czwartek, 7 stycznia 2016

Własny pokój



Nadchodzi taki czas w życiu dziecka, że potrzebuje ono własnego pokoju. Niektórzy tworzą taki już dla noworodka, ja jednak nie wyobrażam sobie nie mieć niemowlęcia w pobliżu własnego łóżka, aby czuwać nad jego oddechem i po prostu być blisko. Do tej pory mieliśmy pokój, w którym się bawiliśmy. Zaimprowizowany został w pomieszczeniu z dywanem, jednak tak naprawdę nigdy nie odbierałam go jako pokoiku dla dzieci. Ot, przechowalnia zabawek. Należało to zmienić i stworzyć coś, co byłoby tylko dziecięce.

Mamy w domu trzy sypialnie. Jedna pozostaje pod władzą rodzicielską, wszak też spać gdzieś musimy. Pozostają dwie. Dzieci – prawie dwoje. Prosta kalkulacja wskazywać by mogła jednoosobowe rozmieszczenie dzieci w pokojach. Pomysł jednak został odrzucony niemal natychmiast. W przyrodzie nic jednak nie ginie i nic się zmarnować nie może. Oba pokoje zostały dziecięce, tylko zorganizowane nieco inaczej. Pierwszy stał się pokojem do zabawy, drugi – sypialnią.

Oto kilka powodów takiego rozwiązania:

- Rozdzielanie rodzeństwa z tak niedużą różnicą wieku wydaje mi się sztuczne. Wspólny pokój z jednej strony spajać będzie łączącą dzieci więź, a z drugiej stanowić będzie pole do rozwiązywania konfliktów i radzenia sobie z podziałem zabawek i innych dóbr.

- Wspólny pokój do zabawy to także wspólne zabawki. Nie mam zamiaru kupować każdemu dziecku osobnego zestawów Lego tylko dlatego, że każdy będzie chciał je mieć u siebie. Nie chcę eksperymentować z systemem gospodarczym, który nie przetrwał próby czasu i dopuszczam oczywiście posiadanie przez każde z dzieci własności prywatnej. Liczę jednak na to, że nauczą się dzielić większością książek i zabawek.

- O ile jeszcze jakiś czas temu się wahałam, tak odkąd dowiedziałam się, że nasze dzieci będą różnej płci – nie mam wątpliwości. Jestem przeciwniczką tworzenia stref „dziewczęcych” i „chłopięcych”, a oddzielne pokoje, siłą rzeczy, taki podział by wprowadziły.

- Podoba mi się rozdzielenie strefy zabawy i snu. Nie jestem może specjalistką, jeśli chodzi o dziecięcy sen, na razie jedyne co mi się udało to wszystko równo sknocić, ale mam wrażenie, że to może pomóc. Przestrzeń do zabawy jest duża, niezagracona łóżkami. Sypialnia będzie miejscem sprzyjającym wyciszeniu, przeznaczonym tylko do spania.

- Jeżeli zdecydujemy się na trzecie dziecko, to jedyną rzeczą, którą trzeba będzie zrobić, będzie dostawienie kolejnego łóżka. Nie trzeba będzie nikomu na siłę dodawać brata albo siostry do jego własnej przestrzeni.

- To nie jest rozwiązanie na zawsze, w każdej chwili wszystko można przeorganizować. Wiem, że nadejdzie w końcu taki moment, kiedy każdy będzie chciał mieć własny pokój, a wtedy szybkie przemeblowanie i voilà!


