piątek, 13 listopada 2015

Nocne odstawienie od piersi, częściowe odstawienie w ciągu dnia



Czytasz o dzieciach, które wraz z wprowadzaniem stałej diety łagodnie i bezproblemowo rezygnują z matczynego mleka. Twoje, mimo kilkunastu miesięcy na karku, spędza przy piersi więcej czasu niż noworodek, w miejscach publicznych urządza awantury połączone z szarpaniem Twojej bluzki domagając się piersi, a w nocy budzi się co godzinę tylko po to, żeby zaczerpnąć kilka łyków mleka. Znam to, doskonale. Choć wydawało mi się, że sytuacji nie można zmienić – wystarczyło zaledwie kilka dni. Czas wziąć sprawy z swoje ręce!

Nasza sytuacja była tragiczna. Im Róża była starsza i większa, tym więcej pożywienia potrzebowała. Niby zrozumiałe, tyle tylko, że nie interesowało jej normalne jedzenie; przez wiele dni potrafiła nie jeść NIC, i pisząc „nic” – dokładnie to mam na myśli, mimo namowy, zabawy, proszenia. Wszystkie swoje braki zaspokajała z mleka. Mając nieco ponad rok spędzała przy piersi znacznie więcej czasu niż wtedy, gdy była noworodkiem. Domagała się mleka nie rzadziej niż co godzinę, ale zazwyczaj między karmieniami nie mijało więcej niż 30 minut, czasami tylko 15. Zaspokajała tylko pierwszy głód; ssała kilka minut, czasami kilka sekund, nie mogła w tym czasie wypić wiele. Po kolejnych dwóch kwadransach znowu żądała więc cyca.

Sytuacja i okoliczności nie miały dla niej znaczenia. O ile w zaciszu domowym karmienia nie były bardzo uciążliwe, o tyle w miejscach publicznych już tak. Róża domagała się piersi bardzo stanowczo, wręcz agresywnie. Szarpała mnie za bluzkę, darła się. Zwykła codzienność była utrudniona. Nie mogłam na przykład wziąć Róży na kolana, bo był to dla niej sygnał, że oto nadeszła pora karmienia. Nie mogłam się położyć na podłodze, bo przekaz był ten sam. Nie mogłam wreszcie pokazać się córce bez bluzki, nawet z bieliźnie. Gdybyście widzieli jakie cyrki działy się na plaży! Samo słowo „cyc”, wypowiedziane nawet przez kogoś obcego, było dla Róży hasłem, że oto właśnie nadeszła cyca pora. Tworzyliśmy więc szyfry w stylu: „Czy dasz jej teraz sama-wiesz-co?”, jakbyśmy na myśli mieli co najmniej Voldemorta.

Dokładnie tak samo było w nocy. Nie zdarzało się, żeby Róża przespała ciągiem dłużej niż godzinę. Czasami budziła się co 20 minut i nie potrafiła zasnąć inaczej, jak tylko przy piersi. Czasami udawało mi się zabrać pierś z jej buzi, czasami nie. Spała więc z nami w łóżku i przerzucałam ją tylko z jednej strony na drugą. Wieczory nie istniały, bo nie opłacało się nawet włączanie filmu albo otwieranie książki, skoro za chwilę znowu trzeba będzie lecieć do płaczącego dziecka. Dziesięć pobudek w ciągu nocy było absolutnym minimum, choć zazwyczaj doliczałam się piętnastu, czasami dwudziestu. Obudzona tak wiele razy, mimo potwornego zmęczenia, w którymś momencie nie mogłam już po prostu zasnąć.

Metody, o których czytałam i słyszałam nie skutkowały. Nie pomagało odwracanie uwagi ani proponowanie ulubionych posiłków zamiast mleka; wszystko to moja córka miała za nic. Szukając informacji na forach i grupach dyskusyjnych odpowiadały mi tylko laktoterrorystki, które wklejały linki do artykułów jakie to ważne jest nocne karmienie i radziły przemyślenie swojej nieodpowiedzialnej i na pewno pochopnej decyzji, bo takie rzeczy, to mogę sobie planować jak moje dziecko będzie miało 3 lata.  

