piątek, 22 stycznia 2016

Ograniczona dwujęzyczność - jak nam idzie po niemal dwóch latach


Przygoda z naszą dwujęzycznością była ogromnym eksperymentem. Traktowana niekonsekwentnie i wybiórczo, w raczej ograniczonym zakresie; nie miałam pojęcia co z tego wyniknie. O tym, jak to wszystko się zaczęło, przeczytać możecie TUTAJ. Dziś, kiedy gołym okiem dostrzec można rezultaty i zweryfikować pewne rzeczy, chciałabym podsumować nasze dotychczasowe postępy.

Rozumienie

Rozumienie języka angielskiego przez Różę określić mogę jako perfekcyjne. Nie ma znaczenia w jakim języku do niej mówię – dokładnie rozumie o co mi chodzi. Bezbłędnie wykonuje polecenia nawet wtedy, gdy używam określeń dotyczących przestrzeni (np. under the table, next to the horse), rozumie też sekwencyjność wydarzeń (np. „First shut the door, then move the car.”). Rozumie nie tylko mowę związaną z aktualną sytuacją i tym, co się akurat dzieje. Radzi sobie także z opisami uczuć, pogody, przeszłości i przyszłości (mówię na przykład, że coś zrobimy po spacerze i po spacerze ona dopomina się wykonania zobowiązania). 

Boję się jednak, że to rozumienie języka jest jednak bardzo ograniczone. Problemem jest to, że ciągle poruszamy się w tej samej, znanej siatce pojęciowej. Po angielsku rozmawiamy w domu, w sklepie, na spacerze. Ciągle więc pojawia się to samo słownictwo, ten sam kontekst. Słownictwo rozbudowujemy oglądając książki. Nazywam wówczas wiele elementów na ilustracjach, są one bardzo zróżnicowane. Nie zastąpi to jednak doświadczania pewnych sytuacji i stanów. Obcego języka nie słyszy Róża na ulicach ani z ust obcych ludzi. W domu jej uszu nie dobiegają angielskie rozmowy rodziców o polityce, o obecnej sytuacji gospodarczej ani o tym, co ojciec załatwił w ZUSie. Jeśli ja nie znam bądź nie używam pewnego wyrazu – ona też go nie zna. Nie wiem jak wyjść z tego impasu.

Po angielsku ogląda Róża bajki. Temat bajek i telewizora to inna sprawa, u nas są dwa 20-25-minutowe seanse dziennie, wyłącznie po angielsku. Nie zastąpi to kontaktu z anglojęzycznymi dziećmi, ale mam wrażenie, że również nie zaszkodzi. Rozumienie sytuacji i słownictwa w bajkach też uznaję za bardzo dobre.  

Mówienie

Róża bardzo długo nie mówiła. Podobno to normalne i dzieci są różne, ale gdzieś na skraju świadomości świtała mi myśl, że może to jednak moja wina, że może te językowe eksperymenty jednak jej jakoś zaszkodziły. Miała półtora roku, a jej czynny słownik obejmował niecałe dziesięć wyrazów. Nie gadała też po swojemu, nie naśladowała mowy zwierząt, pewnych głosek nawet nie wypowiadała, nie próbowała, nie bawiła się głosem; jakby mówienie jej nie interesowało.  

Potwierdziła się jednak opinia: „dajcie jej czas, każde dziecko zaczyna mówić na innym etapie”. W końcu ruszyła, w zasadzie z dnia na dzień i teraz codziennie zaskakuje nas nowymi słowami. Nowe wyrażenia bywają zarówno polskie jak i angielskie. Na razie więcej jest tych polskich, choć myślę, że to przypadek. Zdań jeszcze nie składa, ale pewnie będzie mieszać polskie i angielskie wyrażenia, to jednak u dwujęzycznych dzieci jest całkowicie normalne.

Zaczęło się od „baby” (wyraźne /bejbi/) na określenie dzidziusia w moim brzuchu, potem poszło lawinowo. Wyraźnie widzę, że wybiera prostszą alternatywę, jest więc „bed” zamiast „łóżko”. Angielskich określeń używa też na przedmioty, o których po polsku w ogóle nie mówimy. Na przykład „walrus” /łalła/, czyli po polsku „mors” – zwierzę znane nam chyba wyłącznie z anglojęzycznej książeczki Erica Carle’a. Pewne określenia używa zamiennie. Czasami więc słyszę po swoim adresem „mama”, a czasami „mummy” /mami/.

