piątek, 30 października 2015

Żłobkowe za i przeciw



Żłobkowy temat planowałam ciągnąć. Chciałam napisać o adaptacji i innych ciekawych rzeczach, które jeszcze kilka tygodni temu mnie nurtowały, ale że u mnie od planu do realizacji daleka droga, to wszystko to się zdezaktualizowało i pomysły szlag strzelił. Dziś jednak muszę, „na gorąco”. Przez kilka strasznych dni jak ten Judym i jego sosna tkwiłam na rozdrożu i nie wiedziałam co dalej. Decyzja jednak zapadła, wszystko potoczyło się szybko i tak właśnie Róża zakończyła swoją przygodę ze żłobkiem.

Żłobkowe za:

- Dzieci. Róża ekstatycznie wręcz reagowała na inne dzieci. Podchodziła do obcych maluchów, przytulała się, próbowała się bawić na swój sposób. Widać było jak bardzo łaknie dziecięcego towarzystwa. Mieszkamy na zadupiu, więc niecodziennie widujemy nawet ludzi, o dzieciach nie wspominając, nie mamy placów zabaw, parków. Wśród moich znajomych nikt jeszcze nie ma dzieci, nie spotykamy się więc z nikim, nie umawiamy się do kawiarni kids-friendly. Żłobek to tak naprawdę jedyna okazja dla Róży, żeby przebywać z rówieśnikami. To dla niej dobre i ciekawe doświadczenie, które sprawia jej radość. Sporo uczy się od innych dzieci, kształtuje umiejętności społeczne. Nie wiem czym zastąpić jej dziecięce towarzystwo, którego wyraźnie się domaga.

- Nauka samodzielności. Ktoś mógłby powiedzieć, że to za szybko i że będzie na to czas. Ja mu na to odpowiadam: pożyczę Ci Różę na kilka dni. Oczywiście lubię myśleć, że mam najgorzej, pewnie trafiają się jeszcze bardziej wymagające dzieci, ale średnia przebiega raczej dużo niżej. Nie wgłębiając się już w przyczyny takiego stanu rzeczy (pisałam o nich TUTAJ), przyjąć należy fakt, że Róża jest dzieckiem bardzo charakternym, które dużo potrzebuje i dużo wymaga (dwie różne rzeczy). Odkąd zaczęła chodzić do żłobka dużo więcej czasu spędza na samotnej zabawie. W żłobku nauczyła się spokojnego siedzenia przy posiłku; przestała biegać po całym pokoju, z prawdziwą przyjemnością je obiad na siedząco. Przestała jeść rękoma, z ogromną wprawą używa sztućców, potrafi w ten sposób zjeść całą miskę zupy. W żłobku nauczyła się zasypiać w wózku, a niedługo potem leżąc na łóżeczku. W domu ciągle jeszcze nie pokazała tej sztuczki, ale przynajmniej skończyły się drzemki przy piersi, a sen w ciągu dnia jest dużo spokojniejszy. Cała ta nauka przebiegła bezstresowo, głównie przez obserwację innych dzieci. Gdyby została tam dłużej pewnie zaskoczyłaby nas całą gamą nowych umiejętności, których nauka tak opornie idzie w warunkach domowych.

- Lubię nasz żłobek. Lubię też panie, które tam pracują, a jak widzę uśmiechniętą „ciocię” Kamilę, to mam ochotę ją przytulić. Podoba mi się żłobkowe menu; jest bardzo różnorodne i wiem, że Róża chętnie zjada tam całe posiłki. W domu nie miewa dwóch dań na obiad, a tą samą zupę je przez trzy dni pod rząd. Podoba mi się dbanie o samodzielność dzieci i organizowanie im różnorodnych zajęć. Gdyby coś mnie irytowało, gdybym kogoś bardzo nie lubiła, to chyba łatwiej byłoby mi zrezygnować. Zwłaszcza , że to podróż w jedną stronę i powrotu nie będzie.
(No dobra, raz, na samym początku, widziałam jak jedna z opiekunek podczas przerwy pali papierosa. Baaaardzo mi się to nie spodobało. No i jeszcze te punkty zapalne, o których za chwilę).

