sobota, 28 lutego 2015

Karty Czu Czu. Moje pierwsze słowa



Gdzieś już pisałam o swojej miłości do Czu Czu. W szafach i innych tajnych zakamarkach poupychane mam stosu puzzli i książek z logo chłopca w konduktorskiej czapce. Śledzę nowości, zachwycam się co ciekawszym pomysłem i gromadzę „na zaś”. Cieszę się, że coś z tych skarbów możemy używać już teraz.

Mowa o kartach „Moje pierwsze słowa”. Wydane zostały cztery zestawy kart w tej serii: „W domu”, „Zwierzęta”, „Owoce i warzywa”, „Kolory i kształty”. Nie muszę chyba dodawać, że mamy je wszystkie. :) W każdym zestawie znajduje się piętnaście dwustronnych kart (trzydzieści obrazków), co, po zebraniu całości, daje całkiem imponującą ilość. Zestaw znajduje się w trwałym pudełku i jest związany sznureczkiem. U nas jednak karty sprawdzają się lepiej bez sznurka. Można je wtedy zebrać w wielki stos, który jedni będą przerzucać i układać według sobie tylko wiadomych wzorów, drudzy natomiast zyskają kilka minut wolnego. Win-win! 

 



Karty z obrazkami to naprawdę świetny pomysł na zabawę z dzieckiem. Ja zaczęłam pokazywać Róży obrazki (za każdym razem je nazywając), kiedy ta miała trzy miesiące. Teraz, kiedy ma dziesięć miesięcy, jej zainteresowanie kartami nie słabnie. Wciąż przede wszystkim nazywam to, co jest narysowane na karcie. Widzę, że znacznie łatwiej skupia się wtedy, gdy obrazek jest tyko jeden. W przypadku książek (nawet takich z jednym obrazkiem na stronie) jej wzrok błądzi pomiędzy kartkami, a równie interesujące, co treść, są strony, które można przewracać. Przy kartach pozostaje jedynie patrzenie. Teraz, kiedy jest starsza, grupuję też obrazki w różne zbiory, nazywam ich cechy. Z pojedynczymi kartami szukamy natomiast obiektów w naszym najbliższym otoczeniu. Bierzemy na przykład „nocnik” i idziemy do łazienki, aby znaleźć to, co znajduje się na ilustracji. Poznajemy w ten sposób coraz więcej nowych słów i uczymy się rozpoznawania obiektów, które można wskazać paluszkiem. Tak samo przy jedzeniu; Rózia wydaje się zaskoczona, że marchewka w jej ręce i marchewka na obrazku są dokładnie tym samym. Pomysłów na zabawy z kartami jest wiele, do zestawu dołączone są zresztą bardzo przydatne informacje z pomysłami na inne jeszcze aktywności, a także naprawdę ciekawe pytania, które można zadawać starszym dzieciom. 


Przejdźmy jednak do zalet i wad produktu; dlaczego warto wybrać właśnie karty od  Czu Czu.

Zalety

Karty są bardzo grube i wytrzymają naprawdę wiele. Nasze są bez przerwy gryzione, rzucane, ślinione i miętoszone. Na tych, którym dostało się najmocniej, oczywiście widać drobne ślady użycia, ale trzeba ich szukać naprawdę mocno. To jedyne karty, które mogę dać do ręki niemowlęciu bez obawy, że zostaną zniszczone. Już kilkumiesięczna Róża testowała je swoimi bezzębnymi dziąsłami, a one wciąż wyglądają świetnie. 


Brak zdrobnień i rzeczowe informacje. Jeśli już jest coś stworzonego dla niemowląt (choć zazwyczaj nic nie ma), to zazwyczaj pełne jest dziwacznych zdrobnień, jakby alternatywnego języka. Zamiast „liścia” jest „listek”, a zamiast „kaczki” – „kaczuszka” (gdyby zrobili z tego audiobook, to pewnie jakiś lektor czytałby „kacuska”). W kartach Czu Czu, poza jedną jedyną „świnką” (czemu?) nie ma zdrobnień. Nie ma więc „misia”, a jest niedźwiedź i to na dodatek w trzech różnych wersjach! Sporo rzeczowej wiedzy można wynieść z tych kart, dlatego sprawdzą się ona także u nieco starszych dzieci.  


