środa, 28 stycznia 2015

Różowa strona Greya w "Ciemniejszej stronie Greya" E. L. James

Wydawnictwo Sonia Draga
Stron: 632

Cykl: Pięćdziesiąt odcieni, tom 2

Recenzja tomu pierwszego: Pięćdziesiąt twarzy Greya 

Opis wydawcy:
Ana w końcu zerwała uzależniający związek z Christianem i zajęła się swoją karierą. Jednak pamięć o niezapomnianym kochanku i związku pełnym erotycznego napięcia sprawia, że Ana zmienia zdanie i wraca do Christiana. Wkrótce zaczynają uczyć się siebie nawzajem. Ana uczy się życia w luksusie i bronienia własnej niezależności, a Christian walczy ze swoją obsesyjną rządzą kontroli i proponuje jej zupełnie nowy układ. Kiedy wydaje się, że sielanka będzie trwała wiecznie, a świat możliwości stoi przed Aną otworem, ciemne chmury zaczną zbierać się nad nimi...


Drugi tom „Greya” przeczytałam w zasadzie nie wiem czemu. Chyba tak jakoś z rozpędu, z poślizgu, z nieuwagi. Było następne na empetrójce, włączyło się, poszło, co mogłam poradzić? Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mi się podobało!

Tragiczne rozstanie z tomu pierwszego zostaje szybko zapomniane, a Ana z Christianem, którzy znają się już przecież całe dwa tygodnie zachowują się jak stare, dobre małżeństwo. Nie puszczają jeszcze bąków w swoim towarzystwie, ale już prawie! Tytuł powieści – „Ciemniejsza strona Greya” – nie pasuje tu zupełnie. Grey pokazał bowiem oblicze najjaśniejsze z jasnych, wręcz różowe, cukierkowe, słodkie; jak nowo narodzony miś panda. Druga część „Pięćdziesięciu odcieni” to opis szczęśliwego, sielskiego, waniliowego (że posłużę się terminologią powieściową) związku dwojga zakochanych w sobie ludzi, pełnego kwiatków, serduszek i czułych słówek. Romans pełną gębą! Przesłodzone to wszystko do zrzygania. Christian jest jeszcze bardziej idealny, ma jeszcze więcej talentów i umiejętności (świetnie na przykład zna się na wędkarstwie muchowym, zupełnie jak mój mąż!). Bez przerwy przypomina nam się jaki jest przystojny i wspaniały; tu bez zmian. Seksu, którego wcześniej było pełno, nagle zrobiło się jak na lekarstwo, teraz to nie dominujący temat powieści, a raczej dodatek, pozostałość tego, co było wcześniej. Może to i lepiej, bo w tej sferze dalej bez rewelacji.

W tych wszystkich różach i słodkościach pojawia się nam jednak fabuła, intryga nawet, czyli coś, czego na próżno oczekiwaliśmy w tomie pierwszym. Autorka wprowadza coś w stylu elementu kryminalnego, który zainteresował mnie do tego stopnia, że obgryzałam przy nim paznokcie. Poznajemy tu niektóre z byłych kobiet Christiana i wątek ten jest naprawdę interesujący. Aż przebierałam nogami z ekscytacji, kiedy na horyzoncie pojawiała się pani Robinson. I językowo jest o niebo lepiej! Wreszcie pozbyto się wszystkich powtórzeń; żadnych Barnabów i innych żenujących powiedzonek. Chyba nawet przygryzionych warg i gadania do siebie jest mniej. Ana, w końcu zaspokojona seksualnie, też jest jakby mniej znerwicowana. Jej życie to teraz prawdziwa bajka. Eleganckie przyjęcia z ukochanym (Ach, to bogate życie! Jak w „Plotkarze”!), cud praca, w której nie robi niczego, poza pisaniem (wciąż znakomitych!) maili do ukochanego i jeszcze więcej drogich prezentów.

„Ciemniejsza strona Greya”, choć znacznie lepsza od poprzedniczki, ciągle jest książką bardzo niskich lotów. I choć, zupełnie jak Ana, oblewam się w tym momencie purpurą, to muszę przyznać, że Grey wpisał się tym drugim tomem w moje najgłębiej skrywane guilty pleasures i bawiłam się przy nim doskonale. Z prawdziwą przyjemnością zabiorę się wkrótce za zwieńczenie serii. Jestem ciekawa jak zakończy się ta historia.

