsze są pierwszego dnia, tym razem zrobiłyśmy ciasto z połowy wszystkich składników.

A co to takiego te drożdże...?


Podjęłyśmy też pierwsze eksperymenty z wagą.


Mąka! Hit! Przesypywanie łyżką 250 gram chwilę trwało... 





Czy wspominałam, że Róża uwielbia masło? Okazało się, że jeśli dać jej do niego niemal nieograniczony dostęp, to zje go sporo!




Drugi mały pomocnik...




I działamy!









Ugniatanie i zabawa ciastem to świetne ćwiczenie dla małych rączek!









Kolejny etap – formowanie i nadziewanie bułeczek. 
Ja używam strzykawy kupionej w jakimś hipermarkecie za 15 zł. Można nadziewać ręcznie, ale trwa to wszystko pięć razy dłużej i wszystko się rozlatuje. 









Dojadając resztkę powideł czekamy...


I są!


Najlepiej smakują jeszcze ciepłe, z kubkiem gorącego mleka, schrupane w doborowym towarzystwie. :) 








Zaskoczyły mnie te nasze wspólne wypieki. Wszystko trwało znacznie dłużej niż gdybym robiła to sama, kto jednak ma przed sobą wizję samotnych 48 godzin z półtorarocznym dzieckiem nie narzeka raczej na brak czasu do zagospodarowania. Spodziewałam się za to większego bałaganu. Owszem, mąka na podłodze była, a skrawki ciasta znalazłam nawet we własnej skarpetce, ale spodziewałam się znacznie większego syfu. Na szczęście skończył się już u nas etap celowego zrzucania wszystkiego na podłogę (zdarza się sporadycznie) i rozsypane produkty były wynikiem jedynie oczywistego jeszcze braku precyzji w ruchach. Od czego jednak są ćwiczenia! 

Wspólne sprzątanie, zwłaszcza odkurzaczem, to też przednia zabawa! 


Zabawa spodobała nam się do tego stopnia, że następnego dnia znowu postanowiłyśmy coś przyrządzić. Najpierw, zupełnie spontanicznie, padło na kopytka, które akurat tego dnia były na obiad. Róża pomagała mi kroić kluseczki. :)



Przepis (czy muszę?):
  • Ziemniaki (tyle, ile zostało z obiadu poprzedniego dnia)
  • Twaróg (tyle, ile jest, ale mniej niż ziemniaków; w ogóle nie trzeba go dodawać, ale z twarogiem są lepsze!)
  • Jajko
  • Mąka (tyle, żeby ciasto się nie lepiło)
  • Trochę soli


Wieczorem padło na ciasteczka, wszak sama wspominam wykrawanie kształtów z ciasta jako wspaniałą zabawę z dzieciństwa.

Moje ulubione ciasteczka (a nadaj ja jestem tu stroną decyzyjną) to ciasteczka serowe.

Przepis:

  • Tyle samo twarogu, masła i mąki zagnieść ze sobą i już! Zazwyczaj daję całą kostkę twarogu i masła (po 200 g), bo nie chce mi się odmierzać, tym razem miałam tylko 160 g twarogu, więc tyle też dałam pozostałych składników. 
Na ciepło są dobre wytrawne, potem je delikatnie lukruję (cukier puder + woda), 

Ciasteczka pokazały nam zupełnie nowe możliwości zabawy. Na przykład wałek okazał się super!















Dopiero zaczynamy naszą przygodę ze wspólnym kucharzeniem, ale od teraz będę się starała, aby momenty te były jak najczęstsze. Zaangażowanie dziecka w prace kuchenne nie musi koniecznie dotyczyć zawsze całego procesu przygotowania jedzenia tak, jak to miało miejsce tym razem. Można poprosić dziecko o pokrojenie warzyw i owoców (serio, nawet półtoraroczne dziecko nie obetnie sobie palca plastikowym nożem z Ikei, nie róbcie z dzieci idiotów dając im do krojenia magnesy...) albo o obranie jajka (chyba absolutny faworyt każdego malucha). Każdy będzie zajęty, każdy zadowolony, a wyćwiczonych przy okazji zdolności zliczyć się nie zdoła!

