wtorek, 19 stycznia 2016

Wyprawkowe hity i kity: zdrowie i higiena



Stało się! Na miesiąc przed porodem zaczęłam myśleć o wyprawce. Przez wiele tygodni żyłam w przeświadczeniu, że przecież wszystko mam i w ogóle nie muszę się tym martwić. Potem jednak zrobiłam rekonesans i okazało się, że kilku rzeczy potrzebuję. Przy okazji przypomniałam sobie co w pierwszych miesiącach życia naszego pierwszego dziecka okazało się prawdziwym błogosławieństwem, a co kompletnym niewypałem. Mądrością tą się dzielę. Dziś część pierwsza wyprawkowych hitów i kitów – zdrowie i higiena, a także kilka związanych z nimi pomysłów. W cyklu poczytać będziecie też mogli o ubraniach i tekstyliach, gadżetach oraz wszystkim tym, co niezbędne dla mamy do szpitala i po porodzie.

Hity:

Przewijak w łazience

Gdybym miała wybrać jedną rzecz, która najbardziej ułatwiła mi życie z małym dzieckiem, to byłby to właśnie przewijak umiejscowiony w łazience. Zdecydowałam się na najtańszy stół z Ikei Sniglar, na nim leży miękki, piankowy podkład (KLIK!). Na przewijaku powiesiłam plastikowe pudła, w których trzymam pieluchy. Więcej miejsca nie potrzebuję, ponieważ wokół jest wiele półek, a nad samym przewijakiem parapet, na których to trzymam kosmetyki i inne akcesoria. Dolna półka stołu to dodatkowa przestrzeń, można na niej trzymać jakieś ubrania, zapasowe podkłady i wszystko, co tylko dusza zapragnie.

Hitem jest już sama baza do przewijania, czyli stałe miejsce, gdzie przewija się maluszka, gdzie ma się pod ręką wszystkie niezbędne akcesoria: pieluszki, chusteczki, ewentualnie jakieś kosmetyki. Nie wyobrażam sobie, aby za każdym razem donosić to w inne miejsce. Trudno byłoby mi jednak stworzyć takie miejsce poza łazienką, na przykład nad łóżeczkiem, jak dzieje się to chyba w większości przypadków. Obecność bieżącej wody uważam za rzecz niezbędną podczas przewijania niemowlęcia. Niezliczoną ilość razy musiałam natychmiast umyć ręce pobrudzone zawartością pieluchy (sorry, ale takie życie) albo zaprać ubranko. Wielokrotnie, zamiast używać tony chusteczek, wygodniej (i higieniczniej!) było mi po prostu posadzić niemowlę w umywalce (sic!) i tam umyć mu pupę. Z biegiem czasu dziecko zamiast sadzać w umywalce zaczęłam stawiać w wannie – wygoda przede wszystkim!

W ogóle łazienkę uważam za jedyne odpowiednie miejsce na robienie pewnych rzeczy. Na przykład kąpiel. Jak to możliwe, że niektórzy kąpią swoje dzieci w sypialni?! Pomijam już fakt rozchlapywania wody wszędzie naokoło, ale kto nosi upiornie ciężką wanienkę pełną wody dalej niż kilkadziesiąt centymetrów? (I co w tym czasie robi się z dzieckiem??!!) Powietrze w łazience można poza tym szybko nagrzać farelką, co my robimy nawet latem. A gdzie położyć dziecko po kąpieli? Oczywiście na przewijaku.    

Choć przewijak jest już nieco za mały, wciąż nie wyobrażam sobie bez niego życia. Od przeszło 20 miesięcy zmieniana jest na nim każda pielucha (dzięki temu stałemu systemowi nigdy nie mieliśmy problemów z ucieczkami podczas przewijania) i dokonywane są ablucje po skorzystaniu z nocnika. To tam się ubieramy i wycieramy po kąpieli.

Problemem takiej bazy w łazience może być miejsce, nie zawsze się ono znajdzie. My wynieśliśmy suszarkę do salonu, ale warto było! Jeśli jednak nie posiada się wystarczająco dużo przestrzeni na dodatkowy stół, bazę do przewijania umiejscowić można na przykład na pralce. Myślę, że to równie dobry pomysł.  


Jednorazowe podkłady do przewijania

Zapewne większość przyszłych mam tego nie wie (ja nie wiedziałam, bo też skąd?), ale niemowlę ma to do siebie, że najczęściej sika, kiedy jest akurat bez pieluszki, na przykład podczas przewijania. Nie jest to żaden przypadek ani odosobniona sytuacja, ale zwyczajna reakcja małego organizmu na zmianę temperatury. Przez kilka miesięcy całkowitą normą było więc regularne zasikiwanie przewijaka. Można za każdym razem przeznaczać do prania swoje podbite ceratką kocyki minky, a plastikową powierzchnię przewijaka myć, ale można też być wygodnym i korzystać z jednorazowych podkładów do przewijania.