Bardzo mocne 4

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Tajemnicze właściwości pigułki „dzień po”

źródło



Głośna sprawa obiegła Polskę. Tak naprawdę nikt do końca nie wie jak to działa, ale podobno zabija płody. Tymczasem w Toruniu (sprawdzone wczoraj!) pigułkę „dzień po” można już kupić bez recepty!

Główna winowajczyni zamieszania to EllaOne. Choć niewielka, to kosztowna; 120 złotych piechotą nie chodzi. Po felernym stosunku masz pięć dni na jej zażycie. Ciekawe, że identycznie działająca pigułka Escapelle, dokładnie o połowę tańsza, wciąż jest dostępna tylko z zalecenia lekarza. Na Escapelle masz 72 godziny. Mniej, ale czy naprawdę ktoś czeka pięć dni na zbawienny ratunek?

„Aborcja”, „trutka na dzieci”, „bestialstwo” – narzekają przeciwnicy. Wiedza na temat pigułki większości krzykaczy jest jednak żadna. Identyfikuje się ją bowiem z pigułką wczesnoporonną. Nie, to nie jest to samo. Pigułka wczesnoporonna, notabene w Polsce w ogóle niedostępna, zażyta na dowolnym etapie ciąży ma za zadanie wywołać skurcze macicy prowadzące do poronienia. Pigułka „dzień po” to coś kompletnie innego. Jej główny składnik to hormon gestagen, który hamuje owulację. Po zażyciu leku w danym cyklu komórka jajowa nie opuści jajnika; do zapłodnienia nie dojdzie. W przypadku, gdy owulacja już nastąpiła, gestagen zadziała na błonę śluzową macicy, która zrobi się na tyle cienka, że niemożliwe będzie zagnieżdżenie się zapłodnionej komórki jajowej; zarodek nie powstanie.

Dlaczego bez recepty? Ano dlatego, że liczy się tu przede wszystkim czas. Na największą skuteczność pigułki można liczyć w ciągu 24 godzin od stosunku. Im później, tym ryzyko większe. Nie zawsze w tak krótkim czasie uda się dotrzeć do ginekologa, otwartej apteki i tak dalej. Dodatkowo lek ten nie jest szczególnie niebezpieczny dla zdrowia i życia. Znacznie większymi dawkami octanu uliprystalu (główny składnik EllaOne)  leczy się na przykład mięśniaki macicy. W czeluściach Internetu spotkałam się z absurdalnymi obawami „obrońców życia”, że zażycie większej ilości środka, na późniejszym etapie ciąży może być wykorzystywane jako metoda na wywołanie poronienia. Nie, to nie tak, to znowu pokłosie myślenia o antykoncepcji jako o działaniach wczesnoporonnych. Gestagen to hormon naturalnie u ciężarnej występujący i jego dodatkowa dawka istniejącej już ciąży nie zaszkodzi.

Są wreszcie przeciwnicy przekonani, że łatwo dostępna antykoncepcja post factum stanie się dla wielu kobiet regularną metodą antykoncepcyjną. Wszak tego typu specyfiki przeznaczone są „dla puszczalskich”, które nie pomyślą, a już robią. Często zastanawiam się skąd tego typu moralne hieny czerpią swoje wzorce etyczne i co skłania je do myślenia o kobietach jak o stworzeniach bez mózgu.

Proszę, nie traktujmy ludzi jak kompletnych kretynów. Dlaczego zakładamy, że kobiety są na tyle głupie, żeby nie przeczytać ulotki i jakiekolwiek tabletki łykać jak cukierki? Jestem przekonana, że nawet przeciętnej inteligencji osoba rozumie, że ten rodzaj antykoncepcji jest nazywany „awaryjnym” nie bez powodu. Każdy ma prawo samodzielnie brać odpowiedzialność za swoje zdrowie.

