środa, 29 kwietnia 2015

Rok z życia matki (prawie bez lukru)



Kilka dni temu moja córka skończyła rok. Nie powiem popularnego „ale to zleciało!”, bo nie zleciało wcale. Mam wrażenie, że ostatnie dwanaście miesięcy trwało pięć lat. Czasy bezdzietne wspominam jako przeszłość bardzo odległą, niemal już zapomnianą. Coraz częściej łapię się na tym, że zastanawiam się jak to wtedy było, jak robiłam to i tamto, bo teraz robię to inaczej. To był trudny rok.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wałbrzyska tragikomedia. "Piaskowa Góra" Joanna Bator

Wydawnictwo W.A.B.
Stron: 488

Po „Ciemno, prawie noc”, którym rozpoczęłam swoją przygodę z Bator, bałam się sięgnąć po inną powieść. Wywarło ono bowiem na mnie tak duże wrażenie, że nie spodziewałam się, że kiedykolwiek i cokolwiek spodobać mi się może tak samo mocno. Jakże się myliłam! „Piaskowa Góra” jest zupełnie inna. To swoista saga rodzinna; historia kilku pokoleń kobiet (z silnym udziałem ich mężczyzn), przedstawiona od czasów przedwojennych, aż po wczesne lata dziewięćdziesiąte, skupiająca się na okresie PRL-u.

piątek, 17 kwietnia 2015

Prawo do bycia dziwką. "Muskając aksamit" Sarah Waters



Kiedy uda mi się trafić na naprawdę znakomitą powieść, nie mogę poprzestać tylko na niej. Pojawia się we mnie pragnienie, aby przeczytać wszystko, co dany autor napisał. Po rewelacyjnej „Złodziejce” chwyciłam więc za „Muskając aksamit”, które tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Sarah Waters to jedno z moich największych odkryć tego roku. 

środa, 15 kwietnia 2015

Wojna nie ma sensu. "Wróg" Davide Cali, Serge Bloch



Tematyka wojny w książkach dla dzieci pojawia się regularnie i zawsze jest to temat trudny, do którego podejść trzeba z odpowiednim wyczuciem. Dwa lata temu recenzowałam świetną książkę Pawła Beręsewicza „Czy wojna jest dla dziewczyn?”, a od tego czasu przeczytałam kilka znakomitych i nieco mniej świetnych pozycji, które w mniejszym bądź większym stopniu korzystały z takiego samego pomysłu. Trafiła mi się też jednak książka inna, wyjątkowa, a jest nią „Wróg”.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Zagrajmy! Rummikub

I znowu perełka, znowu gra dla mnie wyjątkowa i najlepsza z możliwych. Od czego jednak mam zaczynać, jeśli nie od tego, co lubię najbardziej? Długo zastanawiam się, czy pisać o Rummikubie. To trochę tak, jakbym miała opisać Monopoly albo Scrabble – te gry zna każdy. Rummikub to jedna z najbardziej znanych gier na świecie, swoje sukcesy święciła już w latach ’70-tych i niewiele osób może powiedzieć, że jej nie zna. Mnie przez długi okres czasu udało się być w tej garstce. Dopiero kilka lat temu, zainspirowana entuzjazmem mojej siostry, postanowiłam kupić swój własny egzemplarz. Przepadłam! Od pierwszej rozgrywki Rummikub stał się dla mnie wyznacznikiem tego, jaka powinna być dobra gra. 

sobota, 11 kwietnia 2015

Książka-zabawka



Dziś o książce, która z książką ma tak naprawdę niewiele wspólnego i gdybym miała ją zaklasyfikować do jakiejś grupy, to byłyby to zabawki. Jej pełny i bardzo długi tytuł brzmi „Baby's very first touchy-feely lift-the-flap play book” i trafnie określa to, co dostajemy w swoje ręce. 