Rzecz nie jest droga, jeśli się ją kupi w dużych paczkach przez internet. Ja uczyniłam inwestycję jeszcze tańszą i bardziej ekologiczną kupując duże podkłady, a następnie dzieląc je na dwie albo nawet cztery części i kładąc jedynie na dół przewijaka. Bardzo umowna jest tu także jednorazowość takiego podkładu. Nam służył, w zależności od fartu, nawet do kilkunastu razy, to jest do momentu zabrudzenia. Najlepsze podkłady były marki Seni. Po ich przecięciu waciany wkład się nie wysypuje, wszystko pozostaje też na swoim miejscu nawet po kilkukrotnym użyciu. Najgorsze – z Lidla; po jednym położeniu dziecka nadawały się do śmieci.

Frida – aspirator do nosa

Bardzo pomocne i skuteczne urządzenie potrzebne nie tylko w razie kataru. Nigdy nie miałam zastrzeżeń do jego działania.

Fridę stawiam tu w opozycji do niezaprzeczalnego kitu, jakim jest gruszka do nosa, która nie nadaje się zupełnie do niczego.

Największym hitem jednak do czyszczenia dziecku nosa jest patyczek do uszu. ;)

Termometr rtęciowy

Przetestowałam kilka termometrów elektronicznych: tańsze i droższe, takie i owakie. Każdy z nich pokazywał, co chciał. Pamiętam swoją irytację, kiedy po szczepieniu Róża wydawała mi się ciepła, a super-hiper termometr w ciągu 5 minut pokazał mi skalę wyników od 35 do 40 stopni. W końcu chwyciłam stary, dobry termometr rtęciowy (wciąż można je bez problemu kupić na Allegro, choć pewnie każdy ma taki w domu) i w czasie karmienia (dziecko jest wtedy spokojne) zmierzyłam Róży temperaturę pod pachą. Po kilku minutach słupek zatrzymał się przy bezpiecznych 37 stopniach. Od tego czasu pomiar rtęciowy to jedyny, do którego mam pełne zaufanie.

Pieluchy jednorazowe

Nie przoduję w dbaniu o ekologię, najważniejsza jest dla mnie wygoda. O ile mogę zrozumieć stosowanie pieluch wielorazowych na późniejszym etapie życia dziecka (choć ja nadal wybieram jednorazówki), to nie jestem sobie tego w stanie wyobrazić w pierwszych jego tygodniach, kiedy kupy (przepraszam za dosadność) są rzadkie jak woda i pojawiają się kilkanaście razy dziennie. Nie istnieje większy komfort niż wyrzucenie tego wszystkiego do śmieci.

Zaczęłam od Pampersów (ach, ten marketing!). Zielone Pampersy są dobre, idealne są jednak te białe. Są dużo droższe, ale znakomicie wszystko chłoną. Kompletną tragedią są za to Pampersy pomarańczowe – wyglądają jak zrobione z czystego plastiku; są sztywne, nie oddychają, nie mają elastycznych zapięć; stanowczo odradzam! Potem przerzuciłam się na Dadę (pieluchy z Biedronki), które jakościowo przypominają zielone Pampersy (a może są nawet lepsze, bo nie są sztucznie perfumowane, Pampersy – niestety są). Są też dużo tańsze. Tym razem będę ich używać od samego początku.

Kity:

Waciki, gaziki, patyczki do uszu, sól fizjologiczna i inne akcesoria przeznaczone „specjalnie dla dzieci”

Wszystko, co wymieniłam jest oczywiście potrzebne i mieć w swoich zapasach należy. Wiecie jednak jaka jest różnica między wacikami „dla dzieci”, a najtańszymi wacikami z osiedlowego supermarketu? Żadna! Te dziecięce mają na opakowaniu nadrukowanego bobasa. Ach, i jeszcze jedna, drobna różnica – kosztują zazwyczaj kilka razy więcej. Jednorazowo nie jest to duży wydatek (wszak nie trzeba wiele na patyczki do uszu), jednak grosz do grosza... Z biegiem czasu może uzbierać się już znaczna kwota. 

Dziecięce proszki do prania

Nieco inna kategoria, zapewne bardziej dyskusyjna. Proszkowe lobby to niezwykła siła! Producenci przekonują nas, że niebezpieczna chemia zniszczy delikatną skórę naszego maluszka. Czasami z pewnością się tak dzieje – niektóre dzieci są bardziej wrażliwe, mogą u nich występować podrażnienia i wysypki. Wydaje mi się jednak, że norma jest inna.

W zasadzie nic nie mam do dziecięcych proszków. Są droższe niż te tradycyjne, ale za to pięknie pachną. Problemem jest jednak to, że nie dopierają brudnych ubrań, zwłaszcza te najgorsze plamy, z kupy (no, ba!), pozostają tam, gdzie były. W ciąży udało mi się uzbierać kilka darmowych próbek, wykorzystałam je więc na samym początku. Przetestowałam różne marki proszków i płynów – wszystkie były tak samo beznadziejne. Kiedyś próbek zabrakło, do pralki wlany został więc żrący Persil, doprawiony na dodatek Lenorem. Wiecie co się stało ze skórą Róży? Nic. Od tej pory nie ujrzał dom nasz delikatnych środków piorących. Mam nadzieję, że także drugie dziecko okaże się nie być szczególnie wrażliwe.

