piątek, 18 marca 2016

O tym, jak dokarmiłam dziecko


Byłam zarozumiała i przemądrzała. Wydawało mi się, że zjadłam wszystkie rozumy. W drugiej dobie po cesarskim cięciu doświadczyłam nawału pokarmu, mleko lało się wartkim strumieniem, córka ssała chętnie i umiejętnie. Po dziesięciu minutach, najedzona  i zadowolona – zasypiała. W dniu wypisu ze szpitala odzyskała już swoją masę urodzeniową. Gromadzić mogłam zapasy mleka, bo wystarczyło pomyśleć o dziecku, aby pokarm, pod silnym ciśnieniem, sam zaczynał płynąć. Nie miałam kryzysów ani wątpliwości. Moja laktacja przebiegała bez żadnych problemów i komplikacji. Tym razem było inaczej.

Szymon urodził się siłami natury, co teoretycznie działać powinno na korzyść laktacji, przystawiony został do piersi w kilka minut po swoich narodzinach. Ach, jaka byłam pewna siebie! Przecież nie mogło być inaczej; córkę karmiłam ponad półtora roku; wiem już wszystko. Tym razem nic mnie nie zaskoczy i nie dam sobie wmówić bzdur. Karmienie od początku będzie przyjemnością, bo przecież hartowane przez niemal dwa lata sutki przeszły już wszystko.

Pierwszy dzień i noc przebiegły dosyć spokojnie. Nie mogłam jeszcze wstawać, dlatego czas ten spędziliśmy w jednym łóżku, pobudki na karmienie zaliczając mniej więcej co godzinę. Często, ale hej! Takie są noworodki; głodne! Jadł więc Szymek i spał, a ja, wyczerpana do granic możliwości, mimo częstych pobudek, spałam razem z nim. Drugi dzień jednak zaczął się o piątej. Syn otworzył wtedy oczy i nie zamknął ich przez najbliższe... 17 godzin. Zaczęło się niewinnie. Chciał ssać, bez piersi stawał się niespokojny. Przekładałam go więc z jednej strony na drugą i karmiłam. Karmiłam do upadłego, bo rozłąka z piersią na czas mojej wizyty w toalecie albo próba bardzo pospiesznego zjedzenia posiłku powodowały dziką awanturę. Dziwiło mnie, że nie zasypia. To, że nie zapada w głębszy sen może uznałabym jeszcze za normalne, ale że nie kleją mu się oczy w czasie ssania – zaskakiwało mnie naprawdę mocno. On był jednak czujny, skupiony. Im pora dnia stawała się późniejsza, tym Szymek robił się coraz bardziej niespokojny. Jedną pierś ssał nie dłużej niż dwie minuty, po czym domagał się zmiany. Za każdym razem odrywał się z płaczem i wrzaskiem. Ssał swoje piąstki i wszystko to, na co się natknął. Miał problemy z ponownym przyssaniem. Jego zmęczenie oraz rozdrażnienie sprawiały, że było coraz gorzej.

Nie chcę wciskać kitów o braku pokarmu, bo ciągle nie do końca wierzę w takie dramaty, jeśli oczywiście się chce i nie działa się na swoją niekorzyść. Nadal uważam, że natura nie pomyliła się zbyt mocno. Karmiłam syna całymi dniami i nocami, a on spijał te kropelki siary, które mu dostarczałam. Choć wymagało to ode mnie maksymalnej energii i poświęcenia – zapewniałam dziecku życie. Szymek otrzymywał to, czego potrzebuje, a spadek jego masy ciała mieścił się w normie. Mleko było, ale było go mało, a on chciał więcej, był głodny. Choć faktu tego jeszcze nie nazwałam (długo we własnej psychice broniłam się przed takim stwierdzeniem), to wiedziałam co się dzieje i kiedy jedna z położnych stan ten pozwoliła sobie nazwać, wszystkie moje emocje (zmęczenie, zdenerwowanie, stres, poczucie bezsilności) znalazły w końcu ujście w postaci płaczu i kompletnego rozbicia. Zaproponowano dokarmienie, ale długo jeszcze się na to nie zgadzałam, ciągle wierzyłam, że będzie lepiej, że najgorsze minie. Dokarmienie wiązało się dla mnie z osobistą klęską. Po pierwsze, jako niewolnica swoich własnych przekonań, głoszonych na dodatek publicznie, nie mogłam znieść, że oto obrać mam postawę tak bardzo przez siebie tępioną. Po drugie – same przekonania. Ja naprawdę uważam, że mleko modyfikowane to syf i choć oczywiście wszystko jest dla ludzi, to nawet tej jednorazowej butli podanej takiemu maluszkowi się bałam. Po stokroć bardziej, widząc taką potrzebę, wolałabym podać synkowi stojące na moim stoliku nocnym Łowickie, 3,2%. Pojawiły się też klasyczne wątpliwości – czy butelka ze smoczkiem nie zaburzą umiejętności ssania, czy nie spowodują, że dziecko do piersi zapała niechęcią, czy nie zaburzą laktacji?

