niedziela, 1 listopada 2015

Grobbing i inne nieprzyjemności. Rozważania zaduszne



Wszystkich Świętych to chyba najmniej lubiane przeze mnie święto. No dobra, jest jeszcze coś takiego jak Zielone Świątki albo tajemnicze Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, czyli takie, w których w ogóle nie wiem o co chodzi, a zamknięte sklepy w tych dniach co roku zaskakują mnie tak samo mocno. Z tych jednak bardziej znanych to właśnie zbiór początkowolistopadowych uroczystości budzi moją największą niechęć; Wszystkich Świętych (czy jak za komuny mawiano i jak często mawia się nadal – Święto Zmarłych), Zaduszki i te sprawy. Potraktujmy je dzisiaj zbiorczo.

Nie przeszkadza mi, że to święto religijne, a ja jestem osobą niewierzącą. Boże Narodzenie i, w dużo mniejszym zakresie, Wielkanoc to święta, które w jakiś sposób obchodzę (będę jeszcze o tym pisać bliżej Gwiazdki), doskonale też rozumiem ludzi, którzy mimo braku wiary w Boga, traktują datę pierwszego listopada jako czas odpowiedni do wspominania swoich zmarłych i odwiedzania ich grobów. W końcu kult zmarłych i różnorakie formy pochówku to rytuały znane w wielu kulturach i religiach, wpisane niejako w człowieczeństwo. Ja w żadną formę życia po śmierci nie wierzę, nie zależy mi na pięknym i drogim nagrobku, ani chyba nawet na godnym pochówku. Nie marzę też o tym, żeby miejsce mojego spoczynku ktokolwiek odwiedzał; będę trupem.

Sama też nie odwiedzam grobów. Choć wspominam zmarłą rodzinę, szanuję ich pamięć, to nie widzę żadnego sensu w patrzeniu na kamienne tablice z ich nazwiskami. Grobbing to od wielu lat całkowicie obce mi doświadczenie. Początek listopada spędzam w domu, jak najdalej od kichająco-kaszlącego tłumu zaskakująco podobnych do siebie jednostek, z których każda patrzy tylko nerwowo, czy „nasz” grób jest ładniejszy niż ten obok i przyciszonymi głosami zrzuca gromy na ciocię Bożenkę za to, że przyniosła czerwone kwiaty, chociaż wyraźnie było mówione, że w tym roku na biało. Ja z dala od tego, z dala od samochodów, które najchętniej wjechałyby prosto na grób, jak najdalej od latami niewidzianej rodziny, którą przy grobie na bank się spotka. Nie istnieje też możliwość, abym w dzikim tłumie aut pchała się przez pół Polski, aby odhaczyć kolejne groby w swoim cmentarnym tournée w oddalonych o kilkaset kilometrów miejscowościach.

Święto Zmarłych (nie czepiajmy się słówek) to ogromna siła. Polskie święto z pradawną, „dziadową” tradycją. Każdego roku walczące o uwagę z coraz bardziej popularnym Halloween, z którym przecież nie ma nic wspólnego, nawet dnia obchodów. Z tradycją nie walczę, bo i za szkodliwą jej nie uważam, raczej cicho ignoruję umacniając wewnętrznie swe przekonanie, że robię dobrze. Drażni mnie pierwszolistopadowy przemysł. Nie widzę sensu w zaśmiecaniu cmentarzy bardzo drogimi zniczami i wiązankami, które kilka dni później lądują na ogromnych stertach przeznaczonych do utylizacji (ile losów można by polepszyć przeznaczając pieniądze te na żywych, zamiast na nieboszczyków).

Inna sprawa to wspomniany już grobbing; cmentarne maratony od grobu do grobu w celu udowodnienia rodzinie swej wartości i majętności. Jak większość duchowości w naszym współczesnym świecie, także Wszystkich Świętych to tandeta, pozbawiony jakiejkolwiek głębszej refleksji i emocji pokaz próżności i złego gustu. To z jednej strony pozorowana powaga i elegancja (przecież trzeba się wcisnąć w przyciasny, ślubny garnitur), a z drugiej jarmarczność, odpustowość, balony, wiatraczki, obwarzanki, oscypki z grilla i kolorowe, plastikowe Jany Pawły, z wnętrz których wydobywa się fałszywie „O paaaaanie, to ty na mnie spojrzaaaałeś...”. To ciche liczenie zniczy zamiast modlitwy i odhaczanie na swojej mentalnej liście kto okazał się takich dupkiem, że jeszcze świeczki nie zapalił. To gorączkowe polowanie na miejsce parkingowe, żeby na grobie być przed wujkiem Wieśkiem, aby ten zobaczył jak wielki bukiet kupiliśmy.