W ogóle kwestia prania to ciekawy temat. Często słyszę, że przy dzieciach jest tak dużo prania, że pralka chodzi nieustannie. Zastanawiam się wtedy co robię nie tak. Kiedy dziecko zaczyna jeść, a potem raczkować w błocie, to rzeczywiście ubrania zmienia się dosyć często (choć nigdy nie zdarzyło nam się robić prania częściej niż raz w tygodniu), ale kiedy niemowlę jest malutkie i jedynie leży i fika nogami – jest czyste. Przez wiele dni mogłaby mała Róża być ubierana w te same ciuszki i tylko jakiś społeczny przymus kazał mi od czasu do czasu zmieniać jej wciąż czyste i pachnące ubranka.

Prasowanie

Może czyni to ze mnie najgorszą matkę sezonu (o pani domu nie wspomnę), ale poszczycić się mogę faktem, że nigdy nie wyprasowałam żadnego ubranka dla mojego dziecka. Nie jest to jakaś szczególna złośliwość w stosunku do córki, ja po prostu w ogóle żelazka nie tykam. Mamy w domu takie urządzenie, mąż prasuje nim sobie koszule i czasami coś dla mnie, jeśli jest to rzecz, która prasowania szczególnie wymaga (mąż jest mistrzem prasowania! serio!), oboje jednak uznaliśmy, że bawełniane body kryteriów wspomnianego musu nie spełnia.

To chyba coś, czego nigdy nie zrozumiem; po co prasować dziecięce ciuszki? Słyszałam różne wersje; jedni twierdzą, że pozwala się to pozbyć niechcianych drobnoustrojów (serio?! nawet gdyby miało to sens (choć nie ma, bo przecież wszędzie wokół jest mnóstwo zanieczyszczeń), to przesadnej sterylności powiedzieć należy stanowcze „nie!”), inni, że gładka tkanina to po prostu komfort dla delikatnej skóry. Obowiązkową sekwencją czynności każdej szanującej się matki jest więc wypranie i wyprasowanie każdej nowej rzeczy. Pranie rozumiem; piorę wszystkie nowe rzeczy, także swoje, prasowania jednak nie pojmę nigdy, wcale też pojmować nie zamierzam. Życie bez żelazka jest szczęśliwsze i pełniejsze! :)

Mleko modyfikowane „na wszelki wypadek”

Wspominałam już o tym TUTAJ.

Jeśli chcesz karmić piersią – nie zakładaj porażki, bo myślenie ma tu duże znaczenie. Każdemu jakieś „wypadki” się w końcu przytrafią, w końcu nadejdzie kryzys, jak nie laktacyjny to psychiczny i podanie sztucznego pokarmu, który przecież stoi i czeka w kuchennej szafce, okaże się takie łatwe i skuteczne. Wtedy jednak problem się nie rozwiąże, a pogłębi. Nie warto! Sztuczne mleko można kupić zawsze i wszędzie, dziecko nie umrze z głodu przez kilka godzin, a może zanim ubierzecie buty i wyjdziecie do sklepu problem rozwiąże się sam?  

Niepotrzebne będą też wszelkiego rodzaju herbatki dla niemowląt. Karmiąc piersią nie dopajamy! Jeśli już ktoś koniecznie musi, to niech w supermarkecie kupi pierwszą lepszą herbatkę ziołową do zaparzenia. Herbatki przeznaczone specjalnie dla niemowląt pełne są cukru i innych „ulepszaczy”, zwłaszcza te granulowane to niezły syf.

Witaminy dla niemowląt w kapsułkach

Sama kwestia witamin jest sporna. Czy jest sens podawać coś, czego przyswajalność to 3%? Ja, jako przykładna matka, zgodnie z zaleceniami, witaminę D podawałam przez rok, choć latem raczej nieregularnie. Początkowo miałam takie specjalne „dla dzieci”, w kapsułkach, które miały ułatwić dozowanie (odliczenie dwóch kropelek jest przecież takie trudne...) i w ogóle być super. Nigdy na nic się nie wkurzałam tak bardzo jak na te kapsułki! Za każdym razem przy otwieraniu takowej, większa lub mniejsza odrobina tłustego płynu z jej wnętrza wylewała się na palce lub w ogóle leciała gdzieś w kosmos. Tłuste ręce stwarzały ryzyko, że mała, plastikowa otoczka kapsułki wpadnie dziecku do buzi, wkurzała mnie też konieczność mycia rąk po każdym ich użyciu. Potem kupiłam zwyczajne witamy w buteleczce, które nie dość, że były wygodne w stosowaniu (dozowanie kropelek okazało się dziecinnie proste), to jeszcze kilka razy tańsze niż kapsułki.

Krem do pupy

No dobra, warto mieć jeden, który użyjemy w razie problemów, ale nie należy się zaopatrywać w cały szereg silnych w działaniu specyfików i stosować ich zapobiegawczo. Mądrością tą podzieliła się ze mną położna w szpitalu, która widząc, jak mąż obficie smaruje noworodkową pupę Linomagiem, zdroworozsądkowo zapytała: „A czy coś się dzieje?”. Nic się nie działo, ale wydawało nam się, że tak właśnie trzeba. Nie trzeba. Pupa chroni się sama, a przyzwyczajona do kosmetyków skóra może reagować gorzej. Mądrzejsi o naukę położnej kremu nie używaliśmy wcale (w ciąży nazbierałam całe mnóstwo próbek Sudocremu, do tej pory nie zużyłam ani jednej) i odparzonej pupy nasze dziecko nie miało nigdy. Powtórzę: nigdy! A nie używaliśmy przewiewnych bambusowych wielorazówek, jak już wspominałam, tylko sztucznych, jednorazowych pampersów.