Problemów było kilka. Mój dyskomfort to tylko jeden z nich. O ile w ciągu dnia dawałam jakoś radę, to brak nocnego snu, połączony na dodatek z początkiem kolejnej ciąży, doprowadzał mnie do histerii, wybuchów płaczu, zdenerwowania; cały czas chodziłam wyczerpana. Sytuacja jednak nie była też komfortowa dla dziecka. Róża też się nie wysypiała, w ciągu dnia była rozdrażniona, rano budziła się z płaczem. Praktycznie przez cały dzień była głodna. Jej częste ssanie po części z pewnością było spowodowane przyzwyczajeniem, jednak bardziej niż kaprysu dopatrywałam się w tym autentycznego głodu. Do kwestii żywienia i tego co się musi, a czego nie trzeba podchodzę bardzo swobodnie (KLIK lub KLIK), ale tutaj nawet ja widziałam potrzebę ingerencji i zmianę tej sytuacja, dla dobra córki.

Wreszcie powiedzieliśmy sobie: dość! Róża miała wówczas niecałe piętnaście miesięcy. Czas na zmiany okazał się idealny; rozumiała już wówczas wiele i cały proces przebiegł bez większych komplikacji. Myślę, że gdyby była odrobinę młodsza – też nie byłoby problemów. Wcześniejsze próby wprowadzenia rewolucji mogłyby nie przejść już tak bezstresowo, dlatego w żadnym wypadku nie polecam proponowanych przeze mnie sposobów dla dzieci poniżej pierwszego roku życia – dla nich mleko wciąż powinno być jednak podstawą diety.

Nocne odstawienie od piersi

Noce, jak już wspomniałam, były moim priorytetem. Naszym – moim i męża, bo choć ja cierpiałam najbardziej, to on przy każdym płaczu także się budził. Poza oczywistym dyskomfortem rodziło to wiele konfliktów. Postawiliśmy na sposób, o którym zdarzało mi się czytać: całonocny wyjazd mamy z domu, pozostanie tylko z tatą. Próbowaliśmy wcześniej po prostu się rozdzielić, ale brak mojej obecności w pokoju ze świadomością, że jestem niedaleko – nie skutkował. Bałam się jednak wyjechać naprawdę, dlatego pożegnałyśmy się, a potem ja z zapasem jedzenia, seriali i poczucia niesamowitej wolności zamknęłam się w nieużywanym pokoju z którego nasłuchiwałam przebiegu wydarzeń.

Nie było tragedii. Największe problemy miała Róża z zaśnięciem. Potrafiła zasypiać wyłącznie przy piersi, dlatego Robert musiał czekać aż ta padnie z wyczerpania (niebezpiecznie blisko północy). W nocy budziła się, często, nawet co pół godziny. Robert brał ją na ręce, tulił, brał do siebie do łóżka; zasypiała, nawet za dużo nie płakała, nad ranem była już bardzo głodna i wypiła kaszkę z niekapka. Co było bardzo ważne: Róża obudzona w nocy wołała „mama”, nie rozumiała dlaczego mnie nie ma. Tata nie może wtedy ignorować tych pytań. Różę bardzo uspokajały odpowiedzi typu: „mama będzie rano”, „mama jest w pracy” (do pracy wprawdzie nie chodzę, ale Róża zna to pojęcie, wie że to miejsce do którego się idzie i skąd się wraca). Następnej nocy zrobiliśmy to samo. Tym razem Róża przespała ciągiem 7 godzin.