Zapraszam więc na pokoje! Nie spodziewajcie się na poniższych zdjęciach zobaczyć wnętrzarskich inspiracji. Taki ze mnie dekorator, jak z koziej dupy trąbka. Pojęcia „ładny” albo „ciekawy” stoją u mnie (w najróżniejszych aspektach życia) daleko za „funkcjonalny”, „praktyczny”, „wygodny”, a w odniesieniu do mieszkania i dzieci także „stymulujący”, „dostarczający bodźców edukacyjnych” i wreszcie: „mieszczący wszystkie moje książki”. Wszelkie obrazki, ozdóbki, bibeloty, ozdobne świece i szkatułki napawają mnie obrzydzeniem, a sklepy nimi wypełnione omijam szerokim łukiem. Często estetyka nie kłóci się z aspektem praktycznym, ale nawet wtedy mnie nie interesuje, to po prostu coś, na co nie zwracam uwagi. Nie ma więc ozdób ani zgranych kolorów, nie ma pomysłowych i błyskotliwych trików, które podpatrzyłam na innych blogach. Ba! Nawet ścian nie odświeżyliśmy, choć po trzynastu latach użytkowania są już nieco brudne i pełne niedoskonałości. W ciągu kolejnych kilku lat zostaną jednak jeszcze tyle razy pomazane kredkami i brudnymi od dżemu palcami, że nie ma to najmniejszego sensu.  





Zacznijmy od bawialni, że się tak wyrażę. To pokój jasny (od południa) i duży, mający niemal 16 m2; bez problemu mieści zabawki, a także akcesoria wielkogabarytowe, które moglibyśmy sobie odpuścić, gdyby nie duże rozmiary pokoju. Przy ścianie stoją więc regały, co w każdym pokoju u nas jest standardem. Na trzech górnych półkach każdego z nich pozostały moje książki. Trzy dolne półki przeznaczone zostały dla dzieci. Przeniosłam tu książki kartonowe (najniższy poziom) oraz wszystkie te, które czytamy teraz lub czytać będziemy niedługo. Nadludzkim nakładem sił i kreatywności wygospodarowałam także kilka wolnych półek, na których leżą puzzle, gry i inne tego typu rzeczy, które na co dzień używamy. Róża ma do nich swobodny dostęp i może po nie sięgać w każdej chwili. Przestrzeń ta będzie musiała być pewnie z czasem coraz większa, ale to akurat nie problem; miejsca w pokoju jest bardzo dużo i zawsze można jeszcze jedne regał (być może niższy) dostawić.

Przy regałach leżą dywany. Początkowo chcieliśmy kupić wykładzinę, która przykryje całą podłogę, ale nie dość, że ceny wszystkiego, co nie byłoby biurowym, szorstkim, cienkim jak papier kawałkiem plastiku powalały, to na dodatek nawet moje antyestetyczne oko nie mogło znieść wyboru pomiędzy obrzydliwymi, „dziecięcymi” sówkami, a nudnymi, monochromatycznymi wzorami, najczęściej w odcieniach sraczki. Padło więc na Ikeę i na piękny, kolorowy dywan Randerup. Jedna jego sztuka, która w tak dużym pokoju wyglądała źle, szybko wzbogacona została o kolejną. Całość podklejona jest taśmą (bo się rozjeżdżało i odklejało) i funkcję swą pełni znakomicie. 

W niewielkiej odległości od regałów spoczął ukochany bęben oraz stolik i krzesła (Ikea, Mammut), namiot do zabawy i zjeżdżalnia. Dwa ostatnie udogodnienia są w zasadzie sprzętem ogrodowym i tam właśnie spędzają okres letni, zimą można by się bez nich obyć. Skoro jednak jest miejsce, to czemu by nie używać ich w domu? Róża bardzo lubi bawić się wśród nich, zwłaszcza zjeżdżalnia oferuje mi spokojną lekturę własną na przyjemnym dywanie przez dobre dwa kwadranse każdego dnia. Zauważyć należy, że stoi ona także na dywanie. To znowu Ikea, tym razem Lekplats. Po wspaniale rozrysowanych drogach i ścieżkach lubię sobie pojeździć autami albo pociągiem. Róża na razie woli śmigać autkami bardziej swobodnie, nie zważając na wytyczone trasy, ale pewnie czas zabaw na Lekplatsie jeszcze nadejdzie.