To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to angielski akcent! Gdybyście tylko usłyszeli jej „cat” i to piękne, głębokie, przedłużone „a”! To nie jest polskie /kat/, tylko prawdziwie brytyjskie /kæt/, którego nie powstydziłby się sam książę George. ;) Na dodatek nie miesza akcentów! Wypowiadając polskie wyrazy nie brzmi jak nasz rodak powracający z rocznej emigracji przy zmywaku, który nieomal „zapomniał” już jak się mówi po polsku. Akcenty przychodzą jej naturalnie. Dlaczego tak mnie to dziwi? Bo nawet mój akcent nie jest aż tak brytyjski! A przecież to ode mnie się uczy. Myślę, że bajki spełniają tu jednak jakąś funkcję edukacyjną.

Wraz z mówieniem pojawił się mały problem. Kiedy jesteśmy same i mówię do niej po angielsku, a ona odpowiada mi znanym sobie, polskim wyrazem – nie wiem co robić. Mając na uwadze zdolności językowe, powinnam konsekwentnie trzymać się angielskich wersji. Trudno mi jednak ignorować polskie wyrazy, ponieważ chcę ją też zachęcić do mówienia i boję się, że wypowiadając inny wyraz ona zrozumie to jako zakwestionowanie jej wersji i w rezultacie przestanie ją wymawiać. Robię więc tak, że najpierw powtarzam jej, polską wersję słowa, a następnie dodaję jego znaczenie po angielsku. Nie wiem czy ma to sens, ale do tej pory w naszym eksperymencie kierowałam się wyłącznie intuicją, musi więc tak pozostać i teraz.

Czytanie

Tu chyba najbardziej widać różnice w rozumieniu abstrakcyjnego (nie sytuacyjnego) użycia obcego języka.

Po polsku czytamy już naprawdę długie i skomplikowane teksty. Nie sądziłam, że progres będzie następował tak szybko, ale faktem jest, że przyzwyczajana do czytania od samego początku Róża jest już w stanie cierpliwie i z uwagą wysłuchać nawet bardzo długiej opowieści, takiej, którą wydawca oznaczył jako 3+ a nawet 4+. Ważna jest tu nie tylko umiejętność długiego skupienia uwagi, ale także fakt, że tekst jest dla niej w pełni zrozumiały (potrafi odpowiedzieć na pytania go dotyczące, nawet po kilku godzinach od lektury, kiedy zajmujemy się czymś innym).

Czytając po angielsku zatrzymałyśmy się na pewnym etapie. Róża wciąż chętnie podaje mi książki napisane w tym języku, czasami jedną po drugiej tak, że ich czytanie zajmuje dużo czasu. Są to jednak książki, które już dobrze zna. Najczęściej pojawiają się więc jeszcze proste kartonówki, choć nie jest to regułą. Są teksty dłuższe, na przykład niektóre z książek Dra Seussa, które czytałam jej, gdy była niemowlęciem. Sięga też po nowe, nieznane sobie książki (tych nigdy u nas nie zabraknie), jeśli mają prosty tekst. Nowe rzeczy akceptuje w książkach bez tekstu (jeśli to ja opowiadam historię) albo w takich, w których nazwać trzeba poszczególne obiekty. Jeśli jednak proponuję niezbyt dobrze znaną książkę, w której tekst jest długi i skomplikowany – widzę, że się irytuje i każde mi czytać coś innego. Nie przyciągają jej wtedy nawet atrakcyjne ilustracje. Problem ten omijam w ten sposób, że czytam nowe, dłuższe rzeczy w czasie, gdy ona bawi się czymś innym. W końcu tekst staje się znajomy i możemy go czytać razem. Wydaje mi się jednak, że jego rozumienie nie jest pełne. Aby trochę poprawić sytuację staram się później używać określeń z książki w naszym życiu codziennym, dodając odpowiedni kontekst.

Kultura

Dbam o to, żeby  Róża znała tradycyjne angielskie wierszyki, piosenki, wyliczanki. Nie chodzi nawet o jakieś kulturowe dziedzictwo, bo emocjonalnie nic nas nie łączy ze światem anglosaskim. Chodzi raczej o to, że w anglojęzycznych książkach, które czytamy znaleźć można wiele nawiązań do tych tradycyjnych rymów (ang. nursery rhymes). Pojawiają się pewne postaci (np. Humpty Dumpty) i motywy. Róża w żadnym języku nie powtarza jeszcze piosenek ani rymowanek, ale reaguje na ich treść albo pewne powtarzające się zwroty, poprawnie reaguje też gestami (pewne układy gestów przypisane są niektórym piosenkom).