Jedna noc! Tyle wystarczyło, aby odzyskać utracony sen. Jedna trudna noc, choć nie aż tak trudna jak wszystkie dotychczasowe. W głowie mi się nie mieściło, że poszło tak łatwo. Kolejne noce przebiegały podobnie. Sen Róży stał się znacznie spokojniejszy, a okresy między pobudkami dłuższe. Zdecydowaliśmy, że będę wieczorem karmić Różę, a jeśli się przebudzi, to przychodzić będzie do niej tata; ja na stałe przeniosłam się do innego pokoju. Nie było to rozwiązanie idealne, ale wszyscy się wysypiali, poza tym myśleliśmy wtedy, że nie minie wiele czasu zanim Róża zacznie przesypiać całe nocy. Planowaliśmy ją wtedy przerzucić do jej własnego pokoju i zakończyć tym samym cały proces. Pobudki jednak pozostały, a stan, w którym musiałam się nieustannie ukrywać tylko po to, żeby rano, zupełnie niespodziewanie, w piżamie, przyjść od strony samochodu ze swojej „nocnej zmiany” stawał się uciążliwy. Wkrótce też wyjechałam na kilka dni tylko z Różą i okazało się wtedy, że skoro nie jestem w pracy, to nie powodu, żebym jej w nocy nie karmiła Było lepiej (pobudki były rzadkie, co 3-4 godziny), ale nie o to chodziło.

Nadszedł drugi etap odstawienia. Zostałam z Różą na noc i jedyne co mogłam zrobić, to stanowczo odmawiać za każdym razem gdy budziła się na karmienie. Tu najważniejsza była konsekwencja. Ze mną było dużo trudniej niż z tatą. Róża płakała, kiedy odmawiałam jej piersi, rozbudziła się i przez kilka godzin nie spała. Mówiłam, że „cyce śpią”, ale średnio ją to przekonywało. Przeżyłyśmy ciężką noc, następna była łatwiejsza. Podczas pierwszej pobudki była jeszcze awantura, ale podczas kolejnej Róża wskazała na mój biust i pytająco zapytała „aaa?”. Kiwnęłam głową, że owszem, aaa; zasnęła. Trzeciej nocy jakby zapomniała o istnieniu piersi, po wzięciu na ręce zasypiała, a okresy między pobudkami stały się dłuższe.

Nocne odstawienie postanowiliśmy połączyć z nauką odkładania do łóżka. Po każdej więc pobudce i zaśnięciu odkładaliśmy Różę do jej łóżeczka. Myślałam, że z piersią, a w zasadzie jej brakiem, będą największe problemy, ale to właśnie nieodkładalność naszej córki dała nam się najbardziej we znaki. Przez niemal tydzień po każdej próbie odłożenia Młoda się budziła. W końcu jednak nie miała wyboru i choć nadal odkładać trzeba ją z niewiarygodną wręcz delikatnością i wydając z siebie określone szumy i melodie, to osiągnęliśmy cel. Wreszcie możemy wysypiać się we własnym łóżku. Wiem też, że gdybyśmy zainterweniowali nieco szybciej, a naukę odkładania rozpoczęli w pierwszych dniach życia Róży, to byłoby dużo łatwiej. Teraz będę mądrzejsza.

Znacznie polepszyła się jakość naszego nocnego snu. Liczyłam wprawdzie na noce przespane w całości, a to jeszcze nigdy się nie zdarzyło. Róża śpi źle i trzeba się z tym chyba pogodzić. Budzi ją każdy szmer i psie szczeknięcie zza okna. Zazwyczaj nie ma tragedii, normą są 2-3 pobudki, po których wzięta na ręce szybko zasypia, można ją wtedy odłożyć do łóżeczka. Bywają noce-ideały z jedną tylko pobudką. Zdarzają się jednak też gorsze noce, na szczęście rzadko, których przyczyny nie umiem dociec. Róża budzi się wtedy co 1-2 godziny, ma problemy z ponownym zaśnięciem, czasami robi sobie kilkugodzinną przerwę; jest wtedy zadowolona, w dobrym humorze. W te noce nie można jej odłożyć, śpi wtedy z nami, na szczęście nie oczekuje tego samego następnego dnia; ot, kryzys. Wiem jedno: nie ma żadnej reguły. Jakość snu Róży nie zależy od obecności lub braku drzemek w ciągu dnia, aktywności fizycznej, intensywności atrakcji, przebywania na świeżym powietrzu; to istna loteria. Narzekać jednak nie powinnam, wystarczy sobie przypomnieć, co się działo kilka miesięcy temu. Wciąż jednak liczę na to, że z wiekiem, o ile sen się nie polepszy, to przynajmniej jakoś unormuje.

