niedziela, 20 marca 2016

Lindgren i wojna. „Dzienniki z lat wojny 1939-1945"



Było o wojnie (KLIK!) i tematykę wojenną w literaturze pociągnę jeszcze dalej. W ubiegłym miesiącu bowiem, nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia, ukazały się nigdy wcześniej niepublikowane dzienniki wojenne Astrid Lindgren. Lindgren i wojna? Ano tak.

Z jednej strony nie mogłam doczekać się tej książki, z drugiej się jej bałam. Z dużym dystansem podchodzę do czyichś wspomnień i dzienników. To przecież bardzo intymne zapiski, notowane najczęściej bez intencji dzielenia się nimi ze światem. Pamiętam jak trudnym doświadczeniem była dla mnie lektura pamiętników Lucy Maud Montgomery. Depresyjne notatki w wydaniu ukochanej przez mnie autorki, kojarzonej głównie z wesołymi perypetiami młodych kobiet, nie pasowały do mojego wizerunku jej osoby. A przecież Lindgren to dokładnie ta sama kategoria pisarek. Jej twórczość przepełniona jest radością, stworzona jest przede wszystkim dla dzieci. Zestawienie swego wyobrażenia o autorze z wojenną rzeczywistością mogło okazać się brzemienne w skutkach. Okazało się tymczasem, że to właśnie brak bardziej osobistego rysu przeszkadzał mi w „Dziennikach...” najbardziej. 

Astrid Lindgren z mrówczą wręcz pracowitością pisywała swoje dzienniki przez cały okres drugiej wojny światowej. Nie była jeszcze wówczas znaną autorką literatury dziecięcej, publiczny debiut nadal miała przed sobą. Wieczorami jednak zamieniała się w dokumentalistkę. Mnóstwo więc w jej dziennikach faktów, dat, szczegółów. Zapiski są bardzo rzetelne, można z nich korzystać niemal jak ze źródeł historycznych. Lindgren opisuje działania na froncie wojennym, komentuje zapiski prasowe i doniesienia radiowe. Uzupełnia to wszystko szwedzką codziennością, spostrzeżeniami mieszkańców jej rodzimego kraju. Notatki przeplata wycinkami z gazet, mapkami. Jej refleksja nad sytuacją społeczno-polityczną zadziwia; jest bardzo głęboka, współczująca, to przejaw strachu o własną przyszłość, a także próba zrozumienia tego, co się dzieje.

To jednak trochę za mało. Zabrakło mi tu bardziej osobistej relacji, większej ilości prywatnych przemyśleń. Astrid dodaje wprawdzie swój komentarz, wyraża obawy, co jest bardzo cennym dodatkiem. Dodaje też sporo szczegółów na temat swojego życia rodzinnego. Wspomina o tym co czyta i pisze, wymienia potrawy, świąteczne prezenty i gromadzone zapasy. Wszystko to też jednak w formie bardzo powierzchownej, bezosobowej.  

Druga sprawa to sama wojna. Relacje wojenne zazwyczaj kojarzą się w trudnymi emocjami. Spodziewam się po nich trudnych, osobistych doświadczeń. Tymczasem mieszkanka neutralnej Szwecji niewiele ma ich do zaoferowania. Opisy jej obfitych obiadów, wycieczek rowerowych i wypraw do kina tak bardzo gryzą się z moim wyobrażeniem na temat wojny (kształtowanych na podstawie znacznie bardziej przykrych relacji), że wydawały się wręcz niestosowne. Największymi dramatami młodej matki są racjonowanie masła i brak białych nici w sklepie. Wojna nie dotyka bezpośrednio rodziny autorki, przewija się jedynie gdzieś w tle, zbyt daleko, aby naprawdę przerazić. Tak bardzo odmienne to od naszej, rodzimej twórczości z tego okresu.

Świetnie czytało mi się zapiski z pierwszego roku działań wojennych. Podobało mi się proste i zrozumiałe przedstawienie sytuacji politycznej oraz mądry, ale jednocześnie naznaczony prostotą komentarz autorki. Następne lata męczyły jednak coraz bardziej, a lektura stawała się nużąca. Szósty rok wojny i pojawiające się wraz z nim kolejne szczegółowe opisy przesuwającej się linii frontu oraz licznie wymienione prezenty, które córka Astrid dostała na urodziny sprawiają, że ma się tego miodu po prostu dość. Szkoda. 

Dzienniki z lat wojny 1939-1945
Astrid Lindgren

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Koniecznie przeczytaj też inne recenzje książek


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...