Podsumowując

Nie zaszkodziłam córce mówiąc do niej w języku obcym. Nie wpływa to negatywnie na jej rozwój. Róża jest bystra i inteligentna, rozumie wszystko, co się do niej mówi, rozwija się ponadprzeciętnie. O jakimkolwiek ubytku w znajomości języka polskiego nie ma mowy. Argument „niech się najpierw porządnie nauczy polskiego” jest więc nietrafiony.

Zgodnie z przewidywaniami – znajomość dwóch języków nie postępuje równolegle. Polski dominuje w kilku aspektach i dysproporcja ta na pewno będzie stale rosła.

Coś jest lepsze niż nic. Jestem pewna, że wszystko to, czego Róża nauczyła się do tej pory da jej podstawy do rozwijania swoich językowych zdolności w przyszłości. Gramatyczne struktury, najczęściej powtarzane zwroty, czytane kilkadziesiąt razy dziennie zdania z ulubionych książek pozostaną w jej pamięci i świadomości już na zawsze, ułatwiając przyswajanie języka.

21 komentarzy :

  1. Żałuję, że mi rodzice nie przybliżali angielskiego od małego - może wtedy miałabym do niego talent :) ale to były inne czasy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uważam, że nauka języka już od najmłodszych lat jest bardzo mądrym posunięciem. Osobiście mój język angielski to jakaś ocena dopuszczająca - czyli same podstawy. Jednak będę się starała już od odpowiedniego momentu wprowadzać angielski w życie mojego syna (trochę zejdzie do tego momentu) przy czym sama będę musiała go polepszyć, ale na pewno nie stracę - a skorzystam na tym.
    Dzisiaj nauka języka obcego to otwarte drzwi na większe perspektywy rozwoju i nauki, bardzo żałuję, że sama się nie doszkalałam w tej kwestii, chociaż nigdy nie jest za późno. Wystarczą chęci:)
    Pozdrawiam
    matkapolka89

    OdpowiedzUsuń
  3. Pomysł świetny, cieszę się, że wszystko poszło dobrze, łatwość językowa jest bezcenna. Angielski na pewno jej się przyda, a poznawanie go od najmłodszych lat jest wspaniałym pomysłem. ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniałe wieści z frontu! Podziwiam Twoją determinację i konsekwencję, a także to, że myślisz o języku angielskim w tak wielu użyciach, łącznie z nursery rhymes:) Kibicuję Wam z całego serca. I troszkę zazdroszczę, że mój angielski nigdy nie był tak dobry, żebym bez cienia wątpliwości mogła opisywać córkom otaczajacy świat.

    OdpowiedzUsuń
  5. Poprzedni wpis o dwujęzyczności był pierwszym, który przeczytałam na Twoim blogu, cieszę się, że napisałaś podsumowanie, bo byłam bardzo ciekawa jak to się rozwija. Uważam pomysł za wspaniały, sama miałam identyczny, ale u mnie jak zwykle słomiany zapał. Nie chciało mi się i odpuściłam. Żałuję bo widać że są efekty. Koniecznie napisz za jakiś czas jak wam idzie. Trzymam kciuki.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto! Też mi się często nie chciało, ale wtedy po prostu nie gadałam na siłę po angielsku. :) Naprawdę nie trzeba cały czas i konsekwentnie trzymać się języka obcego, żeby zobaczyć efekty. Ile ma teraz Twoje dziecko? Myślę, że nadal warto zacząć, choćby od kilkunastu minut dziennie. :)

      Usuń
    2. Kurcze, spróbuję!!! Córcia ma 5 miesięcy, więc jest jeszcze malutka. Ciekawa jestem jak nam to wyjdzie. :)

      Usuń
  6. Ja sama nie wiem co myśleć o dwujęzyczności, ograniczonej czy nie. U nas ona jest zdecydowanie jak najbardziej klasyczna, choć model rzadszy niż polski w Anglii :) Angielski zdecydowanie dominuje póki co, bo jednak najwięcej czasu Mill spędza z nami, rodzicami, którzy między sobą też komunikują się po angielsku (głównie, choć nie zawsze, Towarzysz Mąż się czasem polsko wysila). Też mam w zapasie post na ten temat, ale wstępnie stwierdzę, że idzie nam zdecydowanie gorzej niż Wam i mam wrażenie że moje dziecko jak na prawie dwulatkę mówi bardzo mało. Powtarza też raczej niechętnie i dopiero kiedy oswoi jakieś słowo używa go z ochotą (ostatnio na tapecie: MESS, ups). Za to śpiewa! (pierwszą linijkę 'Ba ba, black sheep' i... Piosenkę z 'Peppy Pig' :) Ściskam Was dziewczynki! x