Tymczasem lepiej nie było i kiedy wrzask wzmógł się, przyjmując już brzmienie jednostajne – poddałam się. Powiedziałam sobie, że to co teraz robię, sprawiając dziecku potężny dyskomfort, jest znacznie gorsze niż ewentualne zagrożenia wynikające z wypicia sztucznej mieszanki. Poprosiłam o butlę, a widząc jak Szymek łapczywi się do niej przykleja – popadałam w coraz większy dół emocjonalny. Choć dziś nie żałuję, że zdecydowałam się na taki krok, to widzę, że ten właśnie moment, ta drobna klęska, stały się bezpośrednią przyczyną baby bluesa, który rozhulał się już wkrótce.

Spodziewałam się, że po sztucznym pokarmie dziecko padnie mi i spać będzie nieprzerwanie przez kilka godzin. Nie. Chcąc chyba pocieszyć nieco mamę nadal chętnie ssał piersi (tym razem już spokojnie) i zasnął przytulony do mnie dopiero po trzech godzinach. Noc upłynęła w miarę spokojnie, a pobudki na karmienie były krótkie i rzadkie (co 2-3 godziny).

Kolejny dzień był bardzo podobny do poprzedniego. Ssanie znów niezakłócone zostało próbami drzemek, ale za to przebiegało spokojnie. Niestety, nerwowość wróciła, tak jak poprzednio, po południu. Koło 16:00, kiedy zostałam wypisana i zbieraliśmy się do wyjścia znowu było źle. Perspektywa kilkudziesięciu kilometrów do pokonania sprawiła, że sama poprosiłam o jeszcze jedną butlę. Miałam nadzieję, że jazda samochodem uśpi zmęczone niemowlę i jakoś dotrwamy do domu, ale tak się nie stało. Po kilkunastu kilometrach wrzasków złamałam się i podałam mieszankę. Pełen brzuszek sprawił, że dalsza podróż upłynęła spokojnie.

Dopiero kolejny dzień, spokój domowego zacisza, wygoda własnego łóżka, pomoc męża, brak stresu związanego z tym, czy zdążę się wysikać zanim moje dziecko podniesie syrenę, smaczny, domowy obiad i lody na deser sprawiły, że sytuacja się unormowała i dokarmianie nie było konieczne. Ciągle nie jest idealnie. Całkowicie ominął mnie nawał pokarmu, a piersi nie stają się twarde nawet w nocy, kiedy karmię rzadziej. Nie czuję charakterystycznego mrowienia związanego z napływem mleka, ani razu nie było konieczne użycie wkładek laktacyjnych. Szymon żywi się wyłącznie moim mlekiem, ale nadal je przez większą część swojej doby, domagając się karmień nie rzadziej niż co pół godziny. Śpimy razem, pozwalam mu memłać piersi nawet w czasie snu, hektolitrami piję ziołowe herbatki, ale nie przynosi to żadnych rezultatów, do stanu „cysterny”, tak dobrze znanego mi z poprzedniego połogu, bardzo daleka droga. No i oczywiście boli jak jasna cholera, tak samo jak ostatnio. Pierwsze sekundy po przystawieniu dziecka to płacz i zaciskanie zębów.