Wreszcie ostatnia ściana, a na niej dwie komody z dziecięcymi ubraniami (Ikea, Malm). Wolałabym je mieć we własnej sypialni tak, jak to było dotychczas. Niskie komody spełniają jednak znakomitą funkcję dodatkowej powierzchni do przechowywania przedmiotów, które być w pokoju muszą, a niekoniecznie chcę, żeby dzieci miały do nich swobodny dostęp. Tymczasem to miejsce na sprzęt grający i karty do sesji Domana. W nieokreślonej przyszłości dzieci będą ubierać się zupełnie same i muszą mieć swoje ciuchy u siebie. Obok są pudła z zabawkami, instrumentami (KLIK!), klockami; do użytku swobodnego.

Jak widzicie na ścianach nie ma ozdób, bawełnianych pomponów ani słodkich naklejek z misiami. Jeśli w przyszłości dzieci zażyczą sobie tego typu rzezy, to oczywiście wspólnie ściany ozdobimy, na razie jednak nie widzę w tym sensu i mam to w nosie. Wiszą za to mapy. Pomysł podpatrzyłam oczywiście u Mingów (KLIK!). Rzecz jest edukacyjna do kwadratu. Na mapy patrzymy mimochodem, a przechodząc obok (czyli jakieś sto razy dziennie) nazywam kilka państw z danego kontynentu. Wiedza utrwala się zupełnie sama, każdego dnia zajmuje to kilka zaledwie sekund, a rezultat jest taki, że dziecko (i ja też!) po kilku tygodniach potrafi wskazać większość krajów na naszej planecie. Z czasem zaczniemy przechodzić do stolic, rzek, pasm górskich. O edukacyjnym zagospodarowaniu ścian będę jeszcze pisać osobno. 


To nie jedyna przestrzeń „dziecięca” w naszym domu. Choć oczywiście w wizji dzieci grzecznie i cichutko bawiących się w swoim pokoju jest coś kuszącego, to wydaje się ona mało prawdopodobna. Centrum życia rodzinnego w naszym domu jest kuchnia połączona z salonem i to właśnie tu od samego początku powstał dodatkowy kącik. Tutaj brak stylu aż razi po oczach. Całkiem gustowny dywan znajduje się w sąsiedztwie leżakowej poduszki, na której idealnie wręcz leży się i czyta. Jest też stolik nocny przeniesiony z sypialni, w zasadzie niewiadomo po co, bo mogłoby go nie być. W kącie pianino i ikeowski namiot z tubą, który to zestaw jest jednym z naszych najlepszych dziecięcych zakupów ever. W strefie „salonowej” znajduje się trochę książek (wymienianych rotacyjnie), kilka zestawów puzzli, gier, układanek i lalki. Tutaj też zaszczytne miejsce zajmują klocki Duplo (KLIK!). Na kuchennym progu jest jeszcze niewielki stolik, przy którym Róża lubi rysować i bawić się, a który także służy nam do wspólnych, ostatnio powtarzających się nawet codziennie, prac kuchennych (KLIK!). Wcześniej nosiłam Mammuta z sypialni, ale skoro Ikea proponuje Lack za jedyne 21 złotych, to sięgnęliśmy głębiej do kieszeni i mamy. 



Przejdźmy tymczasem do sypialni. To w tym pokoju bawiłyśmy się do tej pory, regały zostały jednak przegrupowane i powstała nowa przestrzeń. Początkowo sprawa wyglądała tak, że na podłodze zaległ materac. Kierowały nami trochę względy bezpieczeństwa, trochę finansowe, a trochę takie, że to wszystko miało być na próbę. Próba ta, zresztą, skończyła się niepowodzeniem. Biedna Róża, której wciąż jeszcze nie zdarzyło się przespać całej nocy, a która przez bardzo powoli przedzierające się trójki śpi obecnie znowu źle – budziła się i na nowym materacu. Nie rozpoznając otoczenia, nie mając przy sobie mamy i taty – wpadała w panikę. W rezultacie tak bardzo zraziła się do nowego miejsca, że nie chciała tam zasypiać ani przebywać w ogóle.