Książkozabawkę wydał Usborne, brałam więc w ciemno i kiedy do mnie przyszła taka jakaś nieładna, z ilustracjami tandetnymi (ale jednak miłymi) i w zasadzie bez żadnego tekstu – poczułam się rozczarowana. Ze stanu tego wyprowadziła mnie jednak moja córka, która pod koniec pierwszego roku życia w książce odkryła hit swojego niezbyt długiego jeszcze życia. 

środa, 8 kwietnia 2015

Nie kręcą mnie faceci w kiltach. „Obca” Diana Gabaldon


Wydawnictwo wznowiło „Obcą”, a ja pluję sobie w brodę. Kilka lat temu zrobiłam to, co robię zawsze, czyli sprawiłam sobie na półeczkę całą serię autorstwa Gabaldon. Grube to i zajmuje dużo miejsca, ale przeczytane w swoim czasie na pewno zostanie. W zeszłym roku, kiedy na podstawie „Obcej” powstał serial (całkiem popularny), nakład książek wyczerpał się. Poszczególne tomy chodziły wtedy na Allegro za grubą kasę, która to przeszła mi koło nosa. Szlag! ;) Chciałam oglądać serial, więc chwyciłam za „Obcą”, bo wiadomo, że zawsze najpierw przeczytać trzeba książkę, a dopiero potem oglądać ekranizację, pierwszy więc z opasłych tomów z półeczki w świat wyszedł.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ocal, schwytaj, pokonaj, policz! Seria "Matematyczne śledztwo"



Dziś coś zupełnie nie z naszej kategorii wiekowej. Są jednak książki, które raz zobaczone odzobaczyć się już nie dadzą i snuję wtedy dalekosiężne plany, że jak moja córka będzie miała jakieś dziesięć lat, to te książki będą w sam raz. No bo liczyć, że przez taki szmat czasu nakład się nie wyczerpie? Bez szans! „Będą inne, lepsze” – powtarza mi zniesmaczony kolejnymi zakupami mąż*. Być może, wtedy też je kupię.

*[Mąż ten kupił w HMie szorty dla dziecka lat 7, bo tak mu się podobały!]

sobota, 4 kwietnia 2015

Ograniczona dwujęzyczność



Dość długo zastanawiam się, czy o tym napisać. Pewien czas temu na jednym z portali zauważyłam artykuł, w którym autor opisywał co robił, a robił mniej więcej to, co ja i komentarze pod tekstem okazały się zaskakująco nieprzyjazne. Autorowi tekstu zarzucano chore ambicje, a nawet próbę przedwczesnego wystawienia swojego dziecka do wyścigu szczurów. Tymczasem dla mnie dwujęzyczność, nawet jeśli niewynikająca bezpośrednio z konieczności, może być wspaniałą przygodą.

Dwujęzyczność zawsze mnie fascynowała. Możliwość perfekcyjnej znajomości wielu języków bez klasycznej ich nauki, bez ćwiczeń i zadań, jest czymś niesamowitym. Dlaczego jednak stanowić ma przywilej dzieci, które urodziły się w rodzinach emigracyjnych albo których rodzice mają różne narodowości? Choćby się bardzo chciało, to nie można zaprzeczyć, że w dzisiejszych czasach dobra znajomość języka obcego to podstawa. I fakt ten dostrzega wielu rodziców zapisując swoje coraz młodsze dzieci na kursy do szkół językowych. Nie chcę tu żadnej z postaw potępiać, ale sama nie jestem zwolenniczką posyłania małych dzieci na zajęcia dodatkowe. Wczesne dzieciństwo, okres przedszkolny powinien być czasem swobodnej, nieskrępowanej zabawy, możliwością zasmakowania nudy, nauki poprzez codzienne doświadczenia i praktyczne doskonalenie umiejętności.* Dlatego właśnie brak jakiegokolwiek programu i przyswajanie sobie języka od chwili narodzin tylko i wyłącznie poprzez jego słuchanie uważam za idealne.