    OdpowiedzUsuń
  7. Co jak co, ale lenistwa Ci zarzucić nie można - bardzo się angażujesz w wychowanie dziecka :) Ale myślę, że pomaga tu też czas - rodzice w moim otoczeniu pracują do 19 i później po prostu nie mają za dużo siły na poświęcenie dziecku tyle czasu, ile potrzebuje.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy wprowadzenie takiej sztucznej dwujęzyczności... Absolutnie nie krytykuje ale mocno się dziwię.
    Tylko czy nie studiowałaś romanistyki? Więc czemu akurat angielski? Bardziej trendy?

    Kinga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, angielski jest "trendy". Możesz się porozumieć w tym języku w (prawie) każdym miejscu na świecie. "Sztuczna dwujęzyczność" w tym wieku to inwestycja na wagę złota.

      Usuń
    2. "Trendy" hahahahaha! :)))))))) Uważam, że to co robi Autorka bloga jest super. Inwestycja swojego zapału i czasu w coś co na pewno się przyda dziecku w przyszłości. Równie dobrze sztucznym można nazwać wszystkie inne zabawy edukacyjne bo przecież dziecko też ma na to czas i będzie mogło się nauczyć czytać i liczyć w szkole. Dla mnie Twoje pomysły to wielka inspiracja!

      Usuń
    3. Wydaje mi się, że angielski jest trendy od ostatnich stu lat, jako język międzynarodowy. Studiowałam romanistykę, ale nie uważam, że biegle mówię po francusku. Nie doszłam dalej niż do poziomu B2, a od ponad roku nie miałam żadnego kontaktu z językiem, muszę się dłużej zastanawiać konstruując czas przeszły. Angielskiego uczę się od wielu lat, wciąż mam z nim kontakt i posługuję się nim swobodnie.

      O „sztuczności” odpowiadałam już na fejsie, więc i tu napiszę to samo. Nie wiem czy czytałaś poprzedni tekst o dwujęzyczności (ten sprzed kilku miesięcy), ale najpierw miałam plan taki, żeby mówić tylko po angielsku, konsekwentnie i bez wyjątków. To faktycznie okazało się bardzo sztucznym rozwiązaniem i od razu z niego zrezygnowałam. To, co robimy teraz, czyli ograniczenie tego w praktyce do kilku godzin dziennie wypada w moim odczuciu jak najbardziej naturalnie, a przy okazji przynosi rezultaty. Do tego czytamy bardzo dużo po angielsku, czego nigdy, przenigdy nie uznam za złe albo krzywdzące. Nie aranżuję sztucznie sytuacji w domu, gadam do siebie jak robię coś w kuchni albo podczas zabawy, nie naciskam na angielski, kiedy córka zagaduje mnie po polsku, śpiewamy razem polskie piosenki i mówimy wierszyki. Nie czuję, że cokolwiek jej odbieram, a jedynie dodaję. Jestem przeciwna zapisywaniu dwulatków na kursy, ale właśnie najbardziej naturalny kontakt z językiem, czyli mówiącą mamę, w domu, uważam za najlepsze rozwiązanie, które wyeliminuje nam kursy przez najbliższych kilka lat.

      Usuń
    4. Dziękuję autorce za odpowiedź (nie śledzę FB) i za "wyśmianie" również!

      Otworzyło mi to oczy na pewne sprawy. I wiem, że na pracę z dzieckiem nigdy nie jest za późno więc może i ja spróbuję!
      Wczoraj jakaś gadająca zabawka powiedziała i pokazała "fish", mój syn od razu to wychwycił i powtórzył (jest na etapie powtarzania niektórych wyrazów, zaczyna mówić) i już każda ryba jest nazywana przez niego "fish".
      Po prostu nie zobaczyłam w tym "inwestycji". Po przemyśleniu przyznaję, że się myliłam i takie mówienie po angielsku może być dobrym startem, łagodnym, naturalnym przejściem do prawdziwej nauki.

      Troszkę boję się, że z błogiego dzieciństwa będzie musiał wpaść w wir, gdzie nie znając języka jesteś nikim.