Częściowe ostawienie w ciągu dnia

Tutaj należało postąpić inaczej. Pojawił się pomysł mojego kilkudniowego wyjazdu i tym samym całkowita rezygnacja z karmień, ale szybko z niego zrezygnowaliśmy. Przede wszystkim dla Róży takie zniknięcie mamy mogłoby być zbyt traumatyczne, nigdy nie opuszczałam jej na dłużej niż jeden dzień. Dodatkowo, nie chciałam całkiem rezygnować z karmień, a jedynie je ograniczyć do ilości umożliwiającej normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Uznaliśmy też, że tak naprawdę wyjazd mógłby wcale nie przynieść rezultatu, a tylko pogłębiłby problem. Róża świetnie dawała sobie radę bez mleka, kiedy mnie nie było w pobliżu. Zdarzały się całodniowe wyjazdy z tatą lub moja nieobecność, podczas których chętnie jadła inne rzeczy i do głowy nie przyszłoby jej nawet prosić o cyca. To były dla niej sytuacje wyjątkowe. Potem jednak wracałam ja, a wraz z nią codzienność i te dwie sytuacje traktowane były przez nią zupełnie różnie. Kilkudniowy wyjazd nie zmieniłby niczego.

Pozostało jedno: konsekwentne odmawianie. Ustaliłam cztery karmienia w ciągu dnia: poranne i wieczorne, a także do drzemki i po drzemce (po drzemce moje dziecko jest niesamowicie marudne, nigdy nie budzi się uśmiechnięte). Pierwszy dzień był straszny i trzeba być na to gotowym. Płacz i szarpanie towarzyszyły mi bez przerwy. Było bardzo, bardzo trudno, znacznie trudniej niż w nocy. Miałam wyrzuty sumienia, było mi żal córki. Chyba nie dałabym rady, gdyby nie obecność męża, który odwracał uwagę Róży, zabawiał ją, kiedy ja nie dawałam już rady, wciąż jednak musiałam być niedaleko, żeby nie było wątpliwości, że jestem, ale że ssania mimo wszystko nie ma. Tu też dobrym pomysłem okazało się nieunikanie tematu. Za każdym razem mówiłam, że mleko będzie potem, za dwie godziny, za godzinę. Ona tych pojęć chyba jeszcze nie rozumie, ale bardzo uspokajało ją zapewnienie, że mleko jednak będzie. Strzałem w dziesiątkę było też zrobienie wszystkiego w warunkach domowych. Kusiło nas, żeby wyjechać, zając ją jakimś placem zabaw, ale to znowu prowadziłoby donikąd. Bo w końcu musiałabym zostać z Róża w domu i problem by wrócił.

Tym razem potrzeba było więcej czasu niż jeden dzień. Z każdym kolejnym było nieco łatwiej, ale trzy pełne dni do łatwych nie należały. Róża potrzebowała wtedy dużo bliskości, tulenia, noszenia. To ważne, żeby nie szczędzić dziecku czułości, aby w tym trudnym dla niego czasie nie odbierać mu także tego. Czwartego dnia poczuliśmy wyraźną różnicę. Róża zaakceptowała swoją nową sytuację i przestała się domagać piersi poza stałymi punktami. Zdarzało jej się nawet z zawadiackim uśmiechem wskazywać na mój biust, aby następnie samej sobie przecząco pokiwać głową.