- Odpoczynek dla rodziców. Choć uwielbiam spędzać czas ze swoim dzieckiem, to byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie lubię mieć czasu tylko dla siebie. Uwielbiam ten moment, kiedy Róża z tatą wyjeżdżają o 8:00. Kładę się do łóżka, oglądam ulubiony serial, a potem ucinam sobie drzemkę. Budzę się, niespiesznie jem niezdrowe, ale pyszne drugie śniadanie i czytam książkę. Jak za starych, dobrych czasów.

- Żłobek jest tani. Po hojnym dofinansowaniu z ministerstwa żłobkowe czesne to jedynie 100 złotych miesięcznie. Do tego dochodzi jeszcze dzienna stawka żywieniowa, ale nawet wtedy kwota jest do przełknięcia. Żal byłoby za takie pieniądze nie sprawić sobie chociaż kilku dni wolnych w ciągu miesiąca; pójść gdzieś tylko z mężem, odespać kilka cięższych nocy, przefrunąć przez cały sezon Downton Abbey w ciągu jednego dnia, zakopać się pod kołdrą z pasjonującą lekturą. My też jesteśmy ludźmi. Nie mamy nikogo do pomocy, a na wszelkie klubiki malucha i inne takie Rózia jest jeszcze stanowczo za mała. I oczywiście, inaczej by było, gdyby żłobka nie było wcale, ale skoro niewątpliwie wielki trud, żeby żłobek znaleźć został już podjęty (KLIK!), to szkoda byłoby z tego nie skorzystać.

Ani za ani przeciw:

- Choroby i infekcje. Straszy się nimi rodziców, którzy właśnie zapisali dziecko do żłobka lub przedszkola. Dzieciaki w żłobku chorowały dość licznie, ale Róża trzymała się dzielnie, być może przez to, że ciągle jest karmiona piersią. I ona wprawdzie złapała katar, który trzymał ją niemal przez tydzień, ale mam wrażeniem, że głównym tego powodem było przerażających 16 stopni w naszym mieszkaniu, zanim jeszcze rozpoczęliśmy sezon grzewczy. Nie takie więc te zarazki straszne.

Żłobkowe przeciw:

- Powód, dla którego Róża poszła do żłobka (napiszę jeszcze o nim), przestał istnieć. Potrzebowałam trzech miesięcy, ale wcześniej zrezygnowałam z całodziennej terapii. Jestem w ciąży, więc nie chodzę do pracy. Sytuacja, w której posyłam dziecko do żłobka tylko po to, żeby sobie odpocząć jest sporym luksusem. I choć fizycznie odpoczywam, to psychicznie jakoś mnie ta sytuacja gniecie. Lubię, naprawdę bardzo lubię spędzać czas z Różą, organizować nam cały dzień, od rana do wieczora. Najprzyjemniej wspominam czas, kiedy Róża miała katar i przez tydzień siedziała w domu – czas ten sprawił mi dużo radości. Kiedy jej nie ma czuję się jak najgorsza z wyrodnych matek, która przed komputerem obżera się pizzą, podczas gdy dziecko jej potrzebuje. Nieustannie tęsknię za Różą. Żal mi każdej minuty, którą spędzamy osobno, zastanawiam się co teraz robi i jak sobie radzi. Jest jeszcze taka malutka, a ten czas się nie powtórzy, nie będę już miała okazji oglądać jak uczy się wielu nowych rzeczy. Ona tam, ja tu i obie niezbyt zadowolone. Po co? Mały Szymek nie będzie miał już pewnie tyle szczęścia; kiedy skończy rok będę musiała pójść do pracy, a on, siłą rzeczy, do żłobka. Róża iść nie musi i szkoda by było tej możliwości nie wykorzystać.