Jeszcze mniej potrzebne będą pudry, zasypki, mączki; naprawdę nie trzeba ich stosować.

Octenisept i pielęgnacja pępka

I znowu – po co kombinować, skoro zrobi się samo? Szkoły są różne, niektórzy każą przemywać, inni nie, jeszcze inni zabraniają w ogóle moczyć kikut pępka. W moim szpitalu głoszono tezę: olać, odpadnie sam. I faktycznie, odpadł; niczym niesmarowany i nieprzemywany. Problemów z ropą, smrodem i innymi nieprzyjemnościami też nie było. Pełna butelka Octeniseptu jak stała – stoi.

Kosmetyczne hity i kity

Nie jestem specjalistką od kosmetyków, sama używam jedynie szamponu do włosów i dezodorantu. Przy dziecku też ograniczyłam się do minimum, co uważam za jak najbardziej hitowe rozwiązanie, niemowlę naprawdę nie potrzebuje całej drogerii.

U nas zdecydowanym hitem było Emolium – emulsja do kąpieli. Po porodzie skóra Róży była bardzo wysuszona, dosłownie sypała się jak biały puch. Wystarczyły dwie kąpiele w emoliencie, żeby przywrócić ją do normalnego stanu. W ciągu następnego roku użyć musiałam go jeszcze kilka razy, za każdym razem jedna-dwie kąpiele załatwiały sprawę. Na co dzień używaliśmy płynu do kąpieli Bybydream (z Rossmana). Ma dobry skład, jest bardzo tani i wydajny. Do tej pory ciągle używamy tej samej butelki (prawie dwa lata!). Nie używam go jednak przy każdej kąpieli. Jeśli Róża jest stosunkowo czysta, a kąpiel traktujemy jako wieczorną przyjemność i zabawę – nie wlewam do wody żadnych kosmetyków.

Czasami używaliśmy też rossmanowskiej oliwki do ciała. Celem nie było nawilżanie (bo nie było to konieczne), była to jednak wspaniała okazja do masażu ciała dziecka. Dziecko jednak masaże lubiło średnio i oliwka poszła w kąt. Dziś zamiast oliwki wybrałabym (i wybiorę!) balsam, który nie rozlewa się wszędzie wokół i nie pozostawia okropnych, niespieralnych, tłustych plam (nasze pokrowce na przewijak wyglądają jak pobrudzone błotem, a to tylko pozostałości oliwki).

Kremy. Jak już wspominałam – nie używaliśmy kremu do pupy. Miałam krem z cynkiem z Rossmana przeznaczony właśnie na tę część ciała, ale był bardzo gęsty, trudno się rozsmarowywał i brzydko pachniał. Szybko trafił do śmieci. Sudocrem użyć musieliśmy kilka razy, na bardzo niewielkie powierzchnie (nie tylko w okolicach pieluszki). Działał w ciągu kilka godzin; zdecydowany hit! Do tego jest bardzo wydajny; w mojej mikroskopijnej próbce nie ubyło nawet połowy jego zawartości. Nie radzę go jednak stosować zapobiegawczo, bo jeśli naprawdę ze skórą zacznie się dziać coś złego – nie będzie już żadnej alternatywy. Od wielu lat największym hitem w mojej rodzinie jest zielona maść Linomag (dostępny w aptekach). Traktuje się go jak lek na całe zło; nakładamy go na wszelkie swędzenia, pieczenia i niezidentyfikowane zmiany; działa zawsze.

Lekarstwa

Tu przede wszystkim zachować należy umiar. Przed porodem zaopatrzyłam się jedynie w syrop przeciwgorączkowy i przeciwbólowy Pedicetamol (paracetamol w syropie); wciąż stoi. Nie kupowałam niczego innego i nic innego nie było potrzebne. Reklamy zapewniają nas, że nie możemy się obejść bez dziesiątki innych specyfików takich jak kropelki na brzuszek, czopki, syropki i suplementy, ale tak naprawdę możemy.

***

Pamiętajcie też, aby uniknąć błędów już na początku, w szpitalu. Kto nie czytał, niech zerknie na mój tekst sprzed kilku miesięcy: Największy błąd macierzyństwa. :)

A jakie były Wasze największe hity i kity związane z higieną? Zgadzacie się z moją listą czy wyglądałaby ona inaczej? 