Nie, dziękuję. 


Koniecznie przeczytaj też:



16 komentarzy :

  1. Bardzo przykre to, że wszystkich którzy to święto obchodzą traktujesz z równą pogardą i wszystkich oskarżasz o to, że świętują na pokaz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "doskonale też rozumiem ludzi, którzy mimo braku wiary w Boga, traktują datę pierwszego listopada jako czas odpowiedni do wspominania swoich zmarłych i odwiedzania ich grobów"

      Nie wiem, gdzie tu jest pogarda i robienie czegoś "na pokaz". Myślę, że albo nie przeczytałaś całego tekstu, albo nie najlepiej idzie czytanie ze zrozumieniem. Autorka, nie pogardza tych, którzy chcą upamiętnić zmarłych, tylko zwraca uwagę na tych, którzy chodzą po cmentarzach, "bo tak trzeba, bo tak robiła babcia i mama i żeby odwalić i mieć ładny grób". Na tych, którzy bezmyślnie podążają za stadem i... komercją?

      Usuń
  2. Zgadzam się z Tobą, że wiele jest osób, którzy traktują to święto jako pokaz jesiennej kolekcji, pokaz swojej majętności, manifestację swojego "smutku"... Ja wraz ze swoją rodziną byłem dziś na grobach, ale mamy zupełnie inne podejście do tego wydarzenia. Po pierwsze nie odwiedzamy zmarłych tylko tego dnia. Robimy to co jakiś czas, dlatego że moja rodzina ma mocne poczucie wspólnoty, jaką tworzy. Z tego względu jest to po prostu kolejny dzień, kiedy można nas spotkać przy grobie. Nie inwestujemy także zbytnio w znicze czy kwiaty. Wiązanek, bukiecików, stoików i tak dalej, w ogóle nie kupujemy. Wystarczy mały znicz, krótka modlitwa za duszę i trochę wspomnień o danej osobie. Ja lubię to święto. Jest to dla mnie czas refleksji nad życiem, uświadomienia sobie, aby czasem się zatrzymać, rozejrzeć, żyć troszkę lepiej. Nie rozumiem w ogóle całego szału (to chyba dobre określenie), który przejawiają inni. Moja rodzina tego dnia spotyka się na grobach, potem na wspólnym obiedzie. Myślę, że takie święto dobrze nam robi. Wszakże, gdyby nie nasi przodkowie, i nas by nie było.
    Pozdrawiam i życzę dużo cierpliwości nie tylko za rok, ale także przy kolejnych świętach / uroczystościach, traktowanych przez niektórych nie tak, jak być powinno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za ten głos, cieszę się że tak do tego podchodzisz. Mój mąż też był dzisiaj na grobach. On z kolei chodzi tylko 1 listopada, bo to dla niego właśnie specjalna okazja. To zupełnie inna postawa.
      Wiesz, ja nawet nie uważam, żeby było coś złego w tej wacie cukrowej i balonach na cmentarzach (niech każdy świętuje jak chce, nie ma chyba jednego, prawidłowego sposobu świętowania), jeżeli nie łączy się to z tą pozorowaną powagą i poczuciem krzywdy, że oto trzeba teraz zrobić maraton po grobach, wszędzie posprzątać, zagrabić i przyozdobić.

      Usuń
  3. Ja także lubię to święto. Dla mnie jest okazją nie tylko do odwiedzenia grobów najbliższych mi osób, ale i tych dalszych. To rodzinny spacer, rodzinne opowieści. Na co dzień ograniczają się one do tego co pamiętam ja, moi rodzice, teściowie, rodzeństwo. W tym dniu wspomnień jest więcej. Przyłącza się do nich dalsza rodzina, znajomi. Można usłyszeć historie, których nigdy wcześniej się nie słyszało. To okazja do zacieśnienia rodzinnych więzi, przekazania dzieciom rodzinnych tradycji, a tradycja w naszym domu rzecz święta. Myślę, że nie warto oceniać wszystkich jedną miarą, choć bez wątpienia tych, którzy traktują to święto bezrefleksyjnie nie brakuje. Tak jak i tych, którzy Halloween i Walentynki nazywają świętami komercyjnymi, a w Święcie Zmarłych i Bożym Narodzeniu komercji nie dostrzegają. Ja właśnie dlatego do wszystkiego staram się podchodzić z dystansem i po przemyśleniu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie od zawsze denerwowało, że na cmentarzu należało szeptać, coby zmarłym nie przeszkadzać (nigdy tego nie pojęłam - w końcu są martwi i raczej już nic im nie przeszkadza), nie wolno się uśmiechać, bo śmierć jest smutna... I milion innych zakazów i nakazów, by uszanować zmarłych. A teraz widzę, że są śpiewające znicze! Noż cholera!