Dobry proporcje napisu do obrazka. Litery są małe, a nie WIELKIE, czyli takie, jakie zazwyczaj występują w tekście pisanym, a sam napis jest na tyle duży, że jest go w stanie dostrzec także dziecko (elementy czytania globalnego). Ideałem byłby czarny kolor liter, ale nie można mieć wszystkiego. 

Wady

Rysunki. Nie słodzę i nie idealizuję: swoją ofertą Czu Czu idealnie wpisuje się w fatalną sytuację, jeśli chodzi o dobre materiały edukacyjne dla najmłodszych dzieci. Ich jakość wykonania jest zawsze perfekcyjna, a pomysły i ich realizacja nie budzą żadnych zastrzeżeń. Czu Czu nie jest tandetne ani „takie słodziutkie i głupiutkie, że w sam raz dla niemowlaka”, jak niestety ma to miejsce w ogromnej większości przypadków. Tym bardziej nie rozumiem tych ilustracji. Obrazki dla najmłodszych dzieci powinny być jak najprostsze, powinny jak najbardziej odwzorowywać rzeczywistość. Idealny byłyby tu na przykład zdjęcia; łatwe do rozpoznania i zidentyfikowania. Niestety, estetyka Czu Czu do mnie nie przemawia. Ich rysunki są zbyt karykaturalne, aby mogło je poprawnie zidentyfikować najmłodsze dziecko. Na całej linii zawodzą zwierzęta. No na przykład ta kaczka. Czy tak wygląda kaczka? Nie. I naprawdę nie rozumiem czemu nie mogłaby wyglądać lepiej.


Nie podoba mi się też to, co zrobiono w „Kolorach i kształtach”. Zapisana na górze nazwa koloru zawsze występuje w formie męskoosobowej. Biorę więc kartę i czytam jak leci. „Różowy kwadrat” i „żółty kurczak” brzmią dobrze. Ale „brązowy czekolada” albo „niebieski gwiazda”? Nie mogę przecież tak czytać, bo wyrośnie mi potem dziecko, które nie rozróżnia rodzaju męskiego od żeńskiego. Mam więc czytać coś innego niż to, co jest napisane? I tak źle, i tak niedobrze. Zwłaszcza, że „brązowa” jest formą przymiotnika tak samo poprawną jak „brązowy”. 


Pomimo kilku wad karty od Czu Czu uważam za najlepsze karty dostępne na polskim rynku i nie wyobrażam sobie naszego dnia bez nich. Idealne będą dla niemowlęcia poznającego dopiero nowe słowa, ale także dla trzylatka układającego karty w zbiory. Na pomysły zabaw z nieco starszymi dziećmi zapraszam za kilka lat. :)  






Bright Junior Media
Czu Czu. Moje pierwsze słowa
Wiek: 0+

wtorek, 24 lutego 2015

Duże stężenie Bator non-fiction. „Rekin z parku Yoyogi” Joanna Bator

Wydawnictwo W.A.B. (książka)
Stron: 380

Biblioteka Akustyczna (audiobook)
Czyta: Anna Dereszowska
Czas trwania: 7h 17m

Opis wydawcy:
Joanna Bator wraca w swoim pisarstwie do Japonii, której poświęciła swój debiutancki zbiór esejów „Japoński wachlarz”. Choć jest teraz znacznie bogatsza w doświadczenia i wiedzę o kraju oraz jego mieszkańcach, nie utraciła wrażliwości na głęboką odmienność kulturową. Autorka zabiera czytelnika do miejsc, o jakich nie można przeczytać w folderach biur podróży i przewodnikach turystycznych. Wraz z nią wkraczamy do lasu samobójców w Aokigaharze, wyprawiamy się do opuszczonego miasteczka Nichitsu, będącego ulubionym celem eksploratorów ruin i wdzieramy się do Akihabary, twierdzy otaku, zamkniętych w sobie fanów japońskiej popkultury. Również parki, kaplice, herbaciarnie, małe bary w peryferyjnych dzielnicach i wielkie sklepy w ekskluzywnej Shibuyi stają się fascynującym tematem antropologicznych i filozoficznych dociekań. Prawdziwym tematem „Rekina z parku Yoyogi” zawsze są jednak ludzie – mieszkańcy Japonii z ich umiejętnością kontemplacji świata, wyjątkowo chłonną i twórczą kulturą oraz siłą, która pozwala im się podnieść nawet po tak dramatycznych wydarzeniach, jak trzęsienie ziemi u wybrzeży Honsiu w marcu 2011 roku.