Czasami udało się wyrzucić z grafiku któreś karmienie, czasami Róża zapominała o porannym, czasami spała w samochodzie, więc i do drzemki nie była jej potrzebna pierś. Z czasem ilość karmień zmniejszyła się jeszcze bardziej i zmiany te następowały już samoistnie, z delikatnymi tylko sugestiami i celowymi „zaniedbaniami” z mojej strony. W żłobku więc zabrakło karmienia do drzemki i, chcąc zachować konsekwencję, zrezygnowałyśmy z niego także w domu; Róża przestała się zresztą ich domagać. Później poszło w odstawkę karmienie po drzemce, choć tu było trudniej. Długofalowym rezultatem tego wszystkiego była całkowita rezygnacja z drzemek, niestety. Karmienie poranne odeszło w niepamięć dzięki ciąży. Ilość mleka została dość mocno ograniczona i wściekle głodna Róża o poranku wolała od razu napić się stojącej przy łóżku kaszki. Pozostało nam karmienie wieczorne, przez ciążę również mocno ograniczone. Róża przestała zasypiać przy piersi, tulę ją i delikatnie kołyszę na leżąco, czasami tylko noszę, potem bez problemu odkładam do łóżeczka. Nadal nie zdecydowałam czy chcę karmić dwójkę dzieci. Z jednej strony nie chcę zabierać Róży tego ostatniego karmienia, bo wiem, że to dla niej ciągle bardzo dobre, z drugiej boję się, że kiedy zobaczy jak dużo czasu przy piersi spędza jej brat, to też będzie się tego domagała, a moja odmowa może wywołać jedynie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Być może w ciągu najbliższych czterech miesięcy sprawa rozwiąże się sama.

Czym zastąpić mleko matki?

Moje mleko to coś, co było podstawą diety Róży, kiedy więc miało go zabraknąć w ilościach, które spożywała dotychczas, zaczęłam się zastanawiać czym zastąpić jej tak ważny element. Co z potrzebą ssania? Czy powinnam wprowadzić piętnastomiesięcznemu dziecku butelkę? Odpowiedź już wkrótce okazała się oczywista: nie potrzebowałyśmy zastępników. Jeśli ktoś postanowi zmniejszyć liczbę karmień półrocznemu niemowlęciu, to z pewnością powinien pomyśleć o czymś w zastępstwie, kilkunastomiesięczne dziecko już tego nie potrzebuje. Oczywiście, mleko mamy, w jakiejkolwiek ilości by ono nie było, zawsze jest cennym wzbogaceniem, ale tak naprawdę zbilansowana dieta jest już w stanie zapewnić wszystko to, czego potrzebuje. Zastanawiam się też, czy w związku z mniejszą ilością karmień ilość spożywanego mleka faktycznie się zmniejszyła i dochodzę do wniosku, że niekoniecznie. Wcześniej Róża ssała co chwilę, ale nie dłużej niż 2-3 minuty. Po wprowadzeniu stałych pór karmień zaczęła ssać długo (nawet kwadrans). Pomiędzy karmieniami wreszcie doznała czegoś, czego nie znała do tej pory: głód, nie jakiś tam delikatny, ale porządny, a nie mając dostępu do swej ulubionej przekąski zaczęła sięgać po normalne jedzenie. W ciągu kilku dni z totalnego niejadka przeistoczyła się w smakosza, który chętnie je wszystkie posiłki. Żłobek tylko dopełnił sytuacji idealnej.