    Zawsze lubiłam zapalać znicze, ale do samej idei chodzenia po cmentarzu, by się na ten nagrobek popatrzyć i zmówić pacierz, nigdy nie byłam przekonana. Raczej się bałam, że się grób otworzy i zmarły z niego wyjdzie... Za dużo horrorów się naoglądałam.

    Denerwowało mnie też to, że moja rodzina święta na cmentarzu - cicho, pobożnie i z pełnią szacunku - ale zaraz po przekroczeniu jego bram nagle zapomina, gdzie była. I nagle kolacja okazuje się najważniejszym wydarzeniem dnia.

    Od dawna mnie tam nie było. Nie brakuje mi tego. Zaś gdy umrę, chcę zostać spalona, bo nie podoba mi się wizja gnicia, ale co się z prochami stanie - jest mi obojętne. Niech nikt się nie czuje w obowiązku odwiedzać mnie co roku. Bo po co.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że należy szeptać, bo często na cmentarzu nie jestesmy sami, są inni odwiedzający groby swoich bliskich, którzy może w tym czasie przeżywają wielką tragedię i należy im sie szacunek w tym miejscu, kiedy oni odwiedzają swoich bliskich.

      Usuń
    2. Niemniej, jak pisałam, moja rodzina była zdania, że chodzi o nieprzeszkadzanie zmarłym. Inne rodziny miały to gdzieś i były głośno. Jako dziecko czułam się wtedy bardzo stłamszona.

      Usuń
  5. Smutno mi się to czytało. Rozumiem, Twoje odczucia, ale nie rozumiem na jakiej podstawie nie odwiedzając cmentarzy od jak mniemam kilku lat snujesz swoje barwne przemyślenia? Ja rozumiem odnieść się do przemysłu, bo to widzisz na ulotkach czy w sieci. Jak jednak możesz oceniać motywacje odwiedzania grobów przez kogokolwiek? Myślę, że to bardzo zarozumiałe pisać, że wiesz po co ktoś odwiedza groby. Przykre, że sprowadzasz to do tak niskich uczuć jak chęć pochwalenia się, pokazania, porównywania i zazdrości. Ja, choć mam zaledwie 30 lat, to z każdym rokiem przeżywam to Święto coraz bardziej. Głównie dlatego, że uważam to masowe odwiedzanie grobów, zadbanie o nie przynajmniej raz w roku, jako piękną tradycję. Nie mieszkam już w rodzinnym mieście, na którym pochowanych jest wielu członków mojej rodziny, sąsiadów, nauczycieli czy nawet znajomych ze szkoły. Wizyta przy okazji 1 listopada, możliwość zatrzymania się przy ich grobie jest dla mnie takim miłym przystankiem zadumy, wspomnienia ich. Mam nadzieję, że za kilka lat zabierając na to "tournee" swoją córkę będę mogła z nią dzielić wspomnienia, mówiąc że teraz zapalmy świeczkę ku pamięci mojego najmilszego Sąsiada, który zawsze z wielką uwagą słuchał opowieści naszej ulicznej ferajny. I o Babci mojej kuzynki, która robiła żurek jakiego smaku nigdy więcej nigdzie nie posmakowałam. To są historie bez znaczenia dla Ciebie, mogą brzmieć sentymentalnie, ale Ci ludzie tworzyli moje dzieciństwo, uczyli empatii, wrażliwości i wielu innych rzeczy. Idąc na ich grób oddaje cześć ich pamięci. Chyba jednak ograniczę się do czytania Twoich recenzji książkowych - przemyślenia tego typu przedstawione w formie, która nie tyle co wyraża twój światopogląd, ale rości sobie prawo do oceny wewnętrznych motywacji innych ludzi psuje jedynie moje samopoczucie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grobbing nie jest zjawiskiem nowym, nowa jest chyba tylko nazwa (skądinąd bardzo trafna, według mnie), którą zjawisko nazwano kilka lat temu. Jako dziecko, a nawet nastolatka zawsze bywałam na cmentarzu pierwszego listopada. Moi rodzice często pracowali, a ja spędzałam wolne dni z babcią i dziadkiem. Pozwalano mi wtedy bawić się zapałkami, lubiłam to. Ale i nasłuchałam się dużo i widziałam wiele, nie tylko wśród mojej własnej rodziny, ale i naokoło. Pewne praktyki społeczne są na cmentarzach normą (oczywiście, nie generalizujmy; przeważającą większością postaw). To się nie zmieniło. Nie odwiedzam grobów aby się modlić, ale w każdy wtorek i piątek, idąc na rynek (to najkrótsza trasa), przechodzę przez całą długość jednego z największych toruńskich cmentarzy, wciąż rozmawiam z ludźmi, razem z babcią zamawiam wiązanki; nie zamknęłam się nagle w szklanej kuli, nie pozbawiłam się kontaktów społecznych.