Lubię być na bieżąco z nagrodami w dziedzinie literatury. Zanim jeszcze wieść się rozniesie, zanim ktoś na spotkaniu towarzyskim od niechcenia zapyta „A ten co teraz dostał Nobla, zna ktoś?”, ja już czytam, ja już poznaję i krytykuję („No komu to teraz te Noble dają...”). Co roku i polską Nike mam w jednym paluszku. I kiedy moja czytelnicza ciekawość kazała mi sięgnąć po nagrodzoną w zeszłym roku „Ciemno, prawie noc” (RECENZJA, HOP!) – poznałam Bator. Przeczytanie „Rekina...” było tylko kwestią czasu.

„Rekin z parku Yoyogi” to kolejny (po „Japońskim wachlarzu”, którego nie miałam okazji poznać, nad czym ubolewam i co z pewnością wkrótce nadrobię) zbiór esejów tematycznie dość luźno oscylujących wokół Japonii. Bo tematyka japońska dominuje tu tylko z pozoru. Owszem, znajdziemy tu fascynujące informacje na temat japońskiego ideału urody, z zainteresowaniem przeczytamy też o lesie samobójców Aokigahara, o automatach z używaną bielizną i o coraz bardziej popularnych, realistycznie odwzorowujących ciało kobiety lalkach. Lecz choć ciekawostki dotyczące Japonii wypełniają tę książkę po brzegi, to Kraj Kwitnącej Wiśni najczęściej bywa tylko punktem odniesienia do szerszych i bardziej osobistych rozważań. Większość opowieści zaczyna się w Japonii, jednak ich zakończenie osadzone jest w Polsce, najczęściej w głowie samej Joanny Bator. Mamy więc tu przede wszystkim Polaków i polskość, swojskość zamiast egzotyki, ciągłe porównania, analogie. Wszystko ogromnie subiektywne; nie tylko dobór tematów, ale też sposób ich ujęcia, aspekty, które zostają podkreślone. Osobiste, intymne wręcz przemyślenia autorki spozierają na nas z każdego zdania. Japonia, której doświadczamy nie jest Japonią z przewodników; to Japonia autorska, widziana przez pryzmat własnych doświadczeń, zinterpretowana już niejako. I choć czasami stężenie Bator na centymetrze kwadratowym kartki zdawało się być za duże, chociaż chciałoby się jeszcze posłuchać o Murakamim, o gejszach, o lolitkach, to w końcu zawsze potrafiłam docenić obecność autorki.

„Rekin...” to bardzo twórczy, buchający erudycją esej. Dominują tu przemyślenia filozoficzne, egzystencjalne i literackie. Bator pisze o tym, co przeczytała, jakie wywarło to na niej wrażenie, jak lektura ma się do japońskiej rzeczywistości, do jej własnych odczuć. Kilka rozdziałów poświęciła Murakamiemu, którego twórczość wyraźnie ją zachwyca i inspiruje. Poza tym przedstawia własne opinie na temat życia, religii, sztuki, kultury. I nawet pomimo pojawiających się trudnych tematów, jak trzęsienie ziemi z 2011 roku i związane z nim zmiany w życiu Japończyków, całość pozostaje lekka, zabarwiona inteligentnym humorem.