Szczerze dziwią mnie oglądane często na blogach wspaniałe i bardzo drogie kuchnie w dziecięcych pokojach, wyposażone w całe zestawy garnków i patelni, talerzy, sztućców, serwisów do kawy i sprzętów tak zaawansowanych, że nie mam ich nawet w swojej własnej kuchni. Do tego obowiązkowo bardzo modne, zabawkowe jedzenie, najlepiej wykonane z drewna; owoce i warzywa z magnesowym nożem do krojenia i pięknie ozdobione ciasteczka. Kolorowe kloce, które zabijają wyobraźnię i są kolejnym schematem wskazującym jak się bawić („marchewkę przetnij tutaj”, „pieczarkę na pizzy przyklej tutaj”). Czy ma to cokolwiek wspólnego z prawdziwym gotowaniem?

Oczywiście nie zawsze zabawa z rodzicem jest możliwa. Codzienny pęd i konieczność wpisanie w niego kuchennej logistyki mnie też na to nie pozwala (choć w przypadku niektórych dzieci, takich które niechętnie bawią się same, może to być jedyny sposób na spokojne przygotowanie obiadu). Pozwalam jednak buszować Róży po szafce z garnkami, daję jej do tego plastikową łyżkę i trzepaczkę albo coś, co akurat mam pod ręką. Róża miesza, przelewa i przesypuje oraz daje mi do spróbowania swoje wyimaginowane mikstury. Dopasowuje pokrywki do garnków i wkłada jedno naczynie w drugie. Bawi się świetnie przez dłuższy czas, ćwiczy wyobraźnię i nie potrzebuje do swojej „zupy” pluszowej włoszczyzny. Świetnie zastępują ją klocki. Nie bardzo rozumiem po co mam kupować dodatkowy sprzęt, który będzie tylko zagracał przestrzeń, skoro wszystko, czego potrzebujemy mam w szafce, gotowe do użycia. Przecież garnka nie da się zniszczyć. Świetnym ćwiczeniem jest także układanie tego sprzętu z powrotem na półkach. Bardzo dbam o to, żeby garnki nie walały się po całym domu i zawsze po zabawie Róża pieczołowicie porządkuje raczej małą przestrzeń; musi przesuwać, wkładać jedno naczynie w drugie, kombinować. 


Danie z rodzynek






Masz, Kot, spróbuj!



Zmywarka - czy któreś dziecko jej nie kocha?



Wspólne gotowanie to cenne doświadczenie kuchennych obowiązków, poznanie procesu przygotowania jedzenia, zaznajomienie się z kuchennymi rytuałami i metodami. Mam wrażenie, że to nauka szczególnie cenna dla chłopców, którzy znacznie rzadziej niż dziewczynki włączani są do domowych obowiązków, które przecież „nie są dla nich”. To także znakomite ćwiczenia manualne, takie których nie sposób odtworzyć w innych warunkach. Do tego praktyczna matematyka! Jednostki wagi i objętości, dzielenie, dodawanie, umiejętność odczytywania przepisu... Długo by wymieniać!

Jest też gotowanie, oddanie narzędzi w ręce dziecka, przelewanie i przysypywanie substancji oczywiście bardzo w duchu Montessori, a więc fajne i rozwijające. Nigdy nie byłam szczególnie przekonana do przygotowywania wymyślnych materiałów, mas plastycznych, kolorowych eliksirów i wielkich pudeł sensorycznych tylko po to, żeby sobie z nimi poeksperymentować. Jestem na to chyba zbyt leniwa. Tutaj mamy coś praktycznego, „z życia wziętego”, co wprawdzie nie spełnia wymogów Sanepidu (ile razy ciastka wylądowały na podłodze i ile razy nadepnął na nie kot wiemy tylko my!), ale i tak jemy je później ze smakiem! Ćwiczenia sensoryczne są miłym dodatkiem. 