Koniecznie przeczytaj też:

28 komentarzy :

  1. Przewijak w łazience bomba, też nam się bardzo przydał :) Frida do nosa również, choć im dzieć większy, tym bardziej chciałabym mieć "Katarek" podłączany do odkurzacza, znacznie lepsze ma efekty. Nam się jeszcze bardzo przydał śpiworek jak mała skończyła kilka miesięcy, nie musiałam się martwić o to, że się odkryje, teraz jak śpi pod kołdrą, budzę się i ją przykrywam przynajmniej raz w ciągu nocy ;)
    Co do kitów, to nam akurat elektroniczny termometr działa nieźle, ale rtęciowy też mamy i te są absolutnie najlepsze, tu się zgadzam. Dziecięcy proszek do prania stosowaliśmy przez rok, potem już w normalnym wszystko prałam i też nigdy niczego Tosi nie wyprasowałam, bo prasować nienawidzę :P
    Witaminki kupiliśmy z pompką ^_^ Mój mąż miał dokładnie te same przemyślenia co ty odnośnie tzw. rybek. Pupanten też mamy jeden i zawsze działał :D
    Rzeczy specjalnie "dla dzieci" też mnie zawsze rozbrajały... Z kitów dodałabym jeszcze chusteczki nawilżane, nigdy nie mogę znaleźć takich, co mają znośny skład, więc myję dziecku pupę... wodą. Tadam! Jakaż to oszczędność :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śpiworek bardziej pasuje do wpisu, który będzie następnym razem: ubrania i tekstylia. Chociaż w moim zestawieniu go nie będzie. Uważam, że to hit i mam nadzieję, że tym razem uda się go używać. Róża spać w nim nie chciała. Najpierw trzeba było ją usypiać i było niewygodnie, a jak już zasnęła to próba włożenia jej do środka kończyła się pobudką. Rozkopuje się ciągle, ale dużo mniej jak ma zwykłą, dużą kołdrę. A poza tym ciepły, polarowy pajacyk załatwia sprawę. :)
      Chusteczki z dobrym składem są z Rossmana albo Dada z Biedry. Ja uwielbiam te z Rossmana, bo nie pachną i są stosunkowo suche. Chociaż woda i wanna wiadomo, najlepsze. :) 

      Usuń
    2. Rossmana mam daleeeeko i rzadko tam bywam, a nasze Dada z Biedry są produkowane przez firmę, która "urozmaica" skład :/ Niestety ta sama nazwa, te same opakowania, a skład inny... Ostatecznie kupiłam trochę chusteczek Tami z Rossmana i używam ich w czasie wyjść, a w domu woda i mydło :) Chociaż panna zaczyna już korzystać z toalety powoli, więc mam nadzieję, że za jakiś czas będę ich używać tylko do wycierania rąk ^_^

      Usuń
    3. Nam też bardziej pomógł Katarek do odkurzacza, Frida nie dość że mnie obrzydzała, to jeszcze sama się zarażałam. Do tego widziałam gdzieś, że tylko 1/4 wydzieliny usuwa.

      Usuń
  2. No u nas kąpiele długo odbywały się w sypialni (czy tam w naszym wspólnym jedynym pokoju, który wszyscy dzielimy z dzieckiem) i nie chodzi o to, że w łazience jest chłodniej czy coś. Mamy po prostu maleńką łazienkę, bez wanny, z kabina prysznicową. Kiedy mała zaczęła już siedzieć, możliwe są kąpiele w brodziku (mamy głęboki), ale wcześniej takie coś nie było ani bezpieczne, ani wygodne. Rozchlapywania wody nie było, wanienkę z wodą dźwiga mężo, czasami ja, jak jestem sama. Wszystko się da zorganizować, kiedyś wykończymy drugą większą łazienkę i będziemy się w wannie pluskać we trójkę ;) Póki co dom w budowie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany, tyle dźwigania! :) Wanienkę można by do brodzika wstawić!

      Usuń
    2. Nie zmieści się. Poza tym mnie jakoś tak niekomfortowo i niewygodnie się zginać, tym bardziej klęczeć. Mało przestrzeni. Tak było wygodniej ;)

      Usuń
    3. Poza tym pełna zgoda co do termometru rtęciowego i pełna niezgoda co do prasowania :P Nie że jakieś tam drobnoustroje, ale po prostu nieładne takie ubranka pomiętolone, nie mogłabym włożyć tego do szafy :) Ale ja tak mam ze wszystkimi ubraniami i w sumie lubię prasować :)

      Usuń
  3. Ja już (szczęśliwie!) okołowyprawkowe tematy mam za sobą, ale z przyjemnością przeczytałam ten wpis. Urzeka mnie Twoje down to earth podejście do tematu.
    Nie wspomniałaś słowem o inhalatorze/nebulizatorze, a u nas to urządzenie idzie w ruch bardzo często. Prawie przy każdej infekcji górnych dróg oddechowych lekarze zalecają inhalacje solą fizjologiczną. I wiesz co? Naprawdę mam przekonanie, że to działa: dziecko tuż po inhalacji mocniej kaszle, ale długość choroby się skraca, poza tym nawilżony nos = "odmoczone gluty" i problem z zatkanym na amen nosem nie grozi! Ale żeby inhalacja się udała, dziecko musi być już w "poważnym wieku", żeby zrozumiało, po co mu ta maszynka przy nosie huczy. Moja młodsza córka ma dwa i pół roku i dopiero teraz da się ją inhalować, ale i tak koniecznie przy telewizji. Co to jest za hałas! Inhalator warczy, a bajka wyje, żeby przekrzyczeć inhalator...