Podoba mi się to, że Bator nie pisze z perspektywy eksperta. W niczym nie przypomina nadętych Polaków, którzy po rocznym pobycie za granicą zdają sie mieć trudności z posługiwaniem się językiem polskim. Ona nie próbuje udowodnić, że wie o Japonii wszystko, nie próbuje uchodzić za znawcę. Wręcz przeciwnie; Japonia zaskakuje ją na każdym kroku, a każde kolejne zdumienie sprawia jej radość i budzi nowe pytania.

Ciekawy obraz samej autorki wyłania nam się z książki. Czytając Bator wiem, że mam do czynienia z osobą niesamowicie mądrą, wykształconą i oczytaną. Nagromadzenie nazwisk badaczy kultury, pojęć z zakresu filozofii, a także kulturowych faktów i odniesień sprawia wręcz wrażenie delikatnego przeintelektualizowania, popisu i zbyt nachalną próbą wyeksponowania swojej wiedzy, co może się nie spodobać i przytłoczyć. Niemniej jednak ja, która (tak jak autorka) poszczycić się mogę dyplomem ukończenia nieprzydatnych zawodowo, ale niezwykle ciekawych studiów kulturoznawczych, z dość dużym zadowoleniem wyłapywałam te wszystkie aluzje i literackie odniesienia, a lektura „Rekina...” niejednokrotnie stanowiła dla mnie wyzwanie intelektualne. Okazała się też źródłem niesamowitej satysfakcji i podbudowała intelektualne ego! W jednym z rozdziałów Bator dość nieumiejętnie próbowała wytłumaczyć istnienie zjawiska yaoi (gatunku mangi i anime, których głównym tematem są męskie związku homoseksualne), przyczyn powstania doszukując się między innymi w specyfice japońskiej mentalności. To bardzo wąskie spojrzenie na zagadnienie i nieuwzględnienie faktu, że zjawisko to nie występuje tylko w Japonii. Chętnie odpowiedziałabym Autorce na dręczące ją wątpliwości; opowiedziałabym o tym, że yaoi ma swój amerykańsko-europejski odpowiednik w postaci slash fiction. Przyczyn ich powstania nie należy doszukiwać się w konkretnej kulturze, bowiem jest to zjawisko uniwersalne wszędzie tam, gdzie istnieje kultura popularna oraz sprawny system publicznego porozumiewania się na odległość (prozaicznie zwany Internetem). O mentalność twórczyń i czytelniczek tu raczej chodzi; o poziom rozwoju ich najczęściej nastoletniej świadomości seksualnej, o twórczą prezentację własnych poglądów. Ale to tylko nawiasem. Bo może Bator czyta!

Każdy zakończony rozdział w „Rekinie...” był dla mnie pretekstem do przerwania lektury i chwili refleksji. Czy rzeczywiście jest tak, jak pisze Bator? Czy ma rację? I choć najczęściej przedstawia bardzo subiektywne, wyraźnie zabarwione własnymi poglądami sądy o świecie, to trudno nie przyznać jej racji i nie zgodzić się z trafnymi spostrzeżeniami na temat rzeczywistości. Świetnie się też „Rekin...” sprawdza jako audiobook. Bo eseje Bator są jak historie dobrej znajomej, która wróciła właśnie z dalekiego kraju i pełna entuzjazmu opowiada o tym, co tam widziała. Można ich słuchać sącząc herbatę i niechcący na głos przedstawić swoje własne zdanie.

„Rekin z parku Yoyogi” utwierdził mnie w przekonaniu, że lubię i cenię Bator, jako osobę. Nawet chyba bardziej tę non-fiction, niż fabularną (choć pod względem gatunkowym zawsze zwycięży u mnie powieść). Warto mieć ją za przewodniczkę w tej urokliwej wyprawie, aby zrozumieć mentalność nie tylko japońską, ale też naszą, rodzimą.