      Dziękuję i pozdrawiam :-)

      Kinga

      Usuń
    5. Mam nadzieję, że nie poczułaś się wyśmiana przeze mnie, nie miałam takiego zamiaru. Za komentarze innych użytkowników nie mogę odpowiadać, a nigdy niczego nie kasuję, choć niektóre bywają naprawdę dużo mniej przyjazne. :)
      Bardzo się cieszę, że zmieniłaś zdanie i że być może trochę się do tego przyczyniłam. Pozostaje mi tylko życzyć Wam powodzenia. Szczerze liczę na to, że za jakiś czas dasz znać jak Wam idzie.
      Pozdrawiam! :)

      Usuń
    6. Absolutnie przez Ciebie nie poczułam się wyśmiana. Mam nadzieję, że nie poczułaś się skrytykowana. Uważam, że jeżeli czytam i mam jakieś pytania mogę je zdać na blogu publicznym, nawet jeżeli nie są przesycone zachwytem, poklaskiem i uwielbieniem...
      Uważam Cię za inteligentną osobę (przeczytałam większość wpisów) dlatego też liczyłam na rzeczową odpowiedź i się nie przeliczyłam. Dziękuję.

      Pozdrawiam, Kinga

      Usuń
  9. Anonimowy05 maja, 2017

    Świetnie się czyta Twoje wpisy i przyznam się, że aż spać nie mogłam przez Twój imponujący zbiór książek! :) Wpis o dwujęzyczności mocno mnie zmotywował. Wprawdzie nie mam zdolności lingwistycznych i nie mam odwagi mówić po angielsku (nad czym strasznie ubolewam), jednak mojemu dwudziestomiesięcznemu synkowi wprowadzam angielski przez bajki w języku angielskim, książeczki i piosenki. Zaczęło się od kanału na yt SuperSimpleSongs, później dodałam czytanie książeczek (póki co posiłkuję się najprostszymi darmowymi pdfkami np Book Dash, bądź autorstwa Hansa Wilhelma), niedawno wprowadziłam oglądanie świnki Peppy po angielsku. Mam prośbę byś podpowiedziała jakie angielskie bajki włączasz swojej córeczce (i synkowi). Chciałabym wprowadzić jakieś urozmaicenie. Dodam, że choć robię tak niewiele, to i tak są już efekty - np. synek rozpoznaje podstawowe zwierzęta po angielsku, i proste czynności. Mam nadzieję, że z czasem nabierze też umiejętności w budowaniu zdań i konwersacji. Myślę więc, że warto :) Pozdrawiam, Adela.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moje doświadczenia kogoś motywują, naprawdę! :) Świnka Peppa to świetny wybór! Wymowa tam jest bardzo wyraźna, Róża też potrafi z samych tylko dialogów wyłapać wiele fraz, które potem powtarza. U nas z bajkami dość krucho i monotematycznie. To znaczy najczęściej lecą pełnometrażówki Disneya (ulubione: Toy Story, Król Lew, Fantazja, Jak wytresować smoka, Tarzan), choć miałam kiedyś w planach, to jakoś nigdy w końcu nie wyszukałam niczego fajnego w odcinkach. :(

      Usuń
    2. Anonimowy07 maja, 2017

      Dziękuję za tak szybką odpowiedź, o pełnometrażówkach Disneya zapomniałam :) Ale chyba jednak z nimi jeszcze się wstrzymam, bo już wyobrażam sobie jak trudno będzie przerwać oglądanie i odciągnąć malucha od tv :D

      Usuń
    3. Róża w tym wieku nie wysiedziałaby nawet jeszcze całej pełnometażówki. Ale teraz taki mam system: jedna długa bajka dziennie. To wygodniejsze, poza tym bardzo potrzebuję tej przerwy w ciągu dnia. ;)

      Usuń
  10. Cieszą mnie Pani efekty, bo ja sama zaczęłam się "bawić" w dokładnie to samo. Dwujęzyczność wg mnie wcale nie opóźnia rozwoju mowy. No chyba, że wg mojej mamy...hehe..która pamięta, że ja niby mówiłam pełnymi zdaniami na rok i oskarża mnie o to, że przeze mnie moje dziecko na rok mówiło zaledwie kilka słów. Dzieci są po prostu inne. Zaczynam śledzić bloga, bo każde przemyślenie, każda sugestia w kwestii dwujęzyczności są dla mnie cenne. Ja działam w sposób bardziej szalony: http://teachyourbaby.pl/, czyli na moim blogu można poczytać o dwujęzyczności zamierzonej/ nienatywnej/ ograniczonej/ sztucznej oraz czytaniu globalnym i zabawie w matematykę z małym dzieckiem.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...