I wreszcie, jak zawsze przy tego typu sprawach, rozterki etyczne; litościwe opłakiwanie trudnego losu zygoty, która nie zdołała się zagnieździć. Każdy ma swoje własne poczucie moralności i inne życiowe priorytety. Dla jednego pęknięta prezerwatywa będzie wyraźnym komunikatem od Boga: „tik tak, tik tak, pora na dzidziusia”, dla kogoś innego prawdziwą tragedią. Jak to się jednak mówi: jeden lubi pomarańcze, drugi jak mu nogi śmierdzą i naprawdę nikomu nic do tego. Tą światłą uwagą kończę, życząc miłego tygodnia. 


Informacje do artykułu zebrałam w rozmowie z lekarzem ginekologiem, tekstu nie można jednak traktować jako zaleceń medycznych. W razie jakichkolwiek wątpliwości zawsze skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. ;)
 

sobota, 24 stycznia 2015

Mam oko na miasteczko


Czas na ostatni wpis z cyklu „Mamoko”, a w nim niedawna nowość wydawnictwa Dwie Siostry – „Mam oko na miasteczko”.

Tym razem autorzy zrezygnowali z tradycyjnej formy i książkę zastąpili kartami. Grubych (ale niestety nielaminowanych), dwustronnych kart jest 25, co – jak bardziej uzdolnieni matematycznie Czytelnicy szybko zauważą – daje nam 50 obrazków (o rozmiarach 21x13 cm, skoro już jesteśmy przy danych technicznych). 


Karty można ze sobą łączyć (to jest kłaść obok siebie), dzięki czemu powstają nam większe przestrzenie, dłuższe ulice; słowem: aglomeracyjne skupisko. Ktoś (zapewne Mizielińscy, no bo kto?) wymyślili to tak sprytnie, że karty połączyć można w dowolnej kolejności i przebieg ulic zawsze będzie się zgadzał.  


Zanim karty trafiły w moje ręce, byłam przekonana, że będzie to najlepsza publikacja z całej serii. Miałam nadzieję, że obrazki będzie można układać tak, żeby wpłynąć jakoś na losy postaci, aby we własny sposób pokierować historią. Tymczasem historii nie ma tu żadnej. Być może jestem w błędzie, być może dokładne obejrzenie tak dużej ilości ilustracji przerosło moje możliwości, jednak z tego, co udało mi się zauważyć po dość szczegółowym wpatrywaniu się w karty, ta sama postać pojawia się zazwyczaj tylko raz. Czasami dwa – po obu stronach jednej karty, co jest kompletnie bez sensu, bo przecież nie jesteśmy w stanie obejrzeć dwóch stron jednocześnie. Otrzymujemy więc pierdylion różnych bohaterów. Można sobie obejrzeć, że goryl pływa w basenie, a lis niesie zakupy, ale kompletnie nic z tego nie wynika, bo ten pierwszy nie zacznie się topić, a drugi nikogo nie spotka.  Można więc z kart ułożyć miasteczko, zdecydować gdzie stanie stacja benzynowa, gdzie pizzeria, a gdzie biblioteka. Można się po tych ulicach przespacerować ludzikami z Duplo albo przejechać po nich samochodzikiem. Po drodze spotkamy całą masę zabawnych postaci (śmiechu będzie co niemiara przy kangurze, który wyprowadza na spacer psa) i zwiedzimy najróżniejsze części miasta. Ale to tyle, jak na Mamoko – stanowczo za mało.

Jestem więc nowym Mamoko rozczarowana, bo przyzwyczajona do naprawdę świetnych pomysłów i tu spodziewałam się olśnienia. Tym bardziej, że naprawdę mogłoby to być lepsze. Szkoda.

Ocena: 4

 


Mam oko na miasteczko,
Aleksandra i Daniel Mizielińscy
50 stron (25 kart)
21 x 13 cm
Wiek: 3+ (wg wydawcy); 1+ (wg mnie)




Recenzje innych książek w serii:

środa, 21 stycznia 2015

"Położna. 3550 cudów narodzin" Jeannette Kalyta

Wydawnictwo Otwarte (książka)
Stron: 328

Biblioteka Akustyczna (audiobook)
Czyta: Jeannette Kalyta
Czas trwania: 8h 16m

Opis wydawcy:
„Położna. 3550 cudów narodzin” to autobiograficzna opowieść Jeannette Kalyty, najbardziej znanej polskiej położnej. Wzruszająca, momentami zabawna, głęboko prawdziwa historia jej życia i pracy. Niezwykły dokument cudu narodzin dziecka i mocny głos w społecznej dyskusji na temat podmiotowości kobiety w czasie porodu. Historie par i matek rodzących pod opieką Jeannette Kalyty wywołują żywe emocje i skłaniają do refleksji. To książka i dla rodziców, i tych, którzy chcą nimi zostać.