      Dziwią mnie w tym komentarzu dwie rzeczy. Po pierwsze, dlaczego bezpośrednio odbierasz atak na grobbing, skoro – jak rozumiem – nie utożsamiasz się ze zjawiskiem. Robisz inaczej i dobrze; tekst nie dotyczy Ciebie. Po drugie, tak jak zauważyła już osoba komentująca poniżej: nie bardzo rozumiem jak można nie zauważać, że grobbing istnieje i to w bardzo szerokim zakresie. U mnie tak samo (znów odwołuję się do komentarza poniżej), wymienione przykłady i postawy zawsze były przedmiotem żartów, drobnych kpin wśród rozmów ze znajomymi, w szkole, na studiach (studiowałam kulturoznawstwo, pamiętam że kiedyś całe zajęcia mieliśmy na ten temat i każdy widział w swoim otoczeniu to samo). Być może miałaś po prostu szczęście, jakimś cudem uniknęłaś liczenia zniczy przez etatowo zajmującą się grobem ciotkę. Mam jednak wrażenie, że starasz sie na siłę idealizować święto i ludzkie postawy. Tak jak pisałam w tekście – nie uważam grobbingu za coś bardzo szkodliwego, raczej podchodzę do tego z zainteresowaniem, może nawet rozbawieniem. Nie chcę jednak w tym uczestniczyć, a ponieważ będąc na cmentarzu pierwszego listopada jestem otoczona tym wszystkim bardzo ciasno – wolę sobie odpuścić. Ja też lubię wspominać pewne osoby, uwielbiam opowieści dziadków, anegdotki zakorzenione w mojej rodzinie od wielu lat, ale wolę robić to w domu, na przykład przy obiedzie. Cmentarz w żadnym stopniu mi w tym nie pomaga.

      Usuń
  6. Ja jak zwykle nie czuję się urażona i uważam, że ten tekst jest świetny! Trafny w punkt! Po prostu każdy podany przez Ciebie przykład znam z własnego doświadczenia, jakbyś podglądała moją rodzinę! Nawet mamy ciocię Bożenkę . :) Jak dziś pamiętam z rodzinnego domu staranne ubieranie i prasowanie ciuchów bo przecież takie to ciotki będą i trzeba się pokazać przy grobie. Potem te przekleństwa, że miejsce na parkingu za daleko, że ktoś był przed nami. A w Zaduszki sprawdzanie zniczy i przypisywanie kto który postawił i czy był. Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać.
    Czytam te komentarze powyżej i naprawdę nie wiem jak można nie zauważyć istnienia grobbingu. Wystarczy się rozejrzeć. Posłuchać ludzi obok. To nie tylko moja rodzina,
    pamiętam rozmowy z koleżankami, sąsiadami, u każdego było tak samo, pamiętam jak to wszystko wyśmiewałyśmy. Jarmarczne stoiska na cmentarzach to jeszcze inna sprawa, u mnie sprzedaje się zabawki, nawet takie związane z Halloween. :)
    Jestem osobą wierzącą, bardzo lubię odwiedzać cmentarz, pozwala mi to na bliski kontakt ze zmarłymi, wierzę że czują moją obecność jakoś lepiej, ale od wielu juz lat odkad się usamodzielniłam nie bywam na grobach 1 listopada. Nie chcę słyszeć tych wszystkich babć ziejących jadem na własnego brata, bo ułożył znicze w kółko zamiast w kwadrat, nie potrzebuję tego tłumu, stresu, pospiechu.

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja się zupełnie nie zgadzam. Dla mnie Wszystkich Świętych to najbardziej magiczne, po Bożym Narodzeniu, święto (sorry za powtórzenia). W końcu, po tej codziennej bieganinie, można przystanąć, zamyślić się, podumać. Wierzę w Boga, jednak nie tego katolickiego, więc dla mnie to oczywiste, że nie stoję tylko przed jakimś bezwartościowym kamieniem. To bardzo ważne dla osób, które, tak jak ja, straciły osoby z najbliższej rodziny, nie tylko ciocię Genię, którą się ledwo pamięta z dzieciństwa.