- O ile widzę wiele zalet żłobka i o ile uważam, że przedszkole jest już dla dziecka punktem obowiązkowym, to sądzę, że rocznemu dziecku nigdzie nie będzie lepiej niż w domu, z mamą i tatą. Zwłaszcza, że nie jesteśmy rodzicami, którzy kompletnie olewają swoje dziecko sadzając je na cały dzień przed telewizorem, ale staramy się mu zapewnić wiele rozrywek, aktywności intelektualnych i fizycznych, w wartościowy sposób zapełnić czas.

- Róża tak naprawdę wciąż nie do końca zaaklimatyzowała się w żłobku. Początek był bardzo trudny. Żłobkowy stres odbijał się na trudnościach ze spaniem, na ogólnym rozdrażnieniu. Ciągle nie jest idealnie, a po dwóch miesiącach chyba już być powinno. Obserwuję inne dzieci, które docierają w tym samym czasie; są uśmiechnięte, biegną, żeby otworzyć drzwi, w podskokach zmierzają do zabawek. Róża kurczowo trzyma się rodzica, przytula się policzkiem, nie chce iść. Któraś z pań zawsze zainteresuje ją czymś ciekawym i zazwyczaj ostatecznie obywa się bez płaczu, ale żal (mój, przede wszystkim) zostaje. Każdego dnia czuję się okropnie na siłę odczepiając od siebie przytulone dziecko albo pospiesznie zamykając drzwi, kiedy ono płacze. Powroty też bywają trudne. Róża, widząc mamę albo tatę, zaczyna płakać, tak jakby emocje brały nad nią górę. Długo nie może się uspokoić, potrzebuje wtedy dużo bliskości. Tak naprawdę jednak jeszcze przez kilka kolejnych godzin jest marudna, płaczliwa. W domu takie rzeczy się nie zdarzają.

- Za niespełna cztery miesiące na świecie pojawi się Szymek. Zdrowy rozsądek nakazywałby mieć wtedy w zanadrzu placówkę, do której będzie można oddać starsze dziecko, aby od samego początku nie zwariować. W ogóle nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Uważam, że nic nie zbuduje więzi pomiędzy rodzeństwem lepiej niż wspólne ze sobą przebywanie, wspólne się docieranie i rozwiązywanie konfliktów. Nie wyobrażam sobie, że miałabym rozdzielać moje dzieci na cały dzień. Początki będą trudne, ale zaowocują one w przyszłości, razem nauczymy się organizować sobie czas. Mam wrażenie, że rozdzielanie rodzeństwa z tak niewielką różnicą wieku doprowadzić może jedynie do ataków zazdrości.

- 100 złotych, wspominałam? Owszem, ale tylko do końca grudnia. Potem program ministerialny się kończy, a czesne podnosi się o... 500%, co razem z dodatkiem na wyżywienie tworzy zawrotną wręcz kwotę. Obecna opłata, przy kilku wyrzeczeniach, głównie kulturalnych (książki, kino do którego chcieliśmy iść pierwszy raz od ponad roku), jest do przełknięcia. Podwyższone czesne jest jednak nie do przejścia.

- Skoro jesteśmy przekonani, że za kilka miesięcy na 100% zrezygnowalibyśmy ze żłobka biorąc pod uwagę dwa powyższe powody, to nie ma najmniejszego sensu męczenie dziecka teraz, przez najbliższe miesiące, hartowanie go ani wychowywanie na siłę.

- Teoretycznie odbieramy Różę ze żłobka około 15:00 i teoretycznie mamy przed sobą jeszcze mnóstwo czasu do wieczora. Wszystko to bardzo teoretycznie. Bo zanim się ubierzemy, dojedziemy do domu robiąc czasem po drodze jeszcze zakupy, zanim w domu dokonamy wszelkich niezbędnych ablucji, rozpakujemy zakupy, pomyślimy o obiedzie i dokonamy wszystkich niezbędnych technicznie czynności, to nagle okazuje się, że jest już wieczór i na wspólne zabawy zostaje bardzo niewiele czasu. Nie ma czasu na długie czytanie, kompletnie zaniechałyśmy zabaw w czytanie globalne i wielu innych wartościowych aktywności, które tak wielką sprawiały nam przyjemność. Spory regres zauważyłam też w kwestii nocnikowania; w domu bardzo naciskałam w tej kwestii odkąd tylko Róża nauczyła się siadać i rezultaty mieliśmy już około roku, wymagało to jednak wciąż dużo uwagi i szybkiego reagowania. W żłobku też dzieci korzystają z nocników, ale to jednak nie to. I znowu, ktoś mógłby powiedzieć, że na wszystko jest czas, że pielucha w wieku 1,5 roku to norma, a czytanie globalne – fanaberia, ale ja uważam inaczej i brakuje mi pewnych rzeczy, które ze względu na to, że nie przebywamy razem, zostały zaniedbane.