Po świętach, kiedy to z kopert wyłuskaliśmy prezentowe datki, udaliśmy się do naszego ulubionego sklepu meblowego i postanowiliśmy kupić łóżko. Wszystko odbyło się w atmosferze wesołej, pozwoliliśmy dokonać Róży (pozornego, rzecz jasna) wyboru łóżka. Wspólne składanie też bardzo pomogło. Pierwszej i każdej kolejnej nocy zasnęła Róża w nim chętnie, a śpiący najpierw obok, a potem na podłodze tata bezstresowo i powoli przyzwyczaił ją do nowego pomieszczenia. Dzisiaj, zapytana gdzie jest jej łóżeczko, bez wahania wskazuje nowy nabytek (może dlatego, że stare zostało rozłożone, schowane i czeka na nowego właściciela). Wkrótce znowu spróbujemy zostawić ją samą. Bardzo zależy nam, aby przez najbliższe dwa miesiące całkowicie przekonała się do nowego miejsca, aby po pojawieniu się brata nie czuła się odrzucona i żeby przy okazji dzieci nie budziły się w nocy nawzajem. To jednak zupełnie inny temat.


Zdecydowaliśmy się na duże, „dorosłe” łóżko. To prosty, biały model Malm z Ikei (a jakże!), wzbogacony o dwie szuflady, w których nie mamy czego trzymać, więc stoją puste. Materac (zgadniecie skąd?) do niego jest duży, 90x200 cm, bo jakoś nie widzę powodu wydawać pieniędzy na coś mniejszego (a materac musi być dobry, a więc drogi) tylko po to, żeby za kilka lat to zmieniać. Kołdra też jest duża, gdyż tylko spod takiej Róża się nie rozkopuje. Obok łóżka jest mój ukochany fotel masujący, z którego (przynajmniej w założeniu) dochodzić ma kojący głos rodzica czytającego bajki na dobranoc. Do zasypiania potrzebna jest jednak na razie mama z przyklejoną do dziecka większą powierzchnią swojego ciała, co akurat bardzo lubię. Fotel pełni też funkcję zabezpieczającą przed wypadnięciem, choć tak naprawdę nie daje za wiele i drżę trochę na myśl o upadku, pomysłów na ochronę przed nim jednak, poza leżącym obok tatą, nie mam. Tata jednak nie drży i mówi, że nie wypadnie i chyba ma rację, bo do tej pory – nie wypadła.  



Początkowo to tu miały znajdować się książki dziecięce. Wyobrażałam sobie spokojne wieczory poświęcone rodzinnej lekturze. Być może jeszcze kiedyś ta wizja się ziści, na razie jednak czytanie zbyt mocno skorelowane jest z zabawą i pomysł się nie sprawdził. W sypialni pozostały więc książki dla starszych dzieci, na które poczekać musimy jeszcze jakiś czas, a które przy okazji pozostają poza strefą zainteresowania, na górnych półkach. Dolne wypełniłam własnymi woluminami, które oczywiście też są wyciągane, ale nie aż tak często jak książki obrazkowe.

Ozdobione zostały też ściany! Dosłownie zasypane zostały fosforyzującymi gwiazdkami, planetami i rybkami, które po zgaszeniu światła wyglądają naprawdę pięknie! Nie udało mi się uchwycić efektu tego na zdjęciu.

  
Kiedy czas nadejdzie, po drugiej stronie pokoju stanie kolejne łóżko, zamieniając pomieszczenie w regularne dormitorium. 


A tak wygląda to w praktyce:










































Kurtyna!