O audiobooku
Anna Dereszowska stara się być dobrą lektorką, nawet za bardzo. Jej przesadna dbałość o dykcję graniczy więc już niemal z manierą. Na dodatek niezbyt przyjemną. Szczególnie nieładne jest dość częste przeciąganie „r”. I tak oto mamy „warrrrgi”, „rrrrozrrrastają”, czy tytułowego „rrrrekina”. Dereszowska niepotrzebnie akcentuje niektóre słowa (zdaje się, że kompletnie przypadkowe), chcąc – jak mniemam – dodać swemu głosowi melodyjności. Z lubością wypowiada soczyste „ą” i „ę” nawet tam, gdzie być ich nie powinno. Wszystkich tych „bonusów” trochę za dużo, jestem zwolenniczką audiobooków, w których lektor stanowi jak najmniej zauważalne tło, a jego popisy nie odwracają uwagi od treści książki. 

Recenzje innych książek Joanny Bator:
Ciemno, prawie noc 
Piaskowa Góra
Wyspa Łza



sobota, 21 lutego 2015

Trututu, gul gul, tudum! "Księga dźwięków" Soledad Bravi


Od kilku dni Róża szczeka. To znaczy woła głośne „hała, hała!”, gdy zobaczy psa. Dumą napawa mnie ta nowa umiejętność, bo takie „hała, hała” to już nie w kij dmuchał, a naprawdę coś! Zastanawiam się, kiedy zacznie krzyczeć „łubudu” albo śpiewać „Cicha noc”, bo i takie dźwięki poznaje. A wszystko dzięki rewelacyjnej książce „Księga dźwięków”. 




„Księga dźwięków” to rzecz nadzwyczaj oryginalna. Wydawca opisuję ją jako najgrubszą kartonową książkę na rynku. To, że jest gruba nie ulega wątpliwości; 112 stron w książce dla niemowląt to nie byle co. Na stu dwunastu stronach pięćdziesiąt sześć.... obiektów (jakich, o tym za chwilę) i informacje o tym, jakie wydają one dźwięki. Mamy więc klasyczną krowę, konia i zastęp innych zwierząt, których mowę znamy doskonale także z innych książek. Od klasycznego „kwa kwa” i „chrum chrum” przechodzimy jednak do zupełnie innych, całkiem zaskakujących odgłosów. Poprzez znane, ale rzadko gdziekolwiek umieszczane „kap kap kap”, „bim bom bim bom” i „ssssss”, aż do takich, których nie spodziewałabym się zupełnie. A jednak! Autorka nie zapomina o rybie, która robi „bul bul” ani o wilku wołającego „ałuuuuuu”. Wspomina też o szpinaku, duchu, bębenku i gniazdku elektrycznym. Co pomysł, to bardziej zaskakujący, a wszystkiego jest tyle, że nie sposób się nudzić. Osoby, przedmioty, jedzenie, czy nawet stany emocjonalne. Niezwykle to pomysłowe i naprawdę oryginalne.
  
 
„Księga dźwięków” ma to do siebie, że ma się ją ochotę czytać bez przerwy. Jest w niej tyle dźwięków do wyartykułowania, że jej czytanie rzadko się nudzi. Dziesięciomiesięczna Róża zazwyczaj wytrzymuje przy jednej książce dwie, trzy minuty, po czym uwaga jej się rozprasza i oczekuje czegoś nowego. Tutaj potrafi w skupieniu słuchać nawet piętnaście minut, podczas których zdążymy „przeczytać” całą „Księgę” dwa razy. Niektóre dźwięki ją śmieszą, inne próbuje naśladować. Niektóre zmieniamy. Na przykład w naszej wersji szpinak robi soczyste „mniam!”. :) (Ona naprawdę uwielbia szpinak...) Wyraziste obrazki o mocno zaznaczonych konturach i przejrzyste, czarne napisy przyciągają jej wzrok.  

I tylko nieco gorzej wypada kartonowość, o której wspomina wydawca. Strony „Księgi...” są raczej tekturowe. Dziecko nie przewróci ich więc z taką łatwością, jak w klasycznej kartonówce. Poza tym, choć odporne na zagniecenia, to bardzo prowizorycznie sklejone. Książka jest gruba i ciężka, jej rozpadnięcie się na mniejsze części to tylko kwestia czasu. U nas klej już popękał i po kawałku odpada. Oglądałam już różne zdjęcia tej książki i za każdym razem widywałam ją w co najmniej trzech kawałkach. Szkoda, bo wystarczyłoby drobne szycie na grzbiecie i książka wytrzymałaby dłużej.