- A propos dojazdów... Od żłobka dzieli nas mniej więcej 40 kilometrów. Choć wydaje się, że to sporo, to od wielu lat przebywam tę odległość najpierw do szkoły, potem na zajęcia. Zawsze staraliśmy się jednak z mężem łączyć nasze wyjazdy, żeby zminimalizować koszty podróży. Codzienne wyprawy do żłobka wykluczają tę możliwość. Robert pracuje zazwyczaj do 21, więc choć może zawieźć dziecko do żłobka, to odebrać je muszę już ja. Dwa samochody pokonujące sporą trasę są więc w codziennym użyciu. To oczywiście kosztuje niemało. Jeśli przyjadę do Torunia rano, nie opłaca mi się już wracać do domu (to znowu dołożyłoby dodatkowych kosztów), snuję się więc między babcią a biblioteką w towarzystwie komputera albo książki. Niby fajnie, ale nie do końca. To jeszcze nie wszystko. Nasz spokojny tryb dnia uległ nagle przyspieszeniu. Poranki i śniadanie w biegu stały się normą, sztywne godziny, do których trzeba się dostosować też nie są tym, co lubię najbardziej. Wszystko to wydaje się nieco zbędnym wysiłkiem. Chcę z powrotem nasze spokojne życie, bez obowiązków i bez stałych punktów, z bardzo powolnym śniadaniem i leżeniem na dywanie w otoczeniu książek. 

- Metody i punkty zapalne. Dwie sytuacje, które miały miejsce pod koniec ubiegłego miesiąca, a które postawiły kropkę nad i.

Pierwsza to podwieczorek, na który przypadkiem trafiłam. Żłobek zorganizował zajęcia dla dzieci i rodziców – wspólne ćwiczenia metodą Sherborne (bardzo fajna inicjatywa, choć Róża miała w nosie ćwiczenia relaksacyjne i wolała biegać). Przyszłam trochę wcześniej, dzieci właśnie siadały do posiłku, a ponieważ zostałam zauważona – musiałam już wejść i przy podwieczorku Róży towarzyszyć. Dzieci dostały do jedzenia mus owocowy i niemal wszystkie zabrały się do niego z ochotą. Róża też jadła z apetytem, widać było, że jej smakuje. Wtem jeden ze starszych chłopców skończył swoją porcję, na co natychmiast pojawiła się pani, która „w nagrodę za pięknie zjedzoną porcję” dała mu biszkopta. W tym momencie mus przestał dla Róży istnieć. Nie chciała jeść, nie chciała nawet trzymać łyżki, zaczęła płakać, bo ona nie dostała ciastka. Niektóre dzieci kończyły swoje porcje, inne też zaczęły marudzić. Filozofia krążących z biszkoptami opiekunek była jednak prosta: ciastko to pyszna nagroda, której nie będzie, jeśli mus nie zostanie zjedzony w całości. Zaczęło się więc namawianie, a nawet siłowe wciskanie jeszcze jednej, dodatkowej łyżeczki. Róża obok mnie płakała, a ja miałam ochotę płakać razem z nią. Czy istnieje bardziej skuteczny sposób na zniechęcenie dziecka do owoców i warzyw niż tworzenie z nich wroga, obowiązku po przebyciu którego czeka nas wspaniała i jakże pyszna nagroda? I na dodatek: co to za nagroda? Ciastko z paczki? Gdyby chociaż biszkopty zostały rozdane na samym końcu, kiedy wszyscy zjedzą owoce, to może nie byłoby to aż tak okropne. Ale „nagradzanie” jednych i zostawianie drugich nad ich obrzydliwymi i niesmacznymi porcjami owoców w tym samym czasie uważam za najgorszy z możliwych pomysłów. W ogóle nagradzanie za jedzenie to według mnie poważny błąd. A to zapewne norma.