Koniecznie przeczytaj też:

22 komentarze :

  1. Przepiękny pokój. Ja jestem w trakcie urządzania pokoju dla mojego osmiomiesięcznego Synka i juz widzę, że postawię na zabawkowy minimalizm, bo Olek juz ma wszystkiego o dużo za dużo, a lubi się bawić kilkoma zabawkami. No, może w kwestii książek się nie powstrzymam:) ogólnie uważam, że rodzice trochę przesadzaja z kupowaniem zabawek i kiedy wchodzę do pokoju czterolatka, gdzie wszystkiego jest tak pełno, że można dostać oczopląsu - myślę,że jednak będę kupować zabawki z umiarem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, mój siostrzeniec ma identyczne drewniane klocki, jak Twoja córcia. Tylko książek tyle nie ma :P

    OdpowiedzUsuń
  3. I kto na koniec to sprząta ? :) Super rozwiązanie z tymi pokojami, jestem pod wrażeniem pomysłu na taki podział. Zazdroszczę przestrzeni, zupełnie inaczej można zaaranżować dziecku miejsce, dziecko ma pełną swobodę. Ja na przykład marzę dla swojej córki o takim namiocie z tubą, ale niestety w naszym małym mieszkaniu jest to niemożliwe :( No chyba, ze składać i rozkładać.

    Pięknie, naprawdę super!

    OdpowiedzUsuń
  4. Podoba mi się pomysł rozdzielenia pokoi na strefę zabawy i spania. Jestem zwolenniczką praktycznych rozwiązań, lubię także nie przepłacać. Nade wszystko uważam, że dziecko powinno mieć łatwy dostęp do zabawek, a zabawki powinny mieć swoje miejsce, tak żeby dziecku łatwo było uczyć się, a potem utrzymywać porządek. Mapa to dla mnie także podstawa, niemal szczęśliwy talizman :)
    Niemniej jednak jestem estetką, nie lubię jak jest pstro, plastikowo, jak wszystko jest z innej parafii. Nie uważam także, że ozdoby czy plakaty muszą być zbędnym i infantylnym bibelotom. Ręcznie wykonane rzeczy, faktury, materiały, kolory i ładne wnętrze także nauczy dzieci całą masę rzeczy: zauważania całej palety barw, rozróżniania materiałów, dostrzegania detali, no i przede wszystkim - to właśnie bibeloty, grafiki, wnętrze...kształtują tzw. " estetyczny smak":) Myślę, że każdy rodzic wie czego chce nauczyć dziecko i nie ma takiego, który nauczy go wszystkiego. Rozumiem, że Ty stawiasz na funkcjonalność i jesteś praktyczna. I lubisz, gdy jest dużo. W tym sensie dla mnie ten pokój to jednak niesamowity bazar rozmaitości, ale raczej nie w pozytywnym sensie. Szczerze wątpię, żeby dawał podstawę Róży i Szymonowi do kształtowania estetyki. Myślę, że niedużym nakładem finansowym można by stworzyć wnętrze...mniej plastikowe i pstre. Nie jestem także zwolenniczką zalewania pokoju dzieci tysiącem tanich i w większości plastikowych zabawek. Dla mnie zdecydowanie lepiej jest chyba, gdy jest ich mniej i są sensownie wyselekcjonowane... Poza tym...jak słyszę/czytam że ktoś brudne ściany albo porysowane meble sobie tłumaczy tym, że jeszcze wiele razy będą zbrudzone i porysowane, to mi się śmiać chce...Bo wybaczcie wszyscy, którzy się z tym nie zgodzą...to nie jest praktycyzm, ale po prostu..lenistwo i tumiwisizm. Biała farba kosztuje niewiele, pomalowanie to kwestia jednego popołudnia. Meble można odnawiać - tapetować, wymyślić tysiąc sposobów na ich renowacje. Dziecko nie wprost nauczy się czegoś praktycznego "podglądając" proces tworzenia. Ze starego można tworzyć nowe, można wymyślać i wymyślać. Trzeba tylko chcieć i nie uważać, że poświęcenie czasu na wymyślenie i zrobienie czegoś to jest strata czasu, który może poświęcić na czytanie/zabawę z dzieckiem. Bycie twórczym rodzicem to ważna sprawa w życiu dziecka! Nie rozumiem jak można uważać, że dziecko nie dostrzega brudnej ściany i że ona mu nie przeszkadza? No nie dostrzega, jeśli dorasta w jej otoczeniu! Dla niego syfna ściana staje się normą. Jeszcze jedna rzecz mi się nie podoba. Nawet na zdjęciach, na których pokój jest uporządkowany....ja mam wrażenie, że jest w nim bałagan.
    Poza tym, Ikea, którą kocham i z której jest wiele rzeczy w pokoju...dostarcza mnóstwa inspiracji i udowadnia, że można tworzyć wnętrza spójne, kolorowe, kreatywne i praktyczne.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem zarzutu, że wnętrze jest plastikowe i pstrokate. Jest po prostu kolorowe. Rozumiem, że bardziej podobają ci się pokoje w różowych tonacjach, pełne misiów, lalek, falban, baloników. A zabawki plastikowe są po prostu bezpieczne dla dzieci i nijak się to ma do poczucia estetyki.