Problemem stały się wieczory. Róża czekała na swoje wieczorne karmienie i niechętnie jadła kolację. To natomiast wiązało się z tym, że w nocy była głodna i budziła się częściej. Postawiłam na sposób znany i sprawdzony: rzadką kaszkę manną, którą Rózia uwielbia. Czasami zastępuję ją bezmleczną kaszką owsianą lub jaglaną w formie instant, którą kupuję w sklepie ze zdrową żywnością (w składzie, poza kaszą do zalania ciepłym mlekiem, nie ma nic więcej). Kaszkę gotuję na zwykłym mleku krowim. Co wieczór więc wypija Rózia solidną porcję kaszki (ok. 250 ml), dzięki której nie jest głodna przez całą noc. Choć bez problemu radzi sobie z otwartym kubkiem, to nie sprawiało jej radości picie kaszy przy stole. Butelkę odrzuciła i nie chciała pić ze smoka. Używamy więc do tego niekapka z miękkim ustnikiem, z którym może sobie chodzić i popijać przez cały wieczór. Kolejna porcja kaszki w tym samym niekapku stoi przy łóżku całą noc. Zdarza się bowiem, że nad ranem Róża jest jednak głodna i zażyczy sobie „am” (a jak nie dostanie natychmiast, to się obudzi i nie będzie spała przez następne 4 godziny). Obowiązkowo musi być też kaszka rano, natychmiast po przebudzeniu.

***

Mam szczerą nadzieję, że nasze doświadczenia pomogą innym rodzicom, którzy zmagają się z podobnymi problemami. Sama niedawno szukałam informacji na ten temat i wiem jak trudno jest o konkrety. Nie traktujcie wskazówek tych jako dokładnej instrukcji. Każde dziecko jest inne; niektórym nocne odstawienie może zając dużo więcej czasu niż nam. Jak mawiają jednak Sersowie; jeśli czegoś nie można znieść - należy to zmienić i trudno o lepszą wskazówkę na życie.  


Koniecznie przeczytaj też:




5 komentarzy :

  1. Zupełnie jakbym czytała o nas... Miki ma w prawdzie niecałe pół roku, ale chciałabym już zacząć pracować nad uregulowaniem jego posiłków w ciągu dnia i spaniem w nocy. Nie zależy mi na tym, żeby zaczął przesypiać nagle całe noce. Budzenie się w nocy też mi nie przeszkadza aż tak bardzo jak mogłoby się wydawać, lecz bardzo dużo czasu syn spędza z kimś pod opieką i wtedy jest dramat. No i naprawdę nie wierzę, żeby on potrzebował jeść co pół godziny w nocy...
    Zasypia tylko przy piersi (bo tak mi było zawsze wygodniej, no i bez płaczu). Myślałam, że jak zacznę wprowadzać stałe pokarmy to kaszka na noc pomoże mu lepiej spać. To jednak, czy jest najedzony, czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Nawet jak nie possać, to chociaż przytulić się można do mamy, co?
    W dzień próbuję przestawić go, żeby nie jadł częściej niż co dwie godziny, ale próbować to ja sobie mogę. Jednego dnia nam się uda a innego bluzka idzie w górę co pół godziny. I czuję, że jestem w tym wszystkim za mało stanowcza i konsekwentna, ale jestem kompletnie rozbita. Z jednej strony mam wrażenie, że jest za mały żeby mu robić takie "brutalne" rewolucje, z drugiej - boję się, że potem wcale nie będzie łatwiej.
    Sam zasypia w łóżeczku od samego początku i z tym nie ma problemu, lecz wyciąganie go stamtąd co chwilę i odkładanie z powrotem też nie wpływa dobrze na mój sen. A do łóżka go nie wezmę, bo jest trochę za małe na trzy osoby. Nawet jeśli jedna jest wielkości kota.
    Heh, bądź mądry i pisz wiersze...