    A ja zawsze prasowałam, prasuję i będę prasować dziecięce ubranka, bo... lubię. Kiedy trzymam w ręku żelazko, mam świetną wymówkę, żeby pobyć chwilę sama, bo strefa bezpieczeństwa okołodeskowej została przeze mnie ustalona na metr, więc co jakiś czas przez jakiś czas nikt mi się nie plącze pod nogami;) Uprane i wyprasowane ubranka pachną obłędnie, bez prasowania nie ma tego efektu "wow" :)

    Z chusteczek nawilżanych korzystałam i korzystam nadal. Były po prostu wygodne, a dzieciom nic po nich nie było, niezależnie od firmy. A teraz, kiedy dzieci korzystają z toalety, chusteczek używam do czyszczenia wszystkiego: od umywalki w łazience, przez deskę sedesową, na podkłądkach na stole jadalnianym kończąc. Mam wrażliwą na chemię gospodarczą skórę i jedynie chusteczki jestem w stanie znieść:)

    A próbowałaś kiedyś pieluch z Rossmana z serii babydream? U nas sprawdziły się bardzo dobrze. A stosunek jakości do ceny (zwłaszcza po założeniu karty rabatowej) rewelacyjny!

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Inhalacja świetna sprawa! Dzięki niej (i przy małej pomocy aspiratora) pozbyłam się padkudnego kataru u miesięcznej córki :-) Inhaluję codziennie podczas porannych czynności higienicznych, nawet gdy jest zdrowa: solą fizjologiczną, rumiankiem lub wodą solankową ze zdrojów. Na inhalator pewnie bym się nie zdecydowała (bo nie wiedziałam, że to taka fajna sprawa!) , ale to prezent od zatroskanych dziadków :-) Ma fajną nasadkę, która robi mgiełkę wokół córki, więc nie potrzebuję maseczki, na którą jest jeszcze za mała./Olga

      Usuń
    2. Nie wspomniałam o nebulizatorze, bo my przez 1,5 roku w ogóle nie wiedzieliśmy czym jest choroba. Róża nigdy nie miała nawet kataru ani chrypki. Ostatnio była chora po raz pierwszy, kupiliśmy to ustrojstwo, ale niechętnie z tego korzystała i w zasadzie nie wiem czy coś to pomogło. Ale na przyszłość będzie. Jako koniecznego elementu wyprawki bym chyba jednak tego nie dodawała.

      Mokre chusteczki to moja obsesja! Od niepamiętnych czasów mam w torbie paczkę i wszystko przecieram, idą u mnie jak woda. W domu też. Przecieram nimi kurze na półkach, okruchy po śniadaniu, łazienkę, kuchnię, koty, wszystkie nowe książki, telefon codziennie po przyjściu do domu, no wszystko! Do dziecka też ich używam, choć właśnie za wygodniejsze uważam bieżącą wodę. Ale dla mnie jedyne słuszne chusteczki to różowe, bezzapachowe z Rossmana (nie są zbyt mokre).

      Pieluch stamtąd nie znam, ale spróbuję.

      A jak prasować lubisz, to czemu nie? Mnie aż skręca jak sobie myślę, że miałabym to robić. :)

      Usuń
    3. Hehe, nebulizator ja kupiłam dwa tygodnie temu, a moje dziecko ma 22 miesiące... Więc tak, przydaje się, ale podobnie uważam że jako element wyprawki niekoniecznie. I różowe chusteczki z Rossmana <3 Też jedyne jakich używamy (choć u Matki Polki Dady Sensitive i też są ok).

      Usuń
  4. Pierwszy raz zareaguję chociaż czytam od dawna. Robertowi, którego mam przyjemność znać osobiście, muszę pogratulować tak rozsądnej żony:-) Obym i ja się taka okazała za kilka miesięcy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy mąż czyta??? :) Nigdy nie czyta, niestety... Ale mu powiem! Dzięki! ;)

      Usuń
  5. Zadniczo w większości się zgadzam :-) Octenisept nic nie pomógł na pępek, nie chciał odpaść i goił się zdecydowanie za długo, dopiero gdy w akcie desperacji zaczęłam używać zwykły spirytus w dwa dni problem został rozwiązany :-D Moja mała też miała problemy z suchą skórą, ale zamiast emolientów mylę ją laurowym mydełkiem z Aleppo i smaruję olejkiem że słodkich migdałów. Przy bardziej wysuszonej skórze (lub przed wyjściem na mróz) stosuję domowy krem będący miksem olejku migdałowego i masła shea- nie ma żadnych zbędnych dodatków, jest naturalny, wychodzi tanio i doskonale natłuszcza oraz ujędrnia. Sama go używałam w ciąży i teraz kiedy karmię na skórę piersi :-) Jest super! /Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas właśnie odpadł pępek bez niczego i to bardzo szybko. Myślę, że to sprawa indywidualna, u każdego dziecka inaczej, jak z zębami.
      Ach, zawsze mnie fascynują te domowe, naturalne mikstury i zawsze chcę je zrobić, ale jakoś nie mogę się zebrać. Kompletnie się na tym nie znam, pewnie by mi to wszystko nie wyszło. Z drugiej strony, jak my od narodzin mamy tą samą butelkę emolientu i płynu do kąpieli (muszę sprawdzić daty ważności...) to nie wiem czy się w ogóle opłaca.