[*Z całego serca popieram jednak wczesną edukację w rozumieniu Glenna Domana, wspomaganie rozwoju i uatrakcyjnianie otoczenia, o czym jednak innym razem.]

Nie jest to przejaw „chorej ambicji”, jak twierdzą niektórzy. Nie chodzi bowiem o to, żeby nauczyć dziecko na pamięć kilku angielskich wierszyków, które ono potem, ku uciesze rodziców i gawiedzi, prezentować będzie na wszelkiego rodzaju spotkaniach towarzyskich. Dwujęzyczność nie jest zbyt medialna; na pewnym etapie pojawia się etap mieszania języków i zastępowanie słów trudniejszych ich łatwiejszymi odpowiednikami. Tutaj chodzi przede wszystkim o przekazanie wiedzy i umiejętności, które na pewno przydadzą się w przyszłości. Nie jest to „męczenie dziecka”, bo znajomość języka przychodzi w sposób najbardziej naturalny i oczywisty. Wszystko odbywa się z bez jakiegokolwiek nakładu sił i żadna ze stron nie musi podejmować bodaj cienia wysiłku.

Nie jest trafny argument przeciwników wczesnego nauczania języka obcego, według którego dziecko najpierw powinno przyswoić sobie dobrze język rodzimy, ponieważ później będzie miało z nim problemy. Jestem pewna, że to niemożliwe. Język polski to ciągle podstawa w otoczeniu Róży. Słyszy go najczęściej w domu, u wszystkich babć, na ulicy i w sklepie. Bez przerwy ktoś do niej mówi, bez przerwy ktoś jej coś czyta. Nie martwię się o język rodzimy. Pamiętajmy też, że nie ma tu mowy o nauczaniu. Język obcy przyswajany jest jako język podstawowy, czyli równolegle, a nie zamiast czegoś. Gdzieś kiedyś czytałam (ale źródła nie podam, bo jest nim tylko moja pamięć), że dziecko jest w stanie w naturalny sposób przyswoić sobie aż siedem języków, jeśli tylko ma z nimi nieustanny kontakt od urodzenia. Niemowlę to ogromna inteligencja i już nigdy później nie będzie ono chłonęło wiedzy tak, jak teraz. Dziecko jest zbyt mądre, żeby mu się coś myliło albo mieszało. Warto to wykorzystać.  

Wspominałam już kiedyś, że zawsze muszę mieć wszystko zaplanowane. W ciąży więc ustaliłam szczegóły. Zgodnie z regułą „jeden rodzic – jeden język” będę mówić do dziecka tylko po angielsku. Od narodzin, w ciągu dnia, w nocy, wszędzie. Tylko konsekwencja może przynieść rezultaty! Kiedy jednak Rózia zjawiła się na tym świecie mówienie do niej w języku innym niż polski bardzo często wydało mi się dziwne, sztuczne, nie na miejscu. Były to sytuacje, kiedy spędzaliśmy czas w większym gronie. Uznałam, że tak przecież być nie może. Dwujęzyczność ma być zabawą, przyjemnością, naturalnym stanem rzeczy. Nie można pewnych rzeczy robić na siłę, bo tę sztuczność i przymus każde dziecko natychmiast wyczuje. Zignorowałam wszelkie reguły i sztywne zasady. W moim postanowieniu utwierdziły mnie „Zabawy fundamentalne” (moje wyrocznia, co do której miałam już nawet prośby o opisanie, co też na pewno uczynię, obiecuję!) podają, że rozumienie języka obcego kształtuje nawet kilkudziesięciominutowy z nim kontakt każdego dnia.