Druga sytuacja miała miejsce następnego dnia, choć w zasadzie tego typu rozmowy powtarzają się regularnie. Ich kumulacja mnie jednak przerosła. Któregoś więc dnia zostałam zapytana z niejaką podejrzliwością, czy zdarzyło się w ostatnim czasie, że Róża nie spała sama, ale ze mną w łóżku. Bo sprawa ma się tak, że zasypiała już sama w łóżeczku, a dziś nie chciała, tylko płakała, marudziła i dopiero przytulona uspokajała się. Rozmowa toczyła się dalej, wszystko jednak z jakąś taką nutką oskarżycielstwa i politowania. No bo jak ja tak mogłam, że dziecko zasypia przytulone do mnie (sic!) i co to w ogóle znaczy, że nie chce zostać sama przy stole podczas posiłku? A tak w ogóle to ja ją w domu jeszcze noszę? Poinformowana też zostałam o metodach, które stosuje się w stosunku do mojego krnąbrnego dziecka, a które są skutecznie i wyłącznie one uchronić mogą nas wszystkich przed popadnięciem w tyranię rocznej dziewczynki. Wśród wielu pomysłów jeden szczególnie zapadł mi w pamięć: „kiedy płacze – nie reagujemy i odchodzimy”; znowu zachciało mi się wyć.

Często jestem proszona, żeby z ukrycia zobaczyć jak źle zachowuje się moje dziecko. Zerkam wtedy zza węgła albo obserwuje obraz z kamerki z bezpiecznej przestrzeni szatni i widzę zagubioną Rózię, która faktycznie domaga się uwagi, a która jej nie otrzymuje. Nie widzę wtedy rozwydrzonego bachora próbującego zawładnąć żłobkową społecznością, a jedynie moją biedną, małą córeczkę, która tak bardzo potrzebuję bliskości i której nigdy, bez względu na to jak zajęta jestem, nie odmawiam błyskawicznego przytulenia, buziaka w czoło albo młynka w powietrzu. Wiem, że w żłobku jest więcej dzieci, którymi trzeba się zająć, ale dalej nie widzę powodu, żeby aż tak ignorować potrzeby (czy nawet zachcianki) jednego z nich. Choć często byłam zapewniana, że jest wręcz przeciwnie, to jednak odnoszę wrażenie, że w jakiś sposób mojemu dziecku dzieje się krzywda i jedyne, czego chcę, to je przed tym uchronić. Często mam też wrażenie, że nie chcą Rózi w tym żłobku, że jest jakąś czarną owcą wśród grzecznych i ułożonych dzieci i że gdyby jej nie było – wszystkim żyłoby sie łatwiej. Być może jestem przewrażliwiona, być może to tylko złudzenie, ale nad odczuciami trudno zapanować.