      Usuń
    2. O rany, ale hejt! :D
      Kolorowo być miało, w życiu bym tego nie zamieniła na pokój, w którym dominuje jeden tylko kolor i do którego dodaje się tylko akcenty w różnych jego odcieniach, nie znoszę czegoś takiego.
      Grafiki, bibeloty... tak jak napisałam – często nie stoją w sprzeczności z pragmatyzmem, ale ja ich nie lubię. Nie istnieją ozdóbki, które by mi się podobały. Trzeba tego szukać w sklepach albo na stronach internetowych, a nie chcę poświęcać nawet minuty swojego czasu
      wolnego na tak bezsensowne zajęcie. Pewnie masz rację, bo wyniosłam to ze swojego domu rodzinnego, gdzie też estetyka stała zawsze na ostatnim miejscu, ale nie czuję, aby moje życie
      było przez to uboższe, a wręcz przeciwnie; zbyt duży nacisk na wygląd (własny, swojego ubrania, mieszkania itd.) uważam po prostu za płytki.
      Plastik? Czy tak dużo go w wyposażeniu? Stolik (uwielbiam Mammuta) i zjeżdżalnia (no bo jaka inna?). Kilka zabawek, wszystkie znakomitej jakości, bo po pierwsze nigdy nie zrozumiem jak można kupować ich dziesięć razy droższe odpowiedniki tylko dlatego, że są
      ręcznie robione, pomalowane eko-farbami i mają metkę modnej firmy, a po drugie większość z nich latem ląduje w ogrodzie, w piachu i można je później łatwo umyć. Pierwszy raz też słyszę, że mamy dużo zabawek. Książki, gry – tu przesadzam, ale zabawki to jedno tylko pudło.
      O ściany proszę się nie martwić, spełniają wymogi higieny. :) Nie ma na nich plam z krwi, a jedynie kilka odprysków powstałych po odklejaniu taśmy klejącej. Nigdy też nie mówiłam, że szkoda mi czasu na remont, bo wolę go wykorzystać na zabawę z dzieckiem. W żadnym wypadku! To czyste lenistwo, nic więcej, no, może też poczucie syzyfowej pracy.
      Niedoskonałości nikomu nie przeszkadzają, nie znoszę też tworzyć, wymyślać ani udoskonalać. Wolę leżeć.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    3. Również uważam, że obecnie trwa wyścig o to, kto ma najpiękniejsze wnętrze, najpięknięjszy płaszczyk, buty, które dziecko jest najlepiej ubrane. Ja osobiście lubie porządek i jako taką estetykę, ale ta pogoń za tym co "piękne" mnie przeraża.