      Usuń
  6. My jesteśmy tymi co kąpali noworodka i kilku miesięcznego Antka w sypialni :)

    Na łóżeczku był przewijak i ręcznik. Wyjmowałam piżamke, pampersa i potrzebne kosmetyki. Wanienke przynosiliśmy we dwójkę bądź Karol sam (ani razu nie rozlaliśmy wody). Początkowo stawialiśmy ją na łóżku małżeńskim, z czasem na podłogę.
    Po kąpieli ja zajmowałam się ubieraniem itd a Karol w tym czasie wynosił wanienke. Przy drugim dziecku będzie podobny schemat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety jestem w porze kąpieli często sama, bo mąż pracuje do 21, wiec przy dwójce dzieci jedyne co wchodzi w grę to ich wspólna kąpiel w dużej wannie. Inaczej codzienna logistyka upadnie. :P

      Usuń
    2. My też początkowo kąpaliśmy starszą córkę w wanience w sypialni, żeby mieć bliżej do przewijaka umieszczonego na łóżeczku. Przestaliśmy w dniu, w którym ni stąd ni zowąd korek wanienki sam wypadł, a woda z wanienki z siłą wodospadu polała się na drewniany parkiet.

      Usuń
    3. Przewijak który kładzie sie na łóżeczku można położyć również w poprzek wanny

      Usuń
  7. Jestem coraz bliżej porodu i chyba zaczynam wariować pod każdym względem- dosłownie. Twój post nie tyle poprawił mi humor, ale rozjaśnił bardzo wiele spraw i rzeczywiście nie trzeba robić zapasów jak na wojnę, albo kupować drogich preparatów itp. A już spotkałam się w rodzinie z tekstami, że na początku to same typowe oryginały i wszystkie drogie kosmetyki, pieluchy itp. nie jestem za tym, aby wydawać kasę na coś co pójdzie do kosza, albo nie będę z tego korzystała. Pożyjemy, zobaczymy. Wpis bardzo mi się przydał.
    Dzięki:)
    Pozdrawiam
    matkapolka89

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się! :)
      Naprawdę nie warto kupować w ciemno drogich kosmetyków tylko dlatego, że są drogie, bo wiele z nich ma beznadziejne składy, pełne konserwantów i sztucznych barwników.

      Usuń
  8. Panno Swawolna! przeczytawszy wpis i odpowiedzi na komentarze odnalazłam w Tobie bratnią duszę. Też najbardziej ulubiłam sobie różowe chusteczki z rossmanna i idą u mnie jak woda (pampersowe były takie mokre! mam smaczka na niveę, ale ona się nie opłaca. Tyle że składy to mnie za penis nie obchodzą). Też stosowałam zielone pampersy, a raz gdy dostaliśmy to i białe do czasu gdy przymusowo kupiłam dadę z braku laku. Od tego czasu nie kupiłam innej pieluszki (nie wiem jak można było płacić 72 grosze za sztukę).

    Żelazko posiadam, bo czasem przydaje się podczas szycia, ale koszulę Mężowi to ostatni raz chyba na ślub prasowałam. A przy dziecku użyłam owszem, ale do podgrzania pieluszki na rzekomo bolący brzuszek.

    Nigdy nie miałam przewijaka w łazience, ale też ostatnie dziecko zaczynałam mieć nie u siebie i nie było jak. Za to doceniłam jednorazowe podkłady i w sumie to zrezygnowałam z przewijaka. Całe nasze życie toczy się w łóżku i tam też odbywa się przewijanie.

    Odnośnie termometru też czuję podobnie, mamy taki na podczerwień i on pokazuje wszystko. Mamy sponsora na kolejny taki, ale boję się kolejnego bubla. W ostateczności używam prawdziwego, ale ogólnie to ufam swojemu wyczuciu ewentualnej gorączki i czasem się mylę. Są też termometry paskowe, ale one także się mylą.

    Na punkcie proszków mam nerwicę, że jak użyję dzieciowego, to się nie spierze, ale nie używam dzieciowego. A ostatnio kupiłam sobie fetysz, którego nie miałam w dzieciństwie- płyn Cocolino.

    Do pupy mamy od dobrych trzech lat pudełko Balneum- pierwszemu dziecku służył. Drugie woli oliwkę. Zamiast oliwki używam olejku migdałowego, który wprawdzie plami, ale i się spiera i jest u nas do wszystkiego, nawet dla par. Młodsze dziecko woli olejek od kremu. Na początku pierwszego dziecka stosowałam krem na wszelki wypadek, ale pieluchy [z powodu złego zakładania] przemakały i pomyślałam że to wina kremu i go odrzuciłam bardzo szybko.

    Zrobiłam dziś też duży zapas emolium, bo mam jedno suchoskórne dziecko. Może to wina proszków, nie wiem bo przecież nie zrezygnuję ze spierania plam. W każdym razie emolium jest o wiele lepsze od reklamowanego niegdyś w gazetach balneum, które się lepiło bardzo.

    Z łezką nostalgii wspominam też czas, gdy niemowlę się nie brudziło i kąpane oraz przebierane było raz na kilka dni. Czasem przebierałam je specjalnie na wizytę dziadków, żeby nie pomyśleli, żem syfiara.