„Polecam, Jeannette Kalyta” – słyszę w głowie, jakby to było wczoraj. Nie pamiętam czego to była reklama, nie wiedziałam kim jest polecająca ją osoba, w zasadzie gdyby nie książka, to nadal bym nie wiedziała. Ale powtarzane z uporem maniaka nazwisko wbiło mi się w pamięć. A kilka lat później Kalyta napisała książkę, która ukazała się, kiedy byłam w ciąży. Ciąża to taki stan, kiedy na temat porodów czyta się cały Internet i w ogóle wszystko; każdą ulotkę i broszurkę, no – wszystko. Nie dlatego, że się czegoś nie wie, bo wie się dużo, a już na pewno wszystko to, co napisali w ulotce, bo w nich zawsze jest to samo. Ale się czyta i tak. Wyszła więc ta „Położna” i może nawet bym się skusiła, ale wraz z „Położną” ruszyła medialna machina, która na długo zniechęciła mnie do lektury. Kalyta, która – mam wrażenie – sama bardzo dba o to, żeby tak właśnie ją mianowano, nazywana jest „położną gwiazd”. I taka to też był promocja. Pamiętam, że Kayah coś tam polecała, no i oczywiście ta obrzydliwa Mucha, której, jako przedstawicielka matek z klasy średniej, szczerze nienawidzę. Dopiero pół roku później dostęp do audiobooka bezpłatny i niczym nieskrępowany przypomniał mi, że chciałam to kiedyś posłuchać. Posłuchałam.

„Położna” to w zasadzie autobiografia autorki, skupiająca się na jej pracy zawodowej, czyli na położnictwie. Opisuje więc po kolei swoje studia, pierwsze zawodowe sukcesy, zmiany jakie w międzyczasie zaszły. To jedno mi się podobało. Kalyta z dużą dokładnością i ogromnym zaangażowaniem opisuje zwyczaje sprzed akcji „Rodzić po ludzku”. Straszne to były czasy i pozostaje mi się tylko cieszyć, że ja mogłam urodzić w godziwych warunkach. Bardzo ciekawe to historyczne spojrzenie, czasami mocno przytłaczające, czasami wstrząsające, czasami wzruszające, nawet dla mnie. Szkoda tylko, że tak go mało. Potężna część całej książki to nudne, szczegółowe opisy sytuacji i odczuć autorki związanych z jej zamiłowaniem do medytacji, wiary z dobre i złe energie, różdżki, jasnowidzenie i inne hokus-pokus. Są wiec szczegółowe opisy prywatnych sesji medytacyjnych, a także jej międzybrzusznych kontaktów z płodem (pyta się na przykład nienarodzonego dziecka, czego się ono boi). Im dalej, tym więcej tego pierdzielenia o dupie Maryny, a wszystko to okropnie nieinteresujące. W pewnym momencie doszło do tego, że tych wszystkich głupot było znacznie więcej niż samych porodów i doświadczeń położniczych. Zdarzały się i inne niepotrzebne wtrącenia. Lwia część „przypadkowych” wzmianek to perfidna reklama „Szkoły narodzin”, którą prowadzi autorka. Wiadomo, każdy chce się wypromować, ale że książka jest za długa, to i te wtręty przeszkadzają okropnie. Jeannette Kalyta wyłania nam się podczas lektury jako osoba religijna, rzekłabym nawet, że nieco nawiedzona. Zabobonna kobitka, która nie wierzy w przypadki, wierzy natomiast w przeznaczenie oraz prorocze sny. I anioły! Niemal w każdym rozdziale wspomina o tym, jak to anielscy posłannicy wskazują jej drogę i strzegą ode złego. Opowiada o tym jak się modli o anielskie wstawiennictwo i poleca palić świece w intencji dobrego porodu. Zapalenie świecy w ogóle jest dla niej panaceum na wszystko. Cóż, nawet gdybym bardzo chciała, nie mogę traktować takiej osoby poważnie. To już nawet popukanie się w czoło nie będzie wystarczające. Zupełnie nie moje klimaty.

