poniedziałek, 18 stycznia 2016

O tym, jak przypadkiem nauczyłam dziecko rozpoznawać kolory



Nie wiem jak to wygląda w tabelach i wytycznych dotyczących rozwoju. Nie wiem kiedy dziecko „powinno” rozróżniać kolory. Ich nazw używałam od samego początku; podawałam czerwoną grzechotkę, zieloną sałatę, pomarańczową piłkę; nazywanie barw uważałam za całkowicie naturalne. Mimo wszystko Róża nie rozumiała co znaczy „niebieski”, a co „żółty”. Nie podawała przedmiotów w konkretnych kolorach, nie segregowała ich. W końcu zaczęła, za nic mając moje nauki i ćwiczenia, a dokonała tego w bardzo zaskakujących okolicznościach.

Oczywiście, jako matka nadambitna, która nie uważa, że „przyjdzie samo, w swoim czasie”, kolorów próbowałam uczyć. Rzecz nie wydaje mi się trudna i jeśli nazywam pewną cechę od samego początku, a ona po półtora roku nadal jest niezauważana, myślę sobie: „hej, bez przesady!”. Pokazywałam więc specjalnie przygotowane karty, dzieliłam to na sesje – nic.

Jak już kiedyś wspominałam (KLIK!) uwielbiamy z mężem grę „Pędzące żółwie”. Od pewnego czasu, mniej więcej od momentu, kiedy Róża przestała zjadać wszystko, co znalazło się w zasięgu jej rąk, możemy pograć w różne planszówki przy dziecku. Warunek jest taki, że dziecko siedzieć musi w wysokim krzesełku, przyglądać się rozgrywce i od czasu do czasu dostać do ręki kilka elementów z pudełka. Da się zrobić! Przyglądała się więc nam ta Róża dość bacznie, a że „Pędzące żółwie” są ładne – często sama wyciągała pudełko z grą, żeby sobie przejrzeć jego zawartość.

Przeglądała, przeglądała i... ni stąd i zowąd zaczęła dopasowywać drewniane żółwie do ich wizerunków na tekturkach. Kolorami! Nie mogłam uwierzyć, że robi to sama, niezachęcona przez nikogo. Początkowo myślałam nawet, że to przypadek, ale nie! Zabawa okazała się na tyle interesująca, że Róża segregowała w ten sposób żółwie jeszcze kilkukrotnie. Wtedy wtrąciłam się ja i korzystając z takiego zainteresowania grą – wymyśliłam inne aktywności utrwalające znajomość kolorów.

1. Segregowanie

Czyli to, o czym już napisałam. Wykładam tekturkę z żółwiem, a Róża dopasowuje do niego drewnianą figurkę. 




Jest też druga, nieco trudniejsza opcja. Stawiam drewniane figurki w jednym rzędzie. Daję Róży do ręki kilka-kilkanaście kart, a ona ustawia je, kolorami, pod figurkami. 


2. Poruszanie po planszy

Bardzo ciekawa alternatywa zabawy z kolorami. Ponieważ Róża obserwuje grających rodziców i fascynuje ją przesuwanie pionków po planszy, postanowiłam zaproponować jej coś podobnego. Drewniane żółwie ustawiam na starcie, a następnie pokazuję kolejne karty. Róża przesuwa o jedno pole żółwia takiego koloru, jakiego zobaczy na karcie. To nie tylko nauka kolorów ale także instynktowne rozpoznawanie wartości jeden. Moja córka uwielbia tę zabawę!

Na razie wszystkie karty to „plusy” – żółwie poruszają się o jedno pole do przodu. Z czasem wprowadzę minusy i podwójne wartości. Oprócz utrwalania kolorów wprowadzam tym samym mechanikę samej gry! Myślę, że jeszcze kilka miesięcy i będziemy mogli rozegrać naszą pierwszą, może nieco uproszczoną, trójosobową partię „Pędzących żółwi”! :) 


3. Budowanie wieży

Kolejny mechanizm podpatrzony w oryginalnych zasadach gry. Żółwie wchodzą na siebie, Róża, naśladując nas, też układała je w ten sposób. Pokazuję jej kolejne kolory na kartach, a ona zgodnie z tą sekwencją układa wieżę. Kolejnym etapem, znacznie trudniejszym, będzie przedstawienie od razu gotowej sekwencji i na jej podstawie ułożenie wieży. 




Dodajmy jeszcze, że dostrzeżenie kolorów w żółwiach stało się początkiem rozróżniania barw w ogóle. Wystarczyło je nazwać, porównać danego żółwia z czymś innym i tak oto moje dziecko zaczęło rozumieć czym jest kolor czerwony, a czym zielony. Potem przyszły też inne, niezaproponowane w „Pędzących żółwiach” barwy.  

Potwierdziły się dwie rzeczy. Po pierwsze; dziecko uczy się przez obserwację. Choć jestem zwolenniczką metody Domana, stosuję ją w najróżniejszych dziedzinach, a efekty tych ćwiczeń są ogromne i niedające się zakwestionować, to widzę, że większości rzeczy uczy się ot tak, zupełnie nieformalnie. Po drugie; najlepszymi zabawkami są przedmioty, którymi z fascynacją manewrują najbliższe osoby. Wybierajmy więc mądrze. Zamiast ślęczeć nad smartfonem – posiedźmy nad książką. Odłóżmy też tablety i zagrajmy wspólnie w jakąś grę. To naprawdę działa!

A już niedługo pokażę Wam grę dla dzieci, przy której szlifujemy kolorystyczne zdolności. Taką prawdziwą, z kostką! :) 


Koniecznie przeczytaj też: 

7 komentarzy :

  1. My stosujemy takze nauke po przez zabawe nie nawet kiedy dziecko cos sie nauczylo

    OdpowiedzUsuń
  2. My stosujemy takze nauke po przez zabawe nie nawet kiedy dziecko cos sie nauczylo

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze wiedzieć! Wyciągam w takim razie żółwie z szafy i też będziemy się nimi bawić :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniały pomysł! W ogóle patrzenie na to jak rodzice grają może dziecko wiele nauczyć. Od dawna czytam Twojego bloga i bardzo podobają mi się Twoje pomysły na połączenie zabawy z edukacją. Pomysły z "Pędzącymi żółwiami" są naprawdę świetne!
    Pozdrawiam, A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) Ale pomysł nie mój! Od dziecka wyszedł! :)

      Usuń
  5. uwielbiam takie alternatywne zastosowania planszówek! akurat "Pedzące żółwie" trafiły do nas za późno na takie zabawy, ale J. też uczył się kolorów miedzy innymi segregując pionki :D
    czekam na tę PRAWDZIWĄ grę!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...