      Usuń
  5. Kopalnia skarbów te Wasze pokoje :) Faktycznie książkami spokojnie mogłabyś obdzielić kilka przedszkoli! Ja staram się na raz nie dawać wszystkich zabawek Tosi - jak się bawimy kartami, to kartami - kończymy, zbieramy, chowamy. Bawimy się czymś innym. I widzę, że to przynosi rezultaty, Tosia łatwiej się skupia i dłużej bawi jedną rzeczą, niż gdyby wszystko było porozwalane. Z drugiej strony to też kwestia bezpieczeństwa - w naszym malutkim mieszkaniu na porozwalane klocki zaraz by ktoś stanął, a na kartach się poślizgnął. Estetyka na trzecim miejscu ;) Nie potrafię odpoczywać w bałaganie, a wszystkie zabawki są w salonie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zdjęcia to oczywiście skrajne przypadki, zazwyczaj za porządki zabieramy się dużo wcześniej. :) To jest tak, że jeśli bawimy się razem (choć są zabawki, którymi Róża bawi się już sama, to ciągle najczęściej bawimy się wspólnie), to potem razem sprzątamy (sama Róża nie chce sprzątać), wiele zabawek też łączy ze sobą. Samo robienie bałaganu jest jakby oddzielną zabawą, na którą od czasu do czasu pozwalam. Nie bawi się wtedy konkretnymi zabawkami, tylko po prostu je rozwala. Tutaj latałam z aparatem i robiłam zdjęcia, ale zazwyczaj wygląda to tak, że jest to godzina, a czasami nawet dłużej, podczas której mam zupełnie wolne i Róża nie oczekuje mojego towarzystwa. Kładę się wtedy na dywanie, czytam, mogę się nawet zdrzemnąć. :) Więc może to niezbyt edukacyjne (chociaż należy zawsze szukać pozytywów, a takie bałaganienie i szukanie nowych zastosowań dla zabawek z pewnością pobudza kreatywność), ale naprawdę to lubię i przynajmniej raz dziennie potrzebuję, zwłaszcza teraz, na końcówce ciąży. Sprzątamy potem razem, więc jest ok. :)

      Usuń
  6. Fajny podział pokoju - macie do dyspozycji duże pomieszczenie, więc można zaszaleć :)Ja też nie jestem fanką wykładzin dywanowych, za bardzo kojarzą mi się z pracą albo akademikiem, a w domu nie ma to jak przyjemny dla oka i w dotyku dywan.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chciałam napisać długo i wypunktować różne rzeczy, z którymi się zgadzam i które podziwiam, ale z różnych smutnych przyczyn nie mogę, więc napiszę tylko, że ubolewam iż nie mogę być równie pragmatyczna z tym łóżkiem na lata- wnęka na łoże (na razie jedno, później piętrowe) ma u nas dokładnie tyle ile mierzy łóżko 160-centymetrowe plus szafa. Byc może zamiast najmniejszego i najjaśniejszego pokoju trzeba będzie dać dzieciom bury i średni salon, a salon przenieść do największego pokoju, który obecnie jest naszą sypialnią i z sypialnią powędrować do najmniejszego i najjaśniejszego pokoju dzieci.

    Chciałam jeszcze dodać, ze białe bille są najładniejsze i gdybyśmy mieli wybór, to mielibyśmy tylko takie. Ponadto mam pytanie dotyczące proporcji Lacka do krzesełek. Czy pozycja jest prawidłowa? Bo jednak Lack jest niższy niż dedykowane stoliczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cytrynno, Lack pasuje idealnie! Będąc w Ikejce dokonałam stosownych pomiarów ikejowską miarką i wysokość Lacka i stolika od krzesełek jest identyczna! Lack jest tylko nieco szerszy i nie ma bezpiecznych, zaokrąglonych rogów. Jest też dużo lżejszy! No i kosztuje 21 złotych
      zamiast stówki. To rozwiązanie akurat podpatrzyłam już w wielu innych miejscach i jest ono najlepsze na świecie!

      Usuń
    2. Widzi Panna Swawolna, ja patrzyłam tylko na stronie Ikejki, a tam podali, że Lack ma 45, zaś Kritter 50 cm wzrostu.
      Zapomniałam dodać, że zazdroszczę straszliwie obutych stóp dziecka (moje dziś wyło w aucie gdyż zdjęło buty, lecz rajstop nie dało rady) i dziecka pod kołderką (moje czuje przez sen koc i zrzuca go od razu.