Poza tym – nie zapomnijmy o tej ważnej rzeczy – jedzenie samodzielnie przygotowane smakuje najlepiej! :) 

7 komentarzy :

  1. Świetnie się bawiłyście podczas gotowania. Jestem pod wrażeniem :)
    Ja jeszcze nie pozwalałam Antkowi przygotowywać wspólnie posiłków, ale przecież masz rację. Nic się stanie jak obierze po swojemu jajko czy spróbuje gnieść ciasto.

    P.S. My przykrywki od garnków chowamy. Już jedną Antek zbił podczas zabawy.

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak - wspólne kucharzenie to świetna zabawa, a poza tym przyjemny i owocny sposób na wspólne spędzanie czasu. Lubimy* :)
    * J. od zawsze bardziej niż ja, ale też się powoli przekonuję :P

    Z kolei drewnianym imitacjom jabłek i odbieraniu maluchom ostrych noży co najmniej do pełnoletności również się sprzeciwiam, ale zabawki-garnuszki mamy - służą zabawom w kąpieli i piaskownicy

    OdpowiedzUsuń
  3. Bosze, jaka ona już duża i taka do Ciebie podobna! WOW :D A co do bułeczek, ciasteczek i innych wypieków - jestem całkowicie na tak! Sama mojemu siostrzeńcowi piekę ciastka, bo wolę aby jadł domowe, nawet koślawe ciastka niż idealne, ale chemiczne ze sklepu.A co do wspólnego pieczenia i gotowania - mój siostrzeniec jest jeszcze na etapie rozrzucania wszystkiego w około, więc raczej byśmy za wiele nie upiekli ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. O! Zacznę nie na temat- jak sprawdza się doidy cup? I czy od dawna w użyciu? Ja zrezygnowałam jakiś czas temu z prób stręczenia ale za to kubek ze słomką się przyjął (u młodszego tylko). I w ogóle bardzo ładny czerwony. Ja kupiłam takie dwa mydełkowe kolory i żałuję.

    A w kwestii niepsujących się garnków, to my mamy takie ładne ale dla biednych- emaliowane (dużo) i takie dla bogatych- ceramiczne (dwa) i oba typy by się chętnie popsuły (o emaliowanych wiem to nawet bez trybu przypuszczającego). I podłogi też szkoda drewnianej. A w kwestii ciastek serowych to chętnie spróbuję. A w kwestii kopytek to w wersji z twarogiem w moim domu rodzinnym się to nazywało 'kluski leniwe', zaś do kopytek należy dodać jedynie mąkę ziemniaczaną w ilości takiej by się nie lepiło (bez twarogu). A jeśli chodzi o ciasto drożdżowe to moje zawsze się lepi i nie chce ugnieść. Nawet nasza pizza domowa to ledwo się od rąk odrywa. A jeśli chodzi o nadziewanie, to ta szpryca się nie zapycha po drodze do wnętrza bułeczki? A jeśli chodzi o powidła, to tez lubię, ale nie najbardziej. Teraz akurat robię powidło z pomarańczą. Powidło jest za to niezbędne do przełożenia piernika.

    A jeśli chodzi o zabawy w kuchnię, to syn chodzący do przedszkola bardzo prosi o kuchnię i ja bardzo bym chciała żeby taka zabawowa kuchnia w domu była, bo mam nadzieję, że bawiliby się w niej razem jak inne dzieci z blogów. Ale na drewnianą szkoda pieniędzy, nawet używaną, a plastikowe są nie za ładne. Syn lubi pojechać do Ikei i tam gotować obiadki. Gdy gotuję coś z młodszym, to mu kroję pomidor i on je. Ale za to już pomaga wypakować zmywarkę- podaje naczynia a jeśli zdążę złapać zanim upuści, to nie muszę się schylać. Za to starszy pomoże nasypać mąkę i wyłożyć formę do muffinek, ale jak coś miesza, to rozsypuje dookoła i muszę się gryźć w język żeby to przetrwać. No a ciasteczka lubi robić Mąż. Poza tym zwykle robimy cały hurt ciasteczek i wtedy potrzebne są dwie ODPOWIEDZIALNE osoby- do pilnowania czasu i do wycinania kształtów.