Wszystko się powoli układało, pewne sytuacje ustaliły i pozostały niezmienne aż do dnia dzisiejszego. Zazwyczaj mówię po angielsku kiedy jestem z Różą sama. Przestawiam się wtedy i przez cały dzień zdarza mi się nie wypowiedzieć słowa po polsku. Rózia potrzebuje nieustannego kontaktu, choćby tylko werbalnego, więc motywacji mi nie brakuje. Opisuję każdą wykonywaną przez siebie czynność. Wszędzie gdzie chodzimy, także poza domem, nazywam napotykane przedmioty, zwierzęta, sytuacje. Czytamy po angielsku i obrazki w książkach (a faza na pokazywanie palcem każdego szczegółu obrazka właśnie rozkwita) też opisuję w tym języku. Zdarza mi się także czytać po polsku, zwłaszcza jeśli czytam na głos swoją powieść (a ciągle jest to jedyny akceptowany sposób mojego czytania w ciągu dnia), ale dla Róży wybieram zazwyczaj anglojęzyczne książki. W przyszłości chcę wprowadzić gry i bajki w tym właśnie języku.

Dbam też o to, żeby zapewnić Róży dostęp do źródeł, z których korzystać mogłoby dziecko w jej wieku mieszkające w kraju anglojęzycznym (choć nie ograniczam się do konkretnej kultury). Wiem, że nigdy to osadzenie w kulturze nie będzie trwałe ani mocne i wcale do tego nie dążę, ale chcę, żeby Róża znała nursery rhymes i piosenki takie jak „This old man” albo „London bridge is falling down”. Chcę, żeby znała książki Dra Seussa i Julii Donaldson. Będę się także starała, żeby z postępem czasu dostarczać jej coraz to nowych materiałów. Jest to dla mnie nie lada wyzwanie, bo sama wszystko to poznałam pośrednio.

Miałam chwilę zwątpienia, czasami zastanawiałam się czy warto, czy tak ograniczony kontakt z językiem obcym może przynieść jakikolwiek rezultat. Jeśli zbyt długo nie widzi się efektów swoich działań (a u niemowlęcia nie widzi się ich przez wiele miesięcy), to wszystkiego chce się jakby mniej. I nagle, w wieku nieco ponad dziewięciu miesięcy, Róża zaczęła pokazywać paluszkiem różne rzeczy. Po polsku szło jej jak po maśle; okno, lampa, drzwi, lustro, kot, nos, noga... Po angielsku szło jeszcze lepiej! Zakres rozumianych przez nią słów po polsku i po angielsku jest w chwili obecnej bardzo podobny, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Róża potrafi wskazać kilkadziesiąt przedmiotów zarówno w swoim otoczenia, jak i na kartkach książki bez względu na to, w jakiem języku zostanie o nie zapytana. Podobnie z prostymi poleceniami (podaj, włóż itp.). Każde nowe słowo, którego zrozumienie widzę (a codziennie pojawia się coś nowego), napawa mnie dumą, zadowoleniem i satysfakcją z dobrze wykonanej roboty. Mam ochotę sobie gratulować, że w chwilach zwątpienia nie zrezygnowałam, tylko trzymałam się swojej idei wierząc, że ma to jednak sens.

Brakuje w tej naszej dwujęzyczności kontaktu z żywym językiem na ulicy, brakuje go nawet w domu. Mój mąż nie zna języka na tyle dobrze, żeby prowadzić swobodną rozmowę. Jest więc dwujęzyczność ograniczona. Termin ten wymyśliłam sama i chyba w dotychczas opisanych metodach nic takiego nie istnieje, ale wydaje mi się, że dość trafnie opisuje to, co robimy i byłoby dobrze, gdyby w wielu domach, w tych, w których rodzic poczuje się na siłach, stała się normą. Na siłach i z odpowiednimi umiejętnościami. Moje kwalifikacje językowe oceniam na znakomite i nie podjęłabym się jakichkolwiek prób nauki języka, gdyby takie właśnie nie były (nie polecam też tego innym). Oczywiście, mój akcent i wymowa odbiegają znacznie od tego, którym posługuje się księżna Kate. Zdarzają się też słowa, których albo nie rozumiem albo których, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie przekazać. Ostatnio Róża z uporem maniaka wskazywała palcem złączenie listwy przypodłogowej. Nie potrafiłam jej powiedzieć jak to się nazywa i użyłam nazwy polskiej (swoją drogą też niezbyt precyzyjnej). Trudno, jej słownictwo będzie ograniczone do tematyki, w której się poruszamy i z pewnością jako dwulatek nie osiągnie umiejętności rodowitego Brytyjczyka, ale otrzyma podstawy; rozumienie i znajomość pewnych pojęć. Coś jest zawsze lepsze niż nic. Jeśli w przyszłości będzie miała ochotę kontynuować swoją naukę, to w wielka przyjemnością będę to wszystko robiła dalej.