    Przy pierwszym dziecku też przez półtora roku nie wiedziałam co to choroba i co to nebulizator. Teraz właściwie nie wiem, co to zdrowie. Od miesiąca nie możemy pozbyć się kataru i kaszlu, ale chyba w końcu po miesiącu do szło do efektownego pogorszenia i coś się ruszy.

    PS. Czy widoczny z boku blog 'Stasiek poleca' odwiedzasz od niedawna? Czy szukałaś tam może wspomnianego przeze mnie Minimaksa? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślałam, Cytrynno, że my w sobie bratnie dusze odnalazłyśmy już dawno temu i aż mnie martwi, że Ty dopiero teraz, przy chusteczkach, to zauważyłaś!

      Bloga wspomnianego mam na pasku od bardzo dawna, choć odwiedzam rzadko. Nie, nie szukałam, ale teraz poszukałam, ale to było wydane w 1996! No chyba, że znowu mi znajdziesz sklep z tą książką. ;) Ale musi być nowa!

      Usuń
    2. Gdybym miała skaner, to bym Ci zrobiła nowiusieńkie skany, ale skaner nam padł, a nowego nie kupujemy, bo ja się po cichu cieszę, że o jeden grat mniej.

      A o tych bratnich duszach to Mąż, który jest zawsze akuratny i który akurat wrócił gdym wtedy komentowała i skontrolował co ja sobie indywidualnie piszę, to rzekł, że powinnam napisać, że 'po raz kolejny', ale ja chciałam indywidualnie napisać i dlatego tak wyszło. Ja nie jestem taka akuratna jak Mąż.

      Nie sądzisz, że bratnie dusze powinny sobie pokazywać swoje... biblioteki?

      Usuń
  9. Uwielbiam ten wpis i podpisuję się pod wszystkim. Mi też zalegają próbki Sudocremu z ciąży (a raczej zalegały aż się nie przeterminowały, kurde bele flak) - bo mimo że problemy z pupą Mill miała masakryczne (kwestia niedorzałego kładu pokarmowego a nie pieluch, ale wiem to z czasem)Sucocrem się w ogóle ale to w ogóle nie sprawdził (i w ogólne nic z cynkiem, a przetestowałam WSZYSTKO) - za to Linomag to nasz hit nad hity i tubka zawsze na podorędziu.

    Jeśli chodzi o pranie non-stop... Yyyy... Jeśli masz niemowlę ulewające (a ja miałam, i to bardzo i to długo, z pół roku gdzieś jeśli nie dłużej!) to przebierasz je pierdyliard razy dziennie. BLW jeśli chodzi o ciuchy (moje dziecko nie toleruje śliniaków, peleryn, ani nic co ma za zadanie chronić od zapaplania się) to była letka przy tym ulewaniu... Więc może stąd to pranie? Ja prałam dużo, ale żelazkiem się nie skalałam (choć Matka Polka prasuje zawsze, a jak czasem prała ciuchy Mill to wracały w lepszym stanie niż nowe :), a po pierwszym opakowaniu Loveli olałam system i też przerzuciłam się na dorosły proszek i nic się nie stało.
    Przewijak miałąm w sypialni nie w łazience, z wodą do pupy w miseczce a potem... w spryskiwaczu :D I też było ok! Tuż obok zapasu ciuchów, pieluszek i wszystkiego co trzeba. A po kąpieli neimowlę w ręcznik i na przewijak, żaden problem. Kąpaliśmy Mill...yyy... na stole w kuchni (od zlewu do stołu mniej niż krok, ale i tak ciężka ta wanienka skubana!), ale jak już była większa to po prostu wanienka w dużej wannie i heja! Teraz to w ogóle luz, bo zależy od dnia - albo prysznic ze mną lub Towarzyszem Mężem (przyokazyjna oszczędność wody) albo ciągle małą wanienka w dużej wannie, albo duża wanna, albo duża wanna z którymś z rodziców - do wyboru do koloru, uwielbia wszystko :) Podkłady z Seni najlepsze, ja przecinałam je nawet na... osiem części :) DO tej pory mam jedną paczkę zakamuflowaną, będzie jak znalazł w czerwcu. Pieluchy jednorazowe też u nas wygrały jednak, przymierzałam się do wielorazówek, ale w końcu nic z tego nie wyszło. I chyba... nie żałuję. Komfort mamy też jest ważny!

    Bardzo fajny (i bardzo przydatny!) wpis. Buziaki Zu!

    z.-

    OdpowiedzUsuń
  10. proszki i prasowanie to ściema :) najlepiej piorą się rzecz malucha z rzeczami rodziców ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Też nie łapię tego "prania non stop"... Wszystkie ubranka mojego dziecka zajmują jedna pralkę - WSZYSTKIE, ktore kupiłam, rozmiary od urodzenia do 6 miesięcy.

    Pranie nastawiamy co 2-3 dni, pierzemy dziecięce ciuchy razem z naszymi. W Loveli albo w Persilu Sensitive, bo sami mamy wrażliwą skórę i nawet w czasach niedzieciatych używaliśmy łagodnych detergentów. A do spierania plam mydełko od dr Beckmanna - jest genialne :-)

    Zazdroszczę czystej Róży, moje Ono potrafi się zasikać po pachy tak ze trzy razy dziennie :-D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...