Jestem pewna, że metody, które stosuje się w żłobku są skuteczne i być może za kilka miesięcy miałabym grzeczną i ułożoną dziewczynkę, która nie zawisa na mojej nodze i nie grymasi przy jedzeniu, ale czy naprawdę chcę mieć takie dziecko? To nie są moje metody; ja nie odwracam się płaczącego dziecka, a na widok wyciągniętej w moim kierunku rączki z książką – rzucam wszystko i czytam. Nie będę tego zmieniać, bo chcę, żeby Róża wiedziała, że może liczyć na moją pomoc i że chętnie poświęcę jej swój czas, aby spędzić go tak, jak ona lubi. Od kilku już miesięcy mam poza tym czas na własną lekturę (ciągle na głos), ugotowanie obiadu i ogarnięcie bajzlu, a czasami nawet na napisanie kawałka posta. Czy dałam sobie „wejść na głowę”? Czy „przegrałam” tę „walkę”? Czy teraz będzie coraz gorzej, bo tak duże dziecko to powinno już... i tak dalej, i tak dalej. Czuję się wspaniale poświęcając swój czas i uwagę dziecku. Nie czuję się przegrana, pozbawiona możliwości wyboru ani terroryzowana. Wiem, kiedy Róża wymusza pewne rzeczy i potrafię zdecydować jak ważne jest dla niej, abym w danej chwili coś z nią zrobiła. Rózia zna pojęcia takie jak „za chwilę” albo „gdy skończę kroić mięso”, chętnie wykonuje moje polecania. Czasami jęczy, bo jej nudno, czasami jednak zanosi się łzami jak grochy nie dlatego, że taki ma kaprys, ale dlatego, że w tamtym momencie moja odmowa jest dla niej największą tragedią dnia. Nigdy nie byłam zwolenniczką mówienia do dzieci „oj, żebyś ty tylko takie problemy w życiu miała”. Ze swojego dzieciństwa pamiętam replikę tę aż za dobrze i wiem jak wielkie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości wywoływała ona u mnie. Łagodnie, metodą prób i błędów wypracowujemy wspólne kompromisy, bo jesteśmy partnerami. Wyraźnie widzę, że jest coraz lepiej, a nie gorzej. Róża jest dziewczynką walczącą o swoje, dążącą do tego, na co ma ochotę, a jeszcze bardziej walczącą z tym, na co ochoty nie ma i uważam, że może się to rozwinąć w przyszłości w bardzo wartościową cechę charakteru, nie warto jej tłumić. Słowem: nie chcę słuchać jak mam w domu wychowywać swoje dziecko, aby w żłobku było łatwiej, bo wiem jak to robić tak, abyśmy obie były zadowolone.

W żadnej z powyższych sytuacji nic nie powiedziałam ani nie zareagowałam. Wyrzucam to sobie aż do dzisiaj, bo zazwyczaj jestem osobą, która jasno wyraża swoje niezadowolenie. Jedyne jednak, co wtedy czułam to rezygnacja (przecież i tak będą dawać te biszkopty i robić to, na co mają ochotę) i, przede wszystkim, potrzebę natychmiastowego wzięcia dziecka pod pachę i ucieczkę z tego miejsca, daleko, jak najdalej. W końcu stało się.

Decyzja zapadła. Planowaliśmy, że Róża do żłobka będzie chodzić do końca roku. Nie codziennie, ale 2-3 razy w tygodniu, żeby ona zaspokoiła swoje potrzeby towarzysko-społeczne i tym chętniej spędzała pozostałe dni w domu i żebyśmy my jeszcze trochę odpoczęli (czy da się odpocząć na zapas?) i poszli może wreszcie do tego kina na jakiś tani, środowy seans (w listopadzie wychodzą Igrzyska śmierci!). Potem jednak pojawiły sie punkty zapalne i postanowiliśmy pobyt ten skrócić o miesiąc, a ponieważ kolejna osoba z listy rezerwowej wykazała się natychmiastową gotowością do zajęcia naszego miejsca – Róża zakończyła swoją żłobkową przygodę w tym tygodniu. Przed premierą Igrzysk śmierci... Mimo wszystko – jestem zadowolona. I Róża chyba też.



Koniecznie przeczytaj też:





8 komentarzy :