    Strojenie grobów i strojenie się - można powiedzieć, że to na pokaz, ale można też, tak jak ja, uważać, że to wyraz szacunku. Po prostu ładniej się ubieram, bo to święto - nie po to, by ktoś to zauważył. Uwielbiam dekorować groby - niekoniecznie zniczem z melodyjką Ich Troje (wybór tendencyjny, bo jest tyle ładnych i tradycyjnych zniczy ;P), dwie kobiety z rodziny, które zmarły, uwielbiały żywe kwiaty, więc takie dostają.

    Wszystkich Świętych to wspaniały czas, w którym pokazujemy (przynajmniej ja tak robię), że pamiętamy o tych, którzy odeszli. O ich przyzwyczajeniach, zaletach, przywarach, o tym, że byli z nami i bardzo ich kochaliśmy. Są w naszej pamięci, nie traktujemy ich jak nieboszczyków, ale zmarłych członków rodziny.

    No i co jest złego w tym, że spotykasz kogoś, kogo nie widziałaś rok? Świetnie, że w końcu jest okazja! Chyba że akurat danej osoby się nie lubi :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ok, zgodzę się, że bieganie po cmentarzu w dzień 1 listopada to wielka parada w wykonaniu wielu, ale nie wszystkich - tak jest, że tego dnia pojawiają się na cmentarzu często ludzie, którzy w ogóle w inny dzień nawet nie pomyślą, żeby udać się na niego - tego nie kwestionuje.

    Jednak w Twojej wypowiedzi odczułam pewną niedojrrzałość i ignorancję wobec sytuacji śmierci - mam wrażenie, że nie utraciłaś nikogo bliskiego, że piszesz, że nie widzisz sensu we wpatrywanie się w tablice kamienne - być może tak jest, że nie widzisz sensu, oczywiście masz do tego prawo, to jest niezaprzeczalne. Jednak mam wrażenie, że wynika to z faktu, że nikogo naprawdę bliskiego nie utraciłaś - dziecka, męża, mamy, taty - nie włączam to dziadków, bo tylko w nielicznych przypadkach są oni tak naprawdę bliscy, żeby ich śmierć tak mocno przeżyć. Więc zastanów się czy jakbyś straciła swoich najbliższych to czy dalej byś tak myślała i czy nie chciałabyś się przejść w jakiś spokojny dzień na miejsce złożenia ich grobu i tam zapłakać, powspominać,,,,,,,

    A 1 listopada nie chodzę, choć mam pochowane właśnie pewne naajbliższe osoby, które wymieniłam wyżej - chodzę w inne dni, spokojne, bez tłumu, żebym mogła pobyć w ciszy i samotności....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie straciłam nikogo z bliskich wymienionych przez Ciebie i nie jest wykluczone, że moje nastawienie się kiedyś zmieni, chociaż bardzo w to wątpię. Wydaje mi się, że żeby odczuć jakąkolwiek bliskość ze zmarłym trzeba chyba choć trochę wierzyć, że on gdzieś tam jest, czuwa, może patrzy. Ja w to nie wierzę w najmniejszym nawet stopniu. Nie lubię cmentarzy, nie wpływają na mnie refleksyjnie, dużo więcej wspomnień i wzruszeń przywołują na przykład zdjęcia oglądane w zaciszu domowym. Inna sprawa, że poglądy moich bliskich są bardzo zbliżone do moich (skądś je w końcu wyniosłam) i nikt nie chce leżeć na cmentarzu. ;)

      Usuń
  9. Mi nie chodzi o refleksje na cmentarzu, po stracie bliskich osób nie trzeba iść na cmentarz, żeby czuć żal i wielką stratę. Czasem wizyty tych, którzy chodzą do swoich bliskich na cmentarz,w sumie chyba najczęściej, pomagają ludziom przetrwać ten trudny okres, oni właśnie czują, że są ze swoim zmarłym. Inni radzą sobie inaczej, w sposób o którym Ty piszesz, w domu ze zdjęciami, rzeczami osób zmarłych. Rozumiem Twój punkt widzenia, tylko właśnie zastanawiałam się, czy będzie tak skrajny w momencie, gdy stracisz kogoś najbliższego, czego nie życzę oczywiście w najbliższym czasie, być moze będzie nadal. Pozdrowienia!!!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...