Podwójne dokarmienie nie wpłynęło negatywnie na laktację, ucierpiała wyłącznie moja psychika. Nie pojawiły się zaburzenia ssania ani niechęć do piersi. Nie pojawiło się też to, co w sztucznym karmieniu "najlepsze", czyli spokojne i długo śpiące dziecko. Ale to już taki mój los chyba, moje dzieci snu nie potrzebują.

Wraz z drugim dzieckiem zmieniły się też moje poglądy na pewne sprawy. Dalej uważam karmienie piersią za jedną z najważniejszych spraw związanych z macierzyństwem, nadal uważam, że należy o laktację walczyć, nawet wtedy, gdy jest to walka trudna, długa i bolesna. Mleko mamy to dobro wyższe niż jej czas wolny. Z wielką radością poświęciłam swojej córce całe tygodnie, a może nawet miesiące, podczas których moim jedynym zajęciem było karmienie jej. I chociaż z wielka chęcią oddałabym ten czas także drugiemu dziecku, to nie mogę dysponować w ten sposób czasem pierwszego. Róża, jej potrzeby i rozwój, nie mogą zostać zaniedbane tylko dlatego, że pierwsze chce ciągle jeść. Na razie w domu jest mąż, a ja spędzam z Szymkiem przy piersi praktycznie całe dnie i noce (po niespełna dwóch tygodniach mamy już przyrost całego kilograma w stosunku do masy urodzeniowej!). Ale już niedługo zostanę sama i nie będę mogła sobie ani jemu na to pozwolić.

Wpisem tym chciałabym uderzyć się w obolałe piersi. Problemy z karmieniem się zdarzają, a dla świeżo upieczonej, zmęczonej i pozbawionej wsparcia mamy mogą okazać się one zbyt przytłaczające, aby poradzić sobie z nimi samodzielnie. O kant tyłka rozbić też można mądre tabelki na temat objętości noworodkowego żołądka. Są dzieci, które po prostu potrzebują więcej. Z pewnością zaliczy się do nich niemal pięciokilogramowy „klocek”, taki jak mój, ale i tu nie ma reguły; każdy jest inny. Od teraz przestaję oceniać, przestaję być najmądrzejsza na świecie i pozwalam innym samodzielnie myśleć i podejmować decyzje. 


Koniecznie przeczytaj też:

15 komentarzy :

  1. Nie wyrzucaj sobie tego. Zrobiłaś co mogłaś. Musisz mieć przecież siłę dla swoich dzieci, a Twój organizm musi się kiedyś zregenerować. Matka jest skłonna do wielu wyrzeczeń dla dobra swojego dziecka, ale jej podstawowe potrzeby fizjologiczne też muszą być zaspokojone.
    U nas było bardzo podobnie - nieustające ssanie, mnóstwo pokarmu, a mimo tego ciągły krzyk. Przed urodzeniem córki zaliczyłam 2 całkowicie bezsenne doby bardzo bolesnych skurczów przepowiadających, później 16-godzinny poród, który zakończył się cesarskim cięciem. Byłam całkowicie wyczerpana i skapitulowałam - w szpitalu kilka razy dałam małą do dokarmienia. Trochę pomogło, ale bardzo źle wspominam pobyt tam - Ewelinka dopiero usnęła, a co chwilę ktoś wparowuje do sali - proszę rozebrać dziecko, proszę ubrać dziecko, trzask drzwiami, łubudu! Po powrocie do domu zawzięłam się i nie dałam już butli ani razu. Pierwsze dni były trudne, ale w domowym zaciszu przetrwałyśmy i szczęśliwie dobrnęłyśmy do roku kp. :) Już nigdy więcej nie miałam żadnych problemów z karmieniem, ale mój mały cycoholik nawet jak był prawie roczniakiem lubił sobie pociumkać co godzinkę. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Twój syn zachowywał się książkowo:_ druga doba właśnie tak ma wyglądać :)
    http://www.secretsofbabybehavior.com/2011/02/baby-science-first-72-hours.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jakoś nie widzę w tym opisie nas. Naprawdę nie uważam że każdy płacz niemowlęcia bierze się z głodu, bardzo mi daleko do takiej postawy, ale to co widziałam to był głód, a nie zbyt dużo bodźców czy przerażenie nowym światem.