  1. Trochę mi się serce zaczęło krajać jak pisałaś o tym ignorowaniu Róży w żłobku. Obawiam się, że nas żłobek nie ominie, bo bardzo zależy mi na kontynuowaniu studiów a babcie obie pracujące, ale chyba w takim razie zdecydujemy się na prywatny lub domowy, z małymi grupami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz jest właśnie prywatny, grupa 15 dzieci na 3 opiekunki, a i tak zawsze ktoś był chory i kogoś nie było. Do publicznego było już za późno na zapisy. To raczej nie chodzi o zaniedbanie, bo opieka była bardzo dobra i nie mogę na nią narzekać, ale o podejście do "wychowania". Róża chciała mieć uwagę jednej z pań zawsze dla siebie, była zazdrosna o inne dzieci. Ignorowanie było prawdopodobnie jedyną z metod, które mogłyby przynieść rezultat, ale fakt, mi też się serce kraja i nie chcę jej tego robić na siłę widząc jak bardzo źle to znosi, stąd przede wszystkim decyzja o zabraniu ze żłobka. Myślę, że dziecko, które nie potrzebuje bardzo dużo uwagi i bliskości i które będzie dopuszczało zabawy w grupie, a nie wyłącznie indywidualne - nie będzie miało aż takich problemów z adaptacją. U nas uważane to było za problem, z którym należy walczyć, wiem też, że życie wszystkich byłoby łatwiejsze gdyby udało się tę cechę Róży utemperować, ale i tak nie chcę.

      Usuń
  2. Ojej, od razu sobie przypomniałam przygody mojej siostry z młodym - on też chodzi do żłobka, ale tylko 2 razy w tygodniu. Raz, że w Anglii to kosztuje, a dwa, że mały ciągle płacze, chociaż ma już 2,5 roku. On wciąż chce być koło mamy albo taty i bardzo ciężko znosi chodzenie do żłobka. Ale jak oboje rodziców pracuje, to niestety nie ma innego wyjścia. Także uważam, że dobrze zrobiłaś - póki jesteś w domu, korzystaj z tego, że możesz być z dzieckiem i mieć pełną władzę nad jej wychowaniem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytając Twoje argumenty, pewnie podjęłabym podobną decyzję...ale ja tak marze o odpoczynku od Antka :p

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak strasznie zazdrościłam tego żłobka, ale znając moje dzieci wysnuwam wniosek, że potrzeb dzieci małych nie da się zaspokoić w opiece zbiorowej. No ale mojemu pierwszemu dziecku nie dawały rady dwie babcie, a przy moim drugim dziecku nikt nie pomaga- i oboje na tym tracimy, bo mam tak poszargane nerwy... Mąż zabiera owo dziecko na godzinę w TYGODNIU, ale nie w każdym tygodniu może.
    Skądinąd gdy rano wyprowadzam wszystkie dzieci do przedszkola, to marzę o powrocie do łóżka- ostatnie wylegiwanie w życiu miałam w pierwszej ciąży gdym chorowała i wcale to nie znaczy, że potem nie chorowałam.

    I nawet gdy mi beczy to małe dziecko, to nie potrafię go zostawić w lesie. Ba, nawet rączki puścić nie potrafię. A tak szarga te nerwy.

    Ale 40 kilometrów?! Nawet gdybym miała dobrą i darmową opiekę w takiej odległości, to bym nie jechała. do Ikei mam 3 razy bliżej a nie jadę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojej, tak rzadko tu teraz zaglądam (gdziekolwiek rzadko zaglądam) i - choć w wielu kwestiach światopoglądowych nie jest nam po drodze, to po tym poście mam ochotę Cię wyściskać - za Twoje podejście do córki, którym inspirujesz i uczysz. Dodajesz mi bardzo sił i wiary w drogę, którą i ja obrałam przy swoim dziecku.

    Całusy! :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Też muszę wrócić do pracy bo roczny macierzyński w grudniu mi sie konczy, boli mnie serce bo czeka nas żłobek albo raczej wynajęcie opiekunki :(

    Nie wiem jak psychicznie poradzić sobie z zostawieniem córeczki z obcą osobą :( ehhh

    Znasz na to jakiś lek? Wiem że nie ja pierwsza i nie ostatnia ale boli mnie serce;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem ten ból... :( Znam jeden lek: drugie dziecko! ;) A przy drugim dziecku 500+. Może to niewiele, ale nam na przykład pozwoli na to, żebym mogła zostać też z drugim dzieckiem ten dodatkowy rok w domu.
      Ale nawet jeśli trzeba będzie się rozstać, to pamiętaj, że większość dzieciaków naprawdę dobrze reaguje na nową sytuację, to mi się po prostu taka domatorka i mamicóreczka trafiła. :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...