 

 


Choć nietrwała, to warta każdej wydanej na nią złotówki. Polecam gorąco! Wśród setek innych książek, które każdego dnia wałkujemy, ta jest jedną z ulubionych. 

Księga dźwięków
Tekst i ilustracje: Soledad Bravi
Wydawnictwo Dwie Siostry
Stron: 112
Wiek: 0+  

piątek, 20 lutego 2015

Dorosłość? Nie, dziękuję

Kończę dziś dwadzieścia sześć lat.

Moje urodziny nie są dla mnie żadnym wyjątkowym świętem, nigdy też nie były okazją do świętowania. Dzisiaj z premedytacją wykorzystuję fakt bycia jubilatką do całodziennego wylegiwania się w łóżku, nieodrywania się od komputera i podjadania śmieciowego żarcia, córkę i męża pozostawiając samym sobie. A co!

Uderzyło mnie jednak to, że do trzydziestki zostało mi całkiem niewiele. Jeszcze niedawno trzydziestolatków uważałam za stare pryki, a wkrótce sama dołączę do tego zaszczytnego grona starców.

Choć dwadzieścia sześć lat już za mną, to wciąż nie postrzegam siebie jako osoby dorosłej. Dziwne to bardzo uczucie i nie do końca zdaję sobie sprawę z jego powodów. Ślub, urodzenie dziecka i własny dom nie uczyniły ze mnie osoby dojrzalszej. Być może fakt bezpośredniego skoku z bycia studentką do bycia matką sprawił, że nie zdążyły mi się ułożyć w głowie te nowe role społeczne. Jest wręcz przeciwnie; córkę traktuję jako towarzysza zabaw, małego człowieczka, z którym wkrótce będę mogła budować zamki z klocków Lego, a latem łazić po drzewach i taplać się w błocie. Nie myślę o Róży w kategoriach „to jej pokażę, tego ją nauczę”, a raczej „zrobimy to razem”. Myślę też, że nigdy nie przyjdzie mi do głowy powiedzieć do niej „jesteś za mała, nie zrozumiesz tego”.

Nie interesuje mnie polityka, nie znam nazwisk naszych ministrów, jedynie z prezydentem jestem na bieżąco. Nie mam pojęcia o co chodzi w słynnej aferze taśmowej i tak naprawdę nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Podczas spotkań w większym gronie wciąż niezmiernie nudzą mnie dorosłe rozmowy przy stole. Sytuacja nie zmienia się od lat. Jest obiad, a kiedy wszyscy zaspokoją pierwszy głód zaczynają się rozmowy o sytuacji gospodarczej, narzekania na rząd, pogodę i cały świat. Gdy byłam mała, to właśnie był ten moment, kiedy mogłam odejść od stołu i zająć się swoimi, ciekawszymi sprawami. Mimo dwudziestu sześciu lat na karku, za każdym razem mam na to ochotę. „Dorośli” przy stole wciąż wydają mi się tak bardzo niepodobni do mnie, jak to tylko możliwe. O ile atrakcyjniejsze wydaje mi się budowanie wieży z klocków dla mojej córki. Albo czytanie książki o samochodach; tej, przy której robi się takie śmieszne „brmm, brmm”. 

Mentalnie zatrzymałam się gdzieś na poziomie nastolatki, na dodatek w fazie burzliwego dojrzewania. Częściej niż innym zdarza mi się wpaść w histerię bez powodu i z uporem maniaka podtrzymuję swoje „nie”, nawet jeśli argumenty drugiej strony wydają się być sensowne. Boję się dzwonić do obcych ludzi, nie wiem gdzie chciałabym pracować i wciąż rozglądam się zaskoczona, kiedy ekspedientka w sklepie zwraca się do mnie „proszę pani”.

Być może kiedyś dorosnę, na razie nie chcę.

czwartek, 19 lutego 2015

Literatura piękna. "Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

Wydawnictwo W.A.B.
Stron: 528

Nie wiem kto jest autorem opisu z okładki, ale streszcza on (opis) dokładnie całą powieść, zdradzając nawet istotne elementy zakończenia. Nie wklejam więc i z życzliwości polecam NIE CZYTAĆ i omijać z daleka.