    Ponadto chciałam wyrazić radość, że tyle zdjęć wnętrza domu. Lubie oglądać wnętrza domów. I nie daje mi spokoju kuchenka- czy jest to kuchenko-piekarnik do zabudowy? Nie widziałam takich urządzeń do zabudowy, ale szuflada z frontem meblowym pod spodem sugeruje, ze tak właśnie jest. Ja mam płytę gazową osobno i sobie bardzo chwalę, bo pokręteł od gazu nie ma w zasięgu rączek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Puszczając zmywarkę, przypomniałam sobie, że nie zapytałam, czy ten garnek z ostatniego zdjęcia to się dobrze domył w tej pozycji?
      A odnośnie ciasteczek jeszcze, to mogę polecić takie, które jutro zrobię, bo mamy lodówkę z zamrażalnikiem, a takowy jest potrzebny do nich- otóż z masy ciastowej turla się rulon, który się schładza/zamraża, a później kroi na plasterki. Ale internet nie chce mi podpowiedzieć przepisu konkretnego. Nasze będą owsiane i będą udawać, że są zdrowe.

      Usuń
    2. Och Cytrynno, ile pytań! Moje serce się raduje! :)

      Doidy cup - jak dla mnie ściema. Jest świetny do picia gęstych rzeczy, takich jak kaszka albo zupa, bo można go bardziej przechylić i połowa nie zostaje na dnie, ale to tyle. Jeśli chodzi o łatwość picia, to nie zauważyłam żadnej różnicy między nim, a zwykłą szklanką. Używamy od początku, czyli jak Róża miała 6 miesięcy i właśnie jak trzeba było jej jeszcze przytrzymywać kubek to tej różnicy nie było. Róża też pije z bidonu ze słomką, zawsze ma pod ręką wodę i często sobie popija, ale wszystko inne dostaje w otwartym kubku. I ten doidy sprawdza się dobrze, bo jest lekki i ma dwa ucha, ale dokładnie taki sam efekt daje najtańszy niekapek z Ikei (6 zł) po zdjęciu dziubka. Używamy ich zamiennie.

      Kluski leniwe oczywiście znam, ale to są u mnie kluski tylko z twarogu (+jajko i mąka), w ogóle bez ziemniaków. Jak się ciasto drożdżowe lepi, to trzeba mąki dosypać. Wtedy też się lepi???? Nic się nie zapycha, działa jak marzenie! Nadziewanie trwa jakieś 3 minuty. Ja powideł nie robię ani żadnych innych przetworów, ani mi w głowie, kupuję firmy Łowicz. :)

      Nie mam pojęcia jak to jest z tym piekarnikiem. Dom zbudowali i urządzili moi rodzice, kiedy miałam 12 lat i zupełnie mnie wtedy nie interesowały takie rzeczy. Szczerze mówiąc, to dalej mnie nie interesują i nie bardzo rozróżniam czym się różni do zabudowy od takiego nie do zabudowy. Płyta na górze też jest elektryczna (w ogóle nie mamy gazu w domu), ale pokrętła niestety jak najbardziej w zasięgu rączek. :(

      To, co widać na zdjęciu to akurat patelnia, która zawsze znajduje sobie miejsce w zmywarce tak bokiem i domywa się świetnie! Nie robimy mycia codziennie, tylko jak sytuacja jest już krytyczna, czyli mniej więcej raz na 3 dni i wtedy takie tylko miejsce na patelnię zostaje. :)

      Usuń
    3. P.S. Dodaj cukru kokosowego zamiast zwykłego (bardzo popularny na grupach o blw, stąd wiem o jego istnieniu) i wtedy wszyscy się już dadzą nabrać ze zdrowe. ;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...