      Usuń
  3. Czyli jest całkiem inaczej niż przy Róży :) a właśnie - jak starsza siostra przyjęła nowego członka familii? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Nawet sobie nie wyobrażałam że może być tak dobrze :) o szczegółach będę jeszcze pisać :)

      Usuń
    2. To świetnie :) często się słyszy o zazdrości i super, że was to ominęło :)

      Usuń
  4. Hm, tym razem widzę, że z Szymkiem masz to, co ja miałam z Tosią. Czytając tekst czułam się jakbym czytała o nas na początku drogi :) Z tą różnicą, że Tosia miała znacznie mniejsze przyrosty, co jeszcze potęgowało stres. Nie mam dobrych rad, każdy przeżywa to po swojemu i na swój sposób musi sobie z emocjami poradzić. Ale trzymam za Was kciuki i za to, żeby mały ssak był na piersi jak najdłużej się da :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Post ma trochę wydźwięk tragiczny. No bo nie jest idealnie (tak jak było) ale nie mogę też powiedzieć że (teraz) jest źle. Przyrost masy ogromny (Róży zdarzało się przybierać po 100g miesięcznie a przecież wszystko było ok), je często ale spokojnie, po prostu tak lubi. Choć zdarzają się też odstępy 6 godzin, w nocy. Myślę że mój organizm, jakby nie patrzeć "doświadczony" już w karmieniu od razu jakoś to wszystko ustabilizował. Jest mleka dokładnie tyle ile ma być. Młody w tym tygodniu zaczął już spać w ciągu dnia. Idzie ku lepszemu! :)

      Usuń
  5. Im jestem starsza, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o słuszności cytatu Marshalla McLuhana:"I don't necessarily agree with everything I say" ;-) Ale szacunek, że nie miałaś oporów by przyznać się do tego, bardzo to u Ciebie lubię :-) /Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się ze wszystkim zgadzam i to aż za bardzo. Nie potrafię w ogóle dopuścić do siebie myśli, że mogę nie mieć racji. To jest właśnie dla mnie takie trudne, jak jednak muszę zweryfikować poglądy.

      Usuń
  6. No widzisz, a pamiętam dyskusję na Twoim blogu, kiedy napisałam, że zamierzam karmić piersią, a Ty niemal naskoczyłaś na mnie, że skoro piszę, że zamierzam, to wcale nie oznacza, że chcę... Jak widać - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i nie warto oceniać kogoś, jeśli nie było się w danej sytuacji. ;-) Mam to szczęście, że jestem właśnie tą cysterną, jaką byłaś dla Róży - mleka mam mnóstwo, leci ciurkiem i mam nadzieję, że będzie tak jak najdłużej. Jasia dokarmiono mi raz w szpitalu, kiedy trafiłam na okropną położną, dla której ważniejszy był sen, więc każdemu noworodkowi pakowała butlę do buzi - z mlekiem modyfikowanym i glukozą. Byłam wściekła, bo nawet nie zapytała mnie, czy się zgadzam na to. Poleciały mi łzy, ale nie miałam sił się kłócić, bo ledwo chodziłam. Jaś zareagował jak Szymon - wcale go to nie uśpiło. Spał zdecydowanie lepiej po zjedzeniu mojego mleka. Na szczęście nie zaburzyło to też umiejętności ssania, którą szybko opanował do perfekcji, chociaż początkowe ciąganie brodawek przez każdą położną sprawiło, że wyłam z bólu, myśląc o karmieniu, bo zmasakrowało mi to sutki. Teraz jestem zachwycona, że jednak karmienie nie boli (no, chyba, że mała pijawka przyssie się jak dzikus ;-)), bo brodawki wygoiły się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Widzę, że obie mamy synów w typie Pudziana - Jaś ma 4 tygodnie i bite 6kg :D