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam jednym tchem. I u nas temat bardzo świeży. Udało się odstawić Zosię bez większego problemu. A obawy miałam bardzo duże. Jednak chyba trafiłam na dobry moment, zauważyłam, że daje mi sygnały i wyłapałam je w dobrym momencie. Choć sam proces z mojego punktu widzenia trwał już po skończonym roku (teraz 22 miesiące), bo zakładałam karmienie 1.5 - 2 lata. Powrót do pracy w jakimś stopniu się przyczynił po części, ponieważ Zosia była usypiana przez babcię, tatę. Ja ustawiłam granice, że karmimy się raczej w domu, w ekstremalnych momentach, gdy wszystko zawodzi był cyc. I tego trzymałam się praktycznie od początku, chyba intuicyjnie. Najpierw próbowałam wszystkiego, WSZYSTKIEGO dosłownie, jeśli to nie skutkowało to wtedy proponowałam pierś. W okolicach 18 miesiąca bodajże pierś była tylko i wyłącznie do snu - przed drzemkami, wieczorem i w nocy. Chyba, że Zosia miała mega fatalny dzień, ja padałam ze zmęczenia to w takich ekstremalnych momentach kładłyśmy się na cyca. Potem ciąża, bolące brodawki i zawahanie - czy dam sobie radę w tandemie. Przeraża mnie dosyć ta wizja i chciałam jednak zakończyć drogę mleczną właśnie teraz, w trakcie ciąży. Ja byłam gotowa. Czekałam na Zosię, i wiedziałam, że nic na siłę. Choć właśnie miałam taką obawę jak TY, co jeśli zobaczy, że jej siostrzyczka częściej jest przy piersi? Nie chciałabym regresu... Pewnego wieczora zasnęła, gdy Jej opowiadałam bajkę. Na następny dzień również podobnie, z tym, że przed drzemką jeszcze cyc został i na noce. Kolejne dni coraz łatwiej nam przychodziły. Coraz częściej w nocy wystarczyło szepnąć parę słów do uszka, przytulić, podać wodę, lub OSTATECZNIE cyc. Zakończyłam karmienie tak naprawdę bezstresowo ja i Zosia. Zrozumiała, że przyszedł czas na samodzielne zasypianie, które sama "zaproponowała". Śpi od 20-20.30 do 6 - 7. Czasem obudzi się raz, ale sama zaśnie lub przychodzi do nas do łóżka. Zrobiliśmy jeden błąd tylko, którego nie do końca żałuję, ale i nie powtórzę przy drugim dziecku. Podczas delegacji męża ja wzięłam sobie małą Zosię do łóżka na tydzień (około 8 mcy). Spodobało się jej i już coraz częściej lądowała między nami z wygody. Starałam się na początku odkładać, ale potem znów spała całe noce z nami. Na szczęście teraz rozumie więcej i już w ciągu dnia rozmawiamy o spaniu w jej łóżeczku, i potem nie ma problemu z zaśnięciem - oczywiście przez czytanie, opowiadanie... Albo zasypia w naszym łóżku i Ją przenoszę. Zosia jest bardzo wrażliwym dzieckiem i bałam się tego odstawienia bardziej niż czegokolwiek, bo nie chciałam, by poczuła odrzucenia, itd... Wiem jedno - nie ma żadnych reguł ;) Najważniejsze to podążać za dzieckiem i głosem własnej intuicji. A fora omijać szerokim łukiem! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo się cieszę, że o tym napisałaś! Mamy podobne problemy, choć na pewno nie aż na taką skalę. Na szczęście Tosia (17mies.) już dużo rozumie, wieczorem mówię, że cycy bedą na dobranoc, w dzień, że cycy są zmęczone i mi odpuszcza :) Gorzej jest poza domem, gdzie czuje się niepewnie i chciałaby być przy piersi co chwilę... W nocy jakoś tak sama z siebie budzi się coraz rzadziej - ostatnie noce to tylko 2-3 pobudki. Za każdym razem dostaje pierś, ale tak jest dla nas po prostu wygodniej, bo po minucie już wszyscy znowu śpimy. Najczęściej nawet nie wiem ile razy się w nocy budziła ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za ten wpis! Bardzo nam pomógł! Dałaś mi nadzieję, że możemy się odstawić i że nie będzie to trwało wieki. I tak było! 1 weekend i 1 noc bez Mamy i już. No i pierwsza przespana noc, bez żadnej pobudki, od 17 miesięcy. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Bardzo się cieszę i gratuluję!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...