Lubię poczytać marną literaturę. Uwielbiam nastolatki w amerykańskich highschoolach i z lubością pochłaniam łzawe historie o zakochanych wampirach i seksownych wilkołakach (choć te wampiry, to nie w wilkołakach zakochane, a w nastolatkach, niestety). Czytam też literaturę wyższych lotów, potrafię ją docenić (a już w szczególności odróżnić od „kategorii B”), ale – rzecz głupia i nawet wstydliwa – to właśnie te małe szmirki pozostawiają mnie najczęściej w stanie osłupienia. Swoimi tanimi, marnymi chwytami emocjonalnymi, które przecież bez problemu rozpoznaję i demaskuję, wyciskają ze mnie zły i sprawiają, że obgryzam paznokcie; zapewniają więc to, czego w literaturze przede wszystkim szukam – przyjemności.

Czasami jednak trafiam na taką Bator. Bo ktoś, kiedyś wspominał, że dobre, bo trafiła się nagroda „i trzeba sprawdzić” (Nike 2013 , drodzy państwo!), ale przede wszystkim z przypadku. Wieża z książkami do najpilniejszego przeczytania rośnie w oczach i o tym, że coś okaże się pilniejsze od czegoś innego decyduje zazwyczaj chwila. Do tego ta moja dziwna niechęć do polskich pisarzy, których systematycznie olewam, dopóki ktoś nie powie mi jasno i wprost: „to przeczytaj!”. A później już leci lawinowo, seryjnie. Trzeba przeczytać wszystko, co Bator napisała. Kończę właśnie jej najnowszą książkę.

Historia opisana w powieści jest tak złożona, że nie będę nawet próbowała jej streszczać. „Ciemno, prawie noc” czytane na podstawowym poziomie będzie kryminałem (reporterka rozwiązuje zagadkę znikających dzieci). Do tego jednak dochodzi wiele (naprawdę wiele!) innych wątków, które koncentrują się przede wszystkim wokół wspomnień narratorki* i teraźniejszych wydarzeń w Wałbrzychu. Można by zarzucić autorce, że zbyt wiele treści, zbyt wiele motywów wrzuciła do jednego wora. Być może. „Ciemno...” to powieść przejmująca smutkiem, a nagromadzone w powieści zło i patologia potrafią przytłoczyć. Ale chyba właśnie dlatego książka uderza w czytelnika z tak wielką siłą. Kotojady potrafią pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie.

Zachwyca mnie Bator przede wszystkim tym, jak mistrzowsko żongluje słowem. Rzadko zdarza się aż taka lekkość pióra. Bator czaruje! Jej język jest klasyczny, ale przy tym soczysty, pełen wyrazu. Zdarzało mi się zatrzymywać przy niektórych zdaniach tylko po to, żeby podziwiać ich konstrukcję. Zwłaszcza porównania, które autorka używa, zmuszają do każdorazowej wizualizacji tych niezwykłych popisów językowych. No bo na przykład „ktoś zapłakał przejmująco jak włączona nagle syrena w rocznicę powstania warszawskiego”, „Skóra kanapy była szorstka i popękana jak pięta starego człowieka”, „powtórzył, dzieląc wyraz na części miękkie i wilgotne jak zasmarkane chusteczki” albo „Lekarz, wyglądający jak zmięta kartka papieru z nieudanym wierszem”. To takie nietypowe, oryginalne, a jednocześnie do bólu trafne.