      Usuń
    2. Chodziło pewnie o "planuję" i tak naprawdę tu się w moich poglądach nic nie zmieniło, a może nawet, po przebytym doświadczeniu, jeszcze bardziej wzmocniło. Prawdą jest niestety że bardzo wiele kobiet, które jedynie planują karmić "o ile się uda, ale nic na silę" po takiej dobie jak moja stwierdziłyby że oto się właśnie nie udało. A to oczywiście nieprawda. A ile z nich wytrzymałoby z dzieckiem przy piersi niemal bez przerwy przez prawie 2 tygodnie? My potrzebowaliśmy tyle czasu, niektórzy jeszcze więcej. A i walka czasami jest dużo trudniejsza niż u nas, bo mogą być przecież problemy ze ssaniem, wizyty w poradni laktacyjnej, trudne wychodzenie ze spirali dokarmiania. Uważam jednak ze poza tymi 2%, które faktycznie karmić piersią nie mogą - przy determinacji, dobrych chęciach i sprzyjających warunkach zewnętrznych (pomoc i wsparcie partnera, zamiast wyrzutów ze obiadu nie ma i stresu z tym związanego) - nie może się nie udać i z takim podejściem do sprawy należy podejść.

      Ta położna o której piszesz - masakra! To jest w ogóle niedozwolone dokarmiać bez wyraźnej zgody matki. Straszne!

      Usuń
    3. W moim przypadku słowo "planuję" oznacza "chcę i zamierzam robić wszystko, aby tak było, ale jeżeli coś pójdzie nie tak i nie będzie innego wyjścia, to zrobię inaczej, aby tylko moje dziecko było szczęśliwe". Ja też przez pierwsze kilka/-naście dni mówiłam mężowi, że czasami nie dziwię się kobietom, że rzucają karmienie piersią, bo ból jest przeogromny, a kiedy dochodzą do tego płaski i pogryzione, zalane krwią brodawki, to można się poddać. Tylko ja wiedziałam, że mam dużo mleka i chcę karmić swoje dziecko jak najdłużej, więc zagryzałam zęby. Z kolei w swoim otoczeniu mam dużo kobiet, które twierdzą, że przeszły na mleko modyfikowane, bo miały za mało pokarmu, a wiem doskonale, że wynika to z tego, że "boli, więc nie przystawię, tylko poczekam, aż się wygoi", "fajnie byłoby wypić jakieś piwko, a jak będę karmić to nie będę mogła, więc dam mm", "mama, teściowa i ciotki mówią, że dziecko nie najada się moim mlekiem, więc na pewno coś w tym jest", "chcę przesypiać noce, więc dam mm, żeby mi dziecko dłużej spało" i tym podobne... Ja postawiłam dobro i zdrowie mojego dziecka ponad swoje wygodnictwo i... dobrze mi z tym! :)

      Na szczęście zdarzyła się tylko jedna taka położna, bo wszystkie mówiły "przystawiać, przystawiać, przystawiać", więc przystawiałam. :)

      Usuń
  7. Ja mam 13tyg dziecko i niestety już od miesiąca je dokarmiam (1/8 dziennie to mm) . 2 pierwsze miesiące karmiłam piersią non stop, a młody prawie nie przyrastał, kilka osób sprawdzało mój sposób przystawiania, jego ssanie i wszystko super. ciągłe płacze, kolki, głodne dziecko to naprawdę dużo dla młodej matki. + naprawdę nie byłam w stanie już dłużej non stop siedzieć z nim w domu i karmić (Zwłaszcza że efektem nie było zadowolone dziecko). Gdy tylko się przełamałam i dołożyłam ciut mm, okazało się, że dziecko zaczyna być zadowolone, dłużej jest pogodne itd (oczywiście ma to też związek z upływającym czasem). Obecnie próbuję zejść do 1/16 dziennie, zobaczymy czy się uda. Trzymajcie kciuki. ALE ale myślę, że po prostu nie warto myśleć zero-jedynkowo i szczerze, nie traktuje tego jak wygodnictwa, a właśnie sprawiania, że i ja i moje dziecko jesteśmy bardziej zadowoleni.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...