Nasza ograniczona dwujęzyczność to w pewnym sensie eksperyment, nie wiem jak rozwinie się dalej. Czy Róża zacznie mówić w obcym języku, czy poprzestanie na jego rozumieniu? Czy za rok stwierdzi, że to głupie i ostentacyjnie unikać będzie anglojęzycznych książek (oby nie, bo zapas jest duży!)? Nawet w warunkach dużo przyjaźniejszych dla języka obcego, język dominujący na pewnym etapie życia potrafi całkowicie wyprzeć ten używany rzadziej. Podstawy pozostaną jednak na zawsze, nawet jeśli nie do końca uświadomione; osłuchanie z melodyką, podstawowe słownictwo, struktury gramatyczne. Jestem pewna, że gra jest warta świeczki. 

A jak nam poszło? Podsumowanie po dwóch latach - KLIK! :) 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Największy błąd macierzyństwa




Wiele błędów popełniłam jako matka.

Zaczęło się od błędów wczesnowychowawczych, od nierobienia tego, co mi matka kazała, bo rodzicielstwo bliskości i bo ja przeczytałam książkę, więc jestem najmądrzejsza na świecie. To błędy, od których mam czasami ochotę walić w ścianę głową, która tak boli od ciągłego niewyspania, że i tak jej wszystko jedno.

Potem przyszedł czas na błędy techniczne. Pamiętam, kiedy pierwszy raz na twarz mojej córki spadła czytana książka. Pozycja całokartonowa raczej masywnych gabarytów pacnęła Rózię prosto w polik i chyba nie mogło boleć tak bardzo, ale Mała się wystraszyła i podniosła najbardziej żałosny lament, z jakim miałam do tej pory do czynienia. Kolejne niepowodzenie miało miejsce kilka dni później, kiedy to przy wychodzeniu z łazienki głowa Róży znów oberwała, tym razem o framugę. Młoda pozostała niewzruszona, a ja tym bardziej zaczęłam panikować, no bo czemu nie płacze? Może uszkodziłam jej mózg tak bardzo, że jej reakcje uległy zaburzeniu? Nie zapomnę też pierwszego (i jedynego, jak na razie) upadku z łóżka. Co za emocje!

Największym jednak rodzicielskim błędem jaki popełniłam, było wypełnienie ankiet z pudełek pełnych ulotek, które dostałam w szpitalu. I się zaczęło...

Dla niezorientowanych w temacie spieszę wyjaśnić, że każda nowa mama dostaje w szpitalu książkę z wierszykami, a także pudełka wypełnione dobrem wszelakim. W moim szpitalu (bo konfiguracje są podobno różne) pudełka były dwa. Tak zwane „Niebieskie”, nazwane tak zapewne ze względu na to, że było niebieskie, a także pudełko różowe, nie „Różowym” jednak, a „Dzidziusiem” nazwane. W środku cuda, wianki na kiju! Pampersy, nawilżone chusteczki, woda mineralna i jakieś kremy, szampony, balsamy, proszki do prania. Wszystko to w wersji mikro (same próbki, nawet ta woda!) i wszystko zanurzone w tonie nieprzydatnych ulotek. Pudełka budzą oczywiście niesłabnący entuzjazm, bo każdy lubi dostać coś za darmo i na porodówce otwiera się te różowo-niebieskie paczuszki jak prezenty pod świąteczną choinką. Wraz z pudełkiem otrzymuje się też ankietę. W ankiecie wpisać trzeba dane swoje i dane dziecka. Na odwrocie obiecanki-cacanki dla spragnionych tych próbek większej ilości; obiecują gazety, słoiczki i kaszki, wszystko w swoim czasie.