Oprócz własnych doświadczeń opisuje też autorka porody, w których uczestniczyła jako położna oraz rodziny swoich pacjentek; krótkie, zamknięte kompozycyjnie historyjki. Kalyta bywa zabawna, chociaż raczej nie wtedy, gdy śmieszność planuje. Bardzo stara się, żeby jej książka była czymś więcej, niż jest w rzeczywistości. Stara się na przykład nadać jej rysu niemal sensacyjnego i wprowadzić elementy, które miałyby trzymać czytelnika w napięciu. Kilka razy pojawia się motyw wyścigu z czasem; zdąży ta rodząca dojechać do szpitala czy nie? Albo: czy krocze zostanie nacięte? Tudzież: czy uda się wydalić całe łożysko. Oto są problemy! Niestety, emocje najczęściej jak na grzybach. A przy okazji śmiechu co niemiara, bo nadawanie rodzącemu się łożysku statusu zapalnika dla całej historii i sztuczne fabularyzowanie porodu jest nieziemsko śmieszne. Swoje trzymające w napięciu historie kończy zazwyczaj słowami: „Potem, kiedy było już po wszystkim, a ja zszywałam krocze...”. Wtedy wiemy, że możemy już odetchnąć z ulgą. Czasem Kalyta chce nawet wzruszać (straszne to wszystko wyciskacze łez) i wywoływać w czytelnikach wzniosłe uczucia piękna. Opisuje na przykład poród w asyście choinkowych lampek i męża nucącego położnicy do ucha kolędy. To już nawet nie jest śmieszne, to ociera się o dobry smak. No bo zawsze gdzieś się wciśnie terminologia medyczna, zawsze w końcu natkniemy się na to nieszczęsne „krocze”. Inna sprawa, że mając w pamięci własny poród, doskonale pamiętając ile tam się wokół leje płynów i innych atrakcji, nie potrafię sobie tego wyobrazić jako wydarzenia pięknego. Duchowo, psychicznie – tak, ale wizualnie – w żadnym wypadku. Rodziny, które opisuje Kalyta są niemal tak nawiedzone jak ona sama; czytanie Biblii przy porodzie, anioły, no i te świece, wszędzie świece.

Dla kogo „Położna”? Chyba nie dla każdego. Przede wszystkim dla kobiet, które już rodziły (i mężczyzn towarzyszących też!), z pewnością lepiej zrozumieją opisywaną przez autorkę szpitalną rzeczywistość. Sama Kalyta przyznaje, że w szkole mówiono jej, iż nie umie pisać i coś w tym chyba jest. Czytanie „Położnej” było doświadczeniem bardzo marnym jakościowo i najczęściej niezwykle nużącym. Porodowe modły, nawiedzone baby, położna jako szaman – to nie dla mnie. Nie chciałabym rodzić z Jeannette Kalytą.  

O audiobooku
Książkę czyta autorka. To dla mnie zawsze duża wartość, zwłaszcza w przypadku publikacji tego typu; książka zyskuje sporo autentyczności. Poza tym jestem zdania, że nikt tak dobrze jak autor nie odda sensu utworu, nawet w przypadku książki jak ta, o której zrozumienie sensu naprawdę nietrudno. Radzi sobie zresztą z tym czytaniem naprawdę dobrze. Fakt, trochę sepleni, ma też nieprzyjemną manierę nieczytania niektórych głosek (na przykład „nadszed czas” albo notorycznie powtarzane „pierszy raz”), ale to nie przeszkadza. W zasadzie radzi sobie znacznie lepiej niż niejeden profesjonalny lektor, a już na pewno lepiej niż Gosztyła albo Zadura – moich dwóch worst of the worst. Nie wiem, może to praca przy reklamie nauczyła ją takiej pracy z mikrofonem. :)

2- (tak, gorsze od Greya)
Nie polecam, Zuzanna Szulist

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...