      Usuń
  8. Ło rany, Wasze dwie bawialnie to całe nasze mieszkanie. Trzeba będzie się w końcu gdzieś przenieść. :) Podoba mi się pomysł z rozdzieleniem pokoju zabaw i sypialni. I też uważam, że zabawki, przynajmniej w większości, mogą być wspólne. Ja z bratem zawsze mieliśmy wspólne zabawki i nie biliśmy się o nie w żaden sposób. Właśnie dlatego, że bawiliśmy się nimi razem i nie było potrzeby się o nic bić. Ja się też zastanawiam nad tym, żeby przy dwójce dzieci dawać im czasem zabawki/słodycze/cokolwiek w liczbie nieparzystej, żeby nauczyły się w jakiś sposób dzielić sprawiedliwie tym co mają.

    OdpowiedzUsuń
  9. W takim pokoju to mogłabym ja zamieszkać :)
    W ogóle swój własny pokój mam dopiero od siódmego roku życia, bo wcześniej mieszkaliśmy z rodzicami u babci i miałam pokój z nimi - zmora :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Woah zrobisz coś innego niż białe tło tipi i cotton balls i fala hejtu gotowa :P
    Uśmiałam się z tych komentów przednio!

    OdpowiedzUsuń
  11. Co jakiś czas wracam do lektury tego wpisu i do zdjęć, bo - mimo że daleko wam do wystylizowanych modnych obecnie pokoików dziecięcych - to jedna z fajniejszych przestrzeni dla dziecka, jakie widziałam. Myślę, że Róża miło spędza tu czas a wkrótce i Szymek będzie miał tu mnóstwo miejsca do zabawy. Pisałam Ci już kiedyś, że bardzo, ale to bardzo podoba mi się pomysł z podwójnym ikeowskim dywanem. Marzyłam o drugim do pokoju córek od dnia, w którym przeczytałam ten post, i o to dziś marzenie się ziściło:) Gdyby nie Ty, nawet bym o tym nie pomyślała! Wielkie dzięki! No, i w ogóle świetnie się Ciebie czyta. Mam nadzieję, że za jakiś czas zrobisz update z dormitorium pełną gębą. I z bawialnią bez akcesoriów ogrodowych. Jestem pewna, że wiele osób czeka na najnowsze wieści z frontu!
    PS. Trzymam kciuki za powodzenie akcji karmienia piersią. Być może kogoś innego te początkowe trudności by załamały, ale przecież nie Ciebie - Ty całą sobą w to wierzysz!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale biblioteczka dziecięca! Wspaniała! Ja swojej 3 msc obecnie córci już powoli dokupuję ciekawe i warte posiadania książki :) mimo iż już mam ich wiele, nawet ze swojego dzieciństwa. Też jestem molem książkowym :) Nie mając miejsca na swoje książki kupiłam nawet czytnik, który sprawdza się świetnie gdy chcę ,,schrupać" jakąś nowość wydawniczą. Ale niektóre książki muszę po prostu mieć! A teraz namiętnie zbieraj je dla córki :) Jak tu się oprzeć niektórym książkom, nie wiem :) Ja je uwielbiam, to takie magiczne drzwi do różnych światów.
    Fantastyczny pokoik!
    A ten namiocik, faajny, słodki kącik do zabawy :) Tutaj nieskromnie powiem, że zaczerpnę inspirację dla siebie.

    Pozdrawiam Cię ciepło! Świetny blog i zapraszam do siebie.
    Magda
    www.kreatywnezycie.pl

    OdpowiedzUsuń
  13. Wow ile książek :D mała będzie miała co czytać. Świetna sprawa. Podoba mi się pokoik ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Czy będą nowe notki? Lubię Cię czytać. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mam nadzieję, że już niedługo :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...