Głupia nie jestem, wiedziałam co to takiego, wiedziałam, że czeka mnie spam i inne takie, a rozchodzi się tu przede wszystkim o złoto XXI wieku, czyli dane osobowe, które można potem przetwarzać, sprzedawać i w ogóle mieć fun. Ale widziałam też, że położnej, co mi pudełka przyniosła i co taka miła była i piersią uczyła karmić i jak kąpać pokazywała, bardzo na tej ankiecie zależy, że dopytuje, że przypomina; widocznie są jakoś z tego rozliczane. Nie chciałam być ostatnią pipą, wypełniłam, oddałam. Nie spodziewałam się aż takiej katastrofy!

Moją wirtualną skrzynkę zalała fala maili reklamowych od „partnerów” firm dostarczających pudełka, co w praktyce oznaczało nie tylko produkty przeznaczone dla dzieci, ale także ubezpieczenia, kredyty, internetowe delikatesy, nawet bilety lotnicze i inne, kompletnie nieinteresujące mnie rzeczy. Wszystkie maile spersonalizowane i „dostosowane do moich potrzeb”. „Zuzanno, zadbaj o przyszłość Róży, kup...” albo „Zuzanno, dowiedz się jak zapobiec kolkom u Róży” – głosiły ich tytuły. Zgodnie z nowymi przepisami, na dole każdego znajdował się link, po kliknięciu którego mogłam wypisać się z newslettera. Sprytnie jednak wymyślono (ku „mojej wygodzie”, aby nie rezygnować „z ciekawych ofert dla mam i dzieci od innych firm”), że za jednym razem rezygnuję z maili od jednego tylko partnera. Osobno więc muszę wypisywać się z proszku do prania, osobno z  kredytów, osobno z kaszek. Nie chcę przesadzić z ilością, ale chyba nie skłamię, jeśli powiem, że wypisywałam się już z około 50 różnych newsletterów dostarczanych przez Family Service (to ci od niebieskiego). Różowe jest więc jak na razie na plus! Chyba. No właśnie. Tempo nadsyłania nowych maili trochę spadło (choć jeszcze się coś trafia od czasu do czasu) i tym razem uaktywniły się smsy. Idiotyczne smsy! Bo to nawet nie są reklamy. Większość z nich każe mi jak najszybciej odpisać na podany numer, ponieważ czeka nagroda dla mojego dziecka. Albo jeszcze gorzej! Jedna wiadomość zawiadamia, że biorę udział w loterii i jeżeli w ciągu kolejnych 60 sekund dostanę kolejną, to znaczy, że zostałam wylosowana. I wiecie co? Szczęście dopisuje mi za każdym razem. Bardziej niż to, że dostaję niepotrzebne smsy (trudno, skasuje się) wkurza mnie to, że firmy te traktują mnie jak idiotkę (może tylko takie wypełniają te durne ankiety...?). Nie wiem czyja to sprawka, różu czy błękitu, ale obrywa się obu, bo moja cierpliwość się kończy.

Apeluję i ostrzegam! Bierzcie swoje darmowe próbki, bierzcie te mikro-wody, sudocremy i chusteczki. Wypijcie, wysmarujcie, żeby nie zabrali, dotknijcie poślinionym palcem, żeby oblazło Waszymi bakteriami. Niech położne pytają, niech ręce załamują, ale nie wypełniajcie ankiet, niech Wam nie przyjdzie nawet do głowy myśl tak okropna.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...