Trafność spostrzeżeń to zresztą kolejne, co u pisarki zachwyca. Bator z dokładnością badacza analizuje rzeczywistość. Tapla się w tej naszej polskości, wałbrzyskości, rozgarnia je i kształtuje w piękne słowa. Do tej pory Witkowski był dla mnie mistrzem wyłapywania tego, co niby oczywiste, ale rzadko świadomie opisywane. W omawianej powieści Bator dogania Michaśkę, a w czytanej przeze mnie później „Piaskowej górze” – nawet ją prześciga. Nie zaniedbuje przy tym Bator innych ważnych elementów. Jej powieść pełna jest ukrytej symboliki i nasycona metaforami, a delikatny realizm magiczny (tak delikatny i tak znakomicie wkomponowany w całość, że nie jestem pewna, czy rzeczywiście tam był) połączony z chłodnym naturalizmem tworzą niepowtarzalny charakter. Liczne wątki i poziomy powieści przenikają się jak warstwy rozdeptanego, piętrowego tortu (porównanie w stylu Bator...). Prawdziwa to pożywka dla mojego poczucia estetyzmu i potrzeby obcowania z naprawdę dobrą literaturą. A „Ciemno...” to także znakomity, wciągający kryminał. Bator doskonale buduje ponury nastrój, a jej opowieść pełna jest zaskakujących zwrotów akcji.

Lubię też u Bator te drobne niteczki, które wciągają czytelnika w subtelną, intelektualną grę. Jej książki non-fiction (recenzje wkrótce) są nimi wypełnione po brzegi, ale i w powieściach znajdziemy ich kilka. Bator, nawet jeśli zamydla czytelnikowi oczy i przestawia literki nazywając główną bohaterkę Tabor, to zawsze pisze o sobie. Jej własna osoba zdaje się być dla pisarki niekończącym się źródłem inspiracji. I nie ma w tym cienia szyderstwa. Uwielbiam szukać i analizować te autobiograficzne wtręty.

Joanna Bator pisze z klasą. Dziwię się, że dostała Nike. W literaturze współczesnej ceni się inne wartości. Mam wrażenie, że ci wszyscy krytycy od siedmiu boleści podciągają daną książkę na skali wybitności, jeśli posiada ona przynajmniej dziesięć wulgaryzmów na każdej stronie i napisana jest dziwacznym strumieniem świadomości, całkowicie niezrozumiałym dla przeciętnego czytelnika (dla nieprzeciętnego zresztą też, ale ci nie mogę się do tego przyznać). Joann Bator tworzy literaturę piękną w dosłownym tego słowa znaczeniu, a ja właśnie tego od literatury wymagam. W tym względzie jestem tradycjonalistką; ma wzruszać, ma zachwycać, ma wywoływać katharsis. Z powieścią związały mnie tak silne emocje, że kiedy kilka tygodni temu wiadomości radiowe podały informację, że płonie dach wałbrzyskiego Zamku Książ – zrobiło mi się przykro. Trochę tak, jakbym się dowiedziała, że ktoś obrzucił jajkami kamienicę przy Roosvelta 5 w Poznaniu. Autorce udało się to, czego nie dokonali cie wszyscy nudni, „poważni i wielcy” pisarze – oprócz doznań estetycznych najwyższych lotów pozostawiła mnie w stanie odrętwienia, wewnętrznej pustki. Jej historia trafia do serca i wywierca w nim dziurę na wylot.

Mogłabym tak chwalić jeszcze długo i obszernie. „Ciemno, prawie noc” to jedna z najlepszych książek jakie kiedykolwiek przeczytałam, a Joanna Bator okazała się najciekawszym odkryciem kilku ostatnich lat. I choć literackie spotkania tego typu wpędzają mnie w przykre poczucie własnej marności (nigdy, przenigdy nie napiszę nawet jednego zdania, które mogłoby dorównać temu, co pisze Bator), to jedyne co mogę zrobić, to ukłonić się bardzo nisko i krzyknąć: „witaj, Mistrzyni!”.

_________
*Ktoś mnie ostatnio poprawił i uświadomił, że nie istnieje coś takiego jak „narratorka”, bo teoria literatury wyróżnia tylko istnienie „narratora” w formie męskiej. Nie bardzo jednak rozumiem, dlaczego w świecie, w którym istnieje „dyrektora” i „ministra”, nie mogłaby funkcjonować także „narratorka”. Używać więc będę tej błędnej formy konsekwentnie! 



Recenzje innych książek Joanny Bator:
Rekin z parku Yoyogi
Wyspa Łza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...