piątek, 15 stycznia 2016

Zagrajmy! Schotten-Totten



„Schotten-Totten” kupiłam sobie na święta.... w zeszłym roku. Dopiero jednak kilka tygodni temu gra trafiła na nasz stół. Zaczęliśmy bez entuzjazmu; nie pamiętałam już dlaczego koniecznie musiałam dokupić setną grę do swojej kolekcji i co miało być w niej takiego wyjątkowego. Poza tym wieczorami jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby, tak jak kiedyś, mieć ochotę na roztrząsanie zasad nowych gier. Pierwsza partia jednak zmieniła wszystko; od tego czasu nie istnieje takie zmęczenie ani pilne zajęcie, które pozbawiłoby nas przyjemności przynajmniej jednej partyjki każdego wieczoru. 


Autorem „Schotten-Totten” jest Reiner Knizia. TEN Reiner Knizia, którego mogliście już u mnie poznać przy okazji recenzji „Pędzących żółwi” (KLIK!). W pudełku, poza instrukcją, znajdziecie talię kart. Przygotowanie do gry zajmuje kilka sekund, sama rozgrywka około 20 minut.  



Zaraz się zacznie!
W grze chodzi o to, żeby zdobywać kamienie (zwycięzcą zostaje ten, kto zdobędzie trzy ze sobą sąsiadujące lub pięć jakichkolwiek). Aby tego dokonać rozkładać należy swoich wojowników i formować z nich grupy silniejsze niż grupy przeciwnika. Wojowników klanów, czyli po prostu cyfry od 1 do 9 w sześciu różnych kolorach, grupować można na pięć różnych sposobów, znanych chociażby z tradycyjnych gier karcianych. Do tego dochodzą karty akcji, oferujące dodatkowe działania. Zasady są proste, intuicyjne, instrukcja krótka i dokładna. Do boju!

Grupa mocna...
...i nieco słabsza
Karty akcji
Opis zasad i pierwsze wrażenie kazały mi sądzić, że „Schotten-Totten” to dziwaczna mieszanina pokera i pasjansa. Coś w tym jest. Gra zupełnie pozbawiona jest klimatu. Są niby jacyś Szkoci, którzy walczą o kamienie graniczne, próbowałam sobie nawet wyobrażać, że to Jamie (KLIK!), ale się nie da. Patrząc na karty widzi się jedynie różnokolorowe cyfry. Powinna być klęska, ale nie z Knizią te numery! Wbrew pozorom gra jest niezwykle emocjonująca. Mimo prostoty zasad i ruchów, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Należy obserwować, które karty już się pojawiły i bez nich zbierać swoje grupy. A że nie ma klimatu? Mnie to nie przeszkadza. Grafiki są ohydne i im mniej musimy się im przyglądać, tym lepiej.

Wygrana! Moja... :) 
„Schotten-Totten” posiada dla mnie wiele cech gry idealnej. Przede wszystkim przeznaczona jest dla dwóch osób, co stanowi decydujące kryterium wyboru gry przez niedzielnego gracza, który grywa z mężem, tuż przed pójściem spać. Ważna jest też interakcja. W podstawowym wariancie nie ma jej zbyt wiele – każdy ustawia wojowników po swojej stronie kamienia, choć nieustannie należy mieć na uwadze działania przeciwnika. Dreszczyk emocji wprowadzają jednak karty akcji, które bywają ułatwieniami dla gracza, czasami jednak mogą znacznie zaszkodzić przeciwnikowi (nierzadko podłożone w formie zwyczajnego świństwa).

Brakuje mi za to w „Schottenie” długofalowej strategii. Grę nazwałabym taktyczną, jednak do strategicznej brakuje jej wiele. Każdy z graczy posiada w ręku zaledwie 6 kart i choć możemy liczyć na łut szczęścia, to zazwyczaj musimy wykładać swoje karty nie wiedząc co dostaniemy w przyszłości. Sporo tu losowości, która może przeszkadzać bardziej doświadczonym graczom. 

I jeszcze jedna! :) 



Schotten-Totten
Projektant: Reiner Knizia
Wydawca: CUBE
Liczba graczy: 2
Wiek: 8+
Czas gry: 20-30 minut









Przeczytajcie też inne recenzje gier - KLIK! 

2 komentarze :

  1. Bardzo dawno w nic nie grałam i tęskno im za tym, ale kurczę... nie mam z kim grać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedna z moich ukochany gier, chyba jedyna karcianka w którą grywam. Ze mnie też niedzielny gracz, dlatego wszystkie gry, które opisujesz bardzo dobrze znam i kojarzę, po cięższe tytuły nie chce mi